
10) „Status 7: Breakoff” (Tobiasz Piątkowski i Robert Adler; Egmont; PL)
9) „Eden, It's an Endless World!” (Hiroki Endo; Egmont; JAP) Jedna z moich ulubionych serii komiksowych o japońskim rodowodzie. Nie dajcie się nabrać, że jest to tylko sensacyjny komiks utrzymany w post-apokaliptycznej konwencji, bo „Eden” to coś więcej. Endo (nie mylić z Agatą Nowicką) opowiada historię o odradzaniu się ludzkości i cywilizacji, igrając z europejską tradycją biblijną i celując w obserwacji obyczajowej. Z czasem, dobijając 17. tomiku, serial się trochę rozlezie, jego fabuła odejdzie od wątków poruszanych w pierwszych epizodach, co wcale nie będzie oznaczało, że komiks obniży loty. Niemniej, sam początek sagi Hirokiego Endo przypadł mi do gustu chyba najbardziej.
8) „Sandman #1: Sen sprawiedliwych/Nadzieja w Piekle” (Neil Gaiman, Sam Keith, Mike Dringberg, Malcolm Jones III i Dave McKean; Egmont; USA)Patrząc na komplet „Sandmana”, stojący równym rządkiem na mojej półce, największą estymą darzę właśnie „Preludia i Nokturny”, które Egmont w pierwszym wydaniu barbarzyńsko podzielił na dwa części. Nie wiem, czy premierowy tom opowieści o Morfeuszu z Nieskończonych rzeczywiście jest najlepszy, czy po prostu zadziałał efekt nowej serii, która zburzyła moje dotychczasowe wyobrażenie o komiksie. Do niego wracam najczęściej i z największą przyjemnością. Według mnie kolejne epizody nigdy nie osiągnęły poziomu „Snu Sprawiedliwych” i „Nadziei w Piekle”, dzięki którym Gaiman wkroczył do ligi moich ulubionych scenarzystów komiksowych. I pewnie by w niej pozostał, gdyby opowiadał tak znakomite historie, jak te z pierwszych zeszytów „Sandmana”, a nie skupiał się na popisach wątpliwej erudycji i niepotrzebnym gmatwaniu fabuły.
7) „Janosik” (Tadeusz Kwiatkowski i Jerzy Skarżyński; Post; PL)Oto komiks, który ma wielkiego pecha. „Janosik” został wydany pierwotnie w 1973 roku i nigdy nie zdobył takiej popularności, jaką cieszyli się w owym czasie choćby kapitanowie Kloss i Żbik. Dzisiaj, w porównaniu z dosyć topornymi czytadełkami z oficerem MO i asem kontrwywiadu w rolach głównych, historia o góralskim zbójniku prezentuje się bardzo korzystnie. „Janosik” łączy w sobie przygodową fabułę z artystyczną oprawą wizualną. Niesamowicie plastyczne, porywające swoją ekspresją i nowoczesnym kadrowaniem rysunki Jerzego Skarżyńskiego nawet teraz robią spore wrażenie. Wielka szkoda, że dwutomowa reedycja dzieła Kwiatkowskiego i Skarżyńskiego przeszła bez większego echa i pozostaje nieznana szerszemu gronu odbiorców. A „Janosika” warto docenić, bo to jeden nielicznych komiksów, którym możemy i powinniśmy się chwalić w skali Europy.
6) „Sen potwora” (Enki Bilal; Egmont; EU) Z całego dorobku Enkiego Bilala, publikowanego w Polsce, najbardziej cenię właśnie ten album. „Sen Potwora” jest pierwszą częścią Trylogii Potwora, którą później autor sztucznie i niepotrzebnie wydłużył do Tetralogii. Bilal z tego okresu odchodzi od ścisłej konwencji science-fiction, znanej z Trylogii Nikopola, i kieruje się w inną stronę. Wątki autobiograficzne, zmieszane ze wspomnianym sci-fi i doprawione szczyptą ponurej futurologii, stają się punktem wyjścia do refleksji nad ulubionym przeze mnie, bardzo kunderowskim, zagadnieniem pamięci, ale także nad nowoczesną sztuką i wartością historii. Towarzyszą temu eksperymenty z oprawą wizualną, autor odchodzi od tradycyjnie pojmowanej komiksowej grafiki i efektownie flirtuje z malarstwem. „Sen Potwora” zapowiadał komiksową sagę co najmniej na poziomie poprzedniej trylogii, jednak kolejne tomy były tylko bełkotliwym, tanim popisem graficznej maniery Bilala osuwającego się w coraz większy bezsens. Szkoda.
5) „Usagi Yojimbo #9: Daisho” (Stan Sakai; Egmont; USA)To chyba pierwszy tomik z długouchym samurajem, który wpadł w moje ręce i początek wspaniałej przygody, która trwa do dzisiaj. Stan Sakai opowiada prostą i poruszając historię, sławiącą „kult prostych wartości”, jak to zgrabnie ujął Śledziu w swojej produktowej recenzji. Pozbawiony tytułowego daisho, czyli kompletu swoich mieczy, Usagi Yojimbo, były samuraj na służbie u pana Mifune, rusza w pościg za złodziejem „duszy samuraja”. Komiksów będących apoteozą takich niemodnych cnót jak honor, pracowitość, szlachetność czy wierność wobec zasad, które się wyznaje, już się chyba nie robi.
4) „Mikropolis tom 2: Moherowe sny” (Dennis Wojda i Krzysztof Gawronkiewicz; Mandragora; PL)Jeden z najbardziej wartościowych współczesnych komiksów polskich. Na drugi tom serii składają się tym razem trochę dłuższe fabuły, w tym świetne „Krzesło w Piekle”, nagrodzone łódzką Grand Prix w 2001 roku i „Golenie wieczorową porą”, które otrzymało laur publiczności na MFK w 2002 roku. Oprócz tego, „Mikropolis” było nominowane do Nagrody Pegaza w kategorii wydarzanie artystycznego roku. I nie ma się co dziwić, że doceniono gęste i poetyckie historie, w których eleganckie i perfekcyjne rysunki Gawronkiewicza idealnie współgrają z finezyjnymi scenariuszami Wojdy. Tytuł został ostatnio wznowiony przez wydawnictwo Egmont.
3) „100 naboi# 1: Pierwszy strzał, ostatnie ostrzeżenie” (Brian Azzarello i Eduardo Risso; Mandragora; USA)Premierowy album jednej z najlepszych serii, jaki pojawiły się na naszym rynku. W „Pierwszym strzale, ostatnim ostrzeżeniu” znajdziemy wszystko, co w „100 Nabojach” najlepsze – świetny, sensacyjny scenariusz, znakomite dialogi, pełnokrwiste postacie i zapowiedz intrygi, o której będą traktowały kolejne albumy. Przyznam, że choć przewodni wątek spisku, minutemanów i Trustu jakkolwiek jest interesujący, o wiele bardziej w komiksie Azzarello i Risso pociągają mnie te krótkie moralitety o ludziach, którzy otrzymawszy czarną aktówkę od Agenta Graves`a, dostają swoją drugą szansę. Azzarello, posługując się kryminalną konwencją, snuje swoją opowieść o ludzkim heroizmie, żądzy władzy, odkupieniu grzechów, miłości i nienawiści, a Risso to wszystko znakomicie ilustruje.
2) „Miasto Grzechu” (Frank Miller; Egmont; USA)Pierwsza i jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza, opowieść z „Miasta Grzechu”. „Trudne pożegnanie” powala graficznym wykorzystaniem komiksowego medium i sposobem budowania opowieści. Czarno-białe, pozbawione półtonów, ekspresyjne i wyrafinowane rysunki doskonale komponują się z dosyć prostą, by nie powiedzieć banalną, historią, która jest fuzją konwencji noir i tradycji super-hero z… baśnią. Po kimże jest Marv, jeśli nie niezniszczalnym księciem z bajki, ubranym w prochowiec? I pod pewnymi względami przeestetyzowana i brutalne aż do przesady „Sin City” opowiada o tym samym, co elegancki i cenzuralny „Usagi Yojimbo”. O niemodnych wartościach, którym Marv pozostał wierny aż do samego końca.
1) „Batman: Powrót Mrocznego Rycerza” (Frank Miller; Egmont; USA)Klasyk amerykańskiego komiksu, który wciąż robi duże wrażenie, mimo że od premiery oryginału minęło ponad 20 lat. Frank Miller, nie chcąc być starszym od swojego ukochanego bohatera z dzieciństwa, postanowił pokazać jak mogłaby wyglądać przyszłość Batmana. Przy okazji dokonał kilku mniejszych i większych komiksowych rewolucji z zdekonstruowaniem mitu super-bohatera na czele. Dla mnie „Powrót Mrocznego Rycerza” to opus magnum Millera, najbardziej złożone, wielowarstwowe, dopracowane i wciągające dzieło, jakie wyszło spod jego ręki. Pełne sugestywnej atmosfery nowej Zimnej Wojny, absolutnie genialne formalnie, pełne zapadających w pamięć scen, które weszły do kanonu opowieści z Mrocznym Rycerzem, pełne trafnych obserwacji, które składają się na ponurą analizę społeczeństwa amerykańskiego nie tylko XX wieku. I o ile „Strażników” czyta się wolniej, niektórym może zdarzyć się przy nich zdrzemnąć (o niegodni!), tak naładowane akcją „DKR” czyta się jednym tchem.
A co ciekawego wydarzyło się w 2002, co zapamiętałem z tamtego roku?
„Thorgal: Królestwo pod piaskiem” – wraz z 26. epizodem seria Jeana Van Hamme`a i Grzegorza Rosińskiego, która regularnie obniżała loty, sięgnęła dna absolutnego. To zdecydowanie najsłabszy, patrząc z dzisiejszej perspektywy, tom przygód kruczowłosego wikinga. To również koniec pewnej epoki, kiedy odliczało się dni do polskiej premiery każdego nowego albumu „Thorgala” i czekało się na niego z wypiekami na twarzy, nie zwracając uwagi, że od pewnego czasu „nowe” przygody nie dorównywały tym starszym, które tak dobrze pamiętamy z dzieciństwa. Wraz z „Królestwem pod piaskiem” coś we mnie pękło. Thorgalowi już nigdy nie udało się odzyskać mojego zaufania i był jednym z wielu komiksów na rynku, na który reagowałem z obojętnością.Największa wpadka – skład „Fragtastycznej podróży”. Fun-Media, czyli niegdysiejszy hegemon polskiego rynku komiksowego TM-Semic, pomyliło się przy składaniu „Fragtastycznej podróży”, skądinąd całkiem średniej przygody Lobo. Z tego, co mi wiadomo cały nakład został wydrukowany z niewłaściwym układem poszczególnych rozdziałów i czytelnik miał dodatkową zabawę ustalając ich prawidłową kolejność.
Tragiczne wydarzenie i człowiek, o którym warto pamiętać – w niedzielę, 28 kwietnia 2002 roku życie odebrał sobie Tomek Krasnowolski, komiksiarz i publicysta. Jeden z współzałożycieli komiksowych magazynów „KKK” i „Cyrkielnia”, związany z lożą krakowską, czyli tak zwanym Krakowskim Klubem Komiksu.
Moda na wznowienia, albo PRL-u czar – wraz ze znakomitą komiksową koniunkturą utrzymująca się na naszym rynku na początku XXI wieku, wielu wydawców postanowiło przypomnieć starszym czytelnikom ich bohaterów z lat dzieciństwa. I tak Muza S.A. wystartowała z reedycją przygód bohaterów Polski Ludowej, „Kapitana Klosa” i „Kapitan Żbika”, krakowski Post wznowił znakomitego „Janosika”, Egmont ruszył z serią Klasyki Polskiego Komiksu, w ramach której ukazał się „Funky Koval, „Przygody Kleksa”, „Orient-Man Forever” i „Księgę Zero” z Tytusem, Romkiem i A`Tomkiem.
Wzlot i upadek „P Luxa” – z jednej strony pojawienie się drugiego komiksowego periodyku tworzonego przez twórców związanych z „Produktem” to niezwykły sukces i wydarzenie bez precedensu na skalę polskiego ryneczku – o ile dobrze sobie przypomina żaden magazyn komiksowy nie doczekał się własnego odprysku, a z drugiej – to porażka. „P Lux” pojawił się bowiem zamiast premierowych serii komiksowych produktywnych autorów i taki „Parish” Śledzia zamiast samodzielnie uderzyć do kiosków i saloników prasowych, pojawił się w towarzystwie komiksów Chmielewskiego, Janickiego, Ciszaka i Myszkowskiego. I z jednej strony szkoda, że skończyło się tylko na dwóch numerach, a z drugiej chyba dobrze wyszło, że ekipa ze Studia Bonin skoncentrowała wszystkie siły na „Produkcie”.





Już piąty rok trwa Druga Wojna Secesyjna pomiędzy USA, a Wolnymi Stanami. Konflikt rozdziera samo serce Ameryki, zamieniając Nowy Jork w regularną strefę wojny. Linia frontu przebiega przez Manhattan, strefę zdemilitaryzowaną, który stał się azylem dla ludzi nieopowiadających się po żadnej z walczących stron. Ludzi, którzy mają gdzieś całą tą wojnę. I właśnie na tę ziemię niczyją trochę przypadkowo przybywa Matthew Roth, jako członek ekipy reporterów reprezentujących Rząd Stanów Zjednoczonych. Niestety, nie wszystko idzie zgodnie z planem i wkrótce Matt przekona się na własnej skórze jak wygląda życie w DMZ…
Brian Wood miał świetny pomysł i znakomity materiał na komiks. Chciał pokazać jak wygląda wojna XXI wieku w amerykańskiej metropolii, jaki wywiera wpływa na zwykłych ludzi i w jaki sposób próbują sobie układać życie pod gradem pocisków i bomb. Wydaję mi się, że „DMZ” miało być takim raportem z oblężonego miasta w amerykańskim stylu post-9/11. I właściwie praca wspomnianego Wood'a i Riccardo Burchielliego takim komiksem jest. Tylko, że przymiotnik „amerykański” oznacza jak najgorsze konotacje.
Życie na terenie wolnym od działań wojennych w niczym nie przypomina egzystencji w oku cyklonu. Manhattan to nowy wspaniały świat młodych, niezależnych, myślący ludzi, którzy przez te pięć lat nie zorganizowali się w żadne organizacje, żadne struktury. To raczej jakaś odmiana hippisowskiej komuny, w której wszyscy żyją we względnym spokoju, nie dochodzi do jakichś gwałtowniejszych konfliktów i nikt nie chce przejąć władzy. Ani od wewnątrz, ani od zewnątrz. Ta, jasne. Nie muszę mówić, że wszystkie kobiety są młode i piękne, a mężczyźni wyluzowani i twardzi.
Komiks rozłazi się kompozycyjne. Oprócz „W Strefie” czytałem również drugi tom, „Body of a Journalist”, i kilka późniejszych zeszytów - nie mogłem uwolnić się od wrażenia, że Wood się trochę pogubił. Autor chyba sam do końca nie wie, co zrobić ze swoimi bohaterami, w która stronę pociągnąć dalej fabułę, jakie wątki wysunąć na pierwszy plan, a której zostawić w tle. Przyznam, że w „DMZ” brakuje mi spójności i pomysłu, zupełnie nie przekonuje mnie taka dowolność i przypadkowość w opowiadaniu historii. Chociaż jestem przekonany, że dla kogoś będzie to spora zaleta.
„Herge prawdopodobnie wywarł na mnie największy wpływ pod względem wizualnym, ale jeśli chodzi o podejście do komiksu, to sprawa przedstawia się zupełnie inaczej”.
Twoja kreska jest bardzo czysta i ostra. Po pewnymi względami przypomina „ligne claire”, którą Herge wynalazł podczas pracy nad „Tintinem”. „Czysta linia” podkreśla kontrast między ikonicznym przedstawieniem bohaterów, a niezwykle realistycznymi krajobrazami krajów, które młody reporter odwiedza na kartach komiksu. Scott McCloud zauważa w „Understading Comics”, że ten kontrast pozwala czytelnikowi „ukryć samych siebie w tak narysowanej postaci i bezpiecznie wejść w świat przedstawiony”. „To dwa aspekty oprawy graficznej” – pisze – „jeden pozwala czytelnikowi widzieć, a drugi – być”.
Do pewnego stopnia zgadzam się ze Scottem w kwestii zależności między czytelnikiem, Tintinem i światem Tintina oraz przyznaje, że Herge wywarł na mnie prawdopodobnie największy wpływ pod względem wizualnym, ale jeśli chodzi o podejście do komiksu, to sprawa przedstawia się zupełnie inaczej. W swojej twórczości nie staram się stworzyć avatara w środku komiksu, z którym czytelnik mógłby się identyfikować i byłby jego punktem odbioru historii, lecz oddzielne, wiarygodne postacie z odrębnymi osobowościami. Mojemu odbiorcy przeznaczam rolę obserwatora, a nie uczestnika wydarzeń.
Jesteś najbardziej znany z „Berlina”, komiksowej serii określanej jako „historical fiction". Piszesz o Niemczech weimarskich z perspektywy ludzi żyjących na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku, okresu bezpośrednio poprzedzających narodziny faszyzmu i wybuch II Wojny Światowej. Herge również pisał o odległych krajach, których nigdy nie odwiedził. Czy w tym przypadku było podobnie, czy znowu możemy mówić o analogiach między Tobą, a nim?
W jaki sposób zbierałeś materiały potrzebne do pracy nad „Berlinem”? W jakich sytuacjach mogłeś sobie pozwolić na trochę bardziej swobodne potraktowanie źródeł i czy miałeś świadomość takich odstępstw? Co było główną inspiracją do stworzenia „Berlinu”?
Jaki masz stosunek do swoich bohaterów? Jak prawdziwi się stają dla Ciebie, kiedy nad nimi pracujesz, tworzysz ich i porzucasz, by zająć się kolejnym projektem? Wyobrażasz sobie ich życie pozakomiksowe?
Pracuje pięć dni w tygodniu, od poniedziałku do piątku, od mniej więcej 7:30 do 15, z kilkoma krótkimi przerwami. Zwykle mój proces twórczy zaczyna się od zwiedzania pobliskich kawiarni, w których powstają swoiste story-boardy. Dla każdej ze stron przygotowuje miniaturowy diagram, na którym rozrysowuje rozmieszczenie postaci, dymków, a obok przygotowuje dialogi. Staram się pracować równoległe nad tekstem i grafiką, aby zobaczyć jak dialog będzie pasował do układu strony. Przy tym etapie muszę pamiętać o innym, bardzo ważnym elemencie formalnym – pilnuje mechanizmu przechodzenia od strony do strony, muszę się zastanowić, czym strona powinna się zaczynać, a czym kończyć.
Marshall McLuhan, autor wydanej w 1967 roku książki „The Medium Is the Massage” piszę o różnicach pomiędzy, jak sam je nazywa, „mediami gorącymi” i „mediami zimnymi”. „Gorące”, jak filmy i radio, są pełne treści, która nic nie wymaga od pasywnego odbiorcy, natomiast „zimne”, jak na przykład wszelkie formy ikoniczne, wymagają już aktywnej partycypacji widza. Przykładem takich mediów może być telewizja lub komiks właśnie. Zgadzasz się z takim przyporządkowaniem McLuhana?
Pierwszymi komiksami, które czytałem były rzeczy Marvela z wczesnych lat siedemdziesiątych, głównie westerny, jak „Rawhide Kid” i typowe zeszyty super-hero, jak „Kapitan Ameryka” czy „The Avengers”. „Tintina” odkryłem trochę później i większość wpływów z tego okresu, których jestem świadom, zawdzięczam właśnie Herge‘owi.
Powieści graficzne stały się bardzo popularne wśród szerokiej publiczności głównie za sprawą filmowych adaptacji dalekich od konwencji super-hero, takich jak „V jak Vendetta”, „Sin City”, „American Splendor”, „Ghost World” czy „Historia przemocy”. W USA sprzedaż graphic novels potroiła się w ostatnich latach i obecnie osiągnęła wartość 245 milionów dolarów rocznie. Ale powieści graficzne wciąż nie mogą znaleźć swojego miejsca na księgarskich półkach – niektóre już doczekały się swoich sekcji, inne można znaleźć w części z literaturą dziecięcą. Prawie każda recenzja albo artykuł w prasie o szerszym zasięgu jest poprzedzona definicją gatunku, aby czytelnik miał chociaż mgliste pojęcie z czym ma do czynienia. Jak myślisz, czym jest to spowodowane i dlaczego poważna odmiana literatury obrazkowej tak długo czekała na uznanie? Czy myślisz, że powieść graficzna wobec komiksu potrzebuje własnej definicji?
Artyści z kręgu pop-artu, jak Warhol czy Lichtenstein, i inni twórcy, jak Raymond Pettibon, zdradzają w swoich pracach komiksowe wpływy. Na Warhola szczególny wpływ miał Herge. “Maus” Arta Spiegelmana wywołał wielkie poruszenie w głównym nurcie literatury. W ostatnich latach wiele magazynów czysto literackich poświęca miejsce na sztukę obrazkową. „New York Times” zdecydował się drukować komiksy w odcinkach, zaczynając od Chris‘a Ware‘a. Przez wiele lat komiks był traktowany jako „sztuka niska”, a teraz wydaje się, że zyskuje szerokie poparcie i jest akceptowany jako forma sztuki i literackiej narracji. Czy zgadasz się z tym? Czy słowo „forma” jest w tym przypadku odpowiednie? Czy myślisz, że poprzez tego rodzaju uznanie komiksowi nie zagraża niebezpieczeństwo zrezygnowania z twórczej wolności i schlebiania szerszym gustom?
W jaki sposób polityka wywiera, lub nie wywiera, wpływ na Twoją pracę? Czy w ostatnich latach ten wpływ rośnie, czy raczej maleje?


Seria „Mroczne Miasta” była pierwszym tytułem zapowiedzianym przez Manzoku, wchodzące na rynek nowe wydawnictwo, które na swoim koncie miało jedynie reedycję „Podróży smokiem Diplodokiem” Tadeusza Baranowskiego. O wydaniu „Les Cites Obscures” zdecydowali podobno sami czytelnicy w ankiecie ogłoszonej przez wydawcę, w co kompletnie nie chce mi się wierzyć. Po pierwsze, nie sądzę aby Manzoku wtedy (i dziś także) było tak silnym edytorem, aby wydać dowolny komiks, wskazany w internetowym głosowaniu, a po drugie wątpię w wyniki samej ankiety – nie wierzę, że polski czytelnik wskazał ten komiks właśnie. Dalsze, burzliwe wydawnicze losy komiksu to już historia - zamieszanie z przedpłatami, znikająca strona internetowa, niejasne problemy z licencją i powracające widmo upadku „oficyny komiksu światowego”. Niemniej, wreszcie się udało i „Mury Samaris” można dostać w każdej księgarni. Przypomnę tylko, że jego premiera została zapowiedziana w połowie czerwca 2006 roku a pierwszy tom serii miał się ukazać bardzo szybko, bo już wrześniu tego samego roku.
Przyznam, że sporo spodziewałem się po „Murach Samaris”, gdyż o tym komiksie w ciepłym tonie wypowiadały się różne osoby, których opinię zawsze biorę pod uwagę. Po pierwszym tomie jestem minimalnie rozczarowany i bardzo zaskoczony. Rozczarowany, bo to nie komiks znakomity, tylko bardzo dobry i zaskoczony, bo spodziewałem się czegoś zupełnie innego. A co dostałem?
Premierowy tom „Mrocznym Miast” to komiks, który zachwyca przede wszystkim pod względem estetycznym. Scenariusz Peetersa hipnotyzuje swoim nastrojem, zaciekawia tajemnicą. Autor potrafi stworzyć duszną, kafkowską atmosferę, zamkniętą w fabularnym motywie podobnym do podróży z „Jądra ciemności” Josepha Conrada. Rysunki Schuitena budzą podziw swoim rozmachem, dokładnością i pomysłowości. Artysta, który jest nota bene architektem z wykształcenia, buduje miasta, którego podstawowym kryterium nie jest użyteczność i funkcjonalność, tylko piękno. Architektura w Xhystos utrzymana jest w stylu art nouveau, natomiast w Samaris – w gustownym baroku. Wybaczcie, że posłużę się takim banalnym porównaniem, ale „Mury Samaris” oddziałują głównie na czytelnicze zmysły, a nie na rozum, zachwycają estetycznie. To komiks, który chce się smakować, a nie czytać.
„Hellraiser 2” (między innymi Clive Barker, Alex Ross, John Bolton; Egmont; 10/2008)
„Hard” (Tomasz Biniek; Biniek Studio; 10/2008)
„Hellboy Animated: Czarne zaślubiny i inne opowieści” (nie warci wspomnienia; Egmont; 9/2008)