Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tadeusz Baranowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tadeusz Baranowski. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 kwietnia 2016

#2125 - Jeszcze jakiś czas będę się pojawiał na rynku – wywiad z Tadeuszem Baranowskim

Z Tadeuszem Baranowskim dla "Kultowych komiksów z czasów PRL-u" rozmawiał Daniel Koziarski. Bezpośredni link do wywiadu znajduje się tutaj. Zdjęcie Tadeusza Baranowskiego pochodzi z jego strony na FB. Dziękujemy panu Tadeuszowi Baranowskiemu i "Kultowym komiksom z czasów PRL-u" za możliwość udostępnienia wywiadu.


środa, 5 listopada 2014

#1775 - Raport z Łodzi (1)

Jak co roku na Kolorowych nie pojawi się pełnowartościowa relacja z Międzynarodowego Festiwalu Komiksu (i Gier) w Łodzi. Jestem zdania, że w pojedynkę niemożliwe jest napisanie rzetelnej relacji z imprezy, która w ostatnich latach rozrosła się do naprawdę monstrualnych rozmiarów (choć na Polterze podjętą bardzo ambitną próbę). Z drugiej strony źle stałoby się gdyby największe komiksowe święto w naszym kraju przeszło u nas bez żadnego echa… 


środa, 24 kwietnia 2013

#1281 - Alfabet z dymkiem: B

Się powiedziało A, trzeba powiedzieć B. Zatem kolejna część alfabetu.

Bande dessinée – Francuzi nie mogą inaczej. Cały świat mówi computer (może oprócz Czechów, ale to przecież Czeczeni). Cały świat mówi comics. A Francuzi nie mogą. Rysowane taśmy. Można i tak. Niech mówią, jak chcą. Byle dalej tak rysowali i tak wydawali. Choćby tylko komiksy na B. Jak Biały Lama, Bouncer, Blueberry albo Blacksad.


Bang! Boom! – onomatopeje, pochodzące z języka angielskiego, które za pośrednictwem komiksów zakorzeniły się już chyba na dobre również w języku polskim. I nic na to nie poradzimy. Choć tak samo lubię Bach! Bum! Bim-bam-bom! Brrrum! Beee!

ilustracja :: stąd ::

Tadeusz Baranowski – Mistrz. Jeden z wielkich twórców polskiego komiksu. Jeden z dwóch Polaków, którego komiks (Antresolka profesorka Nerwosolka) znalazł się w książce Paula Gravetta 1001 komiksów, które musisz przeczytać przed śmiercią. Już same tytuły rozczulają. Podróż smokiem Diplodokiem, Skąd się bierze woda sodowa?, Na co dybie w wielorybie czubek nosa eskimosa, To doprawdy kiepska sprawa, kiedy bestia się pojawia. Genialny, oryginalny rysunek i arcycudne poczucie humoru. Poza tym, kto nie chciałby się dowiedzieć Jak ciotka Fru-Bęc uratowała świat od zagłady?

Batman – to chyba oczywiste? Nawet jeśli nie czytacie komiksów, potrafilibyście rozpoznać tę postać. Obok Supermana i Spider-Mana – najbardziej rozpoznawalny superbohater. Przez wielu uważany także za najbardziej złożoną i mroczną postać spośród tych „dobrych”. A jeśli ktoś go nie zna (w co nie wierzę), niech sięgnie po ostatni, 15. numer Zeszytów Komiksowych, albo zajrzy na stronę Batcave.

Battle Royale – jedna z najlepszych, kontrowersyjnych zresztą, mang, powstała na podstawie powieści Kōshuna Takamiego. Mocne. I nie dla dzieci.


Berlin – z jakiegoś powodu umiłowane przez twórców komiksów miasto. Swoje albumy poświęcili mu Marvano oraz Jason Lutes. Nie dziwię się, bo to miasto piękne, intrygujące i o ciekawej, burzliwej historii. A te powieści graficzne warto znać. Ba! Trzeba znać!


Wojciech Birek – krytyk, tłumacz i twórca komiksowy, a także wykładowca akademicki. Jedna z osób, bez których polski komiks z pewnością nie byłby w tym miejscu, w jakim jest w tej chwili. Warto znać to nazwisko, bo wiele mu polscy miłośnicy opowieści obrazkowych zawdzięczają.

zdjęcie :: stąd ::

Bosonogi Gen (Hiroshima 1945) – arcydzieło, które w latach sześćdziesiątych XX w. stworzył Nakazawa Keiji. Epicka (i poniekąd autobiograficzna) historia chłopca, który przeżył piekło Hiroszimy. Absolutnie nie dla dzieci. Lektura obowiązkowa dla każdego, kto chce myśleć, kto nie chce zapomnieć, kto chce poznać to potworne wydarzenie z punktu widzenia dziecka, którego część rodziny zginęła w wyniku wybuchu bomby atomowej.


Bohdan Butenko – kto go nie zna, ten trąba. Znów Mistrz. Znów Arcymistrz. Twórca genialnych, prostych, momentalnie rozpoznawalnych ilustracji i komiksów (dla przedszkolaków – Gapiszon, dla nieco starszych – Kwapiszon). Chciałem kiedyś zbierać wszystkie książki z jego ilustracjami. Zresztą, dalej chcę.

zdjęcie :: stąd ::

Aneks do literki A

Ależ wodzu, co wódz? – jeden z kultowych cytatów z komiksów Tadeusza Baranowskiego. Chcecie wiedzieć, z którego? Powodzenia! :)

A’Tomek – nie mówcie, że nie wiecie... Nie? To ja przepraszam...

:: stąd ::

sobota, 29 grudnia 2012

#1205 - Planeta robotów/To doprawdy kiepska sprawa...

Czy w rok 2013 zapisze się w historii polskich historyjek obrazkowych, jako początek ery komiksu dla dzieci? Wiele na to wskazuje. Już działa Centralka, będąca oddziałem poznańskiego wydawnictwa, zajmująca się ofertą dla naszych milusińskich, już wkrótce z podobnym imprintem ma ruszyć Kultura Gniewu, a nieco wcześniej w podobny segment uderzył Ongrys. Komiksowo otwiera się na coraz młodszego odbiorcę…

Jak dziwnie się plecie się ta historia. Lata dziewięćdziesiąte to zdecydowana dominacja amerykańskiego super-hero, przeznaczonego głównie dla młodszej młodzieży, a początek nowego wieku to pojawienie się na masową skalę produkcji przeznaczonych dla dorosłych. Pierwsze dziesięciolecie dojrzałego rynku w Polsce upłynęły pod znakiem powtarzanych jak mantra haseł – „komiks może być sztuką” i „komiks nie jest dla dzieci”. Teraz, pojawia się trend odwrotny – wydawcy próbują docierać do najmłodszych czytelników i tym samym wracają do korzeni medium. Przecież lwia część komiksów, które ukazywały się w naszym „złotym wieku” (czyli w PRL`u) to pozycje dla dzieciaków lub osób niewiele młodszych. I właśnie o dwóch takich pozycjach chciałbym dziś napisać... 

Jakiś czas temu Ongrys przygotował wznowienie dwóch pozycji z tego właśnie segmentu. Choć obie pochodzą „z tamtych lat” i wydane są w standardzie, do którego krakowskie wydawnictwo zdążyło nas już przyzwyczaić, różni je właściwie wszystko. „Planeta robotów” Macieja Parowskiego (scenariusz) i Jacka Skrzydlewskiego (rysunki) to pozycja utrzymana w estetyce science-fiction, natomiast Tadeusza Baranowskiego „To doprawdy kiepska sprawa, kiedy Bestia się pojawia” trzyma się dość swobodnie tradycji fantasy. Ta pierwsza pozycja przeznaczona jest dla nieco starszych (gimnazjum?), ta druga – dla nieco młodszych dzieciaków (podstawówka?).

O ile kontynuacja albumu „Jak ciotka Fru-Bęc uratowała świat przed zagładą” to rzecz dość znana i do pewnego stopnia lubiana, o tyle pierwszy tom planowanej trylogii „Sto twarzy profesora Harsmana” to album, który długo uchodził za komiks-widmo. Na swoją premierę musiał czekać dobre dwadzieścia lat. Dzieło Parowskiego i Skrzydlewskiego długo nie mogło znaleźć swojego wydawcy – do albumu przymierzała się Krajowa Agencja Wydawnicza, „Świat Młodych”, Muza czy Egmont, a ostatecznie zajął się nim Leszek Kaczanowski. I wreszcie – dziś, po upływie lat Baranowski wciąż się dobrze się broni, natomiast „Planeta robotów”- cóż...

Przede wszystkim Parowski nie potrafił odnaleźć się w pisaniu skryptu przeznaczonego dla dzieci. „Planeta robotów” razi swoją schematycznością, wtórnością fabuły i brakiem oryginalnych rozwiązań. W tym komiksie brakuje jakiejś magii, czegoś specjalnego, co w podstarzałym czytelniku budzi dziecko. Całość sklecona jest z dość oklepanych chwytów i rozwiązań, podlanych charakterystycznymi nawiązaniami do ówczesnej sytuacji w Polsce. Zagrożenie kosmiczną gorączką może kojarzyć się ze skutkami katastrofy w Czarnobylu w 1986 roku, a w profesorze Le Djazie trzeba upatrywać Janusza Zajdla. Grupa głównych bohaterów, w której skład wchodzą sprytny młodzieniec Jan Lew, jego urocza towarzyszka Hanna, kapitan Reves, osiłek o wojskowej przeszłości oraz robot Nieto, jako żywo przypomina Fantastyczną Czwórkę. To właśnie oni mają ocalić naszą planetę przed złowrogim profesorem Harsmanem, tak jak Jacek Skrzydlewski staje na wyżynach swoje talentu, aby uratować „Planetę robotów”.

Znany z publikacji na łamach „Świata Młodych” artysta operujący cartoonową kreską ma prawdziwy dynamit w łapie. Świetny warsztat karykaturzysty poparty bardzo wyrazistym, wręcz ekspresyjnym stylem zrobił na mnie wielkie wrażenie, ale w ostatecznym rozrachunku nie może uratować albumu przed nudą. Pewnego uroku „Planecie robotów” odmówić nie można, ale gdzie jej tam do Kajtka i Koka przemierzających kosmiczne rubieże!

Wydawałoby się, że Baranowski, podobnie, jak i Parowski, wychodzi od równie ogranego motywu – tym razem jest to odwieczna walka dobra ze złem. Z osady Fruwaczków porwane zostaje nasionko kwiatu zła. Złowrogi Czarny Ptaszyl, który za jego pomocą chce wprowadzić na świecie rządy ciemności, a także doprowadzić do zguby ród Fruwaczków. Cała nadzieja w Amadynce i Huzarku, który udało się ujść armii Ptaszyla i już opracowują plan ratowania przyjaciół…

Banał, prawda? A jednak w wykonaniu Baranowskiego to niepozbawiona wdzięku, specyficznego humoru i zrobiona z pewnym pazurem historia. Choć ci, którzy po albumie będą spodziewali się czegoś w stylu „Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa” czy „Antresolki Profesorka Nerwosolka” mogą się srodze rozczarować. Baranowski w wersji dla dzieci unika zabaw komiksową fakturą i igrania ze słowem. Absurdalnego humoru jest tu tyle co nic, a wszelakiej maści mrugnięć okiem i nawiązań do PRL`owskiej rzeczywistości niewiele więcej. Baranowskie rezygnuje z graficznego wyrafinowania, na rzecz przejrzystości i prostoty (momentami ocierającej się o niechlujstwo!), a zamiast podejmować grę ze swoim czytelnikiem stawia na zabawną opowieść o bardzo uniwersalnym przesłaniu i wyraźnym morale. „Kiepska sprawa…” pokazuje zupełnie inne oblicze jednego z klasyków polskiego komiksu, do którego niektórym będzie się pewnie trudno przyzwyczaić.Ale nie warto z tego powodu dyskredytować tej pozycji, który na swój sposób jest rzeczą ciekawą i wartościową.