Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Swolfs. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Swolfs. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 lipca 2011

#800 - Fantasy Komiks #10/#11

Pomimo podniesionej ceny, ograniczenia obszaru dystrybucji i zmniejszenia ilości stron "Fantasy Komiks" zdaje się trzymać mocno. Wstęp do dziesiątego numeru wypełniony zapowiedziami nowych serii tchnie dużą dawką optymizmu, choć pokładane w magazynie nadzieję na znalezienie nowych czytelników i poszerzenie komiksowego rynku nie zostały spełnione. I raczej nie zostaną, choć trzeba przyznać, że magazyn redagowany przez Artura Szrejtera wypracował sobie grono wiernych czytelników, do którego i ja mam przyjemność się zaliczać.

W tomach 10 i 11 zadebiutowały dwa nowe tytuły – "Szafranowa Noc" i "Zmierzch Bogów". Ta pierwsza pozycja to kolejna opowieść ze świata Troy ze scenariuszem przygotowanym przez Christophe`a Arlestona i młodą pisarkę Melanyn, znaną już ze skryptu do "Wyprawy Alunysa". Oprawą graficzną zajął się Eric Herenguel, którego można pamiętać z rysunków do serii "Kran". Historia o królewskim rodzie zamieszkującym zamek zwany Szafranową Nocą, będący stolicą baronii o tej samej nazwie, zamyka się w dwóch tomach. Dzieje Trzmiela, Kleszcza, Ważki i Komara pod względem fabularnym (przynajmniej na razie) nie zachwycają i ze względu na wiek głównych bohaterów zdają się być przeznaczone dla młodszych czytelników, ale wizualnie prezentują się znakomicie. Herenguel, obok Flocha, to chyba najciekawszy artysta, który miał okazję pokazać się na łamach "FK". Żywe, dynamiczne rysunki przynoszą z jednej strony energiczną kreskę Loisela i europejską szkołę cartoonu w stylu Uderzo na czele.

Natomiast "Zmierzch Bogów" całymi garściami czerpie z podań o germańskich bogach i bohaterach, odwołując się do skandynawskich "Sagi o Wolsungach", staroniemieckiej "Pieśni o Nibelungach" czy słynnej tetralogii operowej Ryszarda Wagnera "Pierścień Nibelungów". Opowieść przygotowana przez scenarzystę Nicolasa Jarry`ego i rysownika Dijefa zdaje się projektem zakrojonym na iście epicką skalę, rozpisanym na mrowie wątków, które ciągnąć się mogą przez dziesiątki albumów. Mitologiczny materiał został jednak obrobiony bardzo sprawnie i historia pełna intryg, przenikania się świata ludzkiego z boskim i heroicznych wyczynów zapowiada się bardzo smakowicie. Scenarzyście udało uniknąć banału i skrótowości w adaptowaniu starych tekstów na potrzeby swojego utworu i naprawdę wkręcił mnie swoją wizję dziejów Asgardu i Midgardu. Szkoda, że do jego poziomu nie dopasował się Dijef, które ze swoją sztywną kreską, pełno sztucznych, komputerowych efektów niezbyt pasuje do tej historii o antycznych rodowodzie.

Jeśli idzie o serie kontynuowane to swoje finały miały dwie serie - "Legenda" Swolfsa i "Zaraza" duetu Gaudin-Peynet. O ile ostatni akt pseudo-średniowiecznej epopei w niczym nie mógł zaskoczyć swojego czytelnika, bo doszło po prostu do pojedynku tego dobrego z tym dobrym iżyli długo i szczęśliwie, o tyle opowieść o tajemniczej chorobie jest daleka od banałów konwencjonalnej fantasy. Ma swoją wymowę i naprawdę może się podobać. Tym samym "Zaraza" zalicza się do najciekawszych tytułów zaprezentowanych na kartach "Fantasy Komiks", choć nadająca się tylko do jednorazowej lektury. Jeśli idzie o "Rozbitków z Ythaq" Arlestona i Flocha to właściwie po lekturze kolejnego, dziewiątego już tomu, ciężko coś powiedzieć. Wciąż trzeba czekać na rozwiązanie zagadki gry Ythów, choć oczekiwanie na odpowiedzi skutecznie umila piracki epizod. Wśród serii humorystycznych z bardzo dobrej strony pokazały się rubaszne "Krasnoludy" Jarry`ego i Deplano.

Cóż można dodać na zakończenie? Pomimo tego, że "Fantasy Komiks" zniknął z pierwszych stron komiksowych serwisów i nie budzi już tak wielkich emocji, jak na początku, to pozostaje bardzo solidna pozycja na rynku. Wciąż atrakcyjna cenowo i całkiem niezła pod względem jakości, jeśli oczywiście gustuje się w europejskiej pulpie. Powiedziałbym nawet, że w porównaniu z kilkoma pierwszymi numerami, w których "Samuraj" czy momentami "Lasy Opalu" mocno odstawały swoim poziomem od innych komiksów, znacznie poprawił się dobór serii do magazynu. I oby tak dalej. Najnowszy, dwunasty numer "FK" ukaże się już 4 sierpnia, a na jego łamach zadebiutuje nowa seria - "W poszukiwaniu Graala".

wtorek, 23 listopada 2010

#622 - Fantasy Komiks nr.05 i nr.06

Po krótkiej, wakacyjnej przerwie "Fantasy Komiks" powraca. Cykliczna antologia fantasy dobiła już do szóstego numeru i można już chyba pokusić się o wstępne podsumowanie kioskowego projektu Egmontu.Wraz z "Rytuałem Morinagi" swojego kresu dobiegł "Samuraj" Di Giorgio i Geneta. Graficznie komiks wciąż może się podobać, ale do fabuły można mieć spore zastrzeżenia. Niech lepiej Europejczycy zostawią samurajską tematykę Japończykom i Stanowi Sakai. Niewiele więcej dobrego mogę powiedzieć o powoli finiszującej "Legendzie", która nijak nie może przekroczyć granicy dzielącą komiks tylko przeciętny, od chociaż dobrego. Swolfsowi daleko od formy, którą prezentował przy okazji "Księcia Nocy", choć graficznie trzyma fason. Ciągle za najlepszy tytuł z "FK" uważam "Rozbitków z Ythaq". Ciekawa, choć nie do końca oryginalna kreacja świata przedstawionego, wartka akcja z tomu na tom posuwająca historię do przodu i przyjemne dla oka rysunki. Scotch Arleston dobrze wie, że w klimacie fantasy prochu już wymyślić się na da, więc stara się jak najbardziej pokręcić fabułę i rozbudować postacie. Dopiero finał pokaże czy mu się to udało. Od reszty stawki dość wyraźnie odstają "Lasy Opalu", w których tenże Arleston niezbyt się popisał. W historii rażą oklepane motywy (zły tyran niewolący królestwo, bohater-wybraniec mający go powstrzymać), fabuła rozwija się bardzo schematycznie, a rysunki prezentują się co najwyżej średnio.

We wrześniowym i październikowym numerze „FK” zadebiutowały dwie nowe serie i jeden cykl stripów. Trylogia "Zaraza" autorstwa Jean-Charlesa Gaudina i Frederica Peyneta pojawiła się w numerze piątym, a "Sloka" (rzecz z 2003 roku), debiutancka seria Ulriga Godderidge'a i znanego z "Rozbitków" Adriena Flocha, wystartowała w szóstym. Lepiej rokuje ten pierwszy tytuł, choćby dzięki temu, że odcina się od większości serwowanych na łamach magazynu serii skupionych głównie na efektownej akcji w fantastycznych (bądź kosmicznych) dekoracjach. Akcja, skoncentrowana wokół tytułowej "Zarazy" rozwija się wolno. Choć nie braknie dynamicznych scen potyczek i pościgów, fabuła skupia się bardziej na konfliktach głównych bohaterów, pochodzących z plemion, różniących się obyczajami i wierzeniami. Mimo, że te relacje kreślone są dość grubą krechą, pozostawia miłe wrażenie, a jeszcze lepiej prezentuje się oprawa graficzna przynosząca na myśl szlachetną kreskę Paula Gillona z "Rozbitków Czasu"."Sloka" natomiast może uchodzić za pierwowzór "Avatara". W tajemniczej dżungli rozbija się dwóch żołnierzy, od wielu lat walczących w brutalnym konflikcie rozdzierającym całą planetę. Ocaleni przez lokalne plemię, uczą się żyć godnie z rytmem natury i pradawnymi wierzeniami. Niestety, w ślad za Sloką i jego przyjacielem, Arnem, przybywa ich wojna i kładzie kres rajskiej egzystencji autochtonów. Ale przeżywszy atak swoich byłych towarzyszy broni, Sloka ma okazać się kluczem do zwycięstwa jednej ze stron. Szorciaki z cyklu "Barbok i Blondella" są komediowym ujęciem znanego z baśni motywu pięknej księżniczki pilnowanej przez smoka. Relacje pomiędzy zionącym ogniem monstrum, a niewiastą czekającą na swojego wybawiciela i przyszłego męża to prawdziwa kopalnie świetnych pomysłów i nie sądziłem, że taki pomysł można popsuć, a jednak… Komiksowi Le Roya i Alizona brakuje tego, co w takich tytułach najważniejszego – poczucia humoru. "Barbok i Blondella" nie są śmieszni!

Wszystko wskazuje na to, że czytelnicy polubili "Fantasty Komiks", a magazyn całkiem dobrze przyjął się w szerokiej dystrybucji, obejmującej oprócz sklepów komiksowych i Empików, saloniki prasowe i kioski. Wyniki sprzedaży, na które powołuje się Egmont, są na tyle dobre, że pismo utrzymuje się na powierzchni, ale trudno mówić, aby stało się przebojem. Twierdzenia, że powrót komiksów do kiosków zbawi rynek można (kolejny raz) odłożyć między bajki, bo "FK" nie pociągnie za sobą komiksowej inwazji. Choć za pierwsze sygnały takowej można by uznać pojawienie się "Komiksowych Hitów" oraz kolejnego tytułu związanego z uniwersum "Gwiezdnych Wojen"…

Mnie "Fantasy Komiks" cieszy nie tyle, jako komiks (czytaj – dzieło sztuki), tylko, jako pewnego rodzaju artefakt, nostalgicznie wspomnienie przeszłości, kiedy po szkole przeszukiwałem pobliskie "Ruchy" w poszukiwaniu nowych komiksów. Sama lektura opowieści przeznaczonych raczej dla młodszego czytelnika to tylko dodatek do dreszczu kioskowego polowania, niecierpliwego wyczekiwania "i co dalej" z ulubionymi tytułami/bohaterami i wypatrywania nowych serii.

wtorek, 6 lipca 2010

#495 - Fantasy Komiks nr. 02 i 03

Jeszcze chyba za wcześnie by wyrokować czy projekt pod kryptonimem "Fantasy Komiks" okazał się sukcesem. Zresztą pytań o pozycję, która ma poprawić sytuację komiksowego rynku jest znacznie więcej. Czy dzięki serii komiks ma szansę trafić pod strzechy? Czy "FK" sprzedaje się na tyle dobrze, aby spokojnie utrzymać się na rynku, bez konieczności dokładania do interesu? Czy popularność komiksów spod znaku magii i miecza będzie się przekładała na popularność innych pozycji, obecnych na księgarskich półkach? Skoro te pytania pozostają bez odpowiedzi, warto przyjrzeć się zawartości kolejnych dwóch numerów…

W drugiej antologii "Fantasy Komiks" zadebiutowała seria "Samuraj" autorstwa scenarzysty Jean-Francois Di Giorgio i rysownika Frederica Geneta. Jak sam tytuł wskazuje, jest to opowieść rodem z feudalnej Japonii, zamieszkałej przez dzielnych roninów, okrutnych, rządnych władzy daimyo i demonów ze wschodniej mitologii. Przyrządzona po europejsku, ale doprawiona pikantnymi, mangowymi przyprawami. O ile fabularnie "Samuraj" wygląda dość średnio, o tyle pod względem graficznym wygląda naprawdę dobrze. Genet ma bardzo lekką, delikatnie nasyconą tuszem kreskę, która może się podobać. Drugą nowością jest "Heroic Pizza" Augustina, traktująca o dostawcach pizzy w świecie zamieszkałym przez smoki, rycerzy i trolle. Swego czasu była to pozycja zapowiadana przez wegetującego obecnie wydawnictwo Manozoku. Średnio zabawna, "Brzdące z Troy" wypadają o wiele lepiej.

Wciąż bardzo dobrze prezentuje się mój faworyt "FK", czyli "Rozbitkowie z Ythaq" Scotch Arlestona i Adriana Flocha. Historia rozwija się w dość interesującym kierunku, akcja pędzi na złamanie karku, co i rusz zmieniają się dekoracje, pojawiają się nowi bohaterowie, a starzy pokazują się z nieznanej dotąd strony. Sceny humorystyczne, szczególnie w obrębie uczuciowego trójkąta Granit-Narvar-Kalista, przeplatają się z dynamiczną akcją, pościgami i efektownymi walkami, a na horyzoncie zaczęła majaczyć tajemnica tytułowych rozbitków i korporacji Silver Star. Po komiksie widać rękę sprawnego scenarzysty, który ma na swoim koncie niejeden, dobry mainstreamowy komiks.

Może "Lasy Opalu" nie porywają tak opowiadaną historią, ale z pewnością wrażenie robi kreacja świata przedstawionego. Jako żywo przynosi na myśl motywy z "Gwiezdnych Wojen" osadzone w dekoracjach fantasy – jest rycerski zakon stojący na straży porządku w królestwie, złowrogi imperator pod butem, którego cierpią jego podwładni. W komiksie pojawia się żeński odpowiednik Obi-Wana, jest wreszcie wybraniec, który położy kres rządom tyrana. Philippe Pellet rysuje tylko poprawnie, a Arleston tym razem niespecjalnie się wysila.

Wciąż najmniej ciekawie prezentuje się "Legenda" Swolfsa. Przyznaje, że w jej przypadku miałem największe problemy z przypomnieniem sobie, co wydarzyło się w poprzednim tomie, bo fabuła skręciła w dość niespodziewanym kierunku. Seria coraz mocniej kojarzy się ze "Skargą Utraconych Ziemi", co samo w sobie nie jest niczym złym. Wszystko w rękach Swolfsa, bo wciąż może zrobić z "Legendą" coś ciekawego i oryginalnego. Niech to będzie jakiś twist, wydarzenie, postać – cokolwiek, byle historia ruszyła z kopyta, bo na razie strasznie się z nią męczę. Co o samej historii źle świadczyć nie musi i można zwalić na mój gust. Bo na dobrą sprawę wszystkie serie publikowane na łamach "Fantasy Komiks" trzymają dość równy, mainstreamowy poziom i dla wielu młodszych czytelników, zaczynających dopiero swoją przygodę z komiksem, będzie to wspaniała rozrywka. Obawiam się jednak, że bardziej wymagający odbiorcy mogą trochę kręcić nosem.

Moich ulubionych "Rozbitków" braknie jednak w czwartym tomie antologii. Zostaną zastąpieni przez powracające "Lasy Opalu", którym będą towarzyszyły trzecie tomy "Legendy" i "Samuraja" oraz humorystyczne szorciaki. "Fantasy Komiks" numer 04 w kioskach pojawi się 2 lipca.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

#419 - Fantasy Komiks

Można powiedzieć, że po ponad dziesięciu latach historia komiksu spod szyldu Egmontu zatoczyła koło. Wszystko zaczęło się od magazynu "Świat Komiksu", w którym publikowano europejskie serie komiksowe, podzielone na krótkie odcinki. "ŚK" można było kupić w każdym kiosku, sam pamiętam, jak swój pierwszy numer nabyłem podczas wakacji nad polskim morzem. Dzięki temu magazynowi, wielu czytelników przypomniało sobie o swojej młodzieńczej fascynacji komiksem i oni, jako pierwsi, kupowali premierowe albumu w ramach Klubu Świata Komiksu.

Najpierw nowe "Thorgale", a potem także inne serie - znakomitego "Slaine'a", humorystycznego "Iznoguda" czy "Sędziego Dredda". Na początku XXI stulecia komiksy wróciły do łask - miesięcznie ukazywało się kilkadziesiąt albumów, księgarze dorabiali półki, żeby to wszystko pomieścić, a czytelnikom nie pozostało nic innego, jak tylko kupować pachnące farbą drukarską nowości. Niestety, wkrótce przyszło ochłodzenie koniunktury. Albumy zaczęły sprzedawać się coraz gorzej, czytelnicy się zaczęli wykruszać, źródełko zaczynało usychać. Rynkowy potentat pod wodzą Tomasza Kołodziejczaka zdecydował się na ryzykowny krok. Zrezygnował z regularnego publikowania serii, na rzecz wydań zbiorczych, o wysokim standardzie edytorskim (twarda oprawa, wysokiej jakości papier) i niskich, limitowanych nakładach. Doprowadziło to do zawężenia rynku, sprawiając, że na drogie, "ekskluzywne" (niekiedy tylko z nazwy), komiksy mogła pozwolić sobie tylko garstka zapalonych kolekcjonerów. Najwidoczniej taka strategia nie do końca się sprawdzała, bowiem w zeszłym roku w księgarniach, obok "twardookładkowców", pojawiły się nieco tańsze pozycje, wydawane w niższym standardzie edytorskim (pomniejszony format, miękka okładka), ale w znacznie przystępniejszej, dla zwykłego śmiertelnika, cenie. Najwyraźniej Egmont chce, aby komiksowe poletko stało się (znowu?) masowym rynkiem.

Kolejnym krokiem w tym kierunku jest "Fantasy Komiks". Pozycja będąca powrotem do korzeni komiksu, jako groszowego magazynu dość niepoważnych historyjek obrazkowych, dostępnego w kiosku za rogiem. Prezentowane na łamach nieco szumnie określanej "cyklicznej antologii fantasy" prace uosabiają wszystkie cechy stereotypowo przypisywane komiksowi. To tanie, kiczowate historyjki spreparowane według prostych schematów, służące rozrywce, przeznaczone dla masowego i niewyrobionego czytelnika. Produkt akurat w sam raz dla sporej rzeszy czytelników fantasy, zaczytujących się w kiepskich podróbkach prozy Tolkiena i grających w gry RPG.

W każdym numerze magazynu będą prezentowane po trzy, pełne albumy serii święcących sukcesy na rynkach frankofońskich. W pierwszym Egmont postawił na komiksy twórców rozpoznawalnych w Polsce. Christophe Arleston, znany z popularnych serii z cyklu Troy ("Lanfeust z Troy", "Lanfeust w Kosmosie", "Trolle z Troy") wraz z Adrianem Flochem są autorami pierwszej z nich - "Rozbitkowie z Ythaq". Z katastrofy kosmicznego liniowca z życiem uchodzą jedynie trzy osoby, które będą musiały walczyć o przetrwanie na dość niegościnnej planecie. Pomimo tego, że Arleston stara się jak może unikać schematów (choćby przy kreacji obcych ras), miesza science-fiction z fantasy i mnoży zaskakujące zwroty akcji (świetny finał!), nie sposób pozbyć się natrętnych skojarzeń z największym hitem jego autorstwa, czyli "Lanfeustem". Pomimo tego, "Rozbitkowie" są najlepszym komiksem w pierwszym numerze "Fantasy Komiks". Także pod względem graficznym - dokładne i dynamiczne rysunki Flocha mają delikatny, mangowy posmak, przez co unikają sztampy nieco siermiężnego, europejskiego rysunku, jaki prezentuje Swolfs, w "Legendzie". Autor skądinąd dobrego "Księcia Nocy" opowiada banalną i przewidywalną historię utrzymaną w thorgalowej estetyce traktującą o dworskiej intrydze, cudem uratowanym spadkobiercy tronu i podstępnym czarnoksiężniku. Jakże oryginalnie! Z podobnych składników Dufaux z Rosińskim ze znacznie lepszym skutkiem upichcili "Skargę Utraconych Ziem". Także rysunki nie prezentują się nadzwyczajnie - ot, zwykła, rzemieślnicza europejska kreska. W "Legendzie" elementów typowo fantastycznych jest niewiele, w przeciwieństwie do ostatniego komiksu z "FK", czyli "Lasów Opalu". W niej Arleston nie krygował się już w stosowania najtańszych chwytów z repertuaru literatury spod znaku "sword and sorcery". Fabuła ma strukturę klasycznego questu - w zapadłej wiosce dojrzewał chłopiec, którego przeznaczenie sprezentowało los wybrańca, dysponującego niezwykła mocą. Jego zadaniem będzie ocalenie magicznego królestwa spod jarzma religijnych fundamentalistów. W swoją podróż wybierze się ze swoim przewodnikiem, ponętną niewiastą (niestety - tylko siostrą) i przypadkowo napotkanym wojownikiem, a będzie ona zapewne długa i pełna niebezpieczeństw. Oprawą graficzną w "Lasach Opalu" zajął się Philippe Pellet, w którego kresce można się dopatrzeć wpływów zza wielkiej wody. Żeby nie było zbyt poważnie i patetycznie, całość uzupełniają krótkie, humorystyczne historyjki z cyklu "Brzdące z Troy" i "Gobliny".

Wydawany w podobnym formacie "Star Wars Komiks" okazał się sporym rynkowym sukcesem i mam nadzieję, że podobny los spotka "Fantasy Komiks". Na naszym rynku potrzebny jest magazyn dostępny w przystępnej cenie, z kolorową, przyciągającą wzrok okładką, w atrakcyjnej oprawie graficznej, zawierający tzw. "komiks środka", dzięki któremu tzw. "młode pokolenia" będzie oswajało się z narracją obrazkową. Pół biedy, że to produkowana masowa pulpa, którą można porównać z prozą rodem z Fabryki Słów. Dobre i to... prawda?