Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Humberto Ramos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Humberto Ramos. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 grudnia 2010

#631 - Zmutowane Czwartki (3): X-Men Supernovas

Album "Supernovas" zbiera pierwsze historie napisane przez Mike'a Careya do miesięcznika "X-Men". Oprócz opowieści tytułowej są to trzyczęściowa "Primary Infection" i "Red Data" oraz wydanie annualowe. Brytyjski scenarzysta przejął pałeczkę po swoim rodaku, Peterze Milliganie w czerwcu 2006 wraz z numerem #188. i do dziś trwa na tym stanowisku. Jak autor znany z "Lucyfera" poradził sobie z mutantami Marvela?
W "Supernovas" sformował się jeden z najoryginalniejszych i najciekawszych zespołów X-Men w historii. Rogue, na prośbę Cyclopsa, ma zebrać specjalny odział szybkiego reagowania. W kryzysowych sytuacjach znajdowałby się na pierwszej linii frontu, kiedy reszta chroniłaby szkołę i młodych mutantów. Idea takiego zespołu bardzo przypomina dzisiejsze X-Force, choć według mnie tutaj została o wiele ciekawiej rozwinięta. Szkielet zespołu tworzą znane twarze - były New Mutant Cannonball i Iceman, członek oryginalnych X-Men. Rogue, która zgodnie z powiedzeniem, by trzymać przyjaciół blisko, ale wrogów jeszcze bliżej, do drużyny włączyła swoją przybraną matkę Mystique i Sabretootha. Victor Creed przybył do szkoły Xaviera prosząc o ochronę przed Children of the Vault. Ich pojawienie się i tajemnica pochodzenia stanowią oś fabularną pierwszej historii. Później do ekipy dołączają również Omega Sentinel, najnowszy model cybernetycznego zabójcy mutantów i Lady Mastermind, córka znanego z "Dark Phoenix Saga" Jasona Wyngarde'a. Stawkę uzupełnia Cable, powracający z jednego ze swoich wypadów w przyszłość.

Główną rolę gra jednak Rogue, która pod piórem Mike'a Careya przeżywa swoją drugą młodość. Jej melodramatyczny i nudny, jak flaki z olejem związek z Gambitem, wyciśnięty przez scenarzystów do ostatniej kropli, dobiegł swojego końca. Dziewczyna wydoroślała i spoważniała. Błyszczy, jako najskuteczniejszy przywódca polowy X-Men i badassuje, jak rzadko. Nie da się ukryć, że brytyjski pisarz po prostu zakochał się w zabijającej dotykiem mutantce, bo cały jego run ocieka uwielbieniem do tej postaci. Po dziś dzień Anna jest najważniejszą postacią w "X-Men: Legacy", x-miesięcznika pisanego obecnie przez Carey`a.

Na pisarstwo Careya narzekam regularnie przy okazji recenzowania kolejnych tomów "Lucyfera" i okazjonalnie innych jego albumów. Jako scenarzysta komiksów nieco ambitniejszych od superbohaterskiej sieczki sprawdza się dość słabo, natomiast, jako autor mutanckiej soap opery daje radę. Więcej – wychodzi mu to całkiem nieźle! Co ciekawe, wielu znacznie bardziej utalentowanych pisarzy, jak na przykład wspomniany Milligan czy Warren Ellis, zupełnie nie przekonali mnie, jako scenarzyści x-tytułów, a Carey'owi udało się wyjść z tej próby zwycięsko. Oczywiście to nie klasa Wheadona albo Claremonta (z jego najlepszego okresu), ale jego "Supernovas" to pozycja godna uwagi. Choć niekoniecznie za sprawą scenariusza, bo dla mnie numery "X-Men" to przede wszystkim popis grafika. A jest nim Chris Bachalo.
Mam ciągle wrażenie, że urodzony w Kanadzie, ale wychowany w Kalifornii artysta jest bardzo niedocenianym twórcą. Zarówno w Polsce, jak i za Oceanem. Pomimo tego, że pracował z takimi tuzami, jak Gaiman, Morrison czy Milligan i rysował najważniejsze serie dla Marvela ("Captain America", "Amazing Spider-Man" czy właśnie "X-Men") nie cieszy się statusem supergwiazdy. Próżno szukać jego nazwiska na plakatach reklamujących największe konwenty. Szkoda, bo to co wyprawia na kartach "Supernovas", stawia go w ścisłej czołówce amerykańskich grafików komiksowych.

Swoją karierę Bachalo zaczynał w Vertigo, kiedy dość sztywno trzymał się konwencji realistycznej. Jego stonowane prace z albumu "Śmierć: Wysoki Koszt Życia" bronią się do dziś. Z czasem jego styl zaczął się zmieniać, zgodnie z modnym swego czasu trendem na mangową deformację. I poszedł na całość, kompletnie zrywając ze swoją minimalistyczną estetyką. Jego rozbuchana krecha dojrzewała w między innymi w znanym polskiemu czytelnikowi "Ghost Riderze 2099" czy "Ultimate War", by w pełni zabłysnąć właśnie w "X-Men". Charakterystyczny, mocno zdeformowany i kanciasty styl wzbogacił się o chorobliwe umiłowanie szczegółu, a'la Geoff Darrow, dając w efekcie mieszankę wybuchową. Jego grubo ciosane, obficie doprawione tuszem rysunki to prawdziwa uczta dla konesera komiksowej grafiki. Bachalo w swoim życiu zarysował setki, jeśli nie tysiące stron i po jego dziełach widać niesamowitą moc w łapie. Obłędna dynamika, świetna kompozycja, pomysłowe gospodarowanie kadrem, oko do detalu i rasowa, komiksowa karykaturalność… Mógłbym tak jeszcze długo cmokać z zachwytu. Co ciekawe, w albumie jest szansa aby porównać go z innym cenionym twórcą, rysującym w podobnym (to jest zdeformowanym) stylu, Humberto Ramosem. Prace rysownika znanego ze "Spectacular Spider-Mana" również lubię, ale w zestawieniu z tym, co robi Bachalo wypadają zwyczajnie blado.

Moim zdaniem "Supernovas" jest pozycją godną uwagi głównie ze względu na oprawę wizualną. Mike Carey swoim scenariuszem niestety dupy nie urywa, bo "Supernovas" to tylko lekkostrawna, nieźle napisana papka dla lubiących przygody strzelających z (nome omen) dupy herosów. Przystępna także dla tych, którzy nie orientują się w skomplikowanej mutanckiej mitologii, pozbawiona mnóstwa wątków przepełzających z serii na serię. Ale za to jak narysowana! Dla Chrisa Bachalo mógłbym ten komiks czytać, przeglądać i podziwiać w nieskończoność.

środa, 11 marca 2009

#142 - Tydzień crossoverów - Messiah CompleX

„Messiah CompleX” stanowi próbę uporządkowania potwornego bajzlu, jakim stał się światek mutantów Marvela. Saga, rozpisana na trzynaście rozdziałów, rozgrywa się na łamach najważniejszych x-serii, czyli „The Uncanny X-Men”, „X-Men”, „New X-Men” oraz „X-Factor” i kładzie fundamenty pod trwałe i diametralne zmiany ich status quo w cyklach „Divided We Stand” i „Manifest Destiny”. W „MC” Konflikt między przywódcą grupy, Cyclopsem, a jego mentorem, Charlesem Xavierem, nabiera nowej dynamiki, scenarzyści zabierają się za rozplątywanie alternatywnych przyszłości (wreszcie!), a komiksy z mutantami nabierają delikatnego sznytu science-fiction. W historii nie braknie niespodzianek, ktoś zginie, ktoś powróci, ktoś zmartwychwstanie, ktoś zdradzi, a Instytut Xaviera, jak to przy takich okazjach zwykle bywa, zostanie zrównany z ziemią.

Ale wszystko zaczyna się w małej wiosce na Alasce, gdzie po raz pierwszy od pamiętnego Dnia M, kiedy Wanda Maximoff wypowiedziała słynne „żadnych więcej mutantów”, urodzi się dziecko z aktywnym genem X. Potężna manifestacja jej, bo to dziewczynka, jak się później okaże, mocy, przyciąga na miejsce zdarzenia rasistowskie ugrupowanie The Purifiers, robiące powtórkę z biblijnej rzezi niewiniątek oraz Maraudersów, bandę mutantów służących Misterowi Sinisterowi, którym udaje się uprowadzić noworodka. X-Meni muszą odbić dzieciaka, mającego w przyszłości stać się mutanckim mesjaszem, ale, jak zwykle, nie wiedzą jeszcze, kto w tej grze jest pionkiem, a kto głównym graczem.

„Messiah CompleX” było rysowane przez kilku artystów, którzy prezentują bardzo różnorodne stylistyki, co sprawia, że pod względem wizualnym cała historia jest okropnie niespójna. Philip Tan, będący jednym z nielicznych amerykańskich grafików, którzy lepiej oddają fizjonomie kobiet, niż mężczyzn i Scott Eaton, o którym ciężko napisać coś więcej, niż tylko „rzemieślnik”, prezentują szkołę „super-bohaterskiego” realizmu. Na drugim biegunie znajdują się przedstawiciele swawolnej i zdeformowanej kreski, Humberto Ramos, którego wielkie stopy i pokraczne sylwetki znany są polskiemu czytelnikowi z kart „Spectacular Spider-Mana” i Chris Bachalo, który wyraźnie w „MCX” się nie popisał. Stawkę uzupełnia Marc Silvestri, który jak wiadomo nie należy do moich ulubionych rysowników, ale muszę przyznać, że tym razem wspiął się na wyżyny swojego stylu i umiejętności. Generalnie grafika, mimo wspomnianej niespójności, wypada raczej na plus.

Tej graficznej różnorodności wtóruje pisarski konglomerat odpowiedzialny za fabułę. Scenariusz bowiem padł łupem aż pięciu, różnych twórców i ten fakt niestety mocno odbił się na jego jakości. Osobno Peter David, Ed Brubaker, Mike Carey i duet Craig Kyle-Chris Yost to solidni albo wręcz znakomici scenarzyści, ale pracując razem przy „Messiah CompleX” nie potrafili odnaleźć wspólnego języka. Widać, że każdy z nich na łamach swojego tytułu ciągnie w swoją stronę, a w całym crossie brakuje kogoś, kto by te wszystkie wątki odpowiednio poukładał i zadbał, żeby wszystko do siebie pasowało.

Pierwsze dwa rozdziały Brubakera zapewniają świetne otwarcie historii, lecz z czasem tempo siada i „Kompleks Mesjasza” doszlusowuje do poziomu średniego marvelowego crossa. Im dalej brniemy w fabułę, im więcej tajemnic odkrywamy, tym wrażenie obcowania z nieco lepszą kopią niesławnej „Pieśnie Egzekutora” się pogłębia. I ani Peter David z Laylą Miller i Madroxem, ani Cyclops, który z wzorowego żołnierza staje się bad-assem, ani nowe X-Force, jakie uformuje się w połowie historii nie ratują sytuacji.

„Messiah CompleX” było przełomowym wydarzeniem dla komiksów spod znaku X i myślę, że głównie za tą reformatorską odwagę scenarzystów i redaktorów crossover jest ceniony przez fanów. Jak najbardziej możemy się spierać, czy kierunek, w którym zmierzają przygody mutantów jest słuszny, czy pracujący przy tytułach z charakterystycznym X-em na okładce, aby na pewno nie przedobrzyli i czy nie będzie tego wszystko za kilka lat brutalnie odkręcać. Mnie na przykład te zmiany średnio leżą. Natomiast jeśli oceniać „MCX” jako opowieść, to broni się ona dosyć średnio. Myślę, że to moje porównanie do ulepszonej wersji „Pieśni Egzekutora” jest jak najbardziej zasadne. Niemniej, całe wydarzenie okazało się sporym sukcesem i wątki poruszane w tej historii będą kontynuowane w rozpoczynającym się „Messiah War” i trzecim crossie, będącym dopełnieniem mesjańskiej trylogii.

piątek, 25 kwietnia 2008

# 27 - Objawienia

Z Humberto Ramosem spotkałem się po raz pierwszy przy okazji historii 'Return Of The Goblin" z serii Peter Parker: Spider-Man. I co by nie mówić w tym cartoonowym stylu zakochałem się od pierwszego wejrzenia i widząc nazwisko 'Ramos' przy jakimś komiksie serce biło mi mocniej a ręka sama sięgała do portfela. A że styl fajny, to pojawili się i naśladowcy (tak mi się przynajmniej wydaje że Ramos był jakby prekursorem..) jak np. Francisco Herrera czy Skottie Young.

Po swoim udziale w przygodach Parkera (['] Dobry Komiks [']), Ramos wraca do nas z 'Objawieniami' (dzięki Mucha Comics).

(prawie jak Mulder i Scully)

Sześcioczęsciowa historia opowiada o detektywie Charliem Northernie - cynicznym brytolu z niewyparzoną gębą, który na prośbę kolegi z dawnych lat, wyrusza w podróż do Watykanu, aby wyjaśnić tajemniczą śmierć następcy papieża. Akcja dzieje się na przestrzeni 10-ciu dni podczas których stykamy się z niesympatycznymi zakonnikami, Wielką Tajemnicą, sporą ilością krwi, dużymi 'balonami' (jak to u Ramosa) i dziesiątkami papierosów. Jak widać jest całkiem nieźle.

Za scenariusz odpowiada Paul Jenkins, czyli człowiek który na rzeczy się raczej zna (Incredible Hulk, Hellblazer, Wolverine: The End i jeszcze dużo dużo więcej). Historia nie jest fajerwerkiem, ale daje radę. Czyta się to lekko, przyjemnie i jest się ciekawym co dalej i jak to w końcu rozwiążą. Dialogi natomiast są już powyżej średniej - parę razy podczas lektury można się uśmiechnąć.

Parę rzeczy jednak mi 'zgrzytało’, jak np. ostatnie parę stron, jakby na siłę mające zszokować kto za tym wszystkim stał oraz tragiczne wydarzenie z dzieciństwa głównego bohatera stawiające go na równi, jak nie wyżej, z Brucem Waynem (mogą sobie chłopaki przybić po piątce). Bogu dziękować, że obyło się bez sceny z rozerwanym sznurem pereł..

Ramos natomiast spisał się bez zarzutów i pokazał swoje nieco inne oblicze od tego co pokazuje przy okazji przygód trykociarzy. Cały etap powstawania grafiki, odbywa się z pominięciem fazy tuszowania i konturowania, a kolory nakładane są bezpośrednio na szkic, co sprawia, że mamy do czynienia z rzeczą bardziej 'malarską'. A tak poza tym to stary dobry Humberto – duże oczy, duże cycki, zło jest złem, a jak pada to mamy opady stulecia.
Moim skromnym zdaniem klasa światowa.

Na osobny akapit zasługuje kwestia wydania - całość zebrana jest w jednym tomie (jeśli wyszłoby to spod skrzydeł Manzoku, pewnie byłyby 2), wraz ze wstępem Boba Harrisa i 9-cioma stronami szkiców Ramosa na końcu. Co równie ważne i nie tak powszechnie praktykowane, każda część historii poprzedzona jest okładką, która była w wydaniu zeszytowym. Natomiast nasze polskie wydanie, posiada oprawę ze skrzydełkami i mały bajer w postaci lakierowanych elementów na froncie. Można fajnie wydać? Można. Cena to 45zl, czyli nie aż tak źle. Chociaż mało to to też nie jest.

Komiks kwietnia jak mniemam.

*pow*