Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tradd Moore. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tradd Moore. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 września 2013

#1367 - The Strange Talent of Luthor Strode

Od zera do bohatera, a potem na samo dno dzięki cudotwórczemu poradnikowi „Metoda Herkulesa”! W latach 90-tych, zarówno w Polsce jak i USA, w zeszytówkach normą było publikowanie wszelkiej maści reklam, począwszy od morskich małpek, poprzez latające spodki, a na poradnikach sztuk walki i suplementach diety kończąc. Nierzadko stanowiły one dodatkową treść (oczywiście w oderwaniu od treści komiksu), przyjmowały formę mini-komiksów, foto-story czy komiksowych dymków. 

Były one nieodłącznym elementem, który przez wiele lat utrwalał się w pamięci i niszczył psychiki ówczesnych dzieciaków. Jedną z takich ofiar był scenarzysta Justin Jordan. Zafascynowały go kulturystyczne kursy Charlesa Atlasa (bez większego trudu można je znaleźć w Internecie), opowiadające o tym jak bezlitośnie gnębiony kujon zamawia poradnik, po czym natychmiast przybywa mu mięśni, mści się na oprawcy i odbija jego dziewczynę. Jordan postanowił zadać sobie pytanie: co by było gdyby ten kurs faktycznie przynosił prawdziwe efekty? Gdyby chuderlawy nerd w kilka dni pojął techniki, których przyswojenie innym zajmowały lata? Gdyby mógł łoić tyłki łobuzom? Odpowiedzią jest „The Strange Talent of Luther Strode”.

Tytułowy Luther to wychudzony nastolatek, skrycie zakochany w koleżance z ławki. Oczywiście fan komiksów i popkultury (co jest zaznaczone bardzo subtelnie), nad którym znęca się osiłek z drużyny footballowej. Typowe. Po otrzymaniu "Metody Herkulesa" przechodzi metamorfozę. Poprawia mu się refleks, wyostrzają zmysły, dostrzega słabe punkty w strukturze ludzkiego ciała i oczywiście przybiera na masie i staje się nadludzko silny. Zaraz też zdobywa ukochaną i daje nauczkę drabowi. To tyle, jeśli chodzi o fabułę pierwszego z sześciu zeszytów. Dalej pojawiają się konsekwencje dokonanego zakupu. Okazuje się, że rzeczona "Metoda" to przedruk prastarych manuskryptów spisanych ludzką krwią, ukazujących morderstwo jako coś naturalnego dla człowieka, - drogę do samodoskonalenia, stania się silniejszym, potężniejszym (co ciekawe, jako użytkowników tej metody przedstawiono m.in. Kaina, Samsona czy Kubę Rozpruwacza). Tę wiedzę mogą wykorzystać tylko nieliczne, obdarzone niezwykłymi talentami osoby, których werbunkiem zajmuje się równie tajemniczy co przerażający, psychotyczny Bibliotekarz. Rzecz w tym, że Strode nie ma zamiaru przyłączać się do „klubu” maniakalnych zabójców.

Lutherowi wydaje się, że skoro ma mięśnie i potrafi skopać tyłek, to wszystkie jego problemy znikną. W rzeczywistości jest jednak inaczej, i to, co było spełnieniem marzeń (oferowanych w cukierkowej reklamie z komiksu) zaczyna przeradzać się w prawdziwy koszmar. Próby superbohaterskich wyczynów stają się drogą do coraz bardziej krwawych rajdów, które apogeum osiągną w nad wyraz dramatycznym finale. „Luther Strode” to najbardziej brutalny album z jakim miałem przyjemność obcować. Scenarzysta nie korzysta z półśrodków, idzie na całość. Doskonale rozumie estetykę splattera i slashera i z wdziękiem ją wykorzystuje przeszczepiając na grunt konwencji superbohaterskiej. Rzeki krwi, latające wnętrzności i ultraprzemoc są tutaj ważnym elementem opowieści: uzasadnionym, potrzebnym i usprawiedliwionym.

Bohaterowie również stanowią ciekawą galerię. Luther – na początku przypominający nieco Petera Parkera czy Dave’a Lizewskiego – to chłopaczek po przejściach, ukrywający się z matką przed sadystycznym ojcem, dobroduszny i mocno stąpający po ziemi. Pete – przyjaciel i sidekick Strode – lekkoduch, trochę tchórzliwy, ale jak się okazuje, potrafiący zdobyć się na akt wielkiego poświęcenia. Petra – wspomniana „zdobycz” Luthera – niezależna, chadzająca własnymi ścieżkami, twarda dziewczyna. No i Bibliotekarz – sadystyczny, wyrafinowany i bezwzględny werbownik dążący, dosłownie, po trupach do celu. Wszyscy mają spory bagaż doświadczeń i emocji, są wzorowo poprowadzeni i świetnie ze sobą współgrają bądź kontrastują.

Jordan, jak na debiutanta, sprawdził się wyśmienicie. Inspiracje zaczerpnął z tradycji klasycznych komiksów superbohaterskich i wymieszał ją z elementami kultowych filmowych horrorów (zwróćcie uwagę na maskę Luthera, która jest analogią do Jasona czy Leatherface’a), dzięki czemu otrzymaliśmy zupełnie inne spojrzenie na zagadnienia związane z mocami i wielką odpowiedzialnością. Stworzył efektowny dramat skąpany we krwi i flakach, zilustrowany przez – również debiutanta – genialnego Tradda Moore’a, którego kreska jest tak dynamiczna, a zarazem przejrzysta i dosłowna, że aż przechodzą ciarki. Strona wizualna przykuwa uwagę od pierwszych plansz i hipnotyzuje aż do samego końca opowieści. Styl Moore’a można porównać do Johna Romity Jr., ale bardziej dojrzałego, zupgradeowanego, z większym pazurem i błyskiem w oku.

„The Strange Talent of Luther Strode”, jak na komiks niezależny, spoza wielkiej dwójki, odniósł spory sukces na rynku amerykańskim. Docenili go czytelnicy, krytycy (pozytywne recenzje, a także nominacje do nagród Eagle, Stan Lee i Expocomic) i włodarze innych wydawnictw, którzy zwerbowali obu twórców. Jordan pisze scenariusze do „Shadowmana” z reaktywowanego wydawnictwa Valiant, a Moore tworzy już dla Marvela i DC). Dzięki temu wsparciu, mogą kontynuować dalsze losy utalentowanego mocarza na łamach „The Legend of Luther Strode”, którego sequel na początku wcale nie był tak oczywisty.

sobota, 24 sierpnia 2013

#1357 - The Strange Talent of Luther Strode

Luther Strode to normalny nastolatek, który po zamówieniu przez internet poradnika "Jak przestać być słabeuszem" zdobywa zdumiewające talenty. Szybko radzi sobie z - gnębiącymi go dotychczas - szkolnymi osiłkami, a wkrótce udaremnia napad na sklep, staje się bohaterem i zdobywa dziewczynę. I w tym miejscu kończy się wszystko czego mogliśmy się spodziewać po historii "od nieudacznika do bohatera" i zaczyna się konkretny hardkor.

Justin Jordan to twórca praktycznie w Polsce nieznany. Debiutujący w 2011 roku opisywanym właśnie komiksem, obecnie zajmuje się kilkoma tytułami z Nowej 52, może żadnym flagowym, jednak postęp jest jak najbardziej wart docenienia. Nic dziwnego, że DC niemal wciągnęło go nosem, na tamtym rynku liczy się szybkość w pozyskiwaniu nowych talentów. Bo "The Strange Talent of Luther Strode" to komiks pod wieloma względami wyjątkowy. Mimo że opowiadający początkowo sztampową historię, szybko przemienia się w coś niezwykłego. Coś zachwycającego naturalnymi dialogami, humorem i nadzwyczajnym tempem akcji, która nie pozwala oderwać się od komiksu, póki nie przeczytamy wszystkich sześciu części. To komiks bardzo intensywny, obfitujący w zwroty akcji i serwujący czytelnikowi morze krwi. Morze? Co ja mówię, prawdziwy ocean z organami wewnętrznymi pływającymi po powierzchni. Jordanowi nie brak lekkiego pióra, tak do dialogów, jak i tworzenia postaci oraz mnóstwa niekonwencjonalnych pomysłów, których - co równie ważne - nie boi się wprowadzić w życie.

Tradd Moore, rysownik mini-serii, jest w Polsce znany równie dobrze jak Justin Jordan. Bardziej zaangażowani fani Mrocznego Rycerza mogą go kojarzyć z "Legends of the Dark Knight" a miłośnicy Gadatliwego Najemnika z kilku okładek do "Deadpoola". I podobnie, jak w przypadku scenarzysty, to właśnie "Luther" był jego debiutem w Image i on pozwolił mu rysować bohaterów najbardziej znanych. Jego szybka, kanciasta krecha - której z drugiej strony nie można odmówić dokładności - świetnie współgra z szalonym scenariuszem Jordana. Dynamiczne kadrowanie i świetnie rozplanowane sceny walk to potężne zalety jego stylu, choć w scenach dialogowych i bardziej statycznych również świetnie sobie radzi. Należy również wspomnieć o dobrej robocie, jaką wykonał kolorysta Felipe Sobreiro, choć głównie korzystał z czerwonego.

Do napisania tego tekstu skłoniła mnie całkowita cisza, jaka na temat tego komiksu panuje w polskim internecie, gdzie poza kilkoma wzmiankami markowanymi w newsach próżno szukać choćby linijki (pamiętam o tekście Pawła Deptucha dla "Nowej Fantastyki", jednak nie jest ów tekst ogólnie dostępny). A to naprawdę świetna rozrywka, napisana z dystansem i z wyczuciem, doskonale zilustrowana, dostarczająca czystej frajdy na najwyższym poziomie. Gdybym miał porównać do czegoś "Luthera", to do głowy przychodzi mi jedynie "Invincible" Kirkmana i Ottley'a - tak pod względem bezkompromisowości scenariusza, humoru, jak i kreski. Seria Kirkmana przekroczyła niedawno setny zeszyt i wciąż jest świetna, pora sprawdzić, czy kontynuacja mini Jordana - "The Legend of Luther Strode" - trzyma równie wysoki poziom. Boże, chroń Królową i spraw, by właśnie tak było.

... tym tekstem swój debiut na Kolorowych zaliczył Janek Sławiński. Mam nadzieję, że Anonimowy Grzybiarz jeszcze tutaj powróci!