piątek, 29 sierpnia 2008

#49 - Trans-Atlantyk 03

Sequel „Marvels” miał ukazać się w dziesiąta rocznicę wydania tej znakomitej mini-serii. „Eye of the Camera” po pięciu latach od nieudanej premiery ma szansę trafić na rynek już w grudniu. Właśnie na „Marvelsach” wybił się Alex Ross – tak jak Busiek przedstawił bohaterów z zupełnie innej, ludzkiej perspektywy, tak Ross rysował ich w zupełnie innym, fotorealistycznym stylu. W kontynuacji Rossa jednak braknie, a ołówek przejmie Jay Anadeto. W „Oku kamery” znowu spotkamy Phila Sheldona, reportera, który będzie świadkiem najbardziej znaczących wydarzeń w świecie Marvela w latach 70-tych i 80-tych. Zgodnie z zapowiedziami zobaczymy debiut Punishera i pojawienie się  Werewolfa, Man-Thinga i Hellstorma, będziemy świadkami śmierci X-Menów w Dallas podczas „Upadku Mutantów” i morderstwa Elektry, zobaczymy fragment drugiej „Tajnej Wojny” i pozew o rozwód Susan Storm. Całość ma zamknąć się w sześciu zeszytach.

 
Karen Berger, redaktor wykonawczy (czy tak można spolszczyć executive editor?) w Vertigo na 2009 rok zapowiedziała start imprintu Vertigo Crime (będzie to zatem subimprint), którego redaktorem został Will Dennis. W ramach nowej linii mają ukazywać się komiksy kryminalne. Pierwszymi tytułami będą: „Dark Entries”, w którym szkocki prozaik Ian Rankin i rysownik Werther Dell'edera opowiedzą o śledztwie Johna Constantine (tak, tego samego Johna Constantine`a) oraz „Filthy Rich”, autorstwa skądina znanego Briana Azzarello i Victora Santosa. Zapowiada się fajnie, tylko po co od razu nowy imprint robić?
 
W związku z tym, że blogerzy z Kultury Gniewu zdają się być na wakacjach, pozwolę sobie podebrać im news i napisać, że druga część „Berlinu” już jest. Przynajmniej w USA. 196 stron historii, które wyjęło z życiorysu Jasona Lutesa 7 lat, jest już narysowane, zebrane i wydane w jednym tomiku „City of Smoke” czeka teraz na polską wersję. 
 
Smakowita zapowiedz prosto z kraju Terrenace`a i Phillipa, z niedawno zakończonego konwentu Fan Expo. Już w listopadzie rusza czteroczęściowa mini-seria „X-Men/Spider-Man” do scenariusza Christosa Gage`a i z rysunkami Mario Albertiego. A co ekscytującego może być kolejnej trykociarskiej pozycji, podobnej do setek innych? Otóż autorzy skutecznie odcinają się do aktualnych wydarzeń w świecie pająków i mutantów, wracając do korzeni, kiedy Peter chodził z Gwen, a Iceman walczył głównie z pryszczami. Pierwszy zeszyt ma być ostatnim tchnięciem Silver Age, drugi ma traktować o spotkaniu X-Menów po „Masakrze Mutantów” ze Spiderem tuż po „Ostatnich Łowach Kravena”, trzeci ma rozgrywać się podczas „Clone Sagi”, mają pojawić się Wolverine pozbawiony adamentium, Mr. Sinister i Carnage, a czwarty ma rozgrywać się w chwili obecnej. Dwa pierwsze odcinki to mąka na niezły, komiksowy chleb.
 
Na rynku ukazała się pośmiertna książka Willa Eisnera, w której autor „Spirita” opisuje w jaki sposób anatomia, mimika twarzy, ekspresja ciała może wpływać na narrację obrazkową. „Expressive Anatomy for Comics and Narrative” to trzeci tytuł instruktażowy, w którym Eisner dzieli się tajnikami swego warsztatu i komiksową teorią, która jako autor stosuje w praktyce.
Pamiętacie może duńskie karykatury Mahometa, które swego czasy wywołały ideową burzę, która przetoczyła się po mediach i salonach? Burza ta miała właśnie swój niewesoły finał. Dwóch Tunezyjczyków, którzy grozili śmiercią autorom owych ilustracji zostało aresztowanych w lutym, a sierpniu zostali deportowani do swojego rodzimego kraju. 
    

sobota, 23 sierpnia 2008

#48 - Świat według Millara (2): F4

W sierpniu zeszłego roku na konwencie Wizard World w Chicago przedstawiony został nowy duet twórców do jednego z najbardziej zasłużonych tytułów w Marvelu, jakim jest Fantastyczna Czwórka. Seria ta lata świetności miała już za sobą, więc aby ją 'odświeżyć' i wznieść ponownie na wyżyny popularności, zdecydowano się powierzyć rolę scenarzysty Markowi Millarowi, a ołówek wręczyć Brianowi Hitchowi. Duet ten ma na swoim koncie tak hitową serię jak Ultimates (vol 1+2), więc wybór wydawał się doskonały i gwarantujący rozrywkę na wysokim poziomie. Z początku mówiono o dwunastu numerach, ale w końcu dodano kolejne cztery i tym samym run Millara i Hitcha będą stanowić cztery historie, każda rozpisana na cztery numery i skupiająca się na innym członku Fantastycznej rodziny. Aby dodatkowo zaanonsować nadchodzące wielkie zmiany, Marvel zdecydował się na uwspółcześnienie samych okładek, zmianę logo itp. aby swym wyglądem przypominały bardziej magazyn, niż komiks. Tyle tytułem wstępu.

Pierwsza historia 'World's Greatest' rozgrywająca się w numerach #554-557, dobiegła już końca, więc można pokusić się o pierwsze oceny tego co 'nowe' w F4. Nie obędzie się bez spoilerów, więc jeśli ktoś nie ma ochoty psuć sobie zabawy to spokojnie może sobie resztę tego wpisu odpuścić. Tak więc 4, 3, 2, 1..

( U W A G A S P O I L E R Y ! )
Jest źle. A dokładnie rzecz biorąc to z Ziemią jest źle, bo za około 10 lat ma totalnie nie nadawać się do życia. Na szczęście mądre (i bogate) głowy zadbały o przyszłość i gdzieś tam hen, hen w kosmosie powstaje Nu-World, czyli ni mniej, ni więcej, tylko duplikat naszej niebiesko-zielonej planety (w rozmiarach 1:1). Rewelacje te odkrywa przed Mr. Fantastikiem jego była dziewoja z czasów studenckich - Alyssa Castle, która ot tak pojawia się pewnego dnia w Baxter Building i prosi Reeda o pomoc. Nu-World różni się jednak od naszej planety chociażby tym, że pominięto tereny pustynne, zlikwidowano jakiekolwiek armie, a nad utrzymaniem porządku czuwa robot o nazwie C.A.P (Conserve and Protect). To mechaniczne monstrum przypomina Iron Mana przywdziewającego barwy Kapitana Ameryki - ot takie nawiązanie do dziejów starej, niszczejącej Ziemi. I wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, że C.A.P zaczyna robić porządek na Ziemi 1.0 i 'nic nie jest w stanie go powstrzymać'. Z wyjątkiem Reeda oczywiście (jeśli tylko wróci na czas z drugiego końca galaktyki).

Jak widać nie jest to nic specjalnego, ot kolejna niesamowita historia z F4 w roli głównej jakich było już wiele. Na szczęście seria ta to nie tylko kosmiczne problemy ale i opowieść o Pierwszej Rodzinie Marvela. I właśnie ta obyczajowa część stanowi o sile 'World's Greatest'. Cała czwórka spotyka się głównie przy okazji pojawiającego się zagrożenia, ale ich solowe historie przedstawione są w bardzo zgrabny sposób. Mamy Reeda Richardsa, który na dźwięk słów 'zagrożenie z drugiego końca wszechświata' dostaje wzwodu, wsiada na swój kosmiczny skuter i gna gdzie go potrzebują. Obok niego Sue Richards, poczciwa matka i żona, która zajęta jest tworzeniem nowej kobiecej supergrupy oraz poszukiwaniem niani dla swoich pociech. Ich wielki przyjaciel - Ben Grimm - jak zawsze zabawny i uroczy zaczyna randkować z nowo poznaną nauczycielką. I na koniec czarna owca tego towarzystwa - Johnny Storm, który postanowił sobie, że będzie rockowym wokalistą, więc założył zespół i chce na tym kosić grubą kasiorę. Oprócz tego, nocami zabawia się z super przestępczynią, którą poznał w trakcie walki. I przez dłuższy czas nie widzi w tym nic złego. Oprócz tych solowych wątków jest też przewijająca się w tle historia z kolejną rocznicą ślubu Reeda i Sue oraz próba mieszania w związku tej dwójki przez Alyssę. Ale, że to idealna rodzina to wszystko tradycyjnie kończy się dobrze, miłość wygrywa, sprawiedliwość też. Czy ktoś czuje się zaskoczony?

Hitch to już uznana marka. Głównie dzięki wspomnianym wcześniej Ultimates'om, gdzie szalał ze swoim ołówkiem (przez co terminy wydań się zmieniały i zmieniały), ale jak ktoś tworzy takie 8 stronicowe monstra to można to zrozumieć. Przy Fantastycznej Czwórce poziom jego rysunków jest jakby niższy, ale to nadal Hitch, więc przy niektórych kadrach można się zawiesić na parę chwil przy podziwianiu szczegółów jego grafik. I co ważniejsze obyło się (przynajmniej przy tej historii) bez większych obsuw. Zdarzyły się jednak wpadki. Mniejsze, jak twarz Sue z okładki #554, czy większe, jak zmieniający na potrzeby kadru swoją wielkość C.A.P. Raz ma około 5 metrów, a chwilę później to już kilkudziesięcio metrowa maszyna.

Co do samego Millara - ze swojego zadania wywiązał się poprawnie, jako rozgrzewka przed nadchodzącymi kolejnymi 12 numerami wygląda to całkiem nieźle. A porównując z tym co było przed duetem Millar / Hitch to jest naprawdę, naprawdę dobrze. Wątek duplikatu Ziemi mam nadzieję jeszcze powróci i chciałbym też, żeby pozostał w uniwersum Marvela dłużej niż wspomniana dwójka przy tworzeniu historii Reeda i spółki. Bo jej wielki wybuch w - załóżmy - ostatnim numerze pod wodzą M&H, wydaje się aż nadto oczywisty. Ale to pokaże przyszłość. Było o błędach rysownika, będzie więc o wpadkach / bzdurach scenarzysty. Tutaj wrzuciłbym ogólnie całą historię z C.A.P'em, który jest taki super świetny, że nic nie stanie mu na przeszkodzie. Nawet kilkudziesięciu najlepszych superhirołsów tej planety, którzy pomimo tego, że po ‘Civil War’ stoją po różnych stronach barykady, staną ochoczo do walki ramię w ramię - ich rozłoży w kilka minut (ehe), bez mrugnięcia mechanicznym okiem. Ale zaraz! W tym towarzystwie nie było Reeda Richardsa! Więc ten, jawiący się jako zbawiciel, przybywa ze swoim Anty-Galaktusem (ha-ha-ha) i jednym (!) uderzeniem niszczy siejącego-śmierć-na-całej-bezbronnej-planecie-robota (tutaj powinien się pojawić :roll:). Ufff.
Na szczęście, tak jak wspomniałem powyżej, wątki obyczajowe przewyższają swoim poziomem te dotyczące zagrożeń, walki, akcji, więc serię - przynajmniej dla nich - będę czytał dalej.

Historia druga, mająca tak sztampowy tytuł jak ‘Death of the Invisible Woman’, dobiegła już do połowy i oczywistym jest, że śmiercią Sue się nie skończy. Przynajmniej nie tej z 616, bo coś tak czuję, że znaleziona w końcu niania okaże się Invisible Woman z równoległej rzeczywistości. Ale to tylko moje domysły, które pewnie i tak się nie sprawdzą, o czym napiszę kiedy ta historia będzie miała swój finał, a tym samym run Millara i Hitcha dobrnie do połowy.
Jeszcze jedna rzecz - kilka miesięcy temu czytałem wywiad z jednym z twórców (podejrzewam, że to był Millar, ale nie jestem pewien - sam wywiad też mi gdzieś wcięło) w którym zachęcał do kupowania F4 na bieżąco, bo - jak się zarzekał - zbiorcze wydania jego historii długo nie ujrzą światła dziennego. Ale nie minęło kilka miesięcy i okazuje się, że w listopadzie będzie można się zaopatrzyć w superfajny HC zbierający pierwsze dwie historie nowego duetu.

Kasa, kasa, kasa...

piątek, 22 sierpnia 2008

#47 - Wywiad: Daniel Clowes

Jasne, że komiksy wymagają od czytelnika większego zaangażowania do filmów czy telewizji – wywiad z Danielem Clowesem.

Daniel Clowes, opowiada jak to jest z adaptowaniem własnych komiksów na kinowy ekran i co dzieje się z jego bohaterami, po tym, jak zamyka komiks. Wywiad przeprowadziła Rebecca Bengal.

To pierwszy wywiad z zagranicznym twórca na Kolorowych i pierwszy, jaki przetłumaczyłem z angielskiego. Nie jestem magistrem anglistyki, podczas pracy nie wertowałem setek słowników w poszukiwaniu słówek, których nie znałem, przekładałem raczej na gorąco to, co rozumiałem.
Czysta linia (ligne claire), którą Herge wynalazł podczas pracy nad „Tintinem”, podkreśla kontrast między ikonicznym przedstawieniem bohaterów a niezwykle realistycznymi krajobrazami i tłem krajów, które młody reporter odwiedza. Scott McCloud zauważa w „Understading Comics”, że ten kontrast pozwala czytelnikowi „ukryć samych siebie w tak narysowanej postaci i bezpiecznie wejść w świat przedstawiony”. „To dwa aspekty oprawy graficznej” – pisze – „jeden pozwala czytelnikowi widzieć, a inny – widzieć”.
Opisz, w takim kontekście, swój styl rysowania/opowiadania. Jak do niego doszedłeś? Myślisz, że jest najskuteczniejszy w przypadku narracji komiksowej? Kiedy może funkcjonować nieprawidłowo?

Daniel Clowes: Do każdej z opowieści staram się dobrać osobną strategię opowiadania. Często mam jakiś obraz w głowie, zanim jeszcze pojawi się w niej opowieść. Nie jestem za bardzo zainteresowany forsowaniem jakieś specyficznej estetyki, stosowaniem jakichś wizualnych trików. Bardziej zajmuje mnie kreowanie ciekawych bohaterów, które korespondują z moimi wewnętrznymi problemami.

Czytam Twoje prace od lat i często znajduje się w sytuacji „rodem z komiksów Daniela Clowes`a”, co jest chyba świadczy o niezwykłej umiejętności portretowania ludzi. Twoje postacie są tak ikoniczne, że wypełniają przestrzeń między kreskami prawdziwym życiem. Masz takie charakterystyczne, clowesowskie postacie jak kobieta w średnim wieku czy student sztuk pięknych. Ludzie mówią, że spotykają „satanistów” jedzących obiad w barze, znanych z Ghost World. Jak prawdziwi się stają dla Ciebie, kiedy pracujesz i żyjesz z nimi przez te lata? Wyobrażasz sobie ich życie pozakomiksowe?

Tak, wszystkie moje postacie wiodą swoje życie, po tym jak skończyłem opowiadać ich historie. Mam notatki, co działo się później z każdym z nich. Enid i Rebecca tylko okazjonalnie ze sobą rozmawiają, ale raczej z grzeczności niż z prawdziwej potrzeby. Może wysyłają sobie kartki na swoje urodziny. David Boring umarł z głodu, po tym jak został kanibalem.

Opowiedz o tym, jak pracujesz nad komiksem. Rysujesz codziennie? Kiedy zaczynasz pracę, zaczynasz od tekstu czy od słowa? Co jest surowcem fabuły? Zawsze wiesz, co się stanie, czy jest tak, że w trakcie tworzenia opowieści, może ona skręcić w niespodziewanym i nieplanowanym kierunku?

Zwykle zaczyna się od postaci i sytuacji, ale, tak jak mówię, czasami wizualizuje sobie styl albo jakiś konkretny obiekt. Podczas pracy nad historią te elementy mogą się oczywiście zmienić. „Ghost World”, jak sobie przypominam, miało być osadzone w przyszłości a „The Death-Ray” miał się koncentrować na starości, a nie na latach młodzieńczych swojego bohatera.

Marshall McLuhan, autor wydanej w 1967 roku książki „The Medium Is the Massage” piszę o różnicach pomiędzy, jak sam je nazywa, mediami gorącymi i mediami zimnymi. Media gorące, jak filmy i radio są pełne treści, która nic nie wymaga od pasywnego odbiorcy, natomiast zimne, jak na przykład formy ikoniczne wymagają już aktywnej partycypacji widza. Przykładem takich mediów może być telewizja czy komiks właśnie. Zgadzasz się z przyporządkowaniem McLuhana?

Jasne, że komiksy wymagają od czytelnika większego zaangażowania do filmów czy telewizji. Ciągle uczę się nowych rzeczy, które mogę zrobić tylko z komiksem, bo w kombinacji z innym medium byłoby to niemożliwe. Często wymaga to sporego wysiłku, gdyż w komiksie trzeba skompresować mnóstwo treści i informacji, które potem czytelnik musi odczytywać. Cała sztuka polega na tym, żeby komiks pełen finezyjnych i skomplikowanych zabiegów formalnych był czytelny.

Jakie komiksy czytałeś w swojej młodości? Myślisz, że świadomie, bądź też nie, wywarły one wpływ na Twoją twórczość? Co jeszcze na nią wypływa – w komiksie, czy w sztuce, literaturze, kulturze popularnej?

Zawsze inspirowała mnie praca współczesnych twórców – Chestera Browna, Julie Douchet, Chrisa Ware`a, braci Hernandez, Ricka Altergotta i innych, a także klasycznych mistrzów od McKaya do Crumba. Zwykle szukam rzeczy, które istnieją, ale nikt ich jeszcze nie nazwał, nie skonkretyzował. I to zwykle jest impulsem do stworzenia takiej rzeczy samodzielnie.

Patrząc na niezwykłą popularność i szacunek, jaki darzony jest „Tintin” w Europie, nie ma właściwie podobnego zjawiska w komiksie amerykańskim. Jak myślisz, dlaczego tak jest? Jaki komiks w kulturze amerykańskiej mógłby osiągnąć podobny, kultowy status, jakim cieszy się „Tintin” właśnie. Niekoniecznie komiks…

Prawdopodobnie „Fistaszki”, które przypominają „Tintina” przynajmniej, jeśli chodzi o stopień popularności i poważanie, jakim cieszy się wśród twórców i czytelników. Ale właściwie to nie wiem, bo miłość europejskich czytelników do „Tintina” zawsze mnie oszałamiała. Bardzo lubię tę pozycję i podziwiam pracę Herge`a, ale nigdy, nie czytając, „Tintina” jako nastolatek i będąc Amerykaninem, nie podzielałem sentymentu do tego komiksu.

Myślę, że spokojnie można powiedzieć, że pewien podział w amerykańskim komiksie lokuje się gdzieś pomiędzy codziennymi, gazetowymi stripami a, powiedzmy, komiksami z „New Yorkera” i pozycjami spod znaku indie i graphic novels.

Nic nie wiem o takiej tendencji – myślę, że z artystami z kręgu „New Yorkera” mam wiele wspólnego, natomiast rysunek satyryczny czy paski komiksowe to dla mnie zupełnie inna planeta – w ogóle nie mam z tym światem styczności.

Czym dla Ciebie różni się tworzenie komiksów od nadzorowania pracy nad filmem i jak to wyglądało w przypadku adaptowania Twoich komiksów, to znaczy „Ghost World” i „Art School Confidential”? Wydaje mi się, że może jest to podobne z tłumaczeniem języków obcych. Jakie elementy komiksu nie da się przełożyć na język filmu i vice versa? Kiedy pracowałeś z Terrym Zwigoffem, w jaki sposób byłeś zaangażowany w pracę z samymi autorami na planie? Jak to jest dla autora i pisarza odpuszczać pewne kwestie podczas pracy nad filmem?

Terry wpuszczał mnie na plan i zachęcał do wyrażania swojej opinii, ale tak naprawdę bardzo rzadko mnie słuchał. Kiedy film był już w fazie montażowej, robiłem już tylko małe sugestie. Film to medium reżyserskie, a plan filmowy to bardzo skomplikowana, wojskowa struktura – musiałem po prostu znać swoje miejsce w tym bałaganie, albo zwyczajnie bym się w nim pogubił.

Herge przechodził okres rozpaczy i lęku, podczas którego dręczyły go powracające koszmary wypełnione bielą – jakiż charakterystyczny sen dla twórcy komiksów! Być może wpłynęły one na jego twórczość – „Tintin w Tybecie” ze swoimi surowymi, górskimi krajobrazami, pełnymi bieli i skromną liczbą bohaterów był swego rodzaju ucieczką. Czy Ty masz takie momenty, kiedy tracisz wiarę w swoją pracę? Jak sobie z nimi radzisz? Co uważasz za swoje największe artystyczne osiągnięcie?

Tracę wiarę we wszystko inne, ale bardzo rzadko w sens mojej pracy. Kiedy zaczyna mnie nudzi, robię wszystko aby uczynić ją znowu interesującą. Staram się nie brać rysowania śmiertelnie poważnie, ale nigdy nie pozostawiam spraw samych sobie, żeby jakoś się ułożyły. Nie oszukuje, kiedy tworzę.

W jaki sposób polityka wywiera, lub nie wywiera, wpływ na Twoją pracę? Czy w ostatnich latach ten wpływ rośnie, czy raczej maleje?

Myślę, że politycy mają wpływ na moją prace teraz, może większy niż wtedy, kiedy byłem młodszy i bardziej dziecinny, ale mam nadzieję, że nie będę się w przyszłości dokładniej i głębiej zajmował problemami tego typu. Bardziej interesuje mnie pokazanie tego, co myślę, co mnie nurtuje, niż ogłaszanie mojego punktu widzenia na świat.

Nad czym teraz pracujesz?

Zajmuje się kilkoma krótkimi historiami na raz. Nie jestem jeszcze pewien, co z nimi zrobić.

#46 - Trans-Atlantyk 02

Pod koniec sierpnia na rynku pojawi się „Jamilti and Other Stories”, zbiór krótkich komiksów Rutu Modan, które powstały przed „Exit Wounds”. Zebrane w tomiku historie były już wcześniej publikowane w różnych antologiach, ale ich nakład został wyczerpany. Zdobywczyni tegorocznego Eisnera przyznaje, że jedna z opowieści („King of the Lilies”) była inspirowana zdjęciem jej babci z młodości w… Polsce.

Źródło - Newsarama

====

Todd McFarlane wraca do gry. Artysta, któremu wyciskanie pieniędzy ze swoich pomysłów szło lepiej niż samo rysowanie, wraca do bohatera, który uczynił go sławnym – „Spawna”. Grafiką ma zająć się Whilce Portacio, a scenariuszem – Brian Holguin. Czym zajmie się Todd? „Wszystkim” odpowiada i dodaje – „Chcę pójść z moim komiksem w nowym kierunku w sferze narracji i oprawy wizualnej.”

McFarlane rusza również z nowym tytułem „Haunt” (z Robertem Kirkmanem, etatowym scenarzystą Image) i weźmie udział w Image United. ma to być wielki projekt, w którym sześciu artystów, którzy zakładali Image (właśnie Todd, Erik Larsen, Rob Liefeld, Marc Silvestri Whilce Portacio i Jim Valentino) połączy swe siły i wróci do swoich „klasycznych bohaterów”. Scenariuszem ma zając się znowu Robert Kirkman, a komiks ma być o tyle nietypową kolaboracją, że prawie wszystkie kadry mają być tworzone równocześnie przez całą szóstkę. Wszyscy biorący udział w przedsięwzięciu są bardzo podekscytowani.

Źródło - Newsarama

====

Stan Lee nie wie, co to emerytura i na starość bierze się za mangę. W sierpniowym „Shonen Jumpie” swoją premierę będzie miał „Ultimo”, owoc kooperacji Stana z mangaką Hiroyuki Takei („Shaman King”). Oczywiście wszyscy są bardzo podekscytowania projektem.

Źródło - Comics Worth Reading

====

Eric Powell świętuje niemal dekadę tworzenia i wydawania „Zbira” (seria debiutowała w marcu 1999 roku). Z tej okazji 2008 rok został ogłoszony przez Dark Horse „Rokiem Zbira” („The Year of The Goon”). Autor przyznaje, że w grudniu rozpoczyna nowy, rewelacyjny story-arc w ramach regularnej serii. Razem z arczem jesteśmy wielkimi fanami „Goona”, więc jesteśmy bardzo podekscytowani. A co robił Powell podczas swojego panelu dotyczącego „Zbira” w San Diego? Opowiadał o 30-metrowym zielonym fiucie Godzilli i porno-komiksie z potworami w roli głównej. Taki tam żartowniś.

Źródło - Comic Book Resources

====

Obowiązkowy news filmowy – Simon Pegg i Nick Frost to duet znany z takich filmów jak „Wysyp Żywych Trupów” czy „Hot Fuzz”. Panowie skończyli właśnie prace nad scenariuszem do ich nowego filmu. „Paul” opowiada o dwójce fanów komiksów, którzy postanawiają udać się do USA, aby na własne oczy zobaczyć międzynarodową stolicę trykociarzy. Jedno jest pewne - będzie śmiesznie.

Źródło - Filmweb

====

Mark Millar („Ultimates”, „Wanted”, „The Authority”) wraca do świata Ultimate, co wydaję się dobrą wróżbą w kontekście mojej poprzedniej notki. Marvel nie zdradził jeszcze, kiedy to nastąpi, choć pewnie dopiero po nadchodzącym „Ultimatum”. Nie wiadomo również jaki tytuł przejmie szkocki scenarzysta i czy będzie sprzątał bałagan po Loebie. Ekscytujące!

Źródło - IGN

====

Dwa linki od Toma Spurgeona i dwa rankingi. Pierwszy to lista dziesięciu największych retconów w historii obrazkowego przemysłu według zawodowego geeka Kirka Warrena. Retcon w komiksiarskim slangu to fundamentalna zmiana w biografii herosa, w historii uniwersum czy serii komiksowej. Polecam również inne „wtorki” Warrena - fajna, nerdowa, zabawa.

Źródło - The Weekly Crisis

Drugi to wyliczanka setki wybitnych „graphic novels”, które trzeba przeczytać. Alan David Doan twierdzie, że Eddie Campbell myli się, twierdząc, że jest tylko kilka takich „powieści graficznych”. Jeśli dobrze policzyłem, 10% komiksów z tej listy już się w Polsce ukazało, bądź sukcesywnie ukazuje, a jedenasty jest w drodze (patrz miejsce pierwsze).

Źródło - Alan David Doane LJ

====

„Asterios Polyp” to tytuł nowego komiksu Davida Mazzucchelliego („Daredevil”, ‘Batman: Year One”), który od pewnego czasu próbuje sił w komiksie niezależnym. Jego nowa praca ma być „wielką amerykańską powieścią graficzną”, opowieścią o architekcie w średnim wieku, który po pożarze swojego mieszkania musi przeprowadzić się z Nowego Jorku do małego miasteczka. Dla mnie mus. Komiks ma mieć 344 strony i ukaże 3 lutego 2009 roku.

Źródło - Random House

poniedziałek, 18 sierpnia 2008

#45 - Marcin Rustecki vs Savage Dragon

Arrggggghhh! W najnowszym KZ znajduje się druga część wywiadu z Marcinem Rusteckim, a w nim o taki kwiatek:
KZ: A "Savage Dragon", autorska seria znanego u nas ze stron "Spider-Mana" i "Punishera" Erica Larsena? (...)
MR: Jak dla mnie Savage Dragon był postacią kretyńską. Zielony facet z gadzim grzebieniem na głowie. Dlatego też odpuściliśmy sobie.
Pierdolisz Pan, Panie Rustecki! Zielony Dragon jest be, a Hulk już niby cacy? Że niby ta płetwa robi taką różnicę? C'mon! Idę o zakład, żeś Pan nawet nie wściubił nosa w jakikolwiek zeszyt tej serii, tylko ocenił 'po okładce'. A mógłby się Pan mocno zdziwić, że ten 'zielony facet' ma całkiem wpytowe przygody, różniące się znacznie (na plus w sensie) od świetnych 'Aktów Zemsty' czy innych podobnych maszkaronów. Puff.

No to odreagowałem. Wybaczcie, ale dobrego imienia Savage Dragona będę bronił do ostatniej kropli.

Swoją drogą 51 numer KZ to całkiem miłe czytadło (oprócz powyższego cytatu wywiad z MR również na mocny plus) tradycyjnie ze sporą ilością recenzji z PL i z zagranicy, oraz felietony różnej maści (z których najbardziej polecałbym ten autorstwa Jarka Obważanka).

A wracając jeszcze do 'zielonego faceta z gadzim grzebieniem na głowie' - ojciec tej kretyńskiej postaci, Erik Larsen, zaprezentował wariantową okładkę do numeru #137. Niby normalna sprawa, ale tutaj widzimy, że kampania prezydencka w US and A wdziera się również do komiksów. Swoją drogą to nie pierwszy kontakt Dragona z polityką - on sam kandydował na prezydenta, a Bushowi sprzedał nawet lewego prostego.

====

Korzystając z okazji - witam na pokładzie Kolca i Roba! Czujcie się jak u siebie!

środa, 13 sierpnia 2008

#44 - Ostateczne porażki

Face the fact – 90% współczesnego komiksu superbohaterskiego to wciąż kupa niemożebna, której nie da się czytać bez nerwowego parskania śmiechem i zgrzytania zębami na przemian. Mam takie wrażenie, że spandeksowy główny nurt nie tyle nie nadąża za awangardą powieści graficznych, co jest jeszcze sporo w tyle za zwykłym mainstreamem. Przez „zwykły” mainstream rozumiem takie serie jak „Usagi”, „Queen & Country” czy choćby „Goon”.

Pozostałe 10% to zgrabnie napisanie historie, które mają przysłowiowe ręce i nogi, które da się przeczytać od początku do końca bez specjalnego uszczerbku na zdrowiu psychicznym. Kilka pozycji spod znaku Ultimate dało się zaliczyć do tej dziesiętnej części całości, żeby wymienić tylko świetnych „The Ultimates” Millara i Hitcha, niezłe „Ultimate Trilogy” Elllisa czy trzymające poziom „Ultimate War”, „Ultimate Six” i momentami „Ultimate X-Men”. Na Spidera jestem już trochę za stary.

Pomysł stworzenia imprintu, w którym różni autorzy mogliby opowiadać fajne historie o superbohaterach wydawał się trafiony. Pomysł, na stworzenie drugiego, konkurencyjnego uniwersum w Marvelu jest całkowicie chybiony i zwyczajnie głupi. Niestety, kilka najnowszych ultimate-tytułów ciąży ku wszystkim przywarom 616, od których, przynajmniej w założeniach, chciano odchodzić. Najlepszym przykładem skretynienia twórców i redaktorów pracujących przy Ultimate-titles jest zapowiedz dwóch annuali (FF i X-Menów), które mają być wstępem do wielkiego cross-overa "Ultimatum", po którym „nic nie będzie już takie same”. Otóż mutanci z przyszłości pojawiają się w teraźniejszy świecie, z zamiarem zabicia członków Fantastycznej Czwórki, aby uniknąć wielkiej katastrofy. I tylko futurystyczna wersja FF jest w stanie powstrzymać mutantów z przyszłości przed zamordowaniem ich praszczurów… Słabo? Czytajcie dalej.

Niestety, redaktorzy i scenarzyści, pracujący nad komiksami spod szyldu Ultimate, stosują zagrywki, które nie bawią czytelników komiksów od dobrych dziesięciu, jak nie dwudziestu lat. Świetnym przykładem niech będzie „Ultimate Origins” (Brian M. Bendis i Butch Guice). Komiks nie służy opowiedzeniu jakieś fajnej historii, tylko rozwijaniu złożoności „ultimate universe”. Swego czasu, na którymś z konwentów zaprezentowano listę 10 najważniejszych faktów, które zostaną ujawnione w mini-serii (reprodukcja gdzieś na dole). No i fantastycznie, jak Marvel zapowiedział, tak Bendis robi, po kolei w swoim komiksie realizuje plan punkt po punkcie. Szkoda tylko, scenarzysta zapomniał, że opowiada pewną historię, a nie tylko ujawnia kolejne fakty, które ukażą się w kolejnym marvelowym handbooku. Bo to właśnie Bendis robi. Wałkuje kolejny raz wątek pochodzenia Wolverine`a, przypomina nam jak to Steve Rogers stał się Kapitanem Ameryką i odświeża relację między Xavierem i Magneto. Bez pomysłu, bez inwencji, skrótowo, nudnie, wtórnie i zupełnie niepotrzebnie – bo to wszystko czytelnik wie lub się domyśla i nie jest mu do niczego potrzebne. No chyba, że kogoś kręci możliwość dowiedzenia się kto był pierwszym mutantem. Mnie z pewnością nie.

Czytając „Ultimate Human” (Warren Ellis i Cary Nord) miałem podobne uczucie, jak podczas lektury „Thor: Vikings” Gartha Ennisa. Mianowicie – ktoś tu leci w kulki i to grubo. Ellis bierze najbardziej przewidwyalne superbohaterski klisze, najbardziej obciachowe motywy rodem z lat sześćdziesiątych i wrzuca to wszystko do komiksu, który miał rozwijać wątki „The Ultimates”, pozycji, która miała się odcinać swoich infantylnych korzeni. Mamy zatem szalonego naukowca (Peter Wisdom aka Leader), który w kolejnych przerażających monologach tłumaczy swoje motywacje i rzuca trochę światła na swoją skomplikowaną osobowość. Jest linowa akcja, jest mnóstwo nic nie wnoszących dialogów, jest ta scena, w której czarny charakter zostawia naszych bohaterów (Hulka i Iron-Mana), żeby zdążyli się wydostać ze śmiertelnej pułapki, nie braknie również przewidywalnego zakończenie, które utrzyma charakterystyczny dla kalesoniarzy status quo – tj. Hulk Hulkiem pozostanie. Mam nieodparte wrażenie, że Ellis zrobił to specjalnie i napisał komiks według przedwojennych recept i wywinął czytelnikom i redaktorom psikusa. Mylę się?

To jednak nic w porównaniu z tym, co wyprawia Jeph Loeb wespół z Joe Madureirą przy flagowej serii imprintu – „The Ultimates”. Myśleliście, że narracja i sposób budowania fabuły w „All Star Batman” jest archaiczny i infantylny, a narracja rwie się i kuleje? To przeczytajcie pierwsze zeszyty Loeba do trzeciej serii Mścicieli XXI wieku. Tam dopiero się dzieje! Postacie pojawiające się znikąd, fabułą zbudowana z pourywanych fragmentów i nikt, chyba nawet sam Loeb, nie wie, o co w tym wszystkim chodzi. Scenarzysta chyba nie zapoznał się pracą Millara i Hitcha, bo zupełnie nie poznałem Hawkeye, Hanka Pyma czy Kapitana Ameryki. Pomijając szereg nieścisłości między seriami typu stroje, wprowadzenie postaci Valkirii, która już w świecie Ultimate funkcjonuje, zmienianie rasy Wasp, która nagle traci swoje azjatyckie rysy – kij z tym, niech chociaż fabułą będzie interesująca, to mu to wybaczę. Zmianę designu z pseudo-realistycznego na typowo superhero też. Madureire, z jego zdeformowanym, tanim i efekciarskim stylem, który do estetyki „Ultimates” zupełnie nie pasuje, też bym przełknął. Ale uważajcie! Loeb opowiada historię buntu robotów i melodramatycznych romansów z nieślubnymi dziećmi pięciokątu Wolverine-Magneto-Magda-Quicksilver-Scarlet Witch w romantycznej prehistorycznej scenerii Dzikiego Lądu. Słabo? Fabuła wije się jak wąż, komplikuje aż do niezrozumienia i rozwija zależności między kolejnymi komiksami, czego tak chciano uniknąć w przypadku segmentu Ultimate. To jest zwyczajna żałość, a co gorsze robi czarny PR tak świetnej serii i całemu imprintowi. Loeb marnuje znakomity potencjał, który miał ten tytuł, który można było jakoś pomysłowo pociągnąć.

Wydaję mi się, że z tytułami linii Ultimate nie będzie już lepiej. Co zdolniejsi twórcy zatrudnieni w Marvelu zauważyli, że dobre historie można opowiadać również w 616, które jest bardziej atrakcyjne, bo cieszy się z reguły lepszym odbiorem, ma więcej czytelników, którzy ekscytują się ich pracą. Ultimate bardzo długo musiało zdobywać uznanie w oczach czytelników i z trudem wyrobiło sobie jakąś markę, która jest szargana przez ostatnie, mierne produkcje. Zapowiedzi "Ultimatum", jak ta, przytoczona wyżej, mrożą mi krew w żyłach i obawiam się zwyczajnej klapy, która kompletnie pogrąży Ultimate, która podzieli los "New Universe" Jima Shootera...

środa, 6 sierpnia 2008

#43 - Trans-Atlantyk 01

Ruszamy dzisiaj z Trans-Atlantykiem, cotygodniową (jak tylko czas pozwoli) porcją newsów zza Oceanu. Serwisy i blogi komisowe zapewniają aż nadto informacji z rodzimego rynku. Polskie strony tematyczne, takie jak Multiverse, Avalon i New Heroes serwują podobną dawkę wieści o kalesoniarzach z zagranicy. My natomiast nie mamy ambicji archiwizować comiesięcznych premier i zapowiedzi. Chcemy wyszukiwać rzeczy ciekawe dla polskiego czytelnika, który interesuje się komiksem zagranicznym. Wszystkiego, co dzieje się w Ameryce ogarnąć nie sposób, pewnie wiele rzeczy z arczem pominiemy, szczególnie, że dla mnie będzie to pierwsze doświadczenie tego typu.

====

Method Man nigdy nie krył swoich komiksowych fascynacji – jest posiadaczem wielkiej kolekcji liczącej około 25 000 tytułów, a w swojej karierze korzystał z marvelowych pseudonimów jak "Ghost Rider" czy "Johnny Blaze". Wychodzi na to, że Clifford Smith to bardzo uzdolniony artysta, któremu muzyka i film nie wystarczają, bo zabrał się za komiks. „Method Man” ma być opowieścią o prywatnym detektywie Peerless Poe, byłym agencie Order of the Secret Method, głęboko religijnej organizacji „murder priests” wywodzącej się od biblijnego Kaina, która chroni naszą cywilizację przed biblijnymi potworami. Brzmi to dość groteskowo, ale mając na uwadze całą mitologię Wu i 36 Chambers nie czuje się zdziwiony. Komiksem, oprócz rapera, zajmą się Sanford Greene i David Atchinson.

Przypisek – Meth to jeden z najbardziej rozpoznawalnych członków Wu-Tang Clanu, legendarnego i kultowego składu, który dokonał w hiphopie przełomu. Udało mu się zrobić chyba największa karierę solową. To drugi człowiek na świecie po Seanie Connerym, któremu seplenienie dodaje uroku i przelicza się na miliony zielonych. Pochodzi ze Staten Island.

Źródło - Comic Book Resources

====

W morzu komentarzy, newsów, relacji i plotek z niedawno zakończonego (26-29 lipiec) konwentu Comic-Con w San Diego) można się utopić. Ja przytoczę tylko jedną anegdotkę i jedną zapowiedz. Swego czasu Daniel Gizicki narzekał, że na emefkowym spotkaniu z młodym, zdolnym i ciekawym twórcą, jakim jest Łukasz Ryłko przychodzi garstka zainteresowanych. Na spotkanie z uznanym, nagradzanym i ciekawym twórcą, jakim jest Guy Delisle przyszło zaledwie 50 osób (Tom Spurgeon dodaje, że to i tak dwa razy tyle, co zwykle pojawia się na takim panelu). Co kraj, to obyczaj?

Źródło - Comics Reporter

====

Darwyn Cooke („The Spirit”, „New Frontier”), jeden z najgorętszych autorów zza Oceanu, który w Polsce poza „Ego” jest właściwie twórcą nieznanym, zapowiedział komiksową adaptację „Parkera”, serii powieści kryminalnych pióra Richarda Starka. Na pierwszy ogień pójdą cztery książki, ich wydawcą ma być IDW Publishing. Data wydania – 2009. Zapowiada się solidna dawka komiksowego kryminału.

Źródło - Newsarama

====

Paul Pope („100%”, „Batman: Year 100”), inny, równie znakomity i nie wydawany w Polsce komiksiarz, zapowiedział na 24 sierpnia twardo okładkową reedycję „Heavy Liquid” (2001, Vertigo), wzbogaconą o 12 stron materiałów dodatkowych i zretuszowaną kolorystyką. Informacja cieszy o tyle, że na Amazonie komiks był „available from these sellers” w całkiem sporych sumkach.

Źródło - Pulp Hope

====

Obowiązkowy news o filmowej adaptacji komiksu - ekranizacja „Strażników” ma szansę przebić w nakręcaniu hype`a tegoroczną kampanię „Mrocznego Rycerza”. Komentarz nieocenionego Toma Spurgeona, odnoszący się nie tylko do samego flimu Snydera.

Źródło - Comics Reporter

====

Na elektronicznych targach E3 włodarze DC i komputerowcy z Sony Online Austin zaprezentowali trailer gry MMORPG „DC Universe Online”. Wszystkich nerdów będę musiał jednak zmartwić. „Podekscytowany pracą nad projektem” Jim Lee (Executive Creative Director) przyznał, że w wirtualnym świecie DC nie będzie możliwości wcielenia się w swojego ulubionego bohatera, będziemy mogli co najwyżej odgrywać rolę sidekicka Bataman lub członka bandy, która organizuje ucieczkę Jokera z Arkham Asylum. Premiera gry, jak głosi plotka, już w okolicach 2009 roku. Dla posiadaczy mocarnych blaszakówi PS3

Źródło - Comic Book Resources

====

Marvel również nie odpuszcza jeśli chodzi o umieszczanie swoich bohaterów w grach. Coraz więcej informacji ukazuje się ostatnio odnośnie kontynuacji świetnej gry "Marvel Ultimate Alliance" (2006). Nowością ma być znacznie bardziej interaktywne środowisko oraz możliwość współpracy poszczególnych bohaterów. Znaczy to tyle, że mając w drużynie np. Hulka i Logana będzie można zrobić komiksowy Fastball Special. Nie podano jeszcze daty premiery, znamy natomiast platformy na których „Marvel Ultimate Alliances 2: Fusion” się ukaże – Xbox360, Wii, DS. i Plejak 3. O wersji na blaszaki czy starszą wersję PS’a cicho.

Źródło - Comic Book Resources

====

Wiadomość ta ma już kilka tygodni, ale warto o niej wspomnieć nawet z takim opóźnieniem. Erik Larsen zrezygnował z szefowania Image Comics, a jego miejsce zajął Eric Stephenson. Twórca Savage Dragona swoją decyzję motywował brakiem czasu dla tworzenia kolejnych odcinków przygód swojego bohatera, oraz innych komiksów, które od jakiegoś czasu krążą mu po głowie. Jego głównym postanowieniem jest powrót do regularnego, comiesięcznego przedstawiania nowych przygód Dragona, a w przyszłości równoległa praca nad kilkoma tytułami w uniwersum Image.

Źródło - Image Comics Blog

====

I na koniec gadżet zza Oceanu. Torba plażowa zaprojektowana przez Adriana Tomine`a (kolejny w Polsce nieznany, a znakomity autor). KG było pierwsze.

Źródło - Strand Books

poniedziałek, 4 sierpnia 2008

#42 - Dlaczego drugie "Na szybko spisane" mogło się nie spodobać?

„Na szybko spisane 1980 – 1990 ” to dla mnie najlepszy komiks ubiegłego roku.

Naturalnym jest, że oczekiwania wobec kontynuacji zdobywcy nagrody publiczności MFK 2007 sięgały sufitu. Byłem prawie pewny, że druga część opowieści o dziecięciu przełomu wieków i przełomu ustrojów w dziwnym kraju zwanym Polską nie będzie takim ciosem w krocze, jakim był pierwszy tom planowanej trylogii. Miałem jednak nadzieję, że Michałowi Śledzińskiemu uda się utrzymać poziom, że znowu pokaże się jako komiksiarz z najwyższej półki.

I właściwie się nie pomyliłem, bo formalnie „1990-2000” to nadal obrazkowa ekstraklasa. Swobodna, bardzo ekspresywna estetyka, doskonale pasująca do „szybko spisanej” opowieści, wciąż porywa, a Śledziu ponownie udowadnia, że świetnie posługuje się komiksowym esperanto. Gdybym był poważnym komiksologiem to cmokałbym nad wyrafinowaną narracją, spójnością ikoniczną słowa i obrazu osiągniętą najprostszymi środkami, celnością i pomysłowością w uchwyceniu obyczajowości i realiów Polski w momencie kapitalistycznego przełomu etc., etc. Trochę głupio pisać, wszak jestem od Śledzia sporo młodszy, ale pamiętam go z „młodzieńczych”, mniej lub bardziej udanych, poszukiwań własnego stylu z okresu produktywnego, kiedy nie bardzo wiedział, w którą stronę iść. Teraz ojciec „Osiedla Swoboda” to prawdziwy weteran ołówka, który po zarysowaniu ton papieru i wypisaniu setek japońskich cienkopisów (tych szpanerskich rzecz jasna), wie już, w którą stronę chce iść.

Dlaczego zatem drugi epizod „Na szybko spisane” może się nie podobać i dlaczego wielu (w tym i ja, po części) czytelników poczuło się rozczarowanych?

Śledziu potrafił znakomicie przywołać, niekoniecznie idylliczne, obrazki z dzieciństwa, uderzyć w sentymentalną nutę, sprawić, że czytelnik poczuł pokoleniowe, a może i osobiste pokrewieństwo z bezimiennym bohaterem swojego komiksu. Forma krótkich, niedopowiedzianych epizodów, a wręcz obrazków doskonale tu pasowała – wszak z dzieciństwa pamiętamy jakieś krótkie epizody, najczęściej pewne uogólnienia, często zamglone. A wiele trudniej pisać jest o doświadczeniach przeciętnego nastolatka. Te, z reguły pamiętamy lepiej, są nam bliższe, kształtowały naszą osobowość w większym stopniu. Są bardziej zniuansowane i ambiwalentne. Siłą rzeczy jest ich również więcej – to okres pierwszych miłości, pierwszych pasji, porażek, decyzji. To szkolne korytarze, imprezy, ławki pod blokiem, stos książek, alkohol, pocałunki, pryszcze i jeszcze, jeszcze więcej złożonych spraw. Mr. Herring zużył na nie więcej stron, przyjrzał im się bliżej i trudno było mu je wszystkie zmieścić w albumie, w którym mieściło się dzieciństwo. Czuję, że autor musiał wybierać, o czym opowiedzieć, a co przemilczeć. Ja tymczasem straciłem tą duchową więź z tamtym okularnikiem, kumplem z podstawówki i piaskownicy, nasze drogi w liceum się jakoś rozeszły. On wybrał swój hermetyczny świat amigowej sceny, odcięcia się od rodzinnych kłopotów i zajęcia umysłu pracą.

Poważnym zarzutem jest gwałtowne przejście od maleńkości do prawie dorosłości, które trafnie zauważył Karol Konwerski. Miałem bardzo podobne wrażenie. Początek albumu to jesień niewinności i nagle bach, już pierwsza impreza, pierwsza laska. Zbyt szybko, za mało papieru, niedokładnie.

Śledziowi w pierwszym albumie wyszło coś, czego chyba nie planował – w wywiadzie dla Below Radars podkreślał, że chce napisać i narysować coś w rodzaju swojej alternatywnej biografii. Chciał opowiedzieć najsłabsze akcje ze swojego życia i spiąć je fikcyjną klamrą. Chciał stworzyć opowieść zupełnie nie o sobie wykorzystując jednak bez żenady materiał ze swojego życia. Wyszedł mu (chyba całkiem przypadkowo, choć mogę się mylić) obraz pewnego pokolenia, dzisiejszych trzydziestolatków, rówieśników Śledzia, które swoją drogą nie doczekało się jeszcze literackiej monografii i pewnie się już nie doczeka. Także pod tym kątem napaliłem się na kontynuację i czuję, że Mr. Herring również odczuwał to ciśnienie i trochę wbrew takim właśnie oczekiwaniem uniwersalnej historii wysmażył coś hermetycznego, coś, z czym niewiele osób będzie się w stanie się identyfikować. Jego niezbywalne, autorskie prawo.

Po lekturze moje krocze pozostało w stanie nienaruszonym. Co nie znaczy, że „Na szybko spisane 1990-2000” jest komiksem złym. Wręcz przeciwnie – to nadal jest komiks świetny, który jednak nie wytrzymuje porównania z pierwszą, genialną, częścią. A i tak pewnie to, co tutaj napisałem za jakiś, po premierze ostatniej części trylogii, będę musiał odwołać, moje tezy będą mocno przeterminowane, bo okaże się, że Śledziu sobie wszystko pięknie rozplanował i wszystkie trzy części złoża się w znakomita, spójną i dopracowaną całość.


sobota, 2 sierpnia 2008

#41 - Wywiad: Rafał Palacz / Multiversum

Pora na pierwszy tutaj wywiad.
Rafała z Multiversum pewnie większość kojarzy, zresztą równie spora grupa to czytających pewnie się u niego zaopatrywała w komiksy nie raz i nie dwa. Właściciel Multiversum miesiąc w miesiąc uszczęśliwia swoich klientów paczkami z nowościami z USA i już na stałe wpisał się w nasz piękny i cudowny komiksowy krajobraz. Pora więc na kilka pytań do Rafała, zarówno tych ‘sklepowych’ jak i bardziej prywatnych. Endżoj.
(Chino, dzięki za korektę!)
====

Witaj! Na początek tradycyjnie - jak rozpoczęła się Twoja przygoda z komiksem?

Początki z komiksem to już etap przedszkola, od razu poszło z grubej rury i wciągałem Thorgale (cholerne Alinoe po nocach mi się śniło koszmarzysko jedno), Yansa, komiksy drukowane w Fantastyce i dla równowagi Kajko i Kokosze, Tytusy, Romki i Atomki i cała plejada innych komiksowych bohaterów. Później pojawiły się komiksowe przygody Transformers no i na tym etapie to już było po mnie, reszta przyszła sobie już z czasem własnym torem.


Co Cię skłoniło do założenia sklepu z komiksami z USA?


Problemy ze zdobyciem komiksów które chciałbym mieć w swojej własnej kolekcji - taki urok naszego kraju. Kiedy ten problem został rozwiązany, stwierdziłem że można rozwinąć ten temat do skali obejmującej możliwość uzupełniania kolekcji fanom amerykańskich komiksów w całym kraju.

Działasz już od dobrych kilku lat, więc co w ciągu tego czasu Cię najbardziej zaskoczyło?

Zdecydowanie to ile czasu trzeba poświęcić, żeby prowadzić tego rodzaju działalność, pocieszanie się że w końcu wszystko się ładnie usystematyzuje i czasu wolnego będzie więcej - ale co tam, marzenia są za darmo.

Każdego miesiąca ilość komiksów dostępnych bezpośrednio w sklepie powiększa się o kilkaset tytułów. Które z nich były pewniakami a okazały się wielkim niewypałem? I w drugą stronę - coś co sprowadziłeś na próbę a okazało się strzałem w dziesiątkę?

Takich tytułów jest pełno. Z bardziej świeżych zagadnień wymieniłbym Ultimates 3 jako niewypał, Jeph Loeb zrujnował dorobek lat pracy Millara i Hitcha. Gdyby ta seria nazywała się inaczej to może nie byłoby takiego szoku, a tak w starciu z legendarnym już cyklem jest to szok wręcz termiczny. Ogromnym pozytywnym zaskoczeniem z kolei jest Thunderbolts po przejęciu tej serii przez Warrena Ellisa. Nietypowa kadra "bohaterów" tej serii i fabuła utkana złotymi wręcz nićmi robią swoje. Seria ta znalazła u mnie w sklepie zdecydowanie więcej nabywców niż się spodziewałem, zarówno w edycjach zeszytowych jak i wydaniach zbiorczych.

Prowadzenie tego typu sklepu to masa roboty (co widać chociażby po poczto odpornym pakowaniu przesyłek), więc moje kolejne pytanie jest takie - działasz sam czy masz swoich "cichych wspólników"?

Jestem robotem uniwersalnym od sprzątania, pakowania, noszenia i stu tysięcy innych czynności które trzeba wykonywać. Przy dalszym rozwoju firmy zapewne pojawi się jako obowiązkowa opcja zatrudnienia pracownika, ale na razie daję jeszcze radę działać o własnych siłach.

Kto stanowi dla Ciebie największą konkurencję, jeśli chodzi o komiksowy rynek w naszym kraju?

Każdy sklep zajmujący się sprzedażą amerykańskich komiksów w Polsce stanowi z definicji konkurencję. Nie analizowałem nigdy kto robi mi konkurencję większą a kto mniejszą, robię swoje najlepiej jak potrafię i cieszę się z rezultatów jakie osiągam.
Jeżeli właściciele innych sklepów również cieszą się z osiąganych rezultatów, to znaczy że wszystko jest OK i rynek komiksowy w naszym kraju (zarówno komiksów polskich jak i zagranicznych) sprawnie funkcjonuje.

Komiksy wysyłasz przy pomocy Poczty Polskiej, która (raczej zasłużenie) ma spore grono hejterów. Ostatnio wprowadziłeś możliwość ubezpieczenia przesyłek - związane jest to z jakimiś niemiłymi przypadkami, czy wprowadziłeś tę opcję na ewentualny wypadek?

Ubezpieczenie przesyłek jest naturalnym rozwinięciem oferty transportowej skierowanej do klientów, otwarta była kwestia odpowiedniego zaimplementowania tej usługi do systemu sklepu - teraz takie rozwiązanie funkcjonuje i jest dosyć często stosowane przez kupujących.
Liczbę reklamacji które składałem w imieniu klientów na poczcie w ostatnich dwóch latach można policzyć na palcach jednej ręki. Na te ilości przesyłek które były w tym czasie nadane to ilość mikroskopijna.

Czy masz w planach możliwość dostarczania przesyłek drogą kurierską, bądź też innymi drogami?

Zmiana dostawcy przesyłek na pewno nie nastąpi w najbliższym czasie. Usługi kurierskie są zbyt drogie natomiast In-Post nie można traktować jako sensownej alternatywy, mają za mały zasięg działania.

Pewnym rozwiązaniem mogą być In-Postowe paczkomaty, ale wydaje się to melodią przyszłości.
Wracając do Twojego sklepu - jakiś czas temu poszerzyłeś ofertę sklepu o figurki z serii Marvel Figurine Collection. Zamierzasz pójść w stronę rzeczy około komiksowych, czy nie ma jeszcze popytu na tego typu gadżety?

Marvel Figurine Collection zbieram sam, więc pojawiły się w sklepie w dosyć naturalny sposób. Rozwijanie się w zakresie produktów około komiksowych jest przedsięwzięciem kosztownym, w najbliższym czasie nie nastąpi rozwój w temacie produktów około komiksowych (przynajmniej w zakresie produktów dostępnych na miejscu, na zamówienie te setki czy tysiące figurek, statuetek czy innych produktów są na bieżąco importowane dla zainteresowanych klientów).

Jak wygląda sprawa z obecnością Multiversum na komiksowych festiwalach? Byłeś na MFK 2006 i WSK 2007 i z tego co mówiłeś to obie te imprezy były dla Ciebie sukcesem. Natomiast kolejne edycje obu tych imprez odpuściłeś, a w pofestiwalowych komentarzach pojawiały się głosy, że brakowało konkretnego stoiska z komiksami z USA. Na MFK 2008 ponownie zagościsz, czy odpuszczasz już tego typu spędy?

Wymienione imprezy były bardzo fajne, męczące organizacyjno-logistycznie ale udane.
Nieobecność na MFK 2007 i WSK 2008 wynikała akurat z kwestii związanych ze sprawami osobistymi, jednak po wypadnięciu z takiego imprezowego rytmu trzeba dać samemu sobie mocnego kopa żeby się w ten rytm znowu wprawić.
Kwestia MFK 2008 pozostaje na razie nierozstrzygnięta, akurat w stosunku do tej imprezy z edycji 2006 wyniosłem jedno ogromne negatywne odczucie - układ stolików w sali giełdowej stworzony został w sposób idiotyczny i miałem nieszczęście natrafienia na najbardziej debilny element tej stolikowej psychoukładanki ze swoim stanowiskiem :)
Udział w przyszłych edycjach którejkolwiek z tych imprez wiąże się dosyć sporym zapleczem osobowo-transportowym niezbędnym do zaoferowania nawet części tego, co posiadam w regularnej ofercie.
Podsumowując - czas pokaże, obecności nie wykluczam, ale nie jestem jej także w stanie potwierdzić.

Jak sam mówisz – czas pokaże. Teraz trochę o naszym komiksowym rynku, który jest jaki jest - twórcy często narzekają, że z samego komiksu wyżyć się nie da, a wydawcy pokroju Kultury Gniewu robią to co robią po godzinach, poświęcając swój prywatny czas. A jak jest ze sprzedażą komiksów? Da się z tego wyżyć, czy jest to również dla Ciebie jedynie dodatkowe zajęcie realizowane ‘po godzinach’?

Myślę, że z każdego rodzaju działalności handlowej, jeżeli poświęci się na to sporo czasu i nie przejada się z marszu zarobionych pieniędzy tylko inwestuje się dalej w rozwój firmy, da się wyżyć. Branża komiksowa nie różni się pod tym względem niczym od jakiejkolwiek innej branży.
Moim dodatkowym zajęciem jest odpoczynek, ale poświęcam na nie bardzo mało czasu.


Interesuje Cię to co dzieje się na naszym rynku? Kupujesz pozycje rodzimych wydawców, czy ograniczasz się do tego co stanowi ofertę Twojego sklepu?

Nie mam rozeznania w polskim rynku wydawniczym.
Trzymając w głowie setki terminów wydawniczych różnych komiksów amerykańskich, którymi się zajmuję nie dokładam sobie do zwojów mózgowych informacji na temat tego co się dzieje na naszym podwórku. Sytuacja ta ulegnie zmianie jeżeli zdecyduję się rozszerzyć ofertę na komiksy oferowane przez polskich wydawców, ale to jest na razie ulotna myśl, która może z czasem uformuje się w osobny dział w moim sklepie.
Zakupowo ograniczam się do tego co sprowadzam z USA. A i tak mam zaległości w lekturze takie, że nie starczy mi czasu na emeryturze żeby wszystko przeczytać.

Od jakiegoś czasu pojawiają się głosy o dużej różnicy pomiędzy kursem dolara, a przelicznikiem stosowanym przy cenach w Multiversum. Więc może w kwestii ostatecznego wyjaśnienia - skąd ta różnica?

Pewnie głosy te dotyczą tego, dlaczego ceny w Multiversum są znacznie niższe niż w innych sklepach w Polsce sprowadzających komiksy z USA.
Poniższa odpowiedź jest jak myślę uniwersalna i może dotyczyć dowolnego sklepu z tej branży, podaję ją jednak konkretnie w kontekście Multiversum.
Kurs dolara jest tylko jednym z czynników ceny produktu, tak więc ma on tylko częściowy wpływ na cenę produktu. Produkty sprzedaję w złotówkach, nie w dolarach, taka waluta obowiązuje w naszym kraju dopóki nie nastąpi zmiana na euro.
Cena produktu musi więc obejmować wszystkie niezbędne wydatki ponoszone zarówno w naszej walucie jak i w dolarach (podatki, VAT, ZUS, rachunki, koszt zakupu towaru, koszt szybkiego lotniczego transportu towaru do Polski, koszty odprawy celnej i inne koszty prowadzenia działalności). Jeżeli ktoś czyta codzienną prasę lub newsy na portalach internetowych to wie, że poza tym jednym czynnikiem (kurs dolara) cała reszta idzie w górę lub stoi w miejscu, w przeważającej większości idzie w górę i to w ostatnim czasie dosyć ostro (cena ropy naftowej przekładająca się na ciągle rosnące koszty transportu lotniczego jest najlepszym przykładem).

Jeszcze o samym Multiversum - można się spodziewać w najbliższym czesie rozszerzenia Twojej działalności na komiksy archiwalne (sprzed kilku-, kilkunastu-, kilkudziesięciu lat)?

Za kilkanaście lat będę posiadał w sprzedaży na pewno jakieś komiksy archiwalne, które obecnie są nowościami. Uruchomienia działu sprzedaży archiwalnych komiksów nie mam w planach, to zagadnienie tak absorbujące czasowo że mógłby powstać osobny sklep komiksowy zajmujący się tylko i wyłącznie tym zagadnieniem.
Kto wie, może kiedyś powstanie w Polsce sklep z prawdziwego zdarzenia zajmujący się właśnie takimi wydaniami.

Teraz trochę o Twoich preferencjach komiksowych - ulubione wydawnictwo?

Zdecydowanie Marvel, ich oferta jest na bardzo wysokim poziomie, w każdym miesiącu można bez problemu znaleźć mnóstwo zeszytów lub wydań zbiorczych z różnych gatunków. Jeżeli uruchomią jeszcze kiedyś linię komiksów odpowiadającą ofercie Vertigo, zyskają wielu nowych czytelników.

Tytuł?
Ulubiony tytuł z bieżących to Secret Invasion i jego tie-in`y, które trzymają bardzo wysoki poziom. Ze starszych pozycji gdybym miał pożyczyć komuś do przeczytania jedną serię, pożyczyłbym Ultimates Millara i Hitcha.

Autor?

Jeżeli jakiś komiks jest napisany przez Eda Brubakera, Marka Millara, Granta Morrisona, Briana Michaela Bendisa, Briana K. Vaughana, Jossa Whedona lub Warrena Ellisa, to ma ogromne szanse że znajdę na niego wcześniej czy później czas.
Jeżeli chodzi o rysowników, cenię sobie twórczość Bryana Hitcha, Dona Figueroy (Transformers), Steve`a McNivena i Davida Fincha. Jest wielu innych artystów których prace mi się podobają, ale ci w rankingu stoją najwyżej.

Bohater?

Z komiksowych bohaterów mam ogromny sentyment do Thorgala, Wolverine`a, Magneto i Starscreama (ponownie Transformers). Trylion innych postaci komiksowych z góry przepraszam za nie wymienienie :)

Secret Invasion czy Final Crisis?

Secret Invasion. Mimo że lubię twórczość Granta Morrisona, to uniwersum DC nie przemawia do mnie w takim stopniu jak uniwersum Marvela.
Odnoszę wrażenie, że Dom Pomysłów znalazł już swój nowy styl narracyjny zarówno dla dużych historii jak i tych mniejszych, natomiast DC Comics jeszcze szuka odpowiedniego dla siebie, nowego nurtu.

A nie uważasz, że przydałby się rok przerwy od wielkich wydarzeń i crossów po których ‘uniwersum Marvela już nigdy nie będzie takie samo'? Było Avengers Disassembled (2004), House of M (2005), Civil War (2006-07), World War Hulk (2007), czy nieco poboczne Messiah Complex i Annihillation. Teraz mamy Secret Invasion, a wiadomo już ze na następny rok jest szykowane kolejne wielkie wydarzenie. Nie za dużo tego dla przeciętnego czytelnika?

Pomijając marketingowy slogan o tym, że ‘uniwersum Marvela już nigdy nie będzie takie samo’ i inne tego typu zawijacze makaronu na uszy nie mam wątpliwości, że historie dużego kalibru powinny przewijać się regularnie przez komiksy Marvela.
Jako czytelnik oczekuję, że podobnie jak jeden z moich ulubionych seriali Lost, tak i komiksy które czytam będą regularnie mnie zaskakiwały, podkręcając systematycznie śrubę w zakresie intensywności i skali wydarzeń.
Zdecydowanie lepsze jest narzekanie na nadmiar wydarzeń niż na ich brak.

W co byś polecał zaopatrzyć się w ciągu najbliższych miesięcy? Które serie / wydarzenia będą w czołówkach komiksowych list przebojów 2008 roku?

Na pewno w dużą ilość pieniędzy na komiksowe zakupy.
Rok 2008 będzie należał do komiksowych adaptacji powieści Stephena Kinga, wydarzeń które nastąpią w konsekwencji Secret Invasion w uniwersum Marvela, warto również mieć oko na to co Grant Morrison robi z Batmanem w historii RIP.

To teraz takie sztampowe pytanie – wiesz, że wylądujesz na bezludnej wyspie i możesz wziąć jeden jedyny komiks..

Wydaje mi się, że na bezludnej wyspie miałbym większe dylematy niż wybór jednego komiksu do czytania :) Jeżeli jednak w plecaku mógłby znaleźć się tylko jeden komiks, to byłby to jakiś omnibus z Marvela, najpewniej nadchodzący Punisher by Garth Ennis Omnibus HC. Blisko 1200 stron zapewniłoby mi sporo świetnej lektury a przy okazji takim klamotem to można niejedno dzikie zwierzę na bezludnej wyspie ukatrupić.

W wywiadzie dla wptv mówiłeś m.in. o komiksie, którego zdobycie spędzało Ci sen z powiek. Co to za cudo i jak w końcu trafiło w Twoje ręce?

Nie mógł to być komiks inny niż totalnie ultra mega limitowany wariant z Transformers (seria War Within), z epoki śp. wydawnictwa Dreamwave. Wariant ten udało mi się namierzyć przy pomocy jednego ze sprzedawców komiksów w USA. Namierzył, zdobył i w końcu kolekcja była uzupełniona.

Na koniec wróćmy do Twojej działalności – na jakie promocje mogą liczyć klienci Multiversum w najbliższych miesiącach?

W ostatnim czasie promocji był wręcz przesyt, więc teraz będzie spokojniej.
Na chwilę obecną klienci coraz efektywniej wykorzystują wprowadzony niedawno system rabatowy, dzięki któremu każdy może zrobić sobie mniejszą lub większą promocję własnymi siłami.
Tradycyjnie za kilka miesięcy będzie przedświąteczna promocja organizowana przez mojego dystrybutora. Możliwe że w drugiej połowie sierpnia lub we wrześniu będzie miała miejsce jakaś sympatyczna promocja, ale na zdradzanie szczegółów jest zdecydowanie za wcześnie, lubię robić swoim klientom niespodzianki.

Niech będzie więc to niespodzianka. Dzięki wielkie za rozmowę!

#40 - Powrót

Witaj ponownie blogspocie.
Z bilołradarowego bloga przeniosłem wszystkie notki, więc wszystko jest, chronologia zachowana, ucierpiały jedynie komentarze. Zmiana również w nazwie, wyglądzie i składzie. Podążając za najnowszymi światowymi trendami autorów będzie dwóch, co powinno zapewnić częstsze aktualizacje, bo ostatnio nie było z tym za ciekawie. Julek przedstawi się w stosownej chwili.
Tak więc założenia są następujące - częściej, ciekawiej i z cyklicznymi rubrykami. Programowo też będziemy dążyć do zmian, bo nie ma też co brać się za pisanie o komiksach wydanych w naszym kraju, kiedy w dniu premiery pojawiają się w komiksowej blogosferze pierwsze notki i recenzje. Nie ma co się powtarzać - chyba, że przy czymś naprawdę kozackim.
Ze swojej strony dodam jeszcze, że będzie częściej o tym co dzieje się w kraju Obamy, czyli więcej kalesoniarzy w dobrym stylu.

I tak. Założenia założeniami, a jak wyjdzie - czas pokaże. Mam nadzieję, że będzie się podobać!
*pow*

piątek, 11 lipca 2008

# 39 - Fuck You Wesley Gibson!

'Wanted' Millara i J.G.Jonesa to dla mnie komiks doskonały. Ot tak, po prostu, kawał świetnej rozrywki, scenara, dialogów itp. Więc słysząc o ekranizacji miałem pełne gacie obaw. No bo jak to wszystko przenieść na ekran? Fuckwita? Shit-Heada? Dziesiątki innych postaci? Niemożliwe. I jak się okazuje twórcy odpuścili sobie tę całą otoczkę z superbohaterami, z tymi nie-tak-bardzo-bohaterami a spandeksy zostawili w szafach. Więc ile w 'Wanted' jest 'Wanted'?
The Gang's All Here... NOT!
Okazuje się jednak, że film jest bardziej Wantedowaty niż komiks. A przynajmniej w samych założeniach. Bo jak przyznał później Millar - komiks od początku miał być pozbawiony superbohaterów, kostiumów i tym podobnych akcesoriów znanych z amerykańskiego mejnstrimu. Ok, niech będzie, chociaż mimo tego po prostu nie trafiał do mnie produkt pod tytułem 'Wanted: The Movie'. Dziwiłem się też, czemu np. do głównej roli nie zatrudniono Eminema, skoro to na nim wzorował się J.G.Jones rysując kolejne stronice komiksu? Czemu Fox jest biała i czemu gra ją Angelina? Jeśli już zatrudniać gwiazdę to lepiej pasowałaby chyba - porównując do pierwowzoru komiksowego - Halle Berry? Bla, bla, bla, takie rozterki fana komiksowej wersji, który do filmu nastawiony był sceptycznie.

Jak się okazało zupełnie nie potrzebne, bo film jest ŚWIETNY. Od początku do końca (no prawie). Cały motyw przewodni 'od zera do superbohatera' został. Żałosny Wesley, którego wszyscy walą w pupala, też. Dalej jest już jednak inaczej, fabuła rozmija się z tą komiksową znacząco, co nie znaczy jednak, że jest gorzej. Ot, podobna baza wyjściowa, ale dalej już inaczej pociągnięta (jednak z nawiązaniami do pierwowzoru). Akcja nie zwalnia tempa od samego początku, znaczy się od sceny na entym piętrze wieżowca, gdzie kilka nieźle nakręconych headshotów wywołuje uśmiech na twarzy i wiadomo, że będzie dobrze. Później oczywiście są pościgi samochodowe, szczelaniny, walki na noże, krew, flaki, przemoc, Angelina pokazuje dupę (a może dublerka to jakaś?). I jak to we współczesnym kinie akcji bywa, muszą być jakieś niezłe triki, żeby pokazać je chociażby na trailerach i żeby taki widz powiedział 'wwwoooooowwww'. Tutaj takim czymś jest podkręcanie naboi z pistoletów (sfilmowane oczywiście tak jakby kamera goniła kulę), czy też trafianie dwóch pocisków w siebie. Ot, takie wymagania kina, ma być kolorowe i przegięte do granic możliwości. No i slow motion! Tego nie może zabraknąć!
Oprócz akcji jest również sporo humoru, a całość podana jest bez nadęcia i zbędnej powagi. Ma być rozrywka i jest. Do lepszych momentów (oprócz tych wszystkich pościgów i strzelanin) należy świetna scena w biurowcu, kiedy Wesley Gibson pęka i wyrzuca z siebie to co zawsze chciał powiedzieć. Wtedy to, pada 'fuck you' o którym Millar na początku roku mówił, że jest to najlepiej sfilmowane 'fuck you' w historii kina. Szczerze powiedziawszy ciężko się nie zgodzić, szczególnie, że innych spektakularnych faków nie pamiętam.

Pojawiają się też mrugnięcia okiem do widzów znających komiks, jak chociażby imię jednej z pierwszych ofiar Crossa - niejaki Rictus - który w pierwowzorze był głównym przeciwnikiem Wesleya. I jeśli dobrze widziałem to w finałowej scenie, przy boxie Gibsona jest tabliczka z imieniem 'J.G.Millar'. Taki żarcik.

Tak więc, początkowe obawy co do zmian w scenariuszu i obsady były zupełnie niepotrzebne. Fabuła się sprawdziła, podobnie jak Pani Jolie i chłopaczkowaty McAvoy (chociaż mógł ściąć te włosy, żeby dobitnie pokazać jaki z niego teraz maderfaker). Jedyna rzecz, którą mogli pociągnąć lepiej to końcowy dialog głównego bohatera, który w komiksie (dwie ostatnie strony) był kopem w twarz dla czytelnika, a w filmie zostało z niego jedno zdanie, powiedziane w tak nieprzekonujący sposób, że aż śmieszne. No ale nic nie może być doskonałe jak widać.

Jednym słowem - polecam!
- - -

Tak z innej beczki, to jeszcze jedna rzecz przychodzi mi do głowy - postery filmowe użyte do promocji. Zeszytowe wydania 'Wanted' miały charakterystyczne okładki, stylizowane na plakaty z poszukiwanymi przestępcami - na górze prostą czcionką tytuł, na środku zdjęcie jednego z bohaterów komiksu, a na dole nazwiska twórców. I tak też sobie wyobrażałem plakaty, bo wydawało mi się oczywiste, że w takiej formie będą po prostu przyciągać uwagę. Ale nie, lepiej było dać Angelinę z gnatem. Pffffff, mówi się trudno.

A jeśli jeszcze o sam komiks chodzi - dotychczas ukazał się w wersji zeszytowej (6-częściowa mini-seria) + dodruk oznaczony jako 'Death Row Edition' posiadający krwawe wersje okładek i materiał dodatkowy w postaci szkiców i komentarzy. Bonusowo wyszło coś takiego jak 'Wanted: Dossier' z charakterystykami bohaterów, grafikami artystów takich jak Chris Bachalo, Bill Sienkiewicz czy nawet B.M.Bendis (!) i materiałem podobnym jak w dodrukach zeszytów. Całość zebrana została oczywiście w trejda (zawierającego wszelkie materiały dodatkowe, które stanowią jego sporą część) oraz wersję twardokładkową. Przy okazji filmu wyszła tradycyjnie reedycja w HC oznaczona jako 'Wanted: Assasin's Edition' o której parę słów napisał u siebie Kamil Śmiałkowski. O tym, żeby miało to wyjść u nas w kraju nie słyszałem.

Cała historia zamyka się w tych sześciu numerach mini-serii, jednak dwa lata temu głowni bohaterowie zaliczyli mały skok w bok i wylądowali w dwóch numerach Savage Dragona (#127 - tutaj na ostatniej stronie tylko i w numerze kolejnym już jako właściwa historia). Intryga ogólnie rzecz biorąc lekko naciągana i ciężko mi uwierzyć, że powstała po coś więcej niż podbudowanie słabej kondycji komiksu Larsena. Jedyne co dobre z tego wyszło to świetna okładka J.G.Jonesa, wpisująca się w standardy tego co pokazywał przy okazji mini (do zobaczenia po lewej stronie, a w większej rozdziałce tutaj). A dotychczasowy sukces filmowy sprawił, że coraz głośniej przebąkuje się o kontynuacji zarówno komiksowej jak i tej wielkoekranowej..

*pow*

wtorek, 8 lipca 2008

# 38 - Hulk Smash Puny Blog

Czas na parę informacji ze świata:
* Hero Initiative to fundacja, która zrzesza twórców komiksowych i dla nich też działa. To znaczy dla tych starszych i schorowanych. W ubiegłym roku całkiem głośna była ich akcja stu okładek z okazji setnego numeru komiksu 'Ultimate Spider Man', które sprzedawane były na różnego rodzaju aukcjach dobroczynnych czy konwentach komiksowych. Tym razem na stu okładkach zagościł inny superhero - Hulk. Serwis Comic Book Resources zaprezentował całą setkę w trzech odsłonach. Niektórzy twórcy biorący w tym udział to: Chris Bachalo, Sal Buscema, John Romita Sr., Stan Sakai czy też John Cassaday. Ciekawostką jest okładka Guillermo DelToro - reżysera chociażby 'Hellboya'. A mnie najbardziej urzekła ta autorstwa Billa Morissona.

* Śledziu najwidoczniej chce podbić blogosferę, a przynajmniej mieć w niej znaczący udział. Do ogólno Śledziowego i tego z misiami dołączyły ostatnio tematyczne:
- trylogia 'Na Szybko Spisane'
- '8bit' (z Play PC)
- 'Fido i Mel'
- oraz Martwe Serie, czyli 'Gnap', 'Zefir' i parę innych
A w przygotowaniu jeszcze dwa - o 'Osiedlu Swoboda' i 'Produkcie'. Słabo? Tak swoją drogą zacna to inicjatywa, sporo informacji a i ładnie to też wygląda.

* Egmont przesunął 'Hard Boiled' Millera i Darrowa na październik. Szkoda, było blisko. Nagrodą pocieszenia może być jednak nadplanowy Miszcz Komiksu w postaci 'Arzacha' Moebiusa, który również pojawi się w tym samym miesiącu. To tak m.in. w ramach promocji i przyjazdu autora na październikową imprezę (czy Moebius narysuje Batmana muzykanta?). Będzie tłusto na emefce, oj będzie.

* Dalej Egmont - pojawiła się lista komiksów na miesiące lipiec - wrzesień. Widać po nich, że mamy wakacje..

* W ramach odmóżdżenia zaserwowaliśmy sobie z kokiem 'Boy Eats Girl' - irlandzki młodzieżowy horror komediowy o zombich (uff.), gdzie jedną z głównych ról gra Samantha Mumba. A skoro młodzieżowa to komedia to są kwaśne dowcipy z podtekstem, wielka miłość i tym podobne. Twórcy zgrabnie omijają dłużyzny w scenariuszu i oszczędzają nam efektów specjalnych. To drugie chyba jednak z powodu niewielkiego budżetu, który w większości poszedł na finałową scenę, gdzie krew i flaki grają główną rolę. Tak swoją drogą ładnie to nawiązuje do finału kultowej 'Martwicy Mózgu'. Tylko kosiarka jakby większa..
Od czasu do czasu zerkniemy też na serial 'Bones'. Jednak słabe to to, dialogi kiepściutkie a postacie szablonowe, że o matko.. No ale mamy wakacje, a Losty, Earl i Pitbull się pokończyły..
*pow*