poniedziałek, 12 lipca 2010

#500 - NYX

Dziś, na łamach Kolorowych Zeszytów gościmy Michała Ochnika, znanego lepiej jako Misiael. Pod tym nickiem wyżywa się na różnej maści komiksowych agorach, a także na swoim blogu. Zapowiada się, że nie będzie to ostatni jego występ u nas, dlatego powitajcie Michała ciepło. Natomiast wkrótce pojawi się inny tekst gościnny... A na razie zapraszamy do lektury recenzji "NYX"!
Kiedy w 1963 roku ukazał się pierwszy numer komiksowej serii "X-Men", właściwie od razu zauważono czytelną analogie pomiędzy mutantami, a mniejszościami etnicznymi, które w latach sześćdziesiątych wciąż musiały radzić sobie z licznymi aktami dyskryminacji. U progu nowego tysiąclecia sytuacja kolorowych mieszkańców Ameryki uległa zmianie. I do tego właśnie nawiązuje "NYX", którego fabuła rozgrywa się na brudnych, zapuszczonych przedmieściach Nowego Jorku, w świecie brutalnych starć gangów ulicznych i szukających łatwego zarobku prostytutek.

Ta siedmioczęściowa miniseria kręci się wokół kilku mieszkających na slumsach Nowego Jorku dziewcząt, których losy splatają się w przedziwny, ale logiczny sposób. Pierwsze skrzypce gra outsiderka Kiden, która w dzieciństwie była świadkiem zabójstwa swojego ojca. Od tego czasu w jej życiu nie układa się najlepiej – nie potrafi dogadać się z matką ani rodzeństwem, zaś smutki tłumi za pomocą narkotyków i conocnych wypadów do dyskoteki. Jedynie nauczycielka Kiden, Cameron, interesuje się dziewczyną i stara się sprowadzić ją na dobrą drogę. Wszystko diametralnie zmienia się w chwili, gdy bohaterka popada w konflikt z kolegą z klasy Hektorem, będącym członkiem lokalnego gangu. Podczas bójki na szkolnym korytarzu uaktywniają się jej moce – Kiden potrafi spowalniać czas i robi to, by uniknąć kuli wystrzelonej z przemyconego przez Hektora pistoletu. Od tego momentu zmuszona jest uciekać. Na wskutek zaskakujących splotów okoliczności dołączają do niej kolejne bohaterki. Tajemnicza, pogrążona w traumie prostytutka to nikt inny, jak żeński klon Wolverine’a, X-23, dla której występ w "NYX" był komiksowym debiutem (wcześniej pojawiła się w kreskówce "X-Men Evolution"). Kolejną postacią jest sympatyczna Tatiana, dla której cała ta sytuacja jest jakimś złym snem. Dziewczyny nie są jednak skazane na błądzenie po omacku – widmo ojca Kiden ciąż stara się chronić córkę.

Trzeba przyznać, że scenarzysta – Joe Quesada znany w Marvelu jako szef wszystkich szefów – naprawdę się postarał. Wątków jest dużo, jednak łączą się one w przemyślany sposób, dzięki czemu historię śledzi się z naprawdę dużą przyjemnością. Co prawda może denerwować deus ex machina w postaci ducha ojca głównej bohaterki. Świętej pamięci Tyler Nixon zawsze w odpowiednim momencie ostrzeże ją przed niebezpieczeństwem lub podpowie, dokąd powinna się udać. Początkowo bardzo mi to przeszkadzało, po namyśle stwierdzam jednak, że w tym konkretnym przypadku sprawdza się do całkiem znośnie. Bez tego elementu fabuła mogłaby stać się niepotrzebnie zagmatwana.
Komiks narysowano w stylu realistycznym. Rysownicy darowali sobie przesycenie ilustracji szczegółami na rzecz czytelności. Do czwartego numeru włącznie warstwą graficzną zajmował się Joshua Middleton, którego czysta, estetyczna kreska doskonale wpasowała się w klimat tej specyficznej opowieści. Potem ołówek przejmuje Rob Teranishi, który stara się dorównać poprzednikowi – niestety, ze zmiennym skutkiem. Początkowo rysownik ma spore problemy z anatomią twarzy – na jednym z kadrów seksowna do tej pory Cameron wygląda niczym disnejowski Quasimodo. Na szczęście podobne wpadki należą raczej do rzadkości. Mimo to jednak szkoda, że nie udało się utrzymać spójnej oprawy graficznej. Za to należy pochwalić kolorystę – zdobiące rysunki barwy są ciepłe i żywe, choć w żadnym wypadku kiczowate.

Jeśli chodzi o dodatki do twardookładkowego wydania, nie jest najlepiej. Nie uświadczymy żadnych wywiadów, wypowiedzi autorów czy choćby przedmowy, zaś sketchbook ograniczony jest do raptem kilku stron. Najciekawszą rzeczą są pierwsze projekty okładek, niekiedy bardzo różniące się od produktu finalnego.

"NYX" nie jest typowym komiksem superhero. Bohaterki nie walczą ze złem, ani nie ratują świata, tylko usiłują odnaleźć się w niewesołej sytuacji, w którą rzucił je przewrotny los. Nie ma tu trykotów, kosmicznych wojen, epickich walk – są wykrywacze metalu przy wejściu do szkoły, brudny zaułek, całodobowa knajpa i gangsterskie porachunki. Głównym atutem komiksu jest to, że lektura jest bardzo przyjemna – o ile zgodzimy się przyjąć taką konwencję. Polecam – naprawdę warto.

niedziela, 11 lipca 2010

#499 - Trans-Atlantyk 95

Krótko po tym, jak DC Comics zapewniło sobie wyłączność na usługi Paula Cornella, wydawnictwo Dana DiDio związało podobną umową kolejnego znakomitego twórcę. Chodzi o Jeffa Lemire'a, który po bardzo udanym debiucie w imprince Vertigo (seria "Sweet Tooth" i powieść graficzna "The Nobody"), zaczął przygodę z ubranymi w kolorowe trykoty bohaterami. Jak donosiliśmy wcześniej, Lemire będzie pisał dodatek do "Adventure Comics" poświęcony Atomowi oraz on-going "Superboya". Jego umowa jest tak skonstruowana, że będzie mógł skończyć "The Underwater Welder", autorski projekt, przygotowywany dla Top Shelf. Autor "Opowieści z hrabstwa Essex" w każdym udzielonym wywiadzie zapewnia o swojej dozgonnej miłości do komiksów z uniwersum DC, którymi się zaczytywał w latach młodości. Wśród swoich ulubionych komiksów wymienia kultowy run Paula Levitza i Keitha Giffena w "Legion of Superheroes". Tak się złożyło, że scenarzystą "Adventure Comics" jest właśnie Levitz, a główne skrzypce w tej serii mają grać Legioniści, więc Lemire'owi trudno jest wyrazić radość z tego, że będzie dzielił komiks ze swoim idolem z dzieciństwa. Jeśli idzie o najbliższą przyszłość, czyli konwent w San Diego, nie należy spodziewać się ogłoszenia kolejnych tytułów, którymi zajmie się Lemire. Jak sam mówi, na razie ma ręce pełne roboty. (KO)

Fred Van Lente ogłosił na swoim twitterze, że będzie pracował nad nowym tytułem z Mścicielami, który ma zadebiutować w październiku. Scenarzysta, z którym Dom Pomysłów podpisał ekskluzywny kontrakt, pracuje obecnie nad pięcioma tytułami ("Marvel Zombies 5", "Web of Spider-Man", "Iron Man: Legacy", "Prince of Power" i nadchodzące "Chaos War") więc jeden więcej wielkiej różnicy mu nie zrobi. Czytelnicy zaczęli spekulować, o jaką kolejną inkarnację Avengersów po New, Dark, Mighty, Secret, Young, Initiative, Academy i Prime może chodzić. Czyżby Marvel zdecydował się na wskrzeszenie nieco zapomnianych "Great Lakes Avengers" lub "West Coast Avengers", a może chodzi o nastoletnich herosów z przyszłości ("A-Next"), którzy ostatnio pojawili się w najnowszych "Avengersach" Bendisa? A może chodzi o jakiś zupełnie nową serię ("Awesome Avengers"? "Zombie Avengers"?). Zapewne tytuł poznamy dopiero w San Diego! (KO)
 
Mściciele Van Lente to tylko jedna z wielu, wielu ploteczek, niepotwierdzonych jeszcze informacji, krążących w sieci tuż przed największym komiksowym konwentem w Ameryce. Pewnie większość z nich to wydawnicze "przecieki kontrolowane", które mają jeszcze bardziej podgrzać atmosferę niezdrowego podniecenia wśród fanów. Ciekawie brzmią doniesienia o nowym projekcie Jonathana Hickmana ("S.H.I.E.L.D.", "Fantastic Four", "Secret Warriors"), obecnie najbardziej obiecującego scenarzysty w Marvelu. Wraz z rysownikiem Carlosem Pacheco ("Ultimate Avengers", "Final Crisis", czy znane z polskiego rynku "Arrowsmith") ma przygotować solową serię jednego z najbardziej kozackich superherosów świata Ultimate, gromowładnego Thora. W "Ultimate Comics Thor" poznamy pochodzenie tytułowego bohatera, jego brata - Lokiego oraz losy machinacji Barona Zemo. Spore zmiany mają dotknąć również Człowieka Pająka. Wraz z 647. numerem "Amazing Spider-Mana" skończy się pewna era w życiu Petera Parkera, dokładnie po 101 zeszytach od sławetnego "Brand New Day". Regularnym i stałym scenarzystą zostanie Dan Slott ("She-Hulk", "The Mighty Avengers"), a redaktorzy muszą się solidnie zastanowić co zrobić z jednym z najważniejszych tytułów ze stajni Marvela, by jego sprzedaż nie leciała na łeb na szyję. Więcej szczegółów w San Diego. (KO)
Teaserów zapowiadających przyszłe wydarzenia nigdy dość. W tej kategorii nikt nie może dorównać x-seriom. W związku z tym, że "Second Coming" powolutku, powolutku zbliża się do końca, a inwazja wampirów w "Curse of the Mutants" w podobnym tempie się rozpoczyna, trzeba pokazać trochę ilustracji, nad którymi będą się głowić fani. W 526. numerze "Uncanny X-Men" rozpocznie się historia pod tytułem "The Five Lights". Scenariusz napisze Matt Fraction, rysunkami zajmie się Whilce Portacio, a dodatkowy epizod przygotują Allan Heinberg z Olivierem Coipelem. Z pięciu ilustracji zaprezentowanych pod wspólnym tytułem "New Generation of Hope" autorstwa Grega Landa można wnioskować, że po raz pierwszy od czasów "House of M" pojawią się nowi mutanci. Kolejna grafika promuje drugi zeszyt nowej serii "X-Men", w której wampiryczne zagrożenie okazuje się... no cóż, groźne, a Blade prezentuje swoje nowe, efektowne wąsy. Inni wydawcy też nie zasypują gruszek w popiele. W porównaniu do marvelowskich zapowiedzi, które raczej nie wzbudzają emocji, zajawka Dynamite Entertainment, na której spotykają się dwie komiksowe legendy Jacka Kirby'ego i Alexa Rossa rzeczywiście rozbudza moją ciekawość. A więcej szczegółów dowiemy się pewnie w San Diego... (KO)

Run Grega Rucki i JH Williamsa III w "Detective Comics" okazał się tyle zaskakującym, co wielkim sukcesem. Główna bohaterka serii, Kathy Kane, odgrywająca obecnie rolę Batwoman, została tak entuzjastycznie przyjęta przez fanów, że doczeka się własnego tytułu. Niestety, jej nowych przygód nie będzie już pisał skłócony z DC Rucka. Nowym komiksem prawie w całości będzie zajmował się Williams, wspomagany przez scenarzystę Haydena Blackmana ("Star Wars: Republic") i rysowniczkę Amy Reader ("Madame Xanadu”). Niestety scenarzysta/rysownik wciąż nie może nic powiedzieć o planowanym debiucie nowej serii, a i z treści nie może wiele zdradzić. Pierwsza historia ma mieć dużo elementów horroru, druga będzie opowieścią szpiegowską, a trzecia ma oscylować w klimatach fantasy. Pewnych wątków Williams nie chce poruszać, mając nadzieje, że kiedyś Rucka do nich powróci. Autor zapewnia, że Batwoman dorobi się całkiem sporej galerii superłotrów, w dość krótkim czasie, a jej relacje z Maggie Sawyer będę intensywnie rozwijane (hmm...). Czy więcej szczegółów wypłynie w San Diego? (KO)

Paul Cornell zaczyna z grubej rury swój run w "Action Comics". Nie dość, że chce się skupić na postaci arcywroga Człowieka ze Stali, Leksa Luthora, to jeszcze w numerze 894. serii zawita Śmierć, siostra Morfeusza, znana z kart "Sandmana" Neila Gaimana. O ile występy postaci z Vertigo w regularnym uniwersum DC nie są czymś specjalnie szczególnym, bo te dwa światy przenikają się regularnie, czasami mocniej, a czasami słabiej, o tyle Nieskończeni bardzo rzadko opuszczają swoje galerie, by ingerować w egzystencje ubranych w kolorowe trykoty herosów. Cornell najpierw pomyślał o regularnym awatarze śmierci w DCU, czyli Black Racerze (wymyślonym przez Jacka Kirby'ego), ale wykorzystanie bohaterki stworzonej przez swojego krajana uznał za bardziej odpowiednie. Nie jest to wydarzenie bez precedensu, bowiem Śmierć wystąpiła już w runie Granta Morrisona w "JLA". (KO)

Jimmy Palmiotti i Justin Gray od jakiegoś czasu myśleli, aby wystartować z serią poświęconą komiksowej postaci Wujka Sama i jego towarzyszy, którzy po raz pierwszy pojawili się w zeszytach wydawnictwa Quality Comics, aby później trafić do multiświata DC. Czy grupa bohaterów o patriotycznym zacięciu mogła sobie wymarzyć lepszą chwilę na powrót, niż trwające "Brightest Day"? Już w sierpniu na półkach pojawi się pierwszy numer "Freedom Fighters", pisany przez Palmiottiego i Graya, a rysowany przez Travisa Moore'a i Trevora Scotta. W ich komiksie ma pojawić się reinterpretacja amerykańskiej historii i mitów narodowych w fantastycznej konwencji superhero. Podczas wojny secesyjnej Konfederaci przygotują broń masowego rażenia, dzięki której z łatwością wygrają z Unią. Pojawią się również elementy spiskowej teorii dziejów i organizacja tajniejsza od masonów, a wszystko to w serii pełnej akcji, efektownych zwrotów akcji i epickiego rozmachu. (KO)

Deadpoola nigdy dość. W zeszłotygodniowej kolumnie Cup O'Joe w zastępstwie szefa wszystkich szefów w Marvelu pojawili się dwaj inni redaktorzy Domu Pomysłów, Axel Alonso i Tom Brevoort. Z garści nowinek, ciekawostek i mglistych zapowiedzi bardzo interesująco przedstawia się informacja o nowej, miesięcznej serii z Deadpoolem. Czym akurat ten tytuł będzie się wyróżniał w zalewie podobnych tytułów? Ano po pierwsze będzie publikowany w MAXie, marvelowym imprincie dla dorosłych, a więc można pokazać krew, flaki i używać brzydkich wyrazów. Po drugie, skryptem komiksu zajmie się David Lapham, wielokrotnie nagradzany statuetkami Eisnera scenarzysta, autor "Batman: City of Crime" i "Stray Bullets". Trzecim argumentem jest postać rysownika w "DeadpoolMAXie", którym jest znakomity Kyle Baker ("The Cowboy Wally Show", "Birth Of A Nation", "Why I Hate Saturn" czy "The Bakers"). To przynajmniej trzy powody by dać tej serii szansę. (KO)

sobota, 10 lipca 2010

#498 - Komix-Express 45

Głównym tematem jaki wyniknął z założonego na forum Gildii wątku o naszej stronie został sobotni Komix-Express, a raczej jego obecny kształt - bliźniaczo podobny do swojego starszego brata, niedzielnego Trans-Atlantyku, gdzie zwykle serwujemy osiem najważniejszych wiadomości zza wielkiej wody (nie licząc wstępu) i "przyprawiamy" je Geek Honeys (których w soboty brak). Głównie są to newsy, które w ciągu tygodnia pojawiły się na większości rodzimych serwisów, więc u nas stanowią one podsumowanie ostatnich dni - od czasu do czasu uda nam się jednak o czymś premierowo poinformować. Czy taka "pigułka" jest jeszcze potrzebna? Zważywszy, że wszelkie nowości z polskiego światka komentowane są na bieżąco, a ich ilość też nie jest jakaś powalająca? Mimo wszystko wydaje mi się, że tak, chociaż w pierś się biję, że częściej przy suchych faktach moglibyśmy się postarać o kilka słów komentarza - nad czym będziemy pracować. Pewnym wzorcem była ziniolowa "Piguła", która w poniedziałki pojawiała się na blogu magazynu by po jakimś czasie zniknąć z racji braku materiału. Komix-Expressowi to nie grozi, ale zgodnie z sugestiami będziemy pracować nad jego ewolucją tak aby był ciekawy zarówno dla tych, którzy każdego dnia robią komiksową prasówkę, jak i tych, którzy wpadają do nas właśnie w soboty, żeby zapoznać się z biało-czerwonymi nowościami z poprzednich dni. Dzisiaj jeszcze w starej formie, ale kto wie jak to będzie wyglądać za tydzień, dwa i jeszcze dalej? Wszelkie sugestie mile widziane (czy to w komentarzach czy w temacie na FG czy też zupełnie prywatnie)! (ŁM)

Przez moment wydawało się, że "Bler" nigdy nie ujrzy światło dziennego. Stanie się jednym z tych wielu niezrealizowanych projektów, na zawsze pogrzebanych na dnie szuflady, o których nawet półgębkiem głupio wspominać w konwentowych kuluarach. Autorska seria Rafała Szłapy zadebiutowała na łamach "Areny Komiks" w lipcu 2002 roku, a jej ostatni odcinek ukazał się w ponad dwa lata później. Zebrane przygody krakowskiego superbohatera miały zostać poddane gruntownej przeróbce i w pięknym wydaniu zbiorczym ujrzeć światło dzienne. Niebawem. Niestety, do tej pory się nie udało opublikować ich w żadnej formie. O komiksie przez pewien czas było cicho. Przymiarki do "Blera" robiła Kultura Gniewu, która pod koniec 2008 roku zatęskniła z zeszytówką i chciała wystartować z czterema (o ile dobrze pamiętam) seriami autorstwa polskich twórców. Jedną z nich miał robić właśnie Szłapa, dwie kolejne mieli robić KRL i Śledź, a szczegółów odnośnie czwartej nie udało mi się ustalić. Jak wiadomo, oprócz "Wartości rodzinnych" nic z tego nie wyszło i "Bler" hibernował aż do Komiksowej Warszawy, kiedy Szłapa przywiózł do stolicy wydruk próbny swojej pracy. Wydawało się, że już wszystko zostało dograne, że teraz na pewno się uda... Niestety, "Bler" znowu nie miał szczęścia - coś znowu zazgrzytało, ktoś z kimś się nie dogadał. Niespodziewanie, w zeszłym tygodniu wystartowała strona promująca komiks, a Rafał Szłapa swój comeback uświetnił okładką do "Scen z życia murarza". Zdaje się, że już tylko kataklizm lub całkowite załamanie rynku komiksowego (o którym półgębkiem wspominają niektórzy), powstrzymają "Blera" przed długo odwlekaną premierę na tegorocznym Międzynarodowym Festiwalu Komiksu w Łodzi. (KO)

Zapowiada się, że na 20. eMeFce będzie miała miejsca jeszcze jedna interesująca polska premiera. Paweł Płóciennik rozpoczął pracę nad komiksem "Sprane dżinsy i sztama". Będzie to ponad stustronicowa powieść graficzna opowiadająca o losach przyjaciół z jednego podwórka. Akcja będzie rozgrywała się na warszawskim osiedlu Za Żelazną Bramą, na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, a scenarzystą projektu ma być Jarosław Płóciennik, ojciec popularnego Szawła. "Dżinsy" mają ukazać się nakładem wydawnictwa Timof i cisi wspólnicy. Przyznam, że projekt zapowiada się nad wyraz obiecująco. Autobiograficzny komiks przygotowywany w rodzinnej, międzypokoleniowej kooperacji z polską, z trudną historią w tle. Mam nadzieję, że Szaweł, znany do tej pory z krótkich, humorystycznych stripów ("Półka ZOO", "Pakiernia") poradzi sobie z dłuższą formą. Na razie, kadry zaprezentowane na blogu "Spranych dżinsów" nie prezentują się rewelacyjne. Z ostateczną oceną należy jednak poczekać do październikowej premiery albumu. (KO)

Ojciec Rene uderza ponownie. Dość niespodziewanie, tuż po wydaniu "Jomy: Krwi i spermy", w lipcu ukazała się "Sperma Poncyla". Jak zapewnia autor, jego najnowsze dzieło "to totalnie porąbany, undergroundowy i niecenzuralny zin, który powali Waszą psychikę na łopatki i wydupczy ją srogo". Cóż, nie mam żadnych powodów żeby mu nie wierzyć. W rolach głównych występują kobiety w ciąży, prezesi wielkich firm i ich uległe asystentki, zbereźni księża, heavymetalowcy i kandydaci na prezydenta. Zacne grono. Zina można nabyć u źródła, czyli samego Ojca Rene. "Sperma Poncyla" liczy sobie 32 strony i kosztuje całe sześć złotych. (KO)

Nowy "Funky Koval" zaczyna nabierać coraz konkretniejszych kształtów. Kultowy komiks, którego najnowsza inkarnacja będzie publikowana w odcinkach na łamach "Nowej Fantastyki" najpierw doczekała się szkicu, a wkrótce potem gotowej wersji okładki. Roboczy tytuł pierwszego runu (albumu? odcinka?) to "Wrogie przejęcie". W sieci można również znaleźć oficjalną stronę filmowej adaptacji przygód Funky'ego, która powstają za wielką wodą. Prawdopodobnie prace nad skryptem zostały już zakończone, więc być może trwają już jakieś przygotowania do wstępnego etapu produkcji. Piszę prawdopodobnie, gdyż to tylko i wyłącznie moje spekulacje i wróżenie z fusów, bo tak naprawdę niewiele wiadomo o tym, co dzieje się z hollywoodzką ekranizacją komiksu Parowskiego, Polcha i Rodka. (KO)

piątek, 9 lipca 2010

#497 - The Batmans: Track 47 - Maciej Czapiewski

Biogram w przypadku autora dzisiejszego muzycznego Batmana będzie bardzo krótki. Maciej Czapiewski nie doczekał się jeszcze komiksowego debiutu na papierze. Nie może także pochwalić się triumfem w żadnym konkursie, ani bitwach komiksowych. Jak widać, na razie wszystko przed nim. Mieszka w Poznaniu wraz z żoną i kotem. Ten duet jest dla niego nieustającym źródłem inspiracji i pomysłów na kolejne komiksy, które publikuje na swoim blogu Fantastyczny Czas, ukrywając się pod pseudonimem Superjednostka. (KO)Zwyciężczynią 47. edycji naszej zabawy została znana i lubiana Olga Wróbel, która przy pierwszym strzale rozpoznała autora powyższego Batmana - co przy fakcie, że to właśnie dzięki niej poznałem twórczość Maćka specjalnie mnie nie dziwi. Oldze serdecznie gratulujemy i witamy w gronie prawidłowo zgadujących! (ŁM)

Mój pajęczy zmysł podpowiada mi, że dzisiejsza zagadka z Nietoperzem w roli głównej zaliczać się będzie raczej do tych trudniejszych w historii dotychczasowych zgadywanek. Ale kto wie, czy - jak to już często bywało - prawidłowa odpowiedź nie padnie przypadkiem już w pierwszych minutach zabawy? W każdym razie na udzielenie jej są tradycyjnie dwadzieścia cztery godziny. A jeśli po około dziesięciu nikt nie poda tej właściwej, to można się spodziewać małej podpowiedzi. Zapraszamy do zabawy! (ŁM)

środa, 7 lipca 2010

#496 - Kapitan Sheer na dwa głosy

Marcinowi Podolcowi zapewne ciąży etykietka najbardziej obiecującego talentu wśród młodych komiksiarzy, przysłowiowej "ostatniej nadziei białych" i z chętnie by się jej pozbył. Popularny "Kolec" bardzo wcześnie zaczął swoją przygodę z opowiastkami obrazkowym. Mając zaledwie 17 lat narysował pełnometrażowe "Ser-ce", będące albumem „na zlecenie”. Wypada więc uznać, że to właśnie "Kapitan Sheer" jest pełnoprawnym debiutem Podolca, przygotowanym wespół z Robertem Wyrzykowskim, jako współscenarzystą.

Janusz Topolnicki:

Kiedy, jeszcze przed lekturą, przekartkowałem "Kapitana Sheera", odniosłem wrażenie, że jest to komiksowy odpowiednik poematów prozą. I w gruncie rzeczy nie pomyliłem się. Tytułowy Kapitan oraz jego pomocnik Bosman opowiadają nam o przyjaźni, problemach, kobietach i sztuce, spajając to wszystko kilkoma motywami przewodnimi. W moim przypadku ten gatunek liryki kojarzy się wręcz synonimicznie z "Paryskim Splinem" Charlesa Baudelaire'a, a to oznacza, że przed autorami stoi trudne zadanie bym po lekturze powiedział "dobre to". A to dlatego, że trzeba sporo mądrości (a może bardziej doświadczenia?) życiowej i bardzo lekkiego pióra, by w kilku zdaniach zawrzeć ciekawą myśl i jeszcze trafnie ją spuentować. Czy Marcinowi Podolcowi i Robertowi Wyrzykowskiemu ta sztuka się udała?

Przygody dwóch szczurzych wilków morskich płyną w tej historii jakby dwutorowo. Z jednej strony mamy fabułę, która porusza szerokie spektrum problemów i zagadnień. Czasem są to rozmyślania o Bogu, pięknie i marzeniach, a innym razem o kobiecych piersiach, piłce nożnej czy ludzkiej próżności. Niektóre z nich są naprawdę zabawne, ciekawie skonstruowane albo (te najlepsze) po prostu trafne. Jednak zdarzają się również historyjki delikatnie mówiąc niezrozumiałe, a nawet i banalne. Podobnie sprawa wygląda z tłem tych wszystkich "rozważań", czyli przyjaźnią między Kapitanem a Bosmanem. Kadr po kadrze poznajemy ich relacje, które tylko z pozoru są "służbowe", w rzeczywistości będąc prawdziwą męską (szczurzą?) przyjaźnią, w której jest miejsce na różnicę poglądów, odrobinę złośliwości i poszanowanie potrzeby prywatności i życiowej przestrzeni. I tylko sama końcówka komiksu odrobinę razi, ponieważ jest ona tak brutalnie dosadna, jakby autorzy bali się, że czytelnik nie zrozumie więzi, jaka łączy bohaterów.

Na szczęście "Kapitan Sheer" ma jeszcze drugą stronę medalu. A jest nią zabawa komiksową materią i formą, która momentami sprawia, że przygody Kapitana i Bosmana stają się wręcz metakomiksem. Pokazuje on jak potężnym i różnorodnym środkiem przekazu może być "historyjka z dymkiem". Pozornie wygląda to tylko na starania by "monotonne tło" i "brak akcji" nie nudził czytelnika. Dlatego od samego początku musi on sprostać nietypowym kadrom, które zmuszają do obracania komiksu, układania puzzli, zagrania w grę planszową czy przejścia labiryntu. Ale do tej interaktywnej lektury dodano jeszcze opowieść o komiksie samym w sobie. Poznajemy w niej losy "kolorowego zeszytu" - od powstania, krytyki i chwil "sławy" aż do reedycji, a na końcu całość zamknięta jest przewrotną klamrą kompozycyjną. Wszystko to sprawia, że "Kapitan Sheer" jest bardziej opowieścią o komiksowym medium (jego oryginalnych możliwościach i ograniczeniach jako formy, oraz losów gotowego produktu) aniżeli o dwóch szczurach na pełnym morzu. To hermetyczna zabawa z tematem, a zarazem możliwość "poznania" naszego środowiska (bagienka? ryneczku?) od strony zabawnych niuansów.

Na końcu, zgodnie z maksymą "last but not least", muszę w pełni i bez jakiegokolwiek "zająknięcia" pochwalić stronę graficzną komiksu. Choć dla niektórych mogą to być "tylko" dwa szczury na tle morskiej pustki, to dla mnie są to "aż" dwa szczury (nie licząc gościnnych występów), które w opowieści nastawionej na treść eksplodują szczegółem mimiki i ruchem. W doskonały sposób współgrają z opowieścią, nie przysłaniając jej ani odrobinę. I chwała im za to. Ponieważ choć Marcinowi Podolcowi i Robertowi Wyrzykowskiemu nie udało się "dorównać" do "Paryskiego Splinu" (tak naprawdę nigdy się tego nie spodziewałem), to stworzyli oni fantastyczną opowieść o komiksie, którą śmiało można polecić jako elementarz historii obrazkowych....

Kuba Oleksak:

Z "Sheerem" Marcin Podolec porwał się na niesamowicie ambitne zadanie. W formie humorystycznych jednoplanszówek postanowił ubrać swoje refleksje zarówno o sprawach ważnych i ważniejszych, jak i tych nieco mniej istotnych. Przemyślenia o sensie życia, miłości, kobietach, ludzkiej, czy też raczej szczurzej naturze i innych ważkich i uniwersalnych sprawach przeplatają się z dywagacjami o serze, piłce nożnej czy… komiksie. Błaha codzienność i głupie żarty Kolec chciał pogodzić z delikatnie filozofującymi treściami w stylistyce "nieśmiesznego humoru". Bo "Kapitan Sheer" nie jest właściwie zabawny, w tym sensie, że jego lektura owocuje salwami śmiechu. Wzbudza raczej delikatny uśmieszek w kącikach ust konceptem, wyrafinowaną formą, jakimś celnym spostrzeżeniem. W większości takie "żarty" Podolca są bardzo udane, pomysłowe i celnie spuentowane, choć nie uniknął kilka wpadek.

Nieco gorzej rzecz ma się z ich przedmiotem, treścią. Z dwóch głównych bohaterów komiksu, szczurzych marynarzy, Sheera i Bosmana, pływających po morzach w puszcze po sardynkach, bardzo często wyłazi Marcin Podolec. Dla mnie było to uczucie bardzo wyraźne. W przygody i rozmowy bohaterów wplecione zostały przemyślenia ich autora, dziewiętnastoletniego maturzysty. I trafiają się naprawdę udane koncepty, świetnie rozpisane na komiksową grę słowa z obrazem. Te komiksy są zdecydowanie najlepsze w albumie. Ale zdarzają się też rzeczy niepotrzebnie wydumane ("Kapitan Sheer i włosy"), boleśnie ślizgające się po powierzchni ("Kapitan Sheer i włosy") czy zwyczajnie banalnie ("Kapitan Sheer i ananas"). Zdecydowanie lepiej wychodzą przekomarzanki Sheera i Bosmana, niż kiedy silą się na domorosłą filozofię życiową.

Zupełne inaczej rzecz ma się w przypadku formy. Kolcowi-komiksiarzowi, w przeciwieństwie do Kolca-myśliciela, nie można wiele zarzucić. Autor, pomimo młodego wieku, dysponuje świetnym, komiksowym warsztatem. Ma pewną kreskę, która może się podobać. Świetnie czuje język narracji obrazkowej, nie boi się bawić fakturą dymków, kadrów, układem planszy. Stara się wykorzystywać wszystkie możliwości, jakie zapewnia mu komiksowa forma. Bardzo zgrabnie wplótł w rejs Sheera i Bosmana wątek autotematyczny, dotyczący procesu tworzenia komiksu, przedstawiania go czytelnikowi i jego krytyce. W tym fragmencie, który w finale bardzo zgrabnie spina cały album, czuć autentyczność, czuć pazur, którego brakuje całości. "Kapitanowi Sheerowi" bowiem brakuje siły, brakuje charakteru, komiks jest mało wyrazisty, nie angażuje, nie połyka swojego odbiorcy. Przynajmniej tak było w moim przypadku.

Niemniej, jeśli Marcin Podolec regularnie będzie doskonalił swoje komiksowe skille, to jestem strasznie ciekaw owoców jego pracy za następne pięć, dziesięć i piętnaście lat. Warsztat ma, potrzeba teraz, żeby okrzepł, jako twórca. Z całą pewnością "Kapitan Sheer" to najciekawszy komiksowy debiut od czasów Daniela Chmielewskiego i jego "Powidoku". Kolec z pewnością dysponuje wielkim potencjałem i na razie musi mu wystarczyć, że (wciąż!) będzie uchodził za młodego, zdolnego i obiecującego.

wtorek, 6 lipca 2010

#495 - Fantasy Komiks nr. 02 i 03

Jeszcze chyba za wcześnie by wyrokować czy projekt pod kryptonimem "Fantasy Komiks" okazał się sukcesem. Zresztą pytań o pozycję, która ma poprawić sytuację komiksowego rynku jest znacznie więcej. Czy dzięki serii komiks ma szansę trafić pod strzechy? Czy "FK" sprzedaje się na tyle dobrze, aby spokojnie utrzymać się na rynku, bez konieczności dokładania do interesu? Czy popularność komiksów spod znaku magii i miecza będzie się przekładała na popularność innych pozycji, obecnych na księgarskich półkach? Skoro te pytania pozostają bez odpowiedzi, warto przyjrzeć się zawartości kolejnych dwóch numerów…

W drugiej antologii "Fantasy Komiks" zadebiutowała seria "Samuraj" autorstwa scenarzysty Jean-Francois Di Giorgio i rysownika Frederica Geneta. Jak sam tytuł wskazuje, jest to opowieść rodem z feudalnej Japonii, zamieszkałej przez dzielnych roninów, okrutnych, rządnych władzy daimyo i demonów ze wschodniej mitologii. Przyrządzona po europejsku, ale doprawiona pikantnymi, mangowymi przyprawami. O ile fabularnie "Samuraj" wygląda dość średnio, o tyle pod względem graficznym wygląda naprawdę dobrze. Genet ma bardzo lekką, delikatnie nasyconą tuszem kreskę, która może się podobać. Drugą nowością jest "Heroic Pizza" Augustina, traktująca o dostawcach pizzy w świecie zamieszkałym przez smoki, rycerzy i trolle. Swego czasu była to pozycja zapowiadana przez wegetującego obecnie wydawnictwo Manozoku. Średnio zabawna, "Brzdące z Troy" wypadają o wiele lepiej.

Wciąż bardzo dobrze prezentuje się mój faworyt "FK", czyli "Rozbitkowie z Ythaq" Scotch Arlestona i Adriana Flocha. Historia rozwija się w dość interesującym kierunku, akcja pędzi na złamanie karku, co i rusz zmieniają się dekoracje, pojawiają się nowi bohaterowie, a starzy pokazują się z nieznanej dotąd strony. Sceny humorystyczne, szczególnie w obrębie uczuciowego trójkąta Granit-Narvar-Kalista, przeplatają się z dynamiczną akcją, pościgami i efektownymi walkami, a na horyzoncie zaczęła majaczyć tajemnica tytułowych rozbitków i korporacji Silver Star. Po komiksie widać rękę sprawnego scenarzysty, który ma na swoim koncie niejeden, dobry mainstreamowy komiks.

Może "Lasy Opalu" nie porywają tak opowiadaną historią, ale z pewnością wrażenie robi kreacja świata przedstawionego. Jako żywo przynosi na myśl motywy z "Gwiezdnych Wojen" osadzone w dekoracjach fantasy – jest rycerski zakon stojący na straży porządku w królestwie, złowrogi imperator pod butem, którego cierpią jego podwładni. W komiksie pojawia się żeński odpowiednik Obi-Wana, jest wreszcie wybraniec, który położy kres rządom tyrana. Philippe Pellet rysuje tylko poprawnie, a Arleston tym razem niespecjalnie się wysila.

Wciąż najmniej ciekawie prezentuje się "Legenda" Swolfsa. Przyznaje, że w jej przypadku miałem największe problemy z przypomnieniem sobie, co wydarzyło się w poprzednim tomie, bo fabuła skręciła w dość niespodziewanym kierunku. Seria coraz mocniej kojarzy się ze "Skargą Utraconych Ziemi", co samo w sobie nie jest niczym złym. Wszystko w rękach Swolfsa, bo wciąż może zrobić z "Legendą" coś ciekawego i oryginalnego. Niech to będzie jakiś twist, wydarzenie, postać – cokolwiek, byle historia ruszyła z kopyta, bo na razie strasznie się z nią męczę. Co o samej historii źle świadczyć nie musi i można zwalić na mój gust. Bo na dobrą sprawę wszystkie serie publikowane na łamach "Fantasy Komiks" trzymają dość równy, mainstreamowy poziom i dla wielu młodszych czytelników, zaczynających dopiero swoją przygodę z komiksem, będzie to wspaniała rozrywka. Obawiam się jednak, że bardziej wymagający odbiorcy mogą trochę kręcić nosem.

Moich ulubionych "Rozbitków" braknie jednak w czwartym tomie antologii. Zostaną zastąpieni przez powracające "Lasy Opalu", którym będą towarzyszyły trzecie tomy "Legendy" i "Samuraja" oraz humorystyczne szorciaki. "Fantasy Komiks" numer 04 w kioskach pojawi się 2 lipca.

poniedziałek, 5 lipca 2010

#494 - Fantastyczne światy Oliviera Ledroita

Po długich namowach i trudnych negocjacjach udało nam się skłonić Piotra "Wilka" Skoniecznego do gościnnego występu na Kolorowych Zeszytach. Prowadzący komiksowego bloga Cromwell Stone (zapraszamy do regularnego zaglądania!) przedstawia na naszych łamach sylwetkę znakomitego europejskiego twórcy, o którym w Polsce prawdopodobnie niewielu słyszało. Zapraszamy do lektury!


Tak jak obiecywałem, dziś twórca stosunkowo mało znany, przynajmniej w Polsce – Olivier Ledroit. Niestety do tej pory nie doczekaliśmy się wydania żadnego jego komiksu po polsku. Poniżej krótka prezentacja sylwetki autora.

Początki (do 1996 r.)
 
Olivier Ledroit urodził się 3 czerwca 1969 r. w miejscowości Meaux, nieopodal Paryża. Po dwóch latach studiów na paryskiej Wyższej Szkole Sztuki Użytkowej wykonywał ilustracje do magazynów i gier. Tak spotkał Francoisa Froidevala – założyciela pierwszego we Francji magazynu poświęconego RPG i scenarzystę komiksowego (w Polsce znanego za sprawą scenariuszy do komiksów "Lex", "Atlantyda" i "Methraton"). Spotkanie zaowocowało pierwszym komiksem Ledroita – "Kroniki Czarnego Księżyca", wydanym w 1989 r. przez nowe wydawnictwo Zenda (później przejęte przez Gleant). Seria sobie liczy 14 tomów, z czego rysunki do pięciu pierwszych albumów wykonał Olivier Ledroit. Kolejne części ilustrował Cyril Pontet. Scenariusz do wszystkich części stworzył Froideval. Co ciekawe, wspomniany wyżej "Methraton", którego pierwsza część została wydana w 2001 r. przez wydawnictwo Amber jest spin-offem "Kronik Czarnego Księżyca", których wydanie w planach miało wydawnictwo Siedmioróg. Niestety tak jak w przypadku wielu zapowiedzi w tamtym burzliwym okresie na polskim rynku, skończyło się tylko na planach. Gatunkowo cała seria zalicza się do typowego heroic fantasy. Po więcej na ten temat zapraszam do magazynu KZ.


W czasie pracy nad kolejnymi tomami "Kronik..." Ledroit nawiązał współpracę ze scenarzystą Thomasem Mosdim, najbardziej chyba znanym z serii Korrigans. W efekcie Ledroit zilustrował dwa pierwsze tomy serii "Xoco". Fabuła komiksu osadzona jest w Nowym Jorku w 1921 r. Seryjny zabójca terroryzuje miasto a śledztwo utknęło w miejscu. Jeden z tropów prowadzi do człowieka zaangażowanego w rytualne morderstwa... "Xoco" to metafizyczny thriller, ze znakomitymi rysunkami Ledroita. O ile w pierwszych tomach Kronik... dostrzec można rysunkowe błędy i niezgrabność, tak wydane w 1996 r. oba tomy "Xoco" ugruntowały pozycję autora jako świetnego grafika. Zwrócić należy także uwagę na odważne perspektywy wzmagające dynamizm i nastrój opowieści.

"Sha" (1996 – 1999)

W 1996 r. Ledroit nawiązał współpracę z Patem Millsem, w Polsce doskonale znanym z komiksów o Slainie. Razem stworzyli serię nazwaną "Sha" – opowieść o reinkarnacji i zemście osadzoną w futurystycznym świecie. W latach 1996 – 98 Ledroit zdążył narysować trzy tomy serii, po czym obaj autorzy zdecydowali się zamknąć serię z powodu jej nie najlepszej sprzedaży. W międzyczasie Ledroit samodzielnie stworzył komiks s-f "La Porte escarlate", w zamierzeniu stanowiący pierwszą część serii. Także i w tym przypadku seria została zarzucona – tym razem przez samo wydawnictwo Soleil.
 

"Requiem", Chevalier Vampire" (od 1999)

Niezadowoleni ze współpracy z Soleil, Mills i Ledroit wespół z Jacquesem Collinem (założycielem wydawnictwa Zenda) postanowili założyć własne wydawnictwo Nickel. Premierowym komiksem wydawnictwa był pierwszy tom komiksu "Requiem, Chevalier Vampire" (w wolnym tłumaczeniu: "Requiem, Wampirzy rycerz") z rysunkami Ledroita i scenariuszem Millsa. Album został wydany pod koniec 2000 r. Seria szybko zdobyła we Francji sporą popularność i wciąż jest kontynuowana. Do tej pory ukazało się 9 tomów z planowanych 12 głównej serii oraz 3 tomy serii odpryskowej "Claudia" (sc. Mills, rys. Franck Tacito). Głównym bohaterem komiksu jest niejaki Heinrich Augsburg, nazista z czasów II Wojny Światowej, który ginie na froncie wschodnim. Zamiast trafić do nieba lub piekła, zostaje wskrzeszony na planecie przypominającej Ziemię jako wampir z potężnymi mocami. Jest jeden szkopuł - wszystko jest na odwrót. Tam gdzie na Ziemi jest woda, tutaj jest ziemia i vice versa, ludzie zamiast się starzec młodnieją itd... Oczywiście to nie fabuła zadecydowała o sukcesie serii lecz majstersztykowe grafiki Ledroita, który serią o wampirach-rycerzach wzbił się na najwyższy poziom. Poszczególne kadry są tak wycyzelowane, że same w sobie mogłyby robić za osobne ilustracje, które można oprawić w ramkę i zawiesić np. w klubie dla motocyklistów, rockmenów, tudzież fanów fantastyki. Gdy połączyć to z dużym rozmachem opowieści i nie mniejszą dynamiką wyjdzie nam przepis na komiks, który wizualnie robi duże wrażenie. Seria idealnie wpisuje się w linię wydawniczą Egmontu "Obrazy grozy" i to taką spod znaku gore. W tym miejscu trzeba ostrzec, że w komiksie znaleźć można mocne, krwiste sceny, miejscami wręcz odpychające. Cała seria przeznaczona jest zdecydowanie dla dojrzałego czytelnika.

Pobocza


W latach 2005 – 08 wydawnictwo Daniel Maghen wydało artbook poświęcony plejadzie fantastycznych istot, zwłaszcza wróżkom, trolom itp. Pod koniec 2007 r. światło dzienne ujrzał kolejny artbook artysty. Na blisko 300 stronach podziwiać można grafiki z różnego okresu twórczości rysownika. W 2006 r. Ledroit stworzył grafiki koncepcyjne do gry Heroes of Might and Magic V.

Źródła: 1, 2

niedziela, 4 lipca 2010

#493 - Trans-Atlantyk 94

W zeszłym tygodniu doszło do sporych przetasowań za Oceanem w przemyśle komiksowym w jego cyfrowo-internetowym wcieleniu. Przede wszystkim DC Comics wreszcie zadbało, aby ich komiksy były dostępne w sieciowej dystrybucji. Zeszytówki z oficyny Dan DiDio będą dostępne na ComiXology, aplikacji dostępnej w produktach marki Apple (iPadach, iPhone’ach, iPodach Touch), a wkrótce także na PSP. Rzecz jasna nie wszystkie i nie od razu. Cena takiego "komiksu" będzie się wahała od 0.99$ do 2.99$. Wkrótce potem, gruchnęła wieść, że szefostwo DC zdecydowało się całkowicie zamknąć internetową stronę Zuda Comics, która miała służyć wyławianiu młodych talentów z sieci. Projekt w całości zostanie przeniesiony na wspomnianą platformę ComiXology i PSNetwork. W "normalnym" internecie wciąż będzie funkcjonował blog Zudy. A tymczasem Dark Horse Comics, rezygnuje ze współpracy z MySpace'em, dzięki której od ładnych paru lat udostępniało mnóstwo cyfrowych komiksów za darmo w ramach MySpace Dark Horse Comics Presents. W obliczu sporych zmian w internetowym światku, polegającym głównie na wzroście popularności Facebooka i skupieniu się MySpace'a na muzyce, DHCP wraz z numer 36 wraca na witrynę-matkę. Mechanizm jej działania się nie zmieni - na jej stronach dalej będą publikowały uznane nazwiska (Joss Whedon, Gabriel Ba, Fabio Moon, Ron Marz czy Eric Canete) oraz debiutanci, a ich prace będą zbierane później w trejdy i drukowane. (KO)   

Moda na komiksowe wampiry dotarła nie tylko do Marvela, W tym roku Drakula pojawi się nie tylko w zeszytach z charakterystycznym X'em na okładce. Najsłynniejszy z krwiopijców wystąpi również na kartach nowej serii od BOOM! Studios "Dracula: The Company of Monsters". Jego autorzy, ceniony scenarzysta Kurt Busiek, pisarz Daryl Gregory ("Devil's Alphabet") i rysownik Scott Godlewski ("Mysteroius Adventure Magazine", "Codebreakers") obiecują, że będzie to jedna z najciekawszych interpretacji klasycznego motywu wampira. Zamierzają oni zabrać Drakulę w świat obrzydliwie bogatych biznesmenów i politycznych rozgrywek na najwyższych szczeblach władzy. Świat, który znamy z pierwszych stron gazet miesza się z magicznym uniwersum niezwykłych stworzeń, w którym przetrwały feudalne stosunki sprzed wielu setek lat. Nieśmiertelny rumuński arystokrata Vlad III przyczyną ostatniego kryzysu? Brzmi bardzo komiksowo i zapowiada się co najmniej interesująco. Premiera pierwszego zeszytu serii zaplanowana został na sierpień. (KO)
   
Ciało całkiem niedawno zmarłego Herculesa jeszcze nie ostygło, a Marvel już ogłosił jego powrót. Zmartwychwstanie mitycznego (super) herosa przypadnie akurat na zimowy event Domu Pomysłów zatytułowany "Chaos War". Herc stanie w nim na czele na nowo sformowanego "God Squadu", aby powstrzymać szalonego Chaos Kinga (którym jest Amatsu-Mikaboshi, zabójca jego ojca, Zeusa) dowodzącego armią zniewolonych kosmicznych bóstw z innego wymiaru. Herculos wraz z Thorem, Galactusem, Sersi, Silver Surferem, Venus oraz Amadeus Cho i jeszcze jednym bohaterem, którego tożsamość na razie pozostaje tajemnicą (Mefisto?) staną do walki w pierwszej linii frontu, a swoje pięć minut będę mieli właściwie wszyscy kalesoniarze z uniwersum Marvela - Avengers, X-Men, Fantastyczna Czwórka, Hulk i jego sporych rozmiarów rodzinka, Nova i inni rezydenci kosmicznego zakątka Domu Pomysłów. Zapowiada się bitka iście epickich rozmiarów. Pięcioczęściowa mini-seria startuje już w październiku. Fred Van Lente i Greg Pak (wspólnymi siłami napisali również "Planet Hulk" czy "Incredible Herculesa") piszą, a Khoi Pham ("Mighty Avengers") rysuje. (KO) 
 
Mark Millar zdradził, że poważnie rozważa kontynuacją "Old Man Logan". Jak opowiada pisarz, kiedy pracował nad szkicem scenariusza do innego, czołowego tytułu ze stajni Marvela, którego tytułu nie zdradził, zaczęła mu się klarować wizja sequela swojego przebojowego runu w "Wolverinie". Ze swoim pomysłem od razu udał się do wydawcy. Decyzja, odnośnie "Old Man Logan 2" jeszcze nie zapadła i na dobrą sprawę nie wiadomo kiedy można spodziewać się oficjalnego stanowiska Domu Pomysłów w tej sprawie. Konwent w San Diego wydaje się być świetną okazją, by zapowiedzieć taki tytuł... (KO) 
  
Wraz z przejęciem przez J. Micheala Straczynskiego serii "Wonder Woman" w życiu księżniczki Amazonek z Themiscyry zajdą gruntowne zmiany. Najbardziej rzuca się w oczy zupełnie nowy kostium zaprojektowany przez Jima Lee. Czytelnicy przez prawie 70 lat zdążyli się przyzwyczaić do jej klasycznego, ikonicznego wyglądu, więc zmiana przez Dianę looku jest naprawdę szokująca. Lecz muszę przyznać, że WW nigdy chyba nie wyglądało lepiej, choć jej styl mocno nawiązuje do superbohaterskiej mody z lat dziewięćdziesiątych, powszechnie uchodzącej za obciachową. Całe szczęście zmiany JMS'a idą głębiej, bowiem scenarzysta grzebał również w originie bohaterki. Tajemniczy superłotr przenosząc się w czasie zniszczył jej dom, zamordował matkę i większość amazonek z Rajskiej Wyspy, kiedy bohaterka była zaledwie niemowlakiem. Pozbawiona lat treningu i przemycona do świata mężczyzn musi radzić sobie całkiem sama. Jak się również okazuje, została wymazana z pamięci większości herosów DC (czy komuś brzmi to okropnie podobnie do "Brand New Day" ze Spider-Manem?). Przyznam, że Straczynski bardzo mocno zamieszał w życie najsłynniejszej komiksowej superheroiny i będzie się musiał bardzo postarać, aby jego plan wypalił, a historia trzymała się przysłowiowej kupy. (KO) 
  
Jeph Loeb został mianowany szefem nowo powstałego oddziału Marvela zajmującego się produkcjami telewizyjnymi. Wraz z Danem Buckleyem będzie czuwał nad skutecznym przenoszeniem marvelowych superherosów z kart komiksów do telewizyjnych odbiorników. Z pewnością ta decyzja Domu Pomysłów podyktowana została coraz większą ekspansją konkurencyjnego DC Entertainment w zakresie seriali animowanych i aktorskich. Dzięki Disney'owi Marvel będzie miał wielkie możliwości w budowaniu swojej telewizyjnej marki. O przyszłych planach Loeb póki co wypowiadał się bardzo skąpo. Wiadomo, że pojawią się animowani "Mściciele" ("Avengers: Earth’s Mightiest Heroes", zaplanowani na jesień) i "Ultimate Spider-Man" (schyłek 2011) oraz "Black Panther", który całkiem niedawno miał swoją premierę. Jeśli chodzi o seriale aktorskie nie wiadomo na razie nic, choć bossowie wydawnictwa chcą czerpać ze wzorców "Smallville" i "Lost". Zobaczymy, jak im będzie to wychodziło. (KO) 
 
Losy Spider-Girl przypominają nieustanną jazdę kolejką górską. Tytuł z przygodami May "Mayday" Parker, córki Petera Parkera z alternatywnej przyszłości, wielokrotnie był zamykany ze względu na słabą sprzedaż, a następnie, na życzenie fanów, wracał na rynek. Wszystko wskazuje na to, że to będzie ten ostatni raz. Prawdopodobnie "Spider-Girl: The End" będzie definitywnym finałem tej komiksowej telenoweli, która (z przerwami) ciągnie się od 1998 roku, kiedy seria pisana przez Toma DeFalco zadebiutowała. Nie wypaliły eksperymenty z dołączaniem jej przygód do innych, pajęczych tytułów, ani pomysł z przeniesieniem jej Dziewczyny-Pająka na nośniki cyfrowe. "The End" ukaże się w sierpniu, scenariuszem zajmie się wspomniany DeFalco, a rysunkami Ron Frenz. (KO) 
 
Marvel przedstawił pierwszą zapowiedz mini-serii "Ultimate Comics Mystery". Historia, będąca bezpośrednią kontynuacją "Ultimate Comics Enemy", czteroczęściowej historii, której zbiorcze wydanie ukazało się w marcu 2010 roku. Podobnie, jak pierwszy cykl, "Tajemnica" będzie pisana przez Briana M. Bendisa i rysowana przez Rafę Sandovala, a okładki przygotują J. Scott Campbell i Leinil Francis Yu. Nie zdradzając zbyt wiele z fabuły "Wroga", warto jednak napisać, że w świecie Ultimate pojawił się nowy, potężny przeciwnik, który wziął na cel między innymi Spider-Mana, Nicka Fury'ego i rezydentów Baxter Building. Wielkie zmiany mają również zajść w życiu Bena Grimma. Pierwszy numer "Mystery" ukaże się w pod koniec lipca. (KO)

sobota, 3 lipca 2010

#492 - Komix-Express 44

Piłeczka w grze, w rodzimej polityce walka o najwyższy stołek w państwie, za granicą wielkie odliczanie do tegorocznego Comic-Conu, a u nas - sezon ogórkowy w pełni. A przynajmniej w komiksowej publicystyce. Pewnie byłoby lepiej gdybym dał temu spokój i nie kalał własnego gniazda, bo sam o komiksie pisze i staram się to robić jak najlepiej, ale... Dawno niczego ciekawego o komiksie (w sieci i gdzieniegdzie w prasie) nie udało mi się przeczytać. Jest kilka wyjątków, ale to naprawdę margines i trudno mi o nim wspominać, aby nie zostać posądzonym o klepanie się po pupkach ze znajomkami. Bo tak się głupio składa, że to oni właśnie piszą całkiem nieźle. Choć może to moja wina - czytam nieuważnie, albo mam zbyt wysokie oczekiwania odnośnie rodzimej krytyki, czy raczej "krytyki" obrazkowo-komiksowej. Momentami ręce mi opadają, jak czytam niektóre z recenzji publikowane na (jakby nie było!) największych portalach komiksowych w kraju. Nie chce nikogo palcem wytykać, bo nie o to mi chodzi. "Kto ma wiedzieć, ten wie", a jeśli będzie pytał, to nie powinien spodziewać się odpowiedzi, parafrazując jeden z najlepszych cytatów Ennisa. Rzecz w tym, że nie ma komu pisać o komiksie. Jestem w stanie zrozumieć, że niektórzy z sprawniej piszących i mający rzeczywiście coś ciekawego do powiedzenia w temacie nie mają zwyczajnie czasu zajmować się komiksem w wolnym czasie. To casus publicystów z mitycznej złotej ery Kazetu, którzy zniknęli z pola widzenia (Błędny Komboj jeszcze żyje?). Dopływu świeżej krwi nie zauważam. A zresztą - potencjalni odbiorcy ich tekstów i tak "wiedzą lepiej". Co jest lepiej narysowane, co jest lepiej napisane i co lepiej kupić. Co znowu implikuje inne pytanie - po co w ogóle jest potrzebna krytyka komiksowa, skoro fani superhero kupią wszystko, co ma pelerynę, czytelnicy ciekawi polskiego komiksu będą wspierać rodzime inicjatywy (z kolei haterzy, jak to haterzy, będą, rzecz jasna, hejtować), miłośnicy "komiksu ambitnego" skazani są w gruncie rzeczy na dość niewielki wybór, a mangowcy mają swoje getto i ani im się śni sięgać po coś, co nie czyta się od końca i nie ma wielkich oczu. "Polski fan komiksowy" doskonale wie, co dobre i na co chce wydać pieniądze. Po co mu ktoś, kto miałby mu dyktować, że coś innego może być wartościowe lub nie? (KO)

Bogdan Zdrojewski, z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, uhonorował kolejne osoby zasłużone dla rozwoju polskiego komiksu. Brązowy medal "Zasłużona Kulturze - Gloria Artis" otrzymała Szarlota Pawel, rysowniczka, malarka, scenarzysta komiksowa, autorka "Jonka, Jonki i Kleksa" i "Kubusia Piekielnego" oraz niedawno opisywanego "Buntu Krasnoludów". Odznakami honorowymi "Zasłużony dla Kultury Polskiej" zostali nagrodzeni Tomasz Kołodziejczak pisarz, publicysta i scenarzysta komiksowy, szef Klubu Świata Komiksu, Wojciech Jama (dyrektor Muzeum Dobranocek w Rzeszowie) oraz Witold Tkaczyk, historyk sztuki, publicysta i scenarzysta. Medal dla Tkaczyka ma dwie strony - na jednej z nich jest chwalebna karta zapisana w kombatanckich czasach "AQQ", a na rewersie działalność Zin Zin Pressu, oficyny publikujące komiksy dotowane z państwowej kasy i promujące "patriotyzm jutra". (KO)

Muzeum Powstania Warszawskiego zaprasza do wzięcia udziału w IV. konkursie na komiks "Powstanie '44 w komiksie", który w 2010 roku doczekał się szyldu "Morowe Panny". Motywem przewodnim tegorocznej edycji będzie rola kobiet w Powstaniu. Organizatorzy chcą zwrócić uwagę na udział płci pięknej w walkach o stolicy o rolę sanitariuszek, łączniczek, minerek i służby pomocniczej, zajmującej się prozaiczną pracą w kuchni, szwalni, wytwórni amunicji. Zwycięzca konkursu otrzyma 2.000 euro, drugie miejsce na podium wycenione zostało na 1.200, a trzecie - 800. Dla autorów wyróżnionych prac organizatorzy przygotowali atrakcyjne nagrody rzeczowe. Triumfatorem edycji za rok 2009 był Mirosław Urbaniak, autor "Biedronki". Komiksy należy przesyłać do 1 października 2010. Więcej szczegółów na oficjalnej stronie "Powstania`44 w komiksie". (KO)

Jak donosi Agencja Hi-Hi, trwają prace nad kolejnym albumem z "historycznymi" przygodami Tytusa. Po walce w Powstaniu Warszawskim i udziale w Bitwie Warszawkiej 1920 roku, uczłowieczona małpa przeniesie się tym razem na pola Grunwaldu, aby dać łupnia Krzyżakom. Na stronie TRiA można obejrzeć przykładowe prace z powstającego komiksu. Nie wiadomo jeszcze kiedy "Tytus, Romek i A`Tomek w Bitwie Grunwaldziej, czyli w Wielkiej Bijatyce, pod Zielonym Lasem" się ukaże - prawdopodobnie będzie to w sezonie zimowym (być może jeszcze w 2010 roku). Album będzie liczył 36 stron, a Kolorowe Zeszyty życzą jak najwięcej zdrowia autorowi albumu, Papciowi Chmielowi. (KO)

Środowisko komiksowe zelektryzowała wiadomość, że mała oficyna Miligram & Viral chce wydać książkę-wywiad z Alanem Moore`m. Polska edycja zawierałaby dwóch wywiadów-rzek przeprowadzonych przez Billa Barkera, uzupełnioną ilustracjami polskich rysowników, grafików i artystów, zainspirowanych twórczością jednego z najwybitniejszych scenarzystów komiksowych przełomu XX i XXI wieku. W książce, mistrz z Northampton opowiada o swoim dzieciństwie, fascynacjach literackich i komiksowych, trudnych relacjach z Hollywood oraz przede wszystkim o swoich pracach. O nadchodzącej publikacji na dobrą sprawę jeszcze nic nie wiadomo - w jakiej formie się ukaże, ile będzie kosztowała, kiedy się trafi na półki i, co najważniejsze, kto zajmie się tłumaczeniem. Wypada mieć jeszcze nadzieję, że nie jest to żadna podpucha i kolejna obietnica bez pokrycia. Fani twórczości Mistrza już się niecierpliwią. (KO)

Z obozu Hanami dochodzą naprawdę fantastyczne wiadomości. Na jesień ukaże się kolejny komiks Jiro Taniguchiego, tajemniczo anonsowany już na Komiksowej Warszawie. Będzie nim "Podniebny Jastrząb" ("Ten no Taka"), który powinien zadowolić fanów tego znakomitego twórcy i miłośników samurajskich klimatów. Oprócz niego zapowiadane są dokończnie mocno niedocenianej serii "Suppli" Marii Okazaki (w 2011 ma zostać wydane jeszcze "Suppli Extra") oraz kolejne tomy niedawno debiutującego "Ikigamiego" Motoro Mase. Prawdziwym hitem ma być nominowany do tegorocznej nagrody Eisnera w kategorii najlepszy materiału azjatyckiego "Pluto" Naokiego Urasawy, Takashiego Nagasaki i Osamu Tezuki. Tak, tego Osamu Tezuki. "Pluto: Urasawa x Tezuka" (tytuł amerykańskiej edycji) jest swoistym spin-offem klasycznej i kultowej serii Tezuki "Astro Boy", co daje jakiś promyk nadziei, że dzięki Hanami i ten tytuł zobaczymy na polskim rynku. (KO)

W 71. rocznicę wybuchu II Wojny Światowej, 1 września 2010 roku ukaże się piętnasty zeszyt "Wilq`a" zatytułowany "Siedem dziur dla kominiarza". W środku znajdą się cztery, świeżutkie, premierowe historie. Jak donoszą bracia Minkiewicze, z prawdziwym bólem serca musieli założyć profil na Facebooku, mimo że szczerze tego miejsca nienawidzą. Zapraszamy do dołączenia grona miłośników opolskiego superherosa na fejsie. Oprócz tego autorzy jednego z najśmieszniejszych komiksów we wszechświecie przygotowali unikalną linię koszulek anty-ekologicznych. Na stronie można wybierać z kilkunastu niepoprawnych politycznie wzorów, a wkrótce pojawią się kolejne. (KO)

piątek, 2 lipca 2010

#491 - The Batmans: Track 46 - Marek Turek

Dokazujący Batman Marka Turka narysowany jest w bardzo charakterystycznym stylu, który trudno pomylić z jakimś innym artystą. Twórca urodzony w Zabrzu, a mieszkający w Gliwicach, swoją karierę komiksową zaczynał w zamierzchłym roku 1992, kiedy na rynku zaczynały królować zeszyty spod znaku TM-Semic. Od tamtej pory, po dziś dzień Turek konsekwentnie trzyma się swojej undergroundowej estetyki. Publikował w komiksowych magazynach, zarówno tych polskich ("AQQ", "Komiks Forum", "KKK", "Czas Komiksu", "Krakers", "Katastrofa", "Ziniol", "KGB", "Zeszyty Komiksowe"), a także za granicą (czeski "Aargh", słoweński "Stripburek", amerykański "Attic Wit"). Najważniejsze pozycje z jego bibliografii to tetralogia "Fastnachtspiel", antologia "Międzyczas", zbierająca rozproszone drobiażdżki oraz album "Bajabongo". Zapraszamy do odwiedzania jego bloga, eksperymentalny projekt, którego jest częścią i galerii na digarcie. (KO)


Zwycięzcą tej edycji batmanich zgadywanek został Pharas prowadzący niezwykle ciekawego bloga o nazwie Cromwell Stone! Serdecznie gratulujemy!

Wracamy po dwutygodniowej przerwie do naszej zabawy! Tradycyjnie twórca - na którego odgadnięcie są przepisowe 24 godziny - pochodzi z naszego pięknego kraju. W sieci co rusz pojawiają się kolejne relacje z BFK a u nas cisza. Powodem tego jest nawał niekomiksowych spraw, które mam teraz na głowie i które uniemożliwiają mi właściwe zrelacjonowanie tej fantastycznej imprezy. Ale wrażenia jeszcze się pojawią - jak nie w następnym to w jeszcze kolejnym tygodniu, kiedy już mało kto będzie o beefce pamiętał! A póki co... do dzieła! (ŁM)

czwartek, 1 lipca 2010

#490 - Kryminalne Zagadki Azzarello

W "Blacksadzie" najważniejsze jest ciekawe śledztwo oraz niesamowity klimat snutej opowieści. Jordi Bernet w "Torpedo" postawił na czarny humor umiejscowiony w fascynujących czasach prohibicji i Ala Capone'a. "Sin City" natomiast to porcja wykadrowanej czystej adrenaliny, gdzie wątek kryminalny jest tylko wymówką do prężenia mięśni. Zostawmy jednak dzisiaj te klasyki komiksowego noir i skoncentrujmy się na historiach autora, który choć nie stworzył w tej dziedzinie niczego oryginalnego, to potrafi elementy składowe łączyć w taki sposób, że efekt końcowy czyta się z zapartym tchem. Mówię tu o Brianie Azzarello, którego kryminalnym zagadkom przyjrzymy się zaraz "od kuchni"....

Od razu jednak zaznaczę, że nie będę w tym miejscu rozpisywał się (ponownie!) o "100 Nabojach". Po pierwsze, seria ta jako całość bardziej jest wielką układanką aniżeli kryminałem w dosłownym tego słowa znaczeniu. A po drugie, nie chcę powielać stereotypu "Azzarello = 100 Naboi", ponieważ scenarzysta ten ma o wiele więcej do zaoferowania. Dlatego będę posiłkował się jedynie piątym trejdem serii - "Counterfifth Detective", a skoncentruję się na czteroodcinkowej mini serii "Jonny Double" (wydanej w 1998) oraz albumie "Filthy Rich" (z 2009).

"Born to trouble... Jonny Double"

Nie ma dobrej historii bez porządnie skonstruowanego bohatera. Co prawda w przypadku kryminałów częściej mowa jest o "pierwszoplanowej postaci" aniżeli "bohaterze", ale to już raczej zagadnienie etyczne, a nie literackie. Najważniejsze by był on przemyślany, konsekwentny i potrafił przykuć uwagę. Czy osiąga to poprzez podziw lub obrzydzenie, nie ma już większego znaczenia.

W historiach Azzarello nie ma problemu ze znalezieniem ciekawych postaci. Autor ma dryg do konstruowania osób "pokopanych przez życie", a takie łatwo potrafią przykuć uwagę w świecie gdzie liczy się tylko uśmiech i sukces, bo o niczym innym "nie wypada wspominać". Najlepszym tego przykładem jest Rich Junk z "Filthy Rich". Były sportowiec, który żył "amerykańskim snem", lecz po wykluczającej go ze sportu kontuzji stracił wszelką chęć do życia. Widzimy jak egzystuje w świecie, "zawieszony" w próżni jakichkolwiek oczekiwań. Ta specyficzna "asceza" bardzo trafnie została spuentowana w "Jonny Double", gdzie bohater mówi, że gdy wystarczająco długo żyje się bez pieniędzy to człowiek dochodzi do wniosku, iż tak naprawdę nie są one mu właściwie do niczego potrzebne. I trzeba przyznać, że te podejście do życia fascynuje, bo daje nadzieję, że istnieje coś więcej niż materializm "wpajany" ze wszystkich stron. Właśnie w takich momentach ich życia, Azzarello przedstawia nam swoich bohaterów.

Bohaterów, których można podziwiać za przezwyciężenie przeciwności losu, ale w żadnym wypadku nie sposób ich nazwać wzorem do naśladowania. Żaden z nich nie jest ofiarą "w złym miejscu i w złym czasie". Wszyscy, choć żyjący jakby z dala od świata, bardzo łatwo dali mu się skusić, i w jednej chwili, bez większych oporów rozpoczęli ryzykowną grę o ulotną miłostkę (Junk z "Filthy Rich"), pieniądze (Jonny Double) bądź zemstę (Milo ze "Counterfifth Detective"). Sami nie tylko sprowadzili na siebie kłopoty, ale nakręcili wokół tego spiralę, która w gruncie rzeczy przyczyniła się do ich porażki. Na domiar złego sytuacje te ujawniły, że ich alienacja nie była wyborem, lecz koniecznością, a wtedy podziw za ich nonkonformizm znika.

"Home of the so rich it doesn't pay to be famous"

Jednak ciekawy bohater bez miejskiej dżungli zdominowanej przez pieniądz, seks i przemoc to tylko półprodukt. To właśnie otoczenie nadaje tym postaciom sens i sprawia, że są tak wyraziste. U Azzarello Nowy Jork, San Francisco czy Los Angeles niczym się od siebie nie różnią. We wszystkich tych miastach by przeżyć, należy spełnić bardzo wyśrubowane wymagania. Nie tylko trzeba z wielką łatwością łamać karki i wszelkie normy społeczne, lecz - co ważniejsze - mieć odpowiednie znajomości, które pomagają upaść "na cztery łapy". Bo jak przystało na porządny kryminał, upadków jest tutaj mnóstwo.

I choć zdawać by się mogło, że na tym miejskim poligonie znaleźć można tylko cynizm i niebezpieczeństwo, to od upadków o wiele więcej jest tu uczuć i emocji - bardzo gwałtownych i spalających. I mimo że zazwyczaj jest to "tylko" pożądanie, prowadzące mniej lub bardziej prostą drogą do przegranej, to nawet tutaj zdarzają się przyjaźnie i szacunek, urastające do rangi ostatnich przebłysków człowieczeństwa.

Niestety w tym wszystkim Azzarello nie sili się nawet na odrobinę oryginalności. W jego historiach bez problemu obok Milo Garreta mógłby stanąć Philip Marlowe, i nikt by się tym crossoverem nie zdziwił. I choć w pewnym sensie łatwo zrozumieć tę zapobiegawczość w kreowaniu świata, bo przecież te "czarno-białe" miasta fascynują od lat, to brakuje w tym wszystkim chociaż odrobiny odautorskiej wizji.

"Once upon a time... is how a fairy tale begins"

Na szczęście fabularnie i narracyjnie Azzarello nie zawodzi. W jego historiach można znaleźć odrobinę czarnego humoru ("rent - worst fuckin four-letter word.... work - another four-letter word"), świetną grę drugim planem i fantastyczny klimat czarnych kryminałów. I chwała mu za to, ponieważ w gruncie rzeczy te komiksy opierają się na nastroju, nie na zagadce "do rozwiązania". Dlatego w "Counterfifth Detective" tak starannie budowane jest uczucie "osaczenia" wokół bohatera, a w "Filthy Rich" senna narracja bardzo powoli, jakby od niechcenia, prowadzi nas do kilku wstrząsów fabularnych. "Jonny Double" natomiast zabiera nas w wycieczkę gdzie nowoczesność zderza się z przeszłością, a wyrachowanie miesza się z prostą dobrodusznością. Wszystko to zostaje doprawione starym, dobrym duchem noir, gdzie starszy, przegrany facet i młoda, piękna kobieta to pewne kłopoty.

Kryminalne zagadki Azzarello nie są niczym oryginalnym. Ale w tym gatunku już od dawna panuje "stagnacja formy", której wcale nie uznaję za wadę. Poszczególni autorzy różnią się od siebie tym, w jakich proporcjach czerpią z klasyki gatunku. W tym przypadku czytelnik otrzymuje wykolejone postaci, które przez większość czasu borykają się z własnymi problemami, a ratowanie "dziewic" zostawiają innym. Opowiada to bardzo sprawnie i w nie przegadany sposób, a nie zapominajmy, że w tego typu historiach nadmiar "monologów wewnętrznych" bywa prawdziwym utrapieniem. I choć nie uważam, żeby "Jonny Double" czy "Filthy Rich" były arcydziełami gatunku, to dziwi mnie jak bardzo są one przemilkiwane, kiedy mówi się o komiksowych kryminałach. Następnym razem, gdy zapragniecie zanurzyć się w wyrachowanym i niebezpiecznym świecie noir nie zapominajcie o Brianie Azzarello. Dobra zabawa gwarantowana....

środa, 30 czerwca 2010

#489 - Drogi Billy

Garth Ennis nigdy nie jest pisarzem delikatnym. W jego pracach zwykle trup ściele się gęsto, krew tryska, aż miło, a wyrazy powszechnie uznawane za niecenzuralne pełną funkcję przecinków w dialogach. Nie ważne czy pisał akurat o Belfaście, wojnie, miłości, poszukiwaniu Boga, czy odkłamywał jednego z ikonicznych bohaterów Marvela, robiąc z niego owładniętego swoją świętą misją seryjnego mordercę. Autor "Kaznodziei" zawsze walił wprost, nie bawiąc się w żadne półśrodki, subtelności, nie uznając żadnych tematów tabu. Szokował, bulwersował, obrażał, budził kontrowersje, a nierzadko wręcz obrzydzenie, choćby swoim zamiłowanie do seksualnej perwersji i deformacji ludzkiego ciała.
Najnowsza pozycja irlandzkiego scenarzysty, wydana na polskim rynku przez Mucha Comics, odbiega od takiego stereotypowego "wzoru" na komiks a'la Ennis. Przynajmniej z pozoru. "Drogi Billy" to druga mini-seria opublikowana pod szyldem "Battlefields" dla niewielkiego amerykańskiego wydawnictwa Dynamite Entertainment. Podobnie, jak "Night Witches" i "Tankies" traktuje o koszmarze wojny, innym, wciąż powracającym w twórczości Ennisa temacie.

Autor oprawy graficznej, Peter Snejbjerg, rysuje w podobnej manierze, co wieloletni współpracownik Ennisa, Steve Dillon. Niestety, nie dorównuje swojemu koledze po fachu talentem. Stosuje podobną technikę, by uzyskać komiksowy realizm najmniejszym nakładem środków. Jego kreska jest nierówna – fatalnie wychodzą mu tła, nieco lepiej postacie, a efekt kładą kiepsko położone kolory.

Podczas amerykańskiej kontrofensywy na Pacyfiku, linia frontu w Azji Południowo-Wschodniej nieustannie się przesuwała. Po zdobyciu Singapuru Carrie Sutton dostała się w ręce Japończyków. Wraz z innymi kobiecymi jeńcami została zgwałcona, a potem cudem udało jej się przeżyć egzekucję. Przez pewien czas dochodziła do siebie w Kalkucie, by potem podjąć pracę pielęgniarki służby pomocniczej w pobliskim szpitalu.Garth Ennis opowiada historię o wojennych ranach, które bardzo trudno się goją. Okrutnie skrzywdzona przez wrogich żołnierzy Carrie cierpi i chce zemsty. Chce, żeby Japończycy nigdy nie przestali płacić za to, co jej uczynili. Z ofiary, zamienia się w kata, wymierzającego należną karę, pchana bezmyślnym pragnieniem odwetu i zemsty. Niestety, jednoznaczność postępowania Carrie i łatwość, w jaką zamieniła się w zimnokrwistą morderczynię odbiera wiarygodność jej postaci i tym samym całej historii. Nigdy się nie zawaha, nigdy nie zadrży jej rękę, co czyni z niej żeńskie wcielenie Punishera, a całą opowieść bierze w komiksowy nawias przerysowania i groteskowości. Wielka szkoda, bo wariacja nt. "przemoc rodzi przemoc, tylko jeszcze bardziej brutalną i bezlitosną", zapowiadała się nader ciekawie. Niestety, Ennis ślizga się jedynie po powierzchni i momentami idzie na łatwiznę, szczególnie w zakończeniu.

Nawet, jeśli w "Drogim Billy'm" brakuje obsceniczności i wulgarności, to nie da się go przeczytać bez poczucia dotknięcia czegoś brudnego, zepsutego, odrażającego. Historia kipi nienawiścią i gniewem, nie mniej, niż "Hellblazer" czy "Kaznodzieja". Co gorsza, brakuje w nim ennisowskich "wartości pozytywnych", znanych z innych jego komiksów. Nie ma tu honoru nie pozwalającego na złamanie raz danego słowa, nie pojawia się wątek prawdziwie męskiej, szorstkiej przyjaźni, której nic nie może zburzyć. Nie ma wreszcie miłości, potrafiącej przezwyciężyć dosłownie wszystko. Jest tylko dojmujące cierpienie, nastrój beznadziei i koszmar wojny, który zamienia ofiary w katów.