poniedziałek, 15 grudnia 2008

#95 - Retro 2002

10) „Status 7: Breakoff” (Tobiasz Piątkowski i Robert Adler; Egmont; PL)

Zdecydowanie najlepsze wcielenie znakomitego komiksowego tandemu Piątkowski-Adler. „Breakoff” jest żywym dowodem na to, że Polacy potrafią zrobić znakomity komiks tzw. „głównego nurtu”. Komiks to sensacyjny cyberpunk pełną gębą – jest wartka akcja, zawiła intryga, mająca logiczne rozwiązanie, nie braknie również wielkich cycków i wielkich giwer. Rzecz jasna oficerowie Górsky i Butch pojawią się w „Overloadzie”, drugiej, i jak na razie ostatniej, odsłonie „Statusu 7”.


9) „Eden, It's an Endless World!” (Hiroki Endo; Egmont; JAP)

Jedna z moich ulubionych serii komiksowych o japońskim rodowodzie. Nie dajcie się nabrać, że jest to tylko sensacyjny komiks utrzymany w post-apokaliptycznej konwencji, bo „Eden” to coś więcej. Endo (nie mylić z Agatą Nowicką) opowiada historię o odradzaniu się ludzkości i cywilizacji, igrając z europejską tradycją biblijną i celując w obserwacji obyczajowej. Z czasem, dobijając 17. tomiku, serial się trochę rozlezie, jego fabuła odejdzie od wątków poruszanych w pierwszych epizodach, co wcale nie będzie oznaczało, że komiks obniży loty. Niemniej, sam początek sagi Hirokiego Endo przypadł mi do gustu chyba najbardziej.

8) „Sandman #1: Sen sprawiedliwych/Nadzieja w Piekle” (Neil Gaiman, Sam Keith, Mike Dringberg, Malcolm Jones III i Dave McKean; Egmont; USA)

Patrząc na komplet „Sandmana”, stojący równym rządkiem na mojej półce, największą estymą darzę właśnie „Preludia i Nokturny”, które Egmont w pierwszym wydaniu barbarzyńsko podzielił na dwa części. Nie wiem, czy premierowy tom opowieści o Morfeuszu z Nieskończonych rzeczywiście jest najlepszy, czy po prostu zadziałał efekt nowej serii, która zburzyła moje dotychczasowe wyobrażenie o komiksie. Do niego wracam najczęściej i z największą przyjemnością. Według mnie kolejne epizody nigdy nie osiągnęły poziomu „Snu Sprawiedliwych” i „Nadziei w Piekle”, dzięki którym Gaiman wkroczył do ligi moich ulubionych scenarzystów komiksowych. I pewnie by w niej pozostał, gdyby opowiadał tak znakomite historie, jak te z pierwszych zeszytów „Sandmana”, a nie skupiał się na popisach wątpliwej erudycji i niepotrzebnym gmatwaniu fabuły.

7) „Janosik” (Tadeusz Kwiatkowski i Jerzy Skarżyński; Post; PL)

Oto komiks, który ma wielkiego pecha. „Janosik” został wydany pierwotnie w 1973 roku i nigdy nie zdobył takiej popularności, jaką cieszyli się w owym czasie choćby kapitanowie Kloss i Żbik. Dzisiaj, w porównaniu z dosyć topornymi czytadełkami z oficerem MO i asem kontrwywiadu w rolach głównych, historia o góralskim zbójniku prezentuje się bardzo korzystnie. „Janosik” łączy w sobie przygodową fabułę z artystyczną oprawą wizualną. Niesamowicie plastyczne, porywające swoją ekspresją i nowoczesnym kadrowaniem rysunki Jerzego Skarżyńskiego nawet teraz robią spore wrażenie. Wielka szkoda, że dwutomowa reedycja dzieła Kwiatkowskiego i Skarżyńskiego przeszła bez większego echa i pozostaje nieznana szerszemu gronu odbiorców. A „Janosika” warto docenić, bo to jeden nielicznych komiksów, którym możemy i powinniśmy się chwalić w skali Europy.

6) „Sen potwora” (Enki Bilal; Egmont; EU)

Z całego dorobku Enkiego Bilala, publikowanego w Polsce, najbardziej cenię właśnie ten album. „Sen Potwora” jest pierwszą częścią Trylogii Potwora, którą później autor sztucznie i niepotrzebnie wydłużył do Tetralogii. Bilal z tego okresu odchodzi od ścisłej konwencji science-fiction, znanej z Trylogii Nikopola, i kieruje się w inną stronę. Wątki autobiograficzne, zmieszane ze wspomnianym sci-fi i doprawione szczyptą ponurej futurologii, stają się punktem wyjścia do refleksji nad ulubionym przeze mnie, bardzo kunderowskim, zagadnieniem pamięci, ale także nad nowoczesną sztuką i wartością historii. Towarzyszą temu eksperymenty z oprawą wizualną, autor odchodzi od tradycyjnie pojmowanej komiksowej grafiki i efektownie flirtuje z malarstwem. „Sen Potwora” zapowiadał komiksową sagę co najmniej na poziomie poprzedniej trylogii, jednak kolejne tomy były tylko bełkotliwym, tanim popisem graficznej maniery Bilala osuwającego się w coraz większy bezsens. Szkoda.

5) „Usagi Yojimbo #9: Daisho” (Stan Sakai; Egmont; USA)

To chyba pierwszy tomik z długouchym samurajem, który wpadł w moje ręce i początek wspaniałej przygody, która trwa do dzisiaj. Stan Sakai opowiada prostą i poruszając historię, sławiącą „kult prostych wartości”, jak to zgrabnie ujął Śledziu w swojej produktowej recenzji. Pozbawiony tytułowego daisho, czyli kompletu swoich mieczy, Usagi Yojimbo, były samuraj na służbie u pana Mifune, rusza w pościg za złodziejem „duszy samuraja”. Komiksów będących apoteozą takich niemodnych cnót jak honor, pracowitość, szlachetność czy wierność wobec zasad, które się wyznaje, już się chyba nie robi.


4) „Mikropolis tom 2: Moherowe sny” (Dennis Wojda i Krzysztof Gawronkiewicz; Mandragora; PL)

Jeden z najbardziej wartościowych współczesnych komiksów polskich. Na drugi tom serii składają się tym razem trochę dłuższe fabuły, w tym świetne „Krzesło w Piekle”, nagrodzone łódzką Grand Prix w 2001 roku i „Golenie wieczorową porą”, które otrzymało laur publiczności na MFK w 2002 roku. Oprócz tego, „Mikropolis” było nominowane do Nagrody Pegaza w kategorii wydarzanie artystycznego roku. I nie ma się co dziwić, że doceniono gęste i poetyckie historie, w których eleganckie i perfekcyjne rysunki Gawronkiewicza idealnie współgrają z finezyjnymi scenariuszami Wojdy. Tytuł został ostatnio wznowiony przez wydawnictwo Egmont.

3) „100 naboi# 1: Pierwszy strzał, ostatnie ostrzeżenie” (Brian Azzarello i Eduardo Risso; Mandragora; USA)

Premierowy album jednej z najlepszych serii, jaki pojawiły się na naszym rynku. W „Pierwszym strzale, ostatnim ostrzeżeniu” znajdziemy wszystko, co w „100 Nabojach” najlepsze – świetny, sensacyjny scenariusz, znakomite dialogi, pełnokrwiste postacie i zapowiedz intrygi, o której będą traktowały kolejne albumy. Przyznam, że choć przewodni wątek spisku, minutemanów i Trustu jakkolwiek jest interesujący, o wiele bardziej w komiksie Azzarello i Risso pociągają mnie te krótkie moralitety o ludziach, którzy otrzymawszy czarną aktówkę od Agenta Graves`a, dostają swoją drugą szansę. Azzarello, posługując się kryminalną konwencją, snuje swoją opowieść o ludzkim heroizmie, żądzy władzy, odkupieniu grzechów, miłości i nienawiści, a Risso to wszystko znakomicie ilustruje.

2) „Miasto Grzechu” (Frank Miller; Egmont; USA)

Pierwsza i jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza, opowieść z „Miasta Grzechu”. „Trudne pożegnanie” powala graficznym wykorzystaniem komiksowego medium i sposobem budowania opowieści. Czarno-białe, pozbawione półtonów, ekspresyjne i wyrafinowane rysunki doskonale komponują się z dosyć prostą, by nie powiedzieć banalną, historią, która jest fuzją konwencji noir i tradycji super-hero z… baśnią. Po kimże jest Marv, jeśli nie niezniszczalnym księciem z bajki, ubranym w prochowiec? I pod pewnymi względami przeestetyzowana i brutalne aż do przesady „Sin City” opowiada o tym samym, co elegancki i cenzuralny „Usagi Yojimbo”. O niemodnych wartościach, którym Marv pozostał wierny aż do samego końca.

1) „Batman: Powrót Mrocznego Rycerza” (Frank Miller; Egmont; USA)

Klasyk amerykańskiego komiksu, który wciąż robi duże wrażenie, mimo że od premiery oryginału minęło ponad 20 lat. Frank Miller, nie chcąc być starszym od swojego ukochanego bohatera z dzieciństwa, postanowił pokazać jak mogłaby wyglądać przyszłość Batmana. Przy okazji dokonał kilku mniejszych i większych komiksowych rewolucji z zdekonstruowaniem mitu super-bohatera na czele. Dla mnie „Powrót Mrocznego Rycerza” to opus magnum Millera, najbardziej złożone, wielowarstwowe, dopracowane i wciągające dzieło, jakie wyszło spod jego ręki. Pełne sugestywnej atmosfery nowej Zimnej Wojny, absolutnie genialne formalnie, pełne zapadających w pamięć scen, które weszły do kanonu opowieści z Mrocznym Rycerzem, pełne trafnych obserwacji, które składają się na ponurą analizę społeczeństwa amerykańskiego nie tylko XX wieku. I o ile „Strażników” czyta się wolniej, niektórym może zdarzyć się przy nich zdrzemnąć (o niegodni!), tak naładowane akcją „DKR” czyta się jednym tchem.

A co ciekawego wydarzyło się w 2002, co zapamiętałem z tamtego roku?

„Thorgal: Królestwo pod piaskiem” – wraz z 26. epizodem seria Jeana Van Hamme`a i Grzegorza Rosińskiego, która regularnie obniżała loty, sięgnęła dna absolutnego. To zdecydowanie najsłabszy, patrząc z dzisiejszej perspektywy, tom przygód kruczowłosego wikinga. To również koniec pewnej epoki, kiedy odliczało się dni do polskiej premiery każdego nowego albumu „Thorgala” i czekało się na niego z wypiekami na twarzy, nie zwracając uwagi, że od pewnego czasu „nowe” przygody nie dorównywały tym starszym, które tak dobrze pamiętamy z dzieciństwa. Wraz z „Królestwem pod piaskiem” coś we mnie pękło. Thorgalowi już nigdy nie udało się odzyskać mojego zaufania i był jednym z wielu komiksów na rynku, na który reagowałem z obojętnością.

Inwazja komiksów z uniwersum „Gwiezdnych Wojen” – na początku XXI wieku aż dwa wydawnictwa próbowały ugrać coś przy okazji premiery „Ataku Klonów” i sprowadzić komiksy z odległej galaktyki do Polski. Egmont, który przejechał się dwa lata wcześniej na gwiezdno-wojennym magazynie komiksowym, zgodnie z rynkowym trendem, zainwestował w albumy. Do wydanych rok wcześniej opowieści o Sithach dołączyło „Karmazynowe Imperium” i „Karmazynowe Imperium II”, które okazały się ostatnimi tytułami ze stajni Lucasa wydanymi z logo KŚK. Pałeczkę, a może raczej miecz świetlny, po Egmoncie przejął Amber, który dysponuje również licencją na książki spod znaku „Star Wars”. Oprócz spin-offów Drugiego Epizodu („Darth Maul”, „Zam Wesell”, „Jango Fett”) opublikowali również całkiem niezłą komiksową adaptację „Trylogii Thrawna” („Dziedzic Imperium”, „Ciemna Strona Mocy” i „Ostatni Rozkaz”). Niestety, warszawski edytor, nie mają większego rozeznania w rynku, przegiął z cenami, które nawet dziś nie byłyby do zaakceptowania. Każąc płacić 23 złotych na 52 strony amerykańskiego zeszytu w twardej oprawie, komiksowy oddział Amberu zbyt długo nie pociągnął, choć i pózniej, w 2004 roku wciąż próbował przebić się z komiksami ze świata „Gwiezdnych Wojen”.

Największa wpadka – skład „Fragtastycznej podróży”. Fun-Media, czyli niegdysiejszy hegemon polskiego rynku komiksowego TM-Semic, pomyliło się przy składaniu „Fragtastycznej podróży”, skądinąd całkiem średniej przygody Lobo. Z tego, co mi wiadomo cały nakład został wydrukowany z niewłaściwym układem poszczególnych rozdziałów i czytelnik miał dodatkową zabawę ustalając ich prawidłową kolejność.

Tragiczne wydarzenie i człowiek, o którym warto pamiętać – w niedzielę, 28 kwietnia 2002 roku życie odebrał sobie Tomek Krasnowolski, komiksiarz i publicysta. Jeden z współzałożycieli komiksowych magazynów „KKK” i „Cyrkielnia”, związany z lożą krakowską, czyli tak zwanym Krakowskim Klubem Komiksu.

Moda na wznowienia, albo PRL-u czar – wraz ze znakomitą komiksową koniunkturą utrzymująca się na naszym rynku na początku XXI wieku, wielu wydawców postanowiło przypomnieć starszym czytelnikom ich bohaterów z lat dzieciństwa. I tak Muza S.A. wystartowała z reedycją przygód bohaterów Polski Ludowej, „Kapitana Klosa” i „Kapitan Żbika”, krakowski Post wznowił znakomitego „Janosika”, Egmont ruszył z serią Klasyki Polskiego Komiksu, w ramach której ukazał się „Funky Koval, „Przygody Kleksa”, „Orient-Man Forever” i „Księgę Zero” z Tytusem, Romkiem i A`Tomkiem.



Wzlot i upadek „P Luxa” – z jednej strony pojawienie się drugiego komiksowego periodyku tworzonego przez twórców związanych z „Produktem” to niezwykły sukces i wydarzenie bez precedensu na skalę polskiego ryneczku – o ile dobrze sobie przypomina żaden magazyn komiksowy nie doczekał się własnego odprysku, a z drugiej – to porażka. „P Lux” pojawił się bowiem zamiast premierowych serii komiksowych produktywnych autorów i taki „Parish” Śledzia zamiast samodzielnie uderzyć do kiosków i saloników prasowych, pojawił się w towarzystwie komiksów Chmielewskiego, Janickiego, Ciszaka i Myszkowskiego. I z jednej strony szkoda, że skończyło się tylko na dwóch numerach, a z drugiej chyba dobrze wyszło, że ekipa ze Studia Bonin skoncentrowała wszystkie siły na „Produkcie”.

niedziela, 14 grudnia 2008

#94 - Trans-Atlantyk 17

#1 Jakby mało było regularnych serii z Wolverinem w roli głównej (naliczyłem trzy – „Wolverine vol. 3”, „Wolverine: First Class” i „Wolverine: Origins”) i komiksów, w których nasz ukochany Rosomak odgrywa niebagatelną rolę (tu wyliczanka byłaby o wiele dłuższa), Marvel postanowił wystartować z kolejną. „Wolverine: Weapon X” ze scenariuszem Jasona Aarona („Scalped”, „Hellblazer”) i rysunkami Rona Garneya („Wolverine”, „Skaar: Son of Hulk”) pojawi się na rynku przy okazji premiery filmu „X-Men: Wolverine”, w kwietniu 2009 roku. W założeniach nowa seria ma być przyjazna dla czytelnika, który obejrzał filmową wersję przygód Logana i teraz chce poczytać o nim jakiś komiks. Aaron zapowiada, że nowy on-going jest częścią kontinuum Marvela, ale będzie odseparowany od głównych wydarzeń uniwersum, podobnie jak to było w przypadku „Punishera” Ennisa i Dillona. (J.)

#2 Kiepska informacja dla czytelników kolorowych zeszytów z USA. W nadchodzącym roku ceny niektórych serii podskoczą o 1/3 do góry i standardowa cena - 2.99$ bez pomocy promieni gamma czy promieni z dupy przeistoczy się w 3.99$. Taki los spotka między innymi Marvelowe "New Avengers" (od numeru 49) i "Dark Avengers" (od #1). Podwyżka hitowych serii ma na celu utrzymanie cen innych tytułów na obecnym poziomie. Ciężko jednak przypuszczać, że taki plan starczy na dłużej niż rok, góra dwa. Owe 3.99$ zapewne rozprzestrzeni się na inne tytuły, a za 3-4 lata będziemy się martwić kolejną podwyżką. Mój portfel podpowiada, żeby dać sobie spokój z zeszytami i czekać na HC/TP. O ile "Nowych Mścicieli" czy "Kapitana Amerykę" mogę sobie odpuścić, to "Savage Dragon" czy "Goon" nadal są mile widziani w comiesięcznych wizytach. (a.)

#3 W styczniu 2009 roku do sklepów zawita „3 Geeks: Slab MadnessRicha Koslowskiego. Bohaterowie serii „3 Geeks” i „Geeksville”, Keith, Jim i Allen, powracają i znów zobaczymy jak udaje im się wyrywać laski na komiksową erudycję, jak wkręcają się na plan filmowej adaptacji komiksu i zmagają się z wydaniem własnego zinu. Przyznam, że kompletnie nie znam ani Koslowskiego, ani jego bohaterów. Ujęła mnie natomiast scena, prezentowana na przykładowych planszach, w której jeden z geeków buduje sobie przedziwne igloo z kolorowych zeszytów zapakowanych w specjalistyczne koszulki, w którym doznaje komiksowego oświecenia. (J.)

#4 Po europejskich boiskach biega Hulk! Ostatnio widziano go na meczu Ligi Mistrzów pomiędzy FC Porto i Arsenalem. To jednak tylko boiskowy pseudonim Givanildo Vieira de Souzy - napastnika klubu z Porto. Nie znalazłem niestety informacji czemu akurat taką ksywę sobie ten 22 latek wybrał, ale nie pogniewałbym się gdyby wynikało to z sympatii do zielonoskórego bohatera. To taki kolejny - po performensie Jeremie Janota z Saint Etienne - komiksowy akcent na boiskach piłkarskich. Hulk Smash Puny Webb! (a.)

#5 Robert Kirkman, niepokorny mejnstrimowy twórca, tym razem rzuca rękawicę prawom rządzącym komiksowymi crossoverami. Rozdmuchane do granic przyzwoitości, obejmujące kilkanaście/dziesiąt tytułów historie to już standard w przypadku DC czy Marvela. Kirkman natomiast chce udowodnić, że można zrobić to inaczej. A dokładniej w jednym zeszycie. Marcowy, sześćdziesiąty numer "Invincible" będzie objętościowo większy niż standardowe 24strony i na jego łamach odbędzie się Kirkmanowy cross w którym udział mają wziąć wszyscy ważniejsi herosi z uniwersum Image - zarówno byli (Pitt) jak i obecni (Savage Dragon, Spawn, Witchblade). I tak do końca nie wiem jak do tego podejść. Ostatnio w "Savage Dragonie" swoje siły połączyli również najważniejsi bohaterowie Image i nikt nie robił z tego wielkiego halo. (a.)

#6 Drawn & Quarterly zapowiedziało na marzec 2009 roku zbiór krótkich komiksów Gabrielle Bell, publikowanych na łamach takich antologii, jak „Kramer's Ergot”, „Mome” czy „The D+Q Showcase”. Prace zgromadzone w „Cecil and Jordan in New York” to na poły autobiograficzne, melancholijne opowieści obyczajowe traktujące o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie. Tak wiem, brzmi to strasznie banalnie, ale Bell to jedna z najciekawszych autorek komiksu niezależnego, która zdobyła dwie nagrody Ignatza za serię „Lucky”. Jej twórczość często porównywana jest do dokonań Daniela Clowes`a i Adriana Tomine`a, co jest wystarczającym powodem, abym miał na nią oko. (J.)

#7 Dave Johnson, artysta znany głównie z okładek do niedługo kończącej się serii "100 Bullets", poszedł z duchem czasu i założył konto na deviantarcie. Ukrywa się tam pod pseudonimem devilpig i co rusz wrzuca swoje prace, szkice, koncepty i inne rzeczy, które wyjdą mu spod łapy. Obecnie Pan Johnson pracuje również dla Marvela, gdzie swój talent wykorzystuje do tworzenia okładek do serii "Punisher". (a.)

#8 Skoro już przy Franku C. jesteśmy: "Punisher: War Zone" o którym niedawno pisaliśmy, zadebiutował w zeszłym tygodniu w kinach USA. Zanotował jednak klapę totalną - w ciągu pierwszego weekendu zarobił jedynie 4 miliony dolarów i ciężko się spodziewać, żeby zwróciły się chociażby koszta związane z produkcją (35mln$). Szkoda. Tym bardziej, że film - sądząc po trailerach - zapowiada się naprawdę nieźle. Jak jest naprawdę, będziemy mieli się okazję przekonać dopiero 20 marca 2009 roku. (a.)

#9 I na koniec cytat tygodnia:
Nie będzie możliwości powrotu do statusu przed „Ultimatum”, nikt nie cofnie się w czasie i niczego nie będzie odkręcał, to nie jest sen, ani żaden głupi żart czy mistyfikacja.
(Jeph Loeb o „Ultimatum” – cytat stąd)

Taką deklarację przyjąłbym z radością i ulgą z od każdego scenarzysty, który para się komiksami nurtu super-hero. Ale akurat w przypadku Loeba chciałbym jednak mieć do dyspozycji reset-button albo uśmiechniętego Joe Quesadę z jego demiurgicznym „It`s magic!”. Tak, to nie sen, panie Loeb. To koszmar. (J.)

piątek, 12 grudnia 2008

#93 - Powrót do przeszłości

Zbliżający się koniec roku to świetny przyczynek do powstawania wszelkiego rodzaju rankingów, przeglądów i podsumowań mijających dwunastu miesięcy. Na Kolorowych Zeszytach takiego bilansu za rok 2008 oczywiście nie braknie i w swoim czasie, jak tylko z arczem przebijemy się przez te kilogramy zalegających komiksów, pojawi się na naszym blogu. Pewnikiem na początku stycznia.

Tymczasem postanowiłem urządzić sobie małą wycieczkę w przeszłość i przypomnieć, jak to ongiś bywało. Przebijając się przez sterty zeszytów i albumów, przeglądając zasoby naszych internetowych serwisów, cofnąłem się aż (tylko?) do 2002 i wpadłem na pomysł sklasyfikowania dziesięciu najlepszych komiksów z każdego roku.

Skąd pomysł na taki globalny, retrospektywny przegląd tego, co ukazało się na naszym rynku w przeciągu tych sześciu lat? Właściwie sam nie wiem. Chyba zwyczajnie lubię układać takie komiksowe listy przebojów. Na początku chciałem ograniczyć się tylko do wskazania dziesięciu tytułów, ale całe przedsięwzięcie trochę się rozrosło i rozrasta się ciągle. Sam do końca nie wiem, jaką przyjmie ostateczną postać.

Układanie tego typu zestawień zawsze nastręcza pewne problemy natury formalnej, że tak powiem. Pojawia się przede wszystkim kłopot, jak traktować polskie połówkowe wydania oryginalnych tpb. Czy traktować je jako jeden tom, stanowiący całość, czy jako dwa, odrębne woluminy? Co, jeśli kawałki tak przepołowionego komiksu wyszły na przestrzenie dwóch lat? Czy takich „Strażników” potraktować jako jedną pozycję, czy rozbić na trzy? Stosunkowo łatwo odnieść się do komiksów publikowanych seryjnie, takich jak „Eden”, który stanowi jednolitą całość, czy „Thorgal”, którego każdy poszczególny tomy traktowałem osobne. Ale jak potraktować się do takiego „Usagiego” czy „Wilq`a”? W przypadku takich wątpliwości kierowałem się zdrowym rozsądkiem i arbitralnym rozstrzygnięciem. I tak, te trzy znakomite zeszyty „Wilq`a” umieszczę na jednej pozycji, a poszczególne tomiki „Usagiego” ocenię osobno. Generalnie tak kombinowałem przy układaniu pozycji, aby w danym zestawieniu zmieścić wszystkie komiksy, które uważałem za wartościowe. I pewnie w kilku miejscach nagiąłem swoje wewnętrzne zasady, umieszczając na przykład na jednej z list reedycję pewnego tytułu, ustaliwszy przedtem, że będę brał pod uwagę jedynie pierwsze wydania.

Tak po prawdzie to ten wstęp został dorobiony trochę na siłę, żeby jakoś ruszyć z kopyta z poszczególnymi podsumowaniami. Nie lubię pisać takich inwokacji, bo nie wiem, co mam w niej zawrzeć. Cieszę się, że mam to już za sobą.
(retrospektywne logo, które bardzo mi się podoba, wykonał arcz)

niedziela, 7 grudnia 2008

#92 - Trans-Atlantyk 16

#1 Nasi za Wielką Wodą – jakoś nie udało mi się wspomnieć o komiksie, który Marek Oleksicki („Odmieniec”) rysuje do scenariusza Warrena Ellisa dla amerykańskiego Avatar Press, a już kolejni, rodzimi rysownicy zaczynają wkraczać na komiksowe salony. Trochę tylnymi drzwiami, bo przez Zudę, pierwsze kroki na amerykańskiej scenie robią Janusz Ordon (ten od „Barbarzyńców” i „Niewinnych dzieci”) i Radosław Smektała ze swoim „Hellbreak”, a jak podaje nieoceniona Aleja Komiksu, na łamach amerykańskiej edycji „Heavy Metal” zadebiutuje „Biocosmosis”. Komiks Edvina Volinskiego, Nikodema Cabały i Grzegorza Krysińskiego ukaże się w marcowym numerze magazynu. A przecież polski komiks jest taki nieatrakcyjny. (J.)

#2 O powrocie Savage Dragona do Policji pisaliśmy jakiś czas temu. Twórca postaci, Erik Larsen, w wywiadzie dla Newsaramy opowiedział o zbliżającym się comebacku, jego powodach i tym czym jeszcze będzie 145 numer serii. Okazuje się, że początki Dragona na zawsze określiły tę postać w umysłach wielu fanów jako stróża prawa, którzy wiele razy pytali Larsena kiedy jego bohater wróci do służby. On sam zresztą przyznaje, że w jego mniemaniu jeszcze wiele historii do opowiedzenia i dlatego też Dragon przywdzieje niebieski mundur. Były szef Image Comics obiecuje ponadto, że w ciągu najbliższych numerów domknie wszystkie wątki, które nagromadziły się od lat i tym samym nie będzie żadnych przeszkód, żeby nowi czytelnicy dołączyli do grona fanów serii. Swego rodzaju restart serii, nawet dla starych czytelników, jest wybawieniem, bo te wszystkie alternatywne rzeczywistości od kilkudziesięciu numerów wprowadziły niezły zamęt do serii. Wypada więc się tylko cieszyć. Wspomniany numer będzie również posiadał wariantową okładkę z gościnnym udziałem nowego prezydenta USA. Sprytny zabieg. Ciekawe czy i tym razem potrzebne będą dodruki? (a.)

#3 Okultystyczny detektyw angielskiej klasy średniej, John Constantine, 17 grudnia zaliczy swój 250 występ na kartach „Hellblazera”. W specjalnym wigilijnym wydaniu zobaczymy jak taki nieznośny cynik, jak Constantine, radzi sobie ze świąteczną atmosferą. Krótkie historyjki napiszą Brian Azzarello, Jamie Delano, Dave Gibbons i China Miéville, a narysują Eddie Campbell, Rafael Gramp, David Lloyd i Giuseppe Camuncoli. A od numeru 251 rozpoczyna się run Petera Milligana („X-Statix”, „Enigma”, „Batman”), w którym pogrzebiemy trochę w przeszłości Brytyjskich Związków Handlowych i poznamy pewną kobietą, której wydaje się, że potrafi wytrzymać w związku z Johnem. (J.)

#4 "The Spirit / Duch Miasta" nawiedzi nasze kina na początku 2009 roku - dokładnie 9 stycznia. Pieczę nad ekranizacją komiksu Willa Eisnera sprawuje Frank Miller, który napisał scenariusz, sporządził mnóstwo grafik i storyboardów, a na końcu zasiadł na krzesełku reżysera. Owe grafiki zebrało wydawnictwo Dark Horse i w maju przyszłego roku wypuści je zebrane w jednym, opasłym tomie. "Frank Miller: The Storyboards" formatem zbliżone będzie do A4, a 360 stron rysunków chronić będzie twarda okładka. Cena tego HC'ka wynosi prawie 50$. Liczę więc bardzo, że dolar do tego czasu stanieje. (a.)

#5 I dalej o Franku Millerze. W jednym z ostatnich wywiadów wyraził on nadzieję, że po wielu problemach z kontynuacją "Sin City", zdjęcia do części drugiej ruszą w kwietniu przyszłego roku. Nam pozostaje jedynie trzymać kciuki, aby słowo ciałem się stało. A jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem film powinien trafić do kin rok później. Sama fabuła od dawna jest znana, ale specjalnie dla zapominalskich - "Sin City 2" będzie się opierało na komiksowej "Damulce wartej grzechu", którą to zagrać ma ponoć sama Angelina Jolie. Fajnie? (a.)

#6 Rozszerza się świat „Baśni”. Uznana, nagradzana i popularna (także w Polsce) seria Billa Willinghama doczeka się kolejnych spin-offów. Po „Jack of Fables”, który zresztą spotka się z regularną serią w crossoverze zatytułowanym „The Literals”, i antologii „1001 Nights of Snowfall”, która niedawno ukazała się w Polsce, w 2009 dostaniemy dwie odpryskowe mini-serie. Pierwszą z nich będzie „Peter and Max” ze scenariuszem Willinghama, rysunkami Steve Leialoha z młodym Szczurołapem w roli głównej, a drugą – „Cinderella: From Fabletown with Love” napisaną przez Chrisa Robersona, z grafiką autorstwa Shawna McManusa. Historia ma się zamknąć w sześciu zeszytach i, jak mówi scenarzysta, traktować o “szpiegach, seksie i butach”. Zobaczymy, czym tak naprawdę trudni się Kopciuszek i co stało się z Matką Chrzestną. (J.)

#7 „Pirat Izaak” bardzo przypadł mi do gustu i poszukując innych komiksów Christophe Blaina trafiłem na amerykańską edycję „Gus and His Gang”. Jeśli wierzyć opisom na stronie First Second i samemu autorowi, który chwali swoje dzieło w wywiadzie dla Newsaramy, to kawał dobrego komiksu jest. W dużym skrócie – z iście francuską finezją Blain igra sobie z westernowymi schematami, opowiadając historię pełną humoru, pościgów, rewolwerów i pięknych kobiet. Komiks miał swoją premierę w sierpniu tego roku i czeka na mnie na Amazonie. (J.)

#8 W odwiecznej wojnie USA vs Kanada 0:1 dla rodaków Logana. Przynajmniej jeśli chodzi o to, gdzie najpierw ukazał się finał "Secret Invasion" (Kanada - środa, USA - czwartek). Najazd kosmitów dobiegł końca, rozczarował (o czym napiszemy szerzej wkrótce), ale reperkusje jakie po sobie pozostawił dają nadzieję, że będzie dobrze w świecie Marvela. Przynajmniej dla czytelników, bo nowa era dla herosów nie wygląda za różowo. Ujawniono również okładki i opisy niektórych komiksów z grudnia, stycznia i lutego, które ze względu na finał Inwazji nie mogły być wcześniej przedstawione szerszej publice. Wprowadzeniem w nową erę będzie "Secret Invasion: Dark Reign" duetu Bendis / Maleev, odpowiedzialnego kiedyś za "Daredevila". Komiks trafi do czytelników w najbliższą środę, a jego przykładowe plansze do podziwiania na serwisie IGN. (a.)

#9 W czwartek, 4-go grudnia, na sklepowe półki trafiło DVD "Wanted / Ścigani". Naturalne więc jest, że film którym swego czasu mocno się podniecałem, prędzej czy później musi zagościć w moim domu. I to tym bardziej, że wydawca - TiM Film Studio - mocno się postarał i wydał ekranizację komiksu Millara i Jonesa w dwóch wersjach - normalnej i kolekcjonerskiej. Przy czym ta druga nie dość, że ma sporo dodatków (o których napiszę jak już nabędę i spożyję), to również wygląda wyśmienicie. Przyznacie chyba, że plastikowa, przezroczysta 'koperta' z imitacją wbitego w nią pocisku to niezły bajer? (a.)

#10 Na koniec zupełnie niekomiksowo. Brazylijska Sepultura (która skończyła się na "Kill 'em All") sprzedała swą mroczną duszę i wystąpiła w reklamie Volkswagena. Byłby to fakt godny potępienia i wykluczenia zespołu z panteonu metalowych sław, gdyby nie to, że reklama zrobiona jest z humorem i broni się sama. Do zobaczenia tradycyjnie na youtube, a sama muzyka (UWAGA! Wpada w ucho!) w wersji rozszerzonej do ściągnięcia stąd. Ciekaw jestem, czy polscy spece od reklamy mieli by na tyle jaj, aby zatrudnić w podobnej reklamie Behemotha czy Vadera. Albo chociaż przebranie Chajzera za Nergala. (a.)

piątek, 5 grudnia 2008

#91 - W strefie bezsensu

Już piąty rok trwa Druga Wojna Secesyjna pomiędzy USA, a Wolnymi Stanami. Konflikt rozdziera samo serce Ameryki, zamieniając Nowy Jork w regularną strefę wojny. Linia frontu przebiega przez Manhattan, strefę zdemilitaryzowaną, który stał się azylem dla ludzi nieopowiadających się po żadnej z walczących stron. Ludzi, którzy mają gdzieś całą tą wojnę. I właśnie na tę ziemię niczyją trochę przypadkowo przybywa Matthew Roth, jako członek ekipy reporterów reprezentujących Rząd Stanów Zjednoczonych. Niestety, nie wszystko idzie zgodnie z planem i wkrótce Matt przekona się na własnej skórze jak wygląda życie w DMZ…

Brian Wood miał świetny pomysł i znakomity materiał na komiks. Chciał pokazać jak wygląda wojna XXI wieku w amerykańskiej metropolii, jaki wywiera wpływa na zwykłych ludzi i w jaki sposób próbują sobie układać życie pod gradem pocisków i bomb. Wydaję mi się, że „DMZ” miało być takim raportem z oblężonego miasta w amerykańskim stylu post-9/11. I właściwie praca wspomnianego Wood'a i Riccardo Burchielliego takim komiksem jest. Tylko, że przymiotnik „amerykański” oznacza jak najgorsze konotacje.

Niestety, nie mogę traktować inaczej „DMZ” jak tylko marnego czytadełka, pełnego dziur w koncepcji świata przedstawionego, ociekającego tandetnym anty-amerykanizmem w stylu Micheala Moore`a, infantylną dydaktyką, które w najgorszy, „komiksowy” sposób pokazuje wojnę. Po pierwsze Wood niezbyt przyłożył się do fundamentów świata, w którym toczy się alternatywna wojna. Pomijając oczywistą bzdurę odłączenia się jakichś Wolnych Stanów od USA i liczne wątpliwości, które w związku z tym się nasuwają, irytują mnie szczególiki. Reporter zdobywcą Nagrody Nobla czy bezradność mediów, które przez pięć lat (sic!) nie potrafią wysłać nikogo do strefy zdemilitaryzowanej – to przykłady z kilku pierwszych stron. No dajcie spokój, nie żyjemy w czasach Wielkiej Wojny, tylko relacji live z Darfuru, zdjęć satelitarnych i szpiegowskiej super-technologii – to przecież jakaś niedorzeczność. Niebieskich hełmów pewnie też tam nie wpuszczają, a Czerwony Krzyż nie śle paczek? Wood kompletnie nie liczy się z realiami współczesnego świata. Takie błędy świadczą o niedbalstwie autora albo, co gorsza, że opowiada nam taką sobie historyjkę. Bajeczkę.

Życie na terenie wolnym od działań wojennych w niczym nie przypomina egzystencji w oku cyklonu. Manhattan to nowy wspaniały świat młodych, niezależnych, myślący ludzi, którzy przez te pięć lat nie zorganizowali się w żadne organizacje, żadne struktury. To raczej jakaś odmiana hippisowskiej komuny, w której wszyscy żyją we względnym spokoju, nie dochodzi do jakichś gwałtowniejszych konfliktów i nikt nie chce przejąć władzy. Ani od wewnątrz, ani od zewnątrz. Ta, jasne. Nie muszę mówić, że wszystkie kobiety są młode i piękne, a mężczyźni wyluzowani i twardzi.

Komiks rozłazi się kompozycyjne. Oprócz „W Strefie” czytałem również drugi tom, „Body of a Journalist”, i kilka późniejszych zeszytów - nie mogłem uwolnić się od wrażenia, że Wood się trochę pogubił. Autor chyba sam do końca nie wie, co zrobić ze swoimi bohaterami, w która stronę pociągnąć dalej fabułę, jakie wątki wysunąć na pierwszy plan, a której zostawić w tle. Przyznam, że w „DMZ” brakuje mi spójności i pomysłu, zupełnie nie przekonuje mnie taka dowolność i przypadkowość w opowiadaniu historii. Chociaż jestem przekonany, że dla kogoś będzie to spora zaleta.

Wydaje mi się, że Brian Wood nigdy nie widział jak wygląda wojna – nie czytał ani „Palestine” Joe Sacco, nie ma pojęcia, co dzieje się w Iraku, Pakistanie, Nigerii, Izraelu. I właściwie popełnił kardynalny błąd, który tak wadzi miłośnikom sztuki wysokiej w kulturze masowej. Brutalnie spłycił bardzo poważny temat. Przesadził, robiąc komiks sensacyjny kiepskiego sortu. Fragmentaryczny, efekciarski, tandetny, stronniczy, pozbawiony głębszej myśli i elementarnego obiektywizmu, z wielkimi niedoróbkami w sferze faktograficznej, plastikowy. „DMZ” cofa komiks do poziomu kiczowatej rozrywki pozbawionej wartości, która nie potrafi w żaden sposób unieść poważnego tematu.

środa, 3 grudnia 2008

#90 - Wywiad: Jason Lutes

„Herge prawdopodobnie wywarł na mnie największy wpływ pod względem wizualnym, ale jeśli chodzi o podejście do komiksu, to sprawa przedstawia się zupełnie inaczej”. 

To już drugi wywiad z serii, w której czołowi amerykańscy twórcy z kręgu komiksu niezależnego opowiadają o swoich powiązaniach z gigantem komiksu europejskiego, autorem „Przygód Tintina”, Herge‘em. Po spotkaniu z Danielem Clowes‘em, przyszedł czas na Jasona Lutes‘a, który opowiada o odwzorowywaniu stolicy Niemiec sprzed osiemdziesięciu lat i miejscu powieści graficznej we współczesnej kulturze. Przed lekturą wywiadu polecam zapoznanie się z polskimi edycjami „Tintina” i pracami bohatera naszej rozmowy – „Berlinem” i „Karuzelą głupców”.

Pierwotnie wywiad został opublikowany w lipcu 2006 roku i można go przeczytać na tej  stronie.

Twoja kreska jest bardzo czysta i ostra. Po pewnymi względami przypomina „ligne claire”, którą Herge wynalazł podczas pracy nad „Tintinem”. „Czysta linia” podkreśla kontrast między ikonicznym przedstawieniem bohaterów, a niezwykle realistycznymi krajobrazami krajów, które młody reporter odwiedza na kartach komiksu. Scott McCloud zauważa w „Understading Comics”, że ten kontrast pozwala czytelnikowi „ukryć samych siebie w tak narysowanej postaci i bezpiecznie wejść w świat przedstawiony”. „To dwa aspekty oprawy graficznej” – pisze – „jeden pozwala czytelnikowi widzieć, a drugi – być”.
Opisz w takim kontekście swój styl rysowania/opowiadania. Jak do niego doszedłeś? Myślisz, że jest najskuteczniejszy w przypadku narracji komiksowej? Kiedy może funkcjonować nieprawidłowo?


Do pewnego stopnia zgadzam się ze Scottem w kwestii zależności między czytelnikiem, Tintinem i światem Tintina oraz przyznaje, że Herge wywarł na mnie prawdopodobnie największy wpływ pod względem wizualnym, ale jeśli chodzi o podejście do komiksu, to sprawa przedstawia się zupełnie inaczej. W swojej twórczości nie staram się stworzyć avatara w środku komiksu, z którym czytelnik mógłby się identyfikować i byłby jego punktem odbioru historii, lecz oddzielne, wiarygodne postacie z odrębnymi osobowościami. Mojemu odbiorcy przeznaczam rolę obserwatora, a nie uczestnika wydarzeń.
Myślę, że to świetnie oddaje charakter mojej pracy, która jest próbą zrozumienia naszego świata i oddania szalenie skomplikowanych relacji ludzi pomiędzy sobą i między środowiskiem, w którym żyją. W mojej pracy skupiam się na badaniu tych złożoności, a strukturę narracji traktuje podrzędnie. Przyznam, że moje wcześniejsze prace skupiały się bardziej na sprawach, powiedzmy, wewnętrznych czy osobistych, które z czasem nabierały szerszej perspektywy. 

Jesteś najbardziej znany z „Berlina”, komiksowej serii określanej jako „historical fiction". Piszesz o Niemczech weimarskich z perspektywy ludzi żyjących na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku, okresu bezpośrednio poprzedzających narodziny faszyzmu i wybuch II Wojny Światowej. Herge również pisał o odległych krajach, których nigdy nie odwiedził. Czy w tym przypadku było podobnie, czy znowu możemy mówić o analogiach między Tobą, a nim?

Inną rzeczą, którą Scott McCloud mówi o Herge‘u jest to, że stworzył świat rządzony „demokracją formy”. Oznacza to tyle, że nieważne czy była to Marlinspike Hall, czy chińska maszyna parowa, albo peruwiański koc, Herge wszystko odwzorowywał na tym samym poziomie szczegółowości. Dopiero jako dorosły zdałem sobie sprawę, że taki właśnie sposób przedstawiania świata w jego pracach wywarł olbrzymi wpływ na mnie, jako artystę komiksowego, począwszy od lektury “Cygara Faraona”, w wieku lat sześciu.
Poprzez doskonalenie wizualnych właściwości każdej rzeczy, która mogłaby wypełniać przestrzeń kadrów, Herge stworzył niezwykle sugestywny świat, w którym jego bohaterowie istnieją, a czytelnicy poznają. Jest to rodzaj wiedzy, którą zdobywamy poprzez rysowanie na podstawie ścisłej obserwacji, które wymaga zrozumienia świata fizycznego, jego poszczególnych składników i ich wzajemnych zależności. I uważny czytelnik Herge‘a jest w stanie dostrzec to w jego komiksach i kierunek, w którym ten aspekt jego twórczości ewoluuje. W mojej próbie oddania wyglądu i nastroju stolicy Niemiec z lat dwudziestych i trzydziestych starałem się utrzymać podobny poziom spójności i wiarygodności, lecz mam świadomość, że byłem o wiele bardziej podatny od Herge‘a, na pokusy stylizacji, na odstępstwa od przyjętej konwencji.

W jaki sposób zbierałeś materiały potrzebne do pracy nad „Berlinem”? W jakich sytuacjach mogłeś sobie pozwolić na trochę bardziej swobodne potraktowanie źródeł i czy miałeś świadomość takich odstępstw? Co było główną inspiracją do stworzenia „Berlinu”?

Po skończeniu mojej pierwszej komiksowej powieści, „Karuzeli głupców”, wiedziałem, że chcę zrobić coś, w czym naprawdę sprawdzę się jako twórca. Pewnego dnia, przeglądając różne czasopisma, trafiłem na reklamę książki Bertolta Brechta traktującej o Berlinie z lat dwudziestych ubiegłego wieku. Wzbudziła moje zainteresowanie i, niewiele jeszcze wiedząc o tym okresie, postanowiłem, że będzie to główny temat mojego następnego utworu; że będzie traktował o przedwojennym Berlinie i będzie dziełem wielopłaszczyznowym i monumentalnym.
Pomiędzy podjęciem tej decyzji, a narysowaniem pierwszego kadru, spędziłem około dwóch lat na gromadzeniu niezbędnych materiałów i czytaniem wszystkiego, co wpadło mi w ręce o Weimarze, Niemczech, kulturze niemieckiej, historii Europy i losach miasta Berlin. W moim pokoju do ściany przybiłem kilka map niemieckiej stolicy z roku 1928, które pomogły mi w odtworzeniu całego miasta. Nie da się ukryć, że komiks jest sztuką wizualną, więc byłem zainteresowany wszelkimi zdjęciami, obrazami, rysunkami i szkicami weimarskiego Berlina. I o ile odtworzenie Bramy Brandenburskiej czy Reichstagu z tamtej epoki nie przysporzyło mi większych problemów, o tyle narysowanie ulic, zaułków i zwykłych domów było trudniejsze i bardziej interesujące.
Staram się być wierny faktom, jak tylko jest to możliwe, ale każdy historia, przynajmniej po części, musi być produktem wyobraźni. Wykorzystanie wszelkich informacji źródłowych, jakie mogę znaleźć, nie gwarantuje jeszcze powstania dobrej historii – do tego potrzebna jest dawka wyobraźni, która ożywi te fakty, która przerzuci most pomiędzy nimi, a fikcją. Budowanie tego mostu jest dla mnie najtrudniejszą, i sprawiającą jednocześnie najwięcej satysfakcji, częścią procesu twórczego.

Jaki masz stosunek do swoich bohaterów? Jak prawdziwi się stają dla Ciebie, kiedy nad nimi pracujesz, tworzysz ich i porzucasz, by zająć się kolejnym projektem? Wyobrażasz sobie ich życie pozakomiksowe?

Dbam bardzo o swoje postacie. Wszyscy główni i drugoplanowi bohaterowie w „Berlinie” żyli zanim jeszcze pojawili się na kartach mojego komiksu i za każdym razem, kiedy rysuje jakąś twarz, kiedy pojawia się choćby na jednym albo dwóch kadrach, staram się wyobrazić jak wygląda jej lub jego życie. Kiedy ci bohaterowie zostali już narysowani, staram się spojrzeć na świat z ich perspektywy. I to też jest częścią mojej pracy.

Opowiedz jak pracujesz nad komiksem. Rysujesz codziennie? Kiedy zaczynasz pracę, zaczynasz od tekstu czy od grafiki? Co jest surowcem fabuły? Zawsze wiesz, co się stanie, czy jest tak, że w trakcie tworzenia opowieści, może ona skręcić w niespodziewanym i nieplanowanym kierunku?

Pracuje pięć dni w tygodniu, od poniedziałku do piątku, od mniej więcej 7:30 do 15, z kilkoma krótkimi przerwami. Zwykle mój proces twórczy zaczyna się od zwiedzania pobliskich kawiarni, w których powstają swoiste story-boardy. Dla każdej ze stron przygotowuje miniaturowy diagram, na którym rozrysowuje rozmieszczenie postaci, dymków, a obok przygotowuje dialogi. Staram się pracować równoległe nad tekstem i grafiką, aby zobaczyć jak dialog będzie pasował do układu strony. Przy tym etapie muszę pamiętać o innym, bardzo ważnym elemencie formalnym – pilnuje mechanizmu przechodzenia od strony do strony, muszę się zastanowić, czym strona powinna się zaczynać, a czym kończyć.
Traktuje stronę, wraz z jednostajnym ruchem od lewej do prawej, jako środek komiksowej narracji i jest to kolejny element, który zapożyczyłem od Herge‘a. Pracując nad moimi miniaturkami powoli przechodzą do formatu docelowego, co wiąże się ze szkicowaniem, a potem nakładaniem tuszu.
Opowiadanie ewoluuje intuicyjnie z interakcji różnych elementów, które umieszczam na stronie. Podstawą struktury w „Berlinie” są historycznie wydarzenia, a moja praca w tym przypadku polega na przechodzeniu od jednego do drugiego, w taki sposób, aby to miało sens, mniej lub bardziej “prawdziwy” (pod względem historycznym). Na właściwie każdym poziomie moja praca nad komiksem polega na improwizowania w pewnych strukturalnych i fabularnych granicach, które sam sobie wyznaczyłem. Jasne, że mam jakiś ogólny koncept, z rozpisanym początkiem, rozwinięciem i zakończeniem, ale od jednego do drugiego etapu przechodzę spontanicznie. Podobnie, jak czytelnik odkrywa komiks podczas lektury, tak i ja odkrywam go podczas pisania i rysowania.

Marshall McLuhan, autor wydanej w 1967 roku książki „The Medium Is the Massage” piszę o różnicach pomiędzy, jak sam je nazywa, „mediami gorącymi” i „mediami zimnymi”. „Gorące”, jak filmy i radio, są pełne treści, która nic nie wymaga od pasywnego odbiorcy, natomiast „zimne”, jak na przykład wszelkie formy ikoniczne, wymagają już aktywnej partycypacji widza. Przykładem takich mediów może być telewizja lub komiks właśnie. Zgadzasz się z takim przyporządkowaniem McLuhana?

Absolutnie. Uwielbiam i podziwiam dokonania McLuhana. Pierwszy raz, kiedy przeczytałem „The Medium Is the Massage” wreszcie poczułem, że ktoś wypowiedział to, co siedziało we mnie przez długi czas i nie mogłem tego wyartykułować. Choć można generalizować opisując dane media jako „gorące” lub „zimne”, każde z nich ma swoje zarówno „gorące” i „zimnie” odmiany. Ja, jako komiksowy twórca, staram się manipulować, w zależności od potrzeb, temperaturą moich dzieł.

Jakie komiksy czytałeś w swojej młodości? Myślisz, że świadomie, bądź też nie, wywarły one wpływ na Twoją twórczość? Co jeszcze na nią wpływa – w komiksie, czy w sztuce, literaturze, kulturze popularnej?

Pierwszymi komiksami, które czytałem były rzeczy Marvela z wczesnych lat siedemdziesiątych, głównie westerny, jak „Rawhide Kid” i typowe zeszyty super-hero, jak „Kapitan Ameryka” czy „The Avengers”. „Tintina” odkryłem trochę później i większość wpływów z tego okresu, których jestem świadom, zawdzięczam właśnie Herge‘owi.
Ja ciągle jestem zaabsorbowany rzeczami, które potem jakoś „wyłażą” z moich prac. Niektóre z nich są doraźne, inne towarzyszą mi stale. Późne lata osiemdziesiąte były dla mnie niezwykle inspirujące – Art Spiegelman i magazyn „RAW” pomogli mi zrozumieć jak wielkie możliwości ekspresji drzemią w medium; prace Chestera Browna pokazały mi jak zwolnić; i wreszcie świetny Ben Katchor zwrócił mi uwagę na komiks jako swoisty rodzaj poezji.
Sztuka filmowa miała na mnie wielki wpływ, ale głównie w warstwie technicznej i wizualnej, bardziej niż przez pracę jakichś szczególnych reżyserów (chociaż jestem pod wrażeniem twórczości Davida O. Russela, Spike‘a Jonze i Sofii Coppoli). Wśród literatów kocham wręcz Haruki Murakamiego, Williama Faulknera i Antona Chekova, ale trudno mi pokazać, w jaki sposób wpływają na moją pracę.

Patrząc na niezwykłą popularność i szacunek, jakim darzony jest „Tintin” w Europie, nie ma właściwie podobnego zjawiska w komiksie amerykańskim. Jak myślisz, dlaczego tak jest? Jaki komiks w kulturze amerykańskiej mógłby osiągnąć podobny status, jakim cieszy się „Tintin” właśnie?

To trudne pytanie. Wydaję mi się, że każdy fikcyjny bohater jest jedyny w swoim rodzaju ze swojej natury, więc znalezienie czegoś „podobnego do Tintina” jest właściwie niemożliwe. Bohaterowie, z dużą liczbą naśladowców, jak Sherlock Holmes, Harry Potter czy załoga Enterprise, wydają się ucieleśnieniem czegoś szczególnego, co przemawia do dużej liczby ludzi. Często, jest to zwyczajnie kopiowane. Niezwykła popularność Tintina jest spowodowana niezwykłym oddaniem i ogromem pracy, jaką w swoje dzieło włożył Herge. Nie umiem wskazać amerykańskiego odpowiednika Tintina i przykładu podobnej pasji. 

Powieści graficzne stały się bardzo popularne wśród szerokiej publiczności głównie za sprawą filmowych adaptacji dalekich od konwencji super-hero, takich jak „V jak Vendetta”, „Sin City”, „American Splendor”, „Ghost World” czy „Historia przemocy”. W USA sprzedaż graphic novels potroiła się w ostatnich latach i obecnie osiągnęła wartość 245 milionów dolarów rocznie. Ale powieści graficzne wciąż nie mogą znaleźć swojego miejsca na księgarskich półkach – niektóre już doczekały się swoich sekcji, inne można znaleźć w części z literaturą dziecięcą. Prawie każda recenzja albo artykuł w prasie o szerszym zasięgu jest poprzedzona definicją gatunku, aby czytelnik miał chociaż mgliste pojęcie z czym ma do czynienia. Jak myślisz, czym jest to spowodowane i dlaczego poważna odmiana literatury obrazkowej tak długo czekała na uznanie? Czy myślisz, że powieść graficzna wobec komiksu potrzebuje własnej definicji? 

Osobiście nie potrzebuje układać ścisłej definicji medium. Jestem bardziej zainteresowany tym, co można zrobić z komiksem, niż tym, jak go można opisać i jeśli chcę być bardziej otwarty na wszelaki możliwości, to im mniej dookreślam sztukę komiksową, tym lepiej. 
Stały wysiłek na rzecz poszerzania postrzegania komiksu jako sztuki wartościowej i dojrzałej wśród szerokiej publiczności był według mnie spowolniany z banalnego powodu. Postrzeganie komiksu jak prymitywnej rozrywki jest zakorzenione w amerykańskiej kulturze od dawna i tak naprawdę nie ma wielu utworów, które dałoby się umieścić poza takim kontekstem. Tych komiksów jest zwyczajnie za mało w stosunku do superbohaterskiej pulpy, która zalewa rynek. Myślę, że przeciętnemu czytelnikowi wystarczyłby tydzień, no, może miesiąc, na zapoznanie się ze wszystkimi dostępnymi komiksami pozbawionych super-mocy.

Artyści z kręgu pop-artu, jak Warhol czy Lichtenstein, i inni twórcy, jak Raymond Pettibon, zdradzają w swoich pracach komiksowe wpływy. Na Warhola szczególny wpływ miał Herge. “Maus” Arta Spiegelmana wywołał wielkie poruszenie w głównym nurcie literatury. W ostatnich latach wiele magazynów czysto literackich poświęca miejsce na sztukę obrazkową. „New York Times” zdecydował się drukować komiksy w odcinkach, zaczynając od Chris‘a Ware‘a. Przez wiele lat komiks był traktowany jako „sztuka niska”, a teraz wydaje się, że zyskuje szerokie poparcie i jest akceptowany jako forma sztuki i literackiej narracji. Czy zgadasz się z tym? Czy słowo „forma” jest w tym przypadku odpowiednie? Czy myślisz, że poprzez tego rodzaju uznanie komiksowi nie zagraża niebezpieczeństwo zrezygnowania z twórczej wolności i schlebiania szerszym gustom?

Myślę, że docieranie do szerszego grona odbiorców jest świetne i nie widzę tego zagrożenia, o którym mówisz. Jestem przekonany, że będzie wręcz przeciwnie – twórcy będą mogli się buntować wobec takiej aprobującej postawy swoich czytelników. Brzydzi mnie natomiast rozróżnienie na wysoką/niską sztukę. Uważam, że linię, dzielące niskie od wysokiego, należy przekraczać, niezależnie od efektu takiego kroku.

Jak tworzenie komiksów różni się od innych form działalności artystycznej?

Uwielbiam pisanie, a kiedyś nawet robiłem trochę filmów, ale komiks jest rodzajem artystycznej ekspresji, która jest dla mnie zdecydowanie najwygodniejsza. Komiks wciąż ma wielkie zasoby nie odkrytych możliwości i niezrealizowanego potencjału. Uwielbiam znajdować nowe środku wyrazu, które nie mogą być zastosowane gdzie indziej. A jedną z charakterystycznych cech komiksu jest to, że wymusza inwencję i pomysłowość. 

W jaki sposób polityka wywiera, lub nie wywiera, wpływ na Twoją pracę? Czy w ostatnich latach ten wpływ rośnie, czy raczej maleje?

Polityka, w jej doraźnym wymiarze, nie wywiera wielkiego wpływu na moją pracę, podejmuje się raczej pytań o ludzką naturę. Moja praca nad „Berlinem” nie była próbą przeniesienie współczesnych problemów Ameryki i rozpoznanie ich przez pryzmat Niemiec, chodziło mi raczej o odczytanie historii i poznanie mojego miejsca w czasie. Niemniej, mam świadomość, że „Berlin” można tak właśnie interpretować i budować jakieś zależności między tym, co jest teraz, a tym, co było kiedyś.

Herge przechodził okres rozpaczy i lęku, podczas którego dręczyły go powracające koszmary wypełnione bielą – jakiż charakterystyczny sen dla twórcy komiksów! Być może wpłynęły one na jego twórczość – „Tintin w Tybecie” ze swoimi surowymi, górskimi krajobrazami, pełnymi bieli i skromną liczbą bohaterów był swego rodzaju ucieczką. Czy Ty masz takie momenty, kiedy tracisz wiarę w swoją pracę? Jak sobie z nimi radzisz? Co uważasz za swoje największe artystyczne osiągnięcie?

W trakcie pracy nad „Berlinem” bardzo często zastanawiałem się nad sensownością tego projektu i miałem niejedną okazję, żeby rzucić to wszystko w diabły. Myślałem, że problemy finansowe i związane z nimi okazjonalne prace, pozwolą mi na napisania i narysowanie połowy historii, około 300 z planowanych 600 stron, w jakieś 10 lat. Na chwilę obecną jednak pracuje nad „Berlinem” na pełny etat i jestem optymistycznie nastawiony do walki, która mnie czeka. Kiedy mam jakiś dłuższy kryzys twórczy, zazwyczaj zwalniam i biorę się za jakąś doraźną fuchę. Mam nadzieję, że kiedy skończę, będę zadowolony z mojego dzieła i powiem do siebie – warto było. 
A co uważam za moje najważniejsze osiągnięcie? Może się zdziwisz, ale najbardziej lubię krótką historyjkę „Rules to Live By”, która ukazała się w antologii „Autobiographix”. To jedyna autobiograficzna rzecz sensu stricte, jaką zrobiłem i opowiada o trudnym momencie mojego życia.


#89 - Rzut za trzy: Hellboy!

"Hellboy: In the Chapel of Moloch" (Mike Mignola; Dark Horse; 29 październik 2008)

Najświeższy one-shot "Hellboy: In The Chapel of Moloch" to pierwszy od 2005 roku komiks Mignoli, w którym jest on zarówno scenarzystą jak i rysownikiem. Po trzyletniej przerwie, podczas której pisał scenariusze, robił okładki, czy też siedział na planie filmowym, przyszedł czas na maźnięcie dwudziestu czterech stron i jego comeback do przygód Czerwonego. Najnowsza historia dzieje się w 1992 roku w kraju Pedro Brity i Joao Fazendy, gdzie Hellboy wezwany jest przez człowieka, który wraz z kolegą wynajął dom i w bonusie dostał tajemniczą kaplicę. Jednak z przyjacielem tym, malarzem Jerrym, dzieją się rzeczy złe (niespodzianka) - zauroczony kapliczką, spędza w niej całe dnie i noce. A w zasadzie całe dnie śpi, a swą aktywność twórczą przejawia jedynie nocami, przy świetle świec. I tutaj do akcji wkracza Hellboy i w ciągu 10minut lektury zeszyciku rozwiązuje całą zagadkę - nie obędzie się tradycyjnie bez małej bijatyki. One-shot ten jest całkiem sympatyczny, sama historia nie przynosi żadnych rewelacji nt. głównego bohatera, nie nawiązuje też do głównych wątków serii. Ot, historyjka, jakich było już wiele. I fajnie. Główną zaletą jest tu możliwość podziwiania grafik powracającego Mignoli, chociaż szczerze mówiąc lekko się na nich zawiodłem. Nadal jest klimatycznie, ale jednak trzy lata przerwy robią swoje - rysunki są jakby jeszcze bardziej proste niż były, oszczędniejsze w szczegóły, maźnięte w pośpiechu jakby. Co z tego jednak - Mignola to Mignola. Kiedy ponownie Pan Mike chwyci za ołówek, tego nie wiem. Scott Allie - rednacz Dark Horse'a - zapewnia, że pracują nad tym, aby raz na kilka miesięcy twórca Hellboya wypuścił coś w 100% graficznie i scenariuszowo od siebie. Dobre i to. A dziś, 3go grudnia, startuje kolejne mini - "The Wild Hunt". Ośmioczęściowa historia napisana została przez Mignole, natomiast funkcję rysownika sprawuje Duncan Fegredo (czyli ten sam skład, który pracował przy "Darkness Calls"). Pewnie za jakieś dwa lata wyjdzie to i u nas. Poczekam.

"Hellboy Library Edition vol1: Seed of Destruction and Wake the Devil" (Mike Mignola, John Byrne; Dark Horse; 7 maj 2008)

Zakup tej cegły był tym z gatunku "pimp my collection". Wielka, gruba księga (ok. 23x31cm), materiałowe obicie, grawerowane złote litery, wyklejka na okładce - to z zewnątrz. W środku zaś Hellboyowe początki (czyli po naszemu "Nasienie Zniszczenia" i "Obudzić diabła"), na grubej kredzie, z zajebistym nasyceniem kolorów. Dodatkowo szkice na końcu, przedmowy i inne pierdoły. Jest fajnie, w sam raz żeby zgodnie ze staropolskim przysłowiem komiksowym 'Nieważne jak dużo nosisz w spodniach, ważne jak dużo masz na półce' podbudować sobie ego. Problem jest taki, że jest to niesamowicie nieporęczne. Kilka razy starałem się za to zabrać, rozsiadałem wygodnie w fotelu z nadzieją na godzinę, dwie, niezłej lektury a wszystko i tak kończyło się po paru minutach na kartkowaniu, przeczytaniu kilku stron, przeglądaniu szkiców i powrocie Hellboya na regał. Widać od czytania mam Egmontowe wydania, a od podziwiania Library Edition. Nie mam w swojej kolekcji żadnego wydania Absolute czy Omnibus, więc ciężko mi porównać te typowo kolekcjonerskie wydania, a czytając o dodatkach, bonusach i rarytasach często zawartych w ekskluzywach z Marvela i DC, liczyłem że i tutaj czeka mnie coś nowego. I się przeliczyłem - jest co prawda obfita sekcja szkiców, ale wydaje mi się, że to samo widziałem w amerykańskich trejdach "Wake the Devil" i "Seed of Destruction". Podsumowując - jeśli ktoś jest fanem Hellboya i nie boli go wydanie 50$ na tego ekskluziwa to jak najbardziej. A jak komuś wystarczą normalne wydania w miękkiej okładce to może tą cegłę sobie spokojnie darować, nic nowego w niej nie znajdzie. Dostępny jest też drugi tom spod szyldu Library Edition, ale póki dolar drogi, poczekam z zakupem.

"Batman / Hellboy / Starman" #1-2 (James Robinson, Mike Mignola; DC / Dark Horse; styczeń-luty 1999)

Chłopiec z Piekła kilka razy łączył swe siły z innymi komiksowymi bohaterami, aby razem stawić czoła złu tego świata. Było tak w przypadku chociażby Zbira, czy Savage Dragona. W tej dwu numerowej przygodzie team-up z Batmanem to za mało, potrzebny jest jeszcze mało u nas znany Starman. Mike Mignola zajmuje się tu warstwą graficzną, za scenariusz odpowiedzialny jest natomiast James Robinson (który to również napisał całą drugą serię Starmana, niedawno wydaną jako Omnibus). I co by nie mówić, współpraca ta wyszła znakomicie. Akcja pierwszego zeszytu dzieje się w Gotham, gdzie podczas wykładu na temat alternatywnych źródeł energii profesor Ted Knight zostaje zaatakowany i porwany przez miotających zielonymi promieniami nazistów. Sprawa jest na tyle duża i poważna, że z Waszyngtonu wezwany jest Hellboy jako wsparcie i pomoc dla Batmana. Po krótkim śledztwie okazuje się, że bohaterowie muszą skierować swe kroki do Amazońskiej dżungli, która jest głównym miejscem akcji części drugiej. To tak w dużym skrócie. Nie brakuje motywów typowych dla Czerwonego - są i naziole i Lovecraftowskie monstrum. Gdzieś tam przemyka też i Joker, który uniemożliwia wyprawę do dżungli Nietoperzastemu i wtedy do akcji wkracza Starman - syn porwanego profesora. Za ciekawostkę można uznać fakt, że wszyscy trzej bohaterowie spotykają się na zaledwie dwóch stronach. Głównym ogniwem jest tu Hellboy, który raz ma przy swoim boku Batmana, a raz Starmana. I w niczym to nie wadzi. Zmiana klimatu z Hellboyowego horroru na typowo przygodowy wyszła zdecydowanie na plus. Mike Mignola spisał się wyśmienicie, podobnie jak kolorysta Matt Hollingsworth, którego pracę w tej historii oceniam wyżej niż tradycyjne dla Hellboya kolory Dave'a Stewarta. Tu po prostu wszystko gra i crossover ten jest świetną rozrywką. I chyba moją ulubioną przygodą Czerwonego ze wszystkich jakie czytałem. Nie chyba, na pewno! Jeśli będziecie mieli okazję to gdzieś kupić to nie zastanawiajcie się. Egmont lata temu miał w planach wydanie tej historii, ale z czasem temat umarł i nie wiem czy kiedykolwiek do niego wrócą. A szkoda. Duża.

poniedziałek, 1 grudnia 2008

#88 - Co kryją mury Samaris?

Seria „Mroczne Miasta” była pierwszym tytułem zapowiedzianym przez Manzoku, wchodzące na rynek nowe wydawnictwo, które na swoim koncie miało jedynie reedycję „Podróży smokiem Diplodokiem” Tadeusza Baranowskiego. O wydaniu „Les Cites Obscures” zdecydowali podobno sami czytelnicy w ankiecie ogłoszonej przez wydawcę, w co kompletnie nie chce mi się wierzyć. Po pierwsze, nie sądzę aby Manzoku wtedy (i dziś także) było tak silnym edytorem, aby wydać dowolny komiks, wskazany w internetowym głosowaniu, a po drugie wątpię w wyniki samej ankiety – nie wierzę, że polski czytelnik wskazał ten komiks właśnie. Dalsze, burzliwe wydawnicze losy komiksu to już historia - zamieszanie z przedpłatami, znikająca strona internetowa, niejasne problemy z licencją i powracające widmo upadku „oficyny komiksu światowego”. Niemniej, wreszcie się udało i „Mury Samaris” można dostać w każdej księgarni. Przypomnę tylko, że jego premiera została zapowiedziana w połowie czerwca 2006 roku a pierwszy tom serii miał się ukazać bardzo szybko, bo już wrześniu tego samego roku.

Przyznam, że sporo spodziewałem się po „Murach Samaris”, gdyż o tym komiksie w ciepłym tonie wypowiadały się różne osoby, których opinię zawsze biorę pod uwagę. Po pierwszym tomie jestem minimalnie rozczarowany i bardzo zaskoczony. Rozczarowany, bo to nie komiks znakomity, tylko bardzo dobry i zaskoczony, bo spodziewałem się czegoś zupełnie innego. A co dostałem?

Samaris to pierwsze z tytułowych „Mrocznych Miast”, które czytelnik odwiedzi wraz z „głównym bohaterem” opowieści, Franzem. Franz zostaje wysłany ze swojego rodzinnego Xhystos, aby zgłębić tajemnicę miasta, zza murów którego nie wrócił jeszcze żaden człowiek. Specjalnie napisałem „głównym bohaterem”, bo czytelnik bardzo szybko się przekona, że to nie Franz odgrywa pierwsze skrzypce w tej historii, tylko właśnie tytułowa metropolia. Bowiem na pierwszy plan w „Murach Samaris” zostaje wysunięte to, co zwykle w innych komiksach pozostaje na drugim planie. Miasto, które zwykle jest tłem dla opowiadanej historii, tutaj zostaje umieszczone w centrum komiksu. Jest celem, do którego dąży Franz, jest tajemnicą, z którą musi zmierzyć się odbiorca i jest punktem, wokół którego obraca się intryga.

Premierowy tom „Mrocznym Miast” to komiks, który zachwyca przede wszystkim pod względem estetycznym. Scenariusz Peetersa hipnotyzuje swoim nastrojem, zaciekawia tajemnicą. Autor potrafi stworzyć duszną, kafkowską atmosferę, zamkniętą w fabularnym motywie podobnym do podróży z „Jądra ciemności” Josepha Conrada. Rysunki Schuitena budzą podziw swoim rozmachem, dokładnością i pomysłowości. Artysta, który jest nota bene architektem z wykształcenia, buduje miasta, którego podstawowym kryterium nie jest użyteczność i funkcjonalność, tylko piękno. Architektura w Xhystos utrzymana jest w stylu art nouveau, natomiast w Samaris – w gustownym baroku. Wybaczcie, że posłużę się takim banalnym porównaniem, ale „Mury Samaris” oddziałują głównie na czytelnicze zmysły, a nie na rozum, zachwycają estetycznie. To komiks, który chce się smakować, a nie czytać.

Tak naprawdę „Mury Samaris” to tylko znakomita uwertura dla sagi „Mrocznych Miast”, która liczy sobie jedenaście tomów. Widać, że komiks Schuitena i Peeters zdradza wielki potencjał i jestem bardzo ciekaw jak dalej się to wszystko potoczy. Pierwszy epizod zapracował na kredyt zaufania dla całej serii. Liczę, że Manzoku wyczerpało już limit błędów i pomne własnych pomyłek zajmie się wydawaniem komiksów na poważnie.

niedziela, 30 listopada 2008

#87 - Trans-Atlantyk 15

#1 Od pewnego czasu polskie serwisy komiksowe raczą nas komisowymi wieściami zza Oceanu. Aleja Komiksu nawiązała współpracę z ludźmi z DC Multiverse, którzy trudnią się w kopiowaniu newsów ze stron zagranicznych. Gildia Komiksu potrafi zaskoczyć jakąś niespodziewaną wiadomością bohaterach w kalesonach, która i tak zginie w natłoku newsów z gildiowej Filmówki. Natomiast komiksowy oddział Poltera zrobił małe faux-pas z newsem o ostatnim zeszycie „Batman: R.I.P”, zdradzającym zakończenie historii Granta Morrisona. Teraz każdy nieuważny czytelnik może poznać ostateczny los Mrocznego Rycerza nie czytając komiksu.
Muszę przyznać, że mam pewną satysfakcję, bo o „Nowym Kryptonie”, o zmianach, jakie dotknęły Batmana, o pracy Kevina Smitha nad tytułem z Mrocznym Rycerzem i kilku innych rzeczach, pisaliśmy na tyle wcześniej, na ile pozwalał nam Trans-Atlantykowy cykl od niedzieli, do niedzieli. I staraliśmy się nie tylko ograniczać do suchej informacji, ale z reguły okraszaliśmy je własnymi komentarzami, umieszczaliśmy w szerszym kontekście, wzbogacaliśmy o dodatkowe informacje.

#2 Dan DiDio uroczyście zapowiedział nową wersję jedynego i prawdziwego originu Supermana, której autorami będą scenarzysta Geoff Johns („Action Comics”, „Sinestro Corps War”) i rysownik Gary Frank („Action Comics”, „Midnight Nation”). „Superman: Secret Originukaże się na początku 2009 roku i zamknie się w 6 zeszytach. Komiks będzie jednym z wielu „tajnych genez”, które na nowo opowiadają o pochodzeniu poszczególnych herosów, ustalając kanoniczną wersję wydarzeń, i są przy tym wprowadzeniem w mitologię bohaterów DC. W przeciwieństwie do klasycznego „The Man of Steel” i modernistycznego „Birthright”, Johns skupi się na wątkach ze złotego wieku, które do tej pory były rugowane z biografii Supermana. Teraz, zgodnie z obowiązującym trendem rehabilitowania złotej ery, zobaczymy wczesne przygody Clarka, jako Superboya, i jego współpracę z Legionem Super-bohaterów. Komplet szkiców okładek do zobaczenia tutaj.

#3 Ciekawie zapowiada się autorski projekt Jamesa Kuhorica pt "Dead Irons", opowiadający historię rodziny przeciwko której staje jeden z jej członków. Wszystko wyglądałoby w miarę normalnie, gdyby nie to, że rodzinę stanowią zmiennokształtne monstra siejące terror gdzie tylko się pojawią. Całość opisywana jest jako skrzyżowanie horroru z westernem. Za grafikę odpowiedzialny jest fenomenalny Jason Shawn Alexander ("The Secret", "Abe Sapien: The Drowning"), natomiast okładki to domena niejakiego Jae'a Lee (ostatnio "Dark Tower"). Seria licząca sobie pięć odcinków startuje w lutym dzięki Dynamite Entertainment. Do koszyka.

#4 22 listopada swoją premierę miało „Ojingogo”, papierowa wersja uznanego komiksu internetowego , wydana przez Drawn & Quarterly. Dzieło Matta Forsythe`a było dwukrotnie nominowane do nagrody Eisnera w kategorii web-komiksu i dostało nagrodę Expozine, kanadyjskiego konwentu komiksu niezależnego. Przyznam, że nie śledzę specjalnie sceny internetowej, ale sam fakt wydania w D&Q i opis komiksu zachęcają mnie to zapoznania się z tą pozycją. Komiks zapowiada się bowiem na połączenie oniryzmu w stylu „Little Nemo” z duchem przygody „Calvina i Hobbes`a”, utrzymanej w oryginalnej, ekspresyjne estetyce, zdradzającej wschodnie wpływy. Do koszyka.

#5 Wydawnictwo Image zrobiło swoim czytelnikom prezent z okazji Święta Dziękczynienia i udostępniło w sieci pierwszy zeszyt nowej serii „Savage”, wydawanej w imprincie Shadowline, Komiks autorstwa niezmordowanego Steve`a Niles`a, Jeffa Franka, Dana Wickline`a i Mike`a Mayhewa można przeczytać na przykład tutaj. Ostrzegam solennie, że nie jest to nic specjalnego, wilkołaki kontra wielka stopa, sporo krwi, trochę golizny. Popierdółka, jak to się mówi.

#6 Obowiązkowy news filmowy - mijający rok można ocenić pozytywnie jeśli chodzi o ekranizacje komiksów. Może być jednak jeszcze lepiej, jeśli weźmie się pod uwagę jeszcze jeden film, który zadebiutuje w najbliższy piątek. Mowa oczywiście o "Punisher: War Zone". Sądząc po trailerach, będzie dużo bezsensownej przemocy, krwi, wybuchów i lania po mordach. Znaczy się dobrze będzie. Tym razem w rolę Franka Castle'a wcielił się znany z serialu "Rzym" czy też brytyjskiego horroru "Outpost" (u nas jako "Eksperyment SS") Ray Stevenson. Ze swojej strony polecam zapoznanie się ze świetnie wyglądającym www filmu, na którym standardowo galeria, trailery i inne promocyjne ciekawostki, a w tle między innymi Rob Zombie i kawałek "War Zone". Piątkowa premiera oczywiście w USA, do nas "Strefa Wojny" doczłapie dopiero 20 marca 2009 roku.

#7 Drugi obowiązkowy news filmowy – na 11 września 2009 roku zaplanowano premierę kinowej adaptacji świetnego komiksu Grega Rucki i Steve`a Liebera „Whiteout”. W postać głównej bohaterki, Carrie Stetko, ma wcielić się Kate Beckinsale, a za reżyserię odpowiadać ma Dominic Sena, znany z „Swordfish” i „Gone in Sixty Seconds”. „Zamieć” to dobry komiks jest, ale nie mam pewności co do tego, czy będzie to równie dobry film. No i filmowcy wybrali sobie niezłą datę na premierę. 9/11.

#8 Grudzień jak to grudzień - miesiąc wszelakich podsumowań, które nie ominą również Kolorowych Zeszytów. Jak na razie jednak amerykański mejnstrim mijających 12 miesięcy podsumował znany magazyn "Wizard". Oto kilka ważniejszych kategorii: najlepszą serią uznano "Action Comics" Geoffa Johnsa i Gary'ego Franka, najlepszym wydarzeniem zaś "Secret Invasion" o którym parę dni temu pisaliśmy w TA Extra. Najlepszym skrybą uznano Jasona Aarona, który w mijającym roku udzielał się chociażby w "Ghost Riderze", solowych przygodach Logana, czy też Inwazyjnej historii w "Black Panther". Rysownikiem 2008 roku okazał sie Leinil Francis Yu, który mijający rok spędził najpierw na końcówce swojego i Bendisa runu do "Nowych Mścicieli", a później na tworzeniu "Sekretnej Inwazji" (o przyszłych planach Pana Yu pisaliśmy tutaj). W kategorii najlepszy bohater / najlepszy wróg Marvel ponownie na czele - Herosem 2008 uznano nowego Kapitana Amerykę, natomiast tym najbardziej złym Normana Osborna / Zielonego Goblina. Więcej w 207 numerze miesięcznika.

sobota, 29 listopada 2008

#86 - Rzut za trzy: Crap!

„Hellraiser 2” (między innymi Clive Barker, Alex Ross, John Bolton; Egmont; 10/2008)

O ile pierwsza antologia „Hellraisera” niektórymi historiami mogła się obronić, miała tak zwane dobre momenty, o tyle drugi wybór „najlepszych komiksów” z uniwersum Cenobitów równo gryzie glebę. Trudno wśród tych siedmiu nowelek, składających się na „Hellraisera 2”, znaleźć coś interesującego, oryginalnego czy choćby strasznego. Komiksowe „Obrazy grozy”, nawiązujące do prozy Clive`a Barkera, nie wychodzą poza skostniałe horrorowe konwencje, co nawet taki laik jak jak, w tym temacie, potrafi zauważyć. Wystarczy przyjrzeć się poszczególnym historiom. „Powołanie” jest podobne do najbardziej kiczowatej książki Mastertona, czyli „Wojowników Nocy”, w której grupka przypadkowych ludzi zostaje obdarzonych supermocami i staje do walki z siłami ciemności. Skojarzenie z tandetną super-bohaterszczyzną są w tym przypadku jak najbardziej wskazane. „Dziewczyny z wizjera” nie jest warta nawet lektury, bo od pierwszego kadru wiemy, jak rzecz się skończy. „Ręka nieboszczyka” to modelowy przykład jak nieumiejętnie budować napięcie i napisać komiks pozbawiony jakichkolwiek treści. „Demony dla jednych, anioły dla drugich” w swoich założeniach miały traktować o ważkich sprawach duchowych, a wyszła jakaś jarmarczna i tandetna religijna bzdurka. Taką wyliczankę można by kontynuować, bo każda kolejne nowela jest gorsza od poprzedniej. Autorzy tych historii są mi kompletnie nieznani, to prawdopodobnie jacyś trzeciorzędni komiksiarze, wyłączywszy samego Barkera, który komiksiarzem nie jest, Alexa Rossa i Johna Boltona, których z pewnością do twórców trzeciorzędnych zaliczyć nie możemy.
„Hellraiser 2” to taki komiksowy odpowiednik horroru klasy D, który nie straszy, tylko bawi swoją nieporadnością. Badziewnym scenariuszem napisanym na kolanie, litrami sztucznej krwi i gumowymi maskami, drewnianą grą aktorską i fatalnymi dialogami. No i w sumie czytanie go przynosi jakąś perwersyjną i bolesną przyjemność.


„Hard” (Tomasz Biniek; Biniek Studio; 10/2008)

Ten komiks owiany jest już swoistą legendą i ma już chyba zapewnione miejsce w nieformalnym panteonie najgorszych komiksowych dzieł, tuż obok „Chrisa Telepaty” i „Klątwy Atacamy”, na specjalnym regale z komiksami dla dorosłych. „Hard” zostało swego czasu rozsławione video-recenzją, skądinąd poważnego polskiego wydawcy komiksowego i pracownika pewnego dystrybutora filmowego, którą można znaleźć na tej stronie. Nieporadnego komiksu Tomka Binka nie mogło zabraknąć w moim zestawieniu. Czytając „Hard” przypominają mi się złote czasy polskiej amatorszczyzny wczesnych lat dziewięćdziesiątych, kiedy różni przypadkowi twórcy z marnym powodzeniem próbowali swoich sił w komiksie. „Hard” zawiera wszystkie elementy takiego dziełka. Tandetną, nawet jak na komiks o charakterze pornograficznym, historię, którą wypełniają idiotyczne dialogi i liczne fabularne kiksy. Odpychającą, sterylną i sztuczną oprawę graficzną, która pogrąża „Hard” jako komiks, mający wywoływać erekcję i pobudzać fantazje. Nawet fikołki, które są przecież w centrum zainteresowania czytelnika, nie wychodzą poza wytarte do granic możliwości klisze i nie mają do zaoferowania nic ciekawego. Ja osobiście lubię się pastwić nad słabymi komiksami, lubię wytykać palcami, co jest w nic źle zrobione, co mi się nie podoba. Ale przy pracy Tomka Binka (Bińka?) wolę po prostu zamilknąć. Z zażenowania.


„Hellboy Animated: Czarne zaślubiny i inne opowieści” (nie warci wspomnienia; Egmont; 9/2008)

Kompletnie nie rozumiem pomysłu robienia z „Hellboy`a” komiksu przyjaznego dzieciom. W wyniku dosyć karkołomnej operacji przełożenia filmu animowanego, opartego na komiksie, na inny komiks, dzieło Mike`a Mignoli straciło wszystkie swoje walory. „Hellboy Animated” to wyrób hellboy`o-podobny. Rzadka kupa, pozbawiona sugestywnego klimatu grozy budowanego znakomitą, intensywną oprawą graficzną, przyprawionego niebanalnym dowcipem i grą z konwencjami horroru i lateksowych gaci. Nie udało się nawet zachować tego przygodowego klimatu, który tak sobie ceniłem. Przygody Piekielnego Chłopca ze stron „Czarnych Zaślubin” są nudne, wyprane z dramaturgii, pozbawione napięcia i co najwyżej przeciętnie narysowane. To zwyczajnie słaby komiks jest. Co gorsza, Hellboy w swojej animowano-komiksowej wersji do pięt nie dorasta swoim czysto komiksowemu czy nawet filmowemu wcieleniu. Autorzy adaptacji zgubili gdzieś cały urok tego bohatera i nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to tylko jakiś marny klon czy inny przebieraniec nieudolnie imitujący swój oryginał.
Panie Mignola nie idźcie tą drogą! Niech się pan lepiej weźmie za pisanie dobrych scenariuszy i robienie świetnych okładek, a nie bawi w kolejnego McFarlane, który pochłonięty nabijaniem swojej kabzy, pod względem komiksowym rozmienił się na drobne. I pewnikiem to jest odpowiedz na pytanie, które narzuca sie po lekturze „Czarnych Zaślubin” – po co, powstają takie komiksy?