Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łukasz Kowalczuk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łukasz Kowalczuk. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

#2547 - 4000 znaków... Od rozczarowania Liama Sharpa do narzekań Łukasza Kowalczuka

Liam Sharp pisząc o spadku zainteresowania czytelników - czy też raczej o spadku zamówień ze strony sklepów komiksowych w USA - swoją autorską serii pisze też o czymś więcej. Pisze o sytuacji, w jakiej znajdują się obecnie wielu twórców, którzy próbują robić komiks w głównym nurcie, ale nie z logiem Marvela lub DC, nie z Batmanem czy Avengersami. 

Zastanawiając się nad tym, jak sensownie mogę odnieść się do wypowiedzi Sharpa, w których znajduje dużo racji i rozumiałem jego frustracje, moje myśli dość pokrętną drogą trafiły na polskim rynek komiksowy.

Czy udało mi się zbudować jakąś sensowną analogię? Nie wiem, ale tak właśnie to wszystko mi się w głowie poukładało. Może trafnie, może nie.





środa, 3 lipca 2019

#2504 - Komix-Express 420

Pamiętacie jeszcze pewien seksistowski obraz będący parafrazą klasycznego "Szału uniesień" Władysława Podkowińskiego? Praca znanego z łam kultowego "Produktu" Filipa Myszkowskiego w drugiej połowie czerwca wzbudziła spore kontrowersje w polskim komiksowie. Dociekano "co autor miał na myśli" (i czy aby całkiem go nie pojebało), w jego pracy dopatrywano się propagowania przemocy wobec kobiet, kultury gwałtu. Wytykano, że obraz Myszkowskiego został chłodno skalkulowany na wzbudzanie kontrowersji i symetryczne triggerowanie osób okopanych zarówno tych z lewej, jak i z prawej strony. Generalnie skończyło się na sporej gównoburzy. Przy okazji prezentacji swojej kolejnej pracy autor odniósł się do dyskusji dotyczącej jego obrazu. W swoim stylu. "Przy okazji prezentacji mojej parodii obrazu Podkowińskiego "Szał uniesień", grupa smutnych jak Bytom nocą ludzi, zrobiła gównoburzę w szklance wody o rękę Lobo na dupie dziewczyny, jej minę i moje (ponoć!) problemy... Cóż - ludzie" - cóż, cały Myszkowski. Tato "Bezbóla" nie zmienił się ani o jotę, ale jak widać całkowicie zmienił się kontekst recepcji jego dzieł. Dodajmy, że (podobno!) obraz natychmiast kupca.

sobota, 11 stycznia 2014

#1480 - Szyłak i inni..

18 grudnia minionego roku gościem Poznańskiej Dyskusyjnej Akademii Komiksu był profesor Jerzy Szyłak, który wygłosił wykład pod tytułem "Problemy z terminem powieść graficzna". Niestety, nie mogłem wówczas pójść do Biblioteki Uniwersyteckiej, gdyż (parafrazując delikatnie Larkina) praca, ten ciężki cień płaza siedział mi na głowie. Dlatego tym bardziej ucieszył mnie nagranie z tego spotkania, które przygotował Filip Bąk w ramach audycji „Prosto z kadru”.

Przy okazji pomyślałem sobie, że przygotuję poniższą listę książek i magazynów „o komiksie”, które zostały wydane w ubiegłym roku. Może się komuś przyda.

poniedziałek, 25 listopada 2013

#1438 - TM-Semic. Największe komiksowe wydawnictwo lat dziewięćdziesiątych w Polsce

Aż dziw bierze, że na książkę poświęconą dziejom TM-Semic musieliśmy czekać długie dziesięć lat od zamknięcia krakowsko-warszawskiej oficyny. Niestety, jeden z największych popkulturowych fenomenów współczesnej polskiej kultury, kultowe wydawnictwo, na którego publikacjach wychowały się setki, a może i tysiące czytelników opowieści z dymkiem, które po dziś dzień jest obiektem westchnień nieutulonych w żalu fanów poczeka jeszcze trochę na solidne opracowanie. "TM-Semic. Największe komiksowe wydawnictwo lat dziewięćdziesiątych w Polsce" Łukasza Kowalczuka to rzecz zrobiona z pasją, rzetelnie, ale ciekawa tylko momentami, a jej temat zasługuje na znacznie pełniejsze omówienie.



sobota, 19 października 2013

#1399 - Batman i Punisher (fragment książki "TM-Semic")

„Batman” to magazyn, który moim zdaniem ma najlepszy stosunek jakości prezentowanych historii do liczby numerów, które zostały wydane. Oto główne czynniki, które o tym zadecydowały.

O sile Batmana zawsze decydowali jego przeciwnicy. To prawda, że w innych przypadkach nie brakowało malowniczych szaleńców, jednak tutaj zawsze byli oni równie ważni, co główny bohater. Niezależnie, czy myślimy o arcywrogach pokroju Jokera czy Pingwina czy o postaciach stosunkowo nowych (Zsasz, Idiota). Niektórzy z nich działali nawet w myśl zrozumiałych pobudek (Anarch, Aborygen), choć ich metody budziły kontrowersje. Drugim komiksem, który ukazał się w ramach „Batmana” był „Zabójczy Żart” – jedna z najważniejszych historii o Człowieku Nietoperzu, jaka kiedykolwiek się ukazała, i jeden z najlepszych komiksów wydanych przez TM-Semic. Jednocześnie był to swoisty falstart. Trudno było później przeskoczyć poprzeczkę podniesioną tak wysoko i nie ulega wątpliwości, że dzieło Moore’a i Bollanda lepiej sprawdziłoby się kilka lat później jako „Wydanie Specjalne” lub numer jubileuszowy.

W kilkudziesięciu pierwszych zeszytach „Batmana” trudno znaleźć komiksy choć w części dorównujące „Zabójczemu Żartowi”, ale prezentowane historie były z reguły na przyzwoitym poziomie i często traktowały o poważnych problemach. Aborygen opowiadał o destrukcyjnej działalności białego człowieka. „Ekstaza” o narkotykach. „Szczurołap” obnażał znieczulicę, z jaką traktuje się bezdomnych. „Prywatny Pokaz” to chyba pierwszy w Polsce przypadek pokazania zjawiska snuff movies. Alan Grant, jeden z przedstawicieli brytyjskiej inwazji na amerykański rynek lat osiemdziesiątych, nie bał się poruszać trudnych kwestii. Rysownik Norm Breyfogle nie jest artystą wybitnym, ale czytelnicy przyzwyczaili się do jego kreski i polubili ją na tyle, że trudno było im zaakceptować Jima Aparro. Takich komiksów – poważnych historii mieszczących się w jednym zeszycie – zabrakło w późniejszym okresie.

Postać Mrocznego Rycerza stała się na tyle popularna, że zdominowała w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych „Wydania Specjalne”. W ramach regularnych zeszytów zaczęto korzystać ze stojących nawysokim poziomie oryginalnych serii „Legends of the Dark Knight” oraz „Shadow of the Bat”. Obie były adresowane do dojrzalszych odbiorców. „Legends” skupiało się na początkach kariery Bruce’a Wayne’a jako obrońcy Gotham. Pochodzą z niej takie historie jak „Sanctum” (debiut Mike’a Mignoli w Polsce), „Amerykański Brzydal” czy „Machiny” Teda McKeevera, które były ambitną porażką TM-Semic (najgorzej sprzedający się „Batman” w historii). „Ostatni Arkham” z „Shadow of the Bat” to najlepszy komiks spółki Grant / Breyfogle ozdobiony klimatycznymi okładkami Kelley’a Jonesa.

Pech chciał, że na scenę wkroczył arcyłotr Bane i nie tylko złamał Batmanowi kręgosłup, ale sprawił, że serię dotknął ten sam problem, co „Spider-Mana”. Wprowadzenie do KnightSaga stanowiły historie wydane w ramach „Wydań Specjalnych”, o których nieco później. Wątek upadku Mrocznego Rycerza, jego zastąpienia przez Azraela, następnie powrotu Batmana ciągnął się na łamach polskiego wydania kilka lat. W tę sagę uwikłane zostały również „Legends of the Dark Knight” oraz „Shadow of the Bat”. Na domiar złego następca Batmana – Jean Paul Valley – nie wzbudzał w czytelnikach sympatii. Szefowie DC zdawali sobie z tego sprawę. Bruce Wayne powrócił wkrótce w glorii i chwale, pokonując zakutego w zbroję młodzieńca. Kiedy wszystko w Gotham wróciło do normy i wymienione oryginalne serie stały się głównym źródłem polskich wydań (tym samym można było przeczytać naprawdę dobre komiksy), polski „Batman” sprzedawał się już na tyle źle, że połączono go z „Supermanem” w jeden tytuł, a po piętnastu numerach przestano wydawać.

Jak to się stało, że tak nieznana postać, jak Punisher, zadebiutowała we własnej serii na samym początku wydawnictwa? Skłaniałbym się ku dwóm przyczynom. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych w Polsce stały się powszechne odtwarzacze kaset VHS. Nastąpił wysyp wypożyczalni, na dodatek ochrona praw autorskich była w powijakach i filmy kopiował oraz sprzedawał każdy, kto chciał. Oglądano głównie produkcje amerykańskie i azjatyckie, wśród których królowało kino akcji.

Najważniejsza była liczba walk i strzelanin, poziom produkcji schodził na dalszy plan – dostaję rumieńców, kiedy wracam do tych filmów po latach – bronią się zdecydowanie gorzej od większości komiksów. „Punisher” ze swoją sensacyjną fabułą i brutalnością trafił więc na idealny moment. „Wojownicy Cienia/Shadowmasters”, którzy zajmowali połowę zeszytu przez pierwsze osiem numerów, również mogli przypaść do gustu fanom tak zwanego kina kopanego.

Frank Castle to bohater całkowicie inny od Spider-Mana. Były komandos, którego rodzina zginęła w wyniku wojny gangów. Jest pozbawiony supermocy i morduje przeciwników z zimną krwią (zresztą zadebiutował w Stanach jako przeciwnik Człowieka Pająka). Przemoc ukazana w komiksach z jego udziałem nie jestprzerysowana ani groteskowa. Pozytywne postaci giną równie często, co złoczyńcy. Tylko ignorant mógł stwierdzić, że System Codem weszło na rynek z dwoma takimi samymi lub podobnymi komiksami.

W rzeczywistości „Spider-Mana” i „Punishera” łączyło jedynie uniwersum i format. Trudno dziś powiedzieć, czy było to rozmyślne działanie wydawcy, czy przypadek. Przez pierwsze trzy lata serii za scenariusz był odpowiedzialny głównie Mike Baron. Jego historie były sprawnie napisane, a elementy nadprzyrodzone odpowiednio dawkowane. Castle walczył głównie z „normalnymi” przeciwnikami – kartelami narkotykowymi, ulicznymi gangami czy włoską mafią. Czasem zdarzali się przeciwnicy przypominający pensjonariuszy Arkham, w jednym z zeszytów pojawił się Szatan we własnej osobie. W początkowym okresie Pogromcę (tak nazwano go na początku lat dziewięćdziesiątych) rysowali głównie przyszli założyciele Image. Whilce Portacio zilustrował pierwsze numery, opowiadające o walce z Kingpinem. Polski debiut Jima Lee był jednocześnie pierwszym pojawieniem się Wolverine’a – a wszystko w historii o dinozaurach (dwa lata przed szaleństwem wywołanym przez Park Jurajski Spielberga). Kilka numerów narysował też Erik Larsen.

Podobnie jak w przypadku „Batmana”, „Punisher” poruszał istotne problemy. Szczególnie w pamięć zapada zeszyt „Punisher w St. Paradine” opowiadający o wykorzystywaniu seksualnym kadetów w szkole wojskowej. Do tej poruszającej historii idealnie pasowała surowa kreska Marka Texeiry. Texeira był jednym z najlepszych wśród wielu rysowników „Punishera”. Być może czytelnicy znudzili się typowo sensacyjnymi komiksami. Przygody Castle’a przestały się dobrze sprzedawać i „Punisher” zmienił status na dwumiesięcznik. Niedługo potem ukazał się najlepszy numer w historii, czyli „Warzone” ze scenariuszem weterana branży Chucka Dixona i rewelacyjnymi ilustracjami Johna Romity Juniora. Rysunki Romity pojawiły się zresztą we wszystkich superbohaterskich seriach z Marvela wydawanych przez TM-Semic. Jak mówi Rustecki:

Rzeczywiście, komiks ten spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem, choć zdarzały się także głosy krytyki, zwłaszcza w kontekście niedoróbek edytorskich. Nie dziwi mnie to zresztą, bowiem w pewnym momencie postać Franka Castle urosła do rangi ikony TM-Semic. Gdy wyniki sprzedaży malały zastanawialiśmy się, co zrobić, by uratować serię. Właśnie wówczas przypomniałem sobie „War Zone”. Ów tytuł bardzo zachwalał mi Stan Lee, gdy spotkaliśmy się podczas jego wizyty w Warszawie na Starym Mieście (latem 1992 roku). Był to niesamowity eksperyment sam w sobie: Punisher z twarzą mordercy, walnięty sto razy w nos, który już nie ma chrząstek, a miast tego „galaretę” z gęby. To był istny przełom po dotychczasowej wersji Whilice’a Portacio (który swoją drogą też zasłużył się dla tej postaci), według której Castle prezentował się niczym nieco mroczny amant. John Romita Jr zrobił kawał świetnej roboty! Dla mnie rewelacja! Stąd w momencie kryzysowym namówiłem prezesów do publikacji tej serii, tym bardziej, że czarno-biały druk był znacznie tańszy. Zrezygnowaliśmy z kolekcjonerskiej okładki i stąd komiks mógł w ogóle zaistnieć.

Kolejnym „Punisherem” wartym odnotowania jest „Eurohit”. Za tę historię odpowiedzialni byli twórcy równie zasłużeni dla serii, co Baron czy Texeira. Scenariusz napisali Dan Abnett i Andy Lanning, całość narysował Doug Braitwhite – podobnie jak Romita Jr – specjalista od połamanych nosów. Castle w trakcie swojej europejskiej wycieczki walczy z szeregiem łotrów ze Starego Kontynentu. Dobry komiks, który zasłużył na niezłe wyniki sprzedaży. Potem było już niestety gorzej. Zarówno pod względem poziomu prezentowanych historii, jak i zainteresowania czytelników. TM-Semic wydał jeszcze świetny „Year One” (jedyny komiks tego typu w ofercie) i nadszedł czas na to, czego chociaż fanom Castle’a można było oszczędzić – długą opowieść o rzekomym zgonie i powrocie z grobu. Nie były to może komiksy złe, ale tendencja do uśmiercania głównego bohatera była irytująca. O popularności Pogromcy w Polsce niech świadczy fakt, że „Punisher” doczekał się bodaj największej liczby zeszytów wydanych przez inną oficynę, wrocławską Mandragorę.


piątek, 18 października 2013

#1398 - Kryzys na komiksowych ziemiach (fragment książki "TM-Semic")

Wraz z drugą połową lat dziewięćdziesiątych rozpoczął się w Stanach Zjednoczonych jeden z największych kryzysów w historii rynku komiksowego. W 1996 roku Marvel ogłosił bankructwo. Chapter 11 to zbiór przepisów pozwalających każdej firmie na kontrolowany upadek, najczęściej wykorzystywany przez duże koncerny. Z pomocą zasłużonemu wydawnictwu przyszła inna korporacja – Toy Biz. Sytuację udało się ustabilizować, tworząc Marvel Enterprises, ale nie był to łatwy proces. Również DC miało ogromne problemy z ciągłością finansową. Mniejsze firmy upadały – nie miały tak bogatej tradycji i nie były wystarczająco atrakcyjne dla inwestorów.

Ukazywało się za dużo serii. Bardzo długie historie były podzielone na poszczególne tytuły o przygodach tego samego bohatera. Czytelnicy nie byli w stanie śledzić wszystkich wątków, nie pomagały też słabe scenariusze oraz rysunki. Przygody superbohaterów nigdy nie były i nie musiały być prawdopodobne, ale kolejne opowieści o zgonach, powrotach, naśladowcach, sobowtórach i klonach osiągnęły za wysoki stopień niedorzeczności nawet dla amerykańskich fanów. Na dodatek poszczególne zeszyty były wydawane w kilku wariantach i koszty ich wydrukowania przestawały się zwracać. Wydawcy przeinwestowali również, walcząc o względy najpopularniejszych artystów. Marcin Rustecki w wywiadzie na Alei Komiksu mówi tak:

Pamiętajcie, że samego „Spider-Mana” wychodziło mnóstwo: „The Amazing Spider-Man”, „Web of Spider-Man”, „The Spectacular Spider-Man”, „Spider- Man”, nie licząc mini-serii. To samo z „X-Menami”, „Punisherem” itd. Tak komiksu się dzisiaj nie robi. Przypominam, że w pewnym momencie rynek w Stanach się załamał, a Marvel po bankructwie musiał kompletnie się przeorganizować i całkowicie zmienić politykę wydawniczą. Dużą zasługę trzeba przyznać nowemu naczelnemu Marvela, Joe Quesadzie. Wyciął w pień ogromną liczbę tytułów i zaczął od początku, jeśli można nazwać to początkiem oczywiście.

Tymczasem TM-Semic „opuszczone” przez skandynawską centralę czekały ciężkie czasy. Na nic zdawały się próby wydawania serii stworzonych na podstawie popularnego serialu albo filmów kinowych. Niezłe, jak na standardy licencjonowanych historii, „Z Archiwum X” od Topps Comics doczekało się sześciu zeszytów na przełomie 1997 i 1998 roku. Wydane wcześniej adaptacje kinowych filmów o Batmanie nie miały szans na powodzenie. Ich pierwowzory, czyli superprodukcje w reżyserii Joela Schumachera, były bardzo słabe. Doszło wreszcie do sytuacji, w której wydawane przez TM-Semic pozycje nie będące komiksami zaczęły utrzymywać produkcję komiksów. Bez wydawania kolekcjonerskich albumów z nalepkami wydawnictwo nie mogło sobie pozwolić na kontynuację komiksowych seriali. Na domiar złego redaktorzy byli angażowani do pracy nad magazynami sportowymi... Z czasem nakłady komiksów spadły niemal dwukrotnie! Rustecki w rozmowie na KZecie dodaje:

Zresztą w pewnym momencie naszych produkcji było zbyt wiele jak na możliwości nabywcze czytelników. Nastąpiło przesycenie rynku i niestety musiało się to skończyć katastrofą. Warto też wziąć pod uwagę, że właściciele kiosków mieli lepsze przebicie na innego rodzaju magazynach, przez co to właśnie te czasopisma lądowały na przysłowiową „górną półkę”, a nasze komiksy przywalano stertami gazet, co utrudniało dotarcie do nowych czytelników, dotąd niezaznajomionych z postaciami Marvela czy DC. Podjęliśmy co prawda konkurs dla kioskarzy eksponujących nasze tytuły, ale niestety nie bardzo mogę powiedzieć coś więcej na ten temat z tej przyczyny, że nie ja zajmowałem się promocją. […] Jeszcze raz powtarzam: było tego po prostu za dużo. Zjedliśmy własny ogon.

„Batman” został w 1997 roku połączony z „Supermanem”. Historie o Mrocznym Rycerzu były utrzymane na dobrym poziomie. Kończył się bowiem Knightfall oraz KnightQuest i zaczęły pojawiać się rysowane przez Kelly’ego Jonesa epizody z Shadow of the Bat. Jednak przygody Człowieka ze Stali były nie do zniesienia nawet dla niewybrednego czytelnika. Najdobitniej świadczy o tym historia, w której arcyłotr Metallo opanowuje wojenny pancernik i staje się potężnym statkiem-robotem. Superman uległ marginalizacji, jego przygody zajmowały jedną trzecią zeszytu, nie pojawiał się na okładkach. Trudno było w tej sytuacji nadążyć za oryginalnymi wydaniami i trafić na oryginalne historie warte przedruku.

Nie poprawiała się jakość druku. Na początku lat dziewięćdziesiątych można jeszcze było mówić o tym, że jest taka sama lub porównywalna do edycji zachodnich. Kiedy w Stanach zaczęto powszechnie stosować komputerowe kolory i lepszy papier w celu ich uwydatnienia, TM-Semic nie miało już wystarczających środków, żeby postępować podobnie. Inwestycja w „W.I.L.D. Cats” nie zwróciła się i nie było sensu powtarzać błędu. „Punisher” po kilku latach przegrał walkę o byt na wydawniczym rynku. Stosunkowo dobrze sprzedawał się „Spider-Man”. Było to o tyle dziwne, że szczególnie w ostatnich latach istnienia serii prezentował najsłabszy poziom.

Niepokojącym faktem było również zerwanie kontaktu z czytelnikami. Na łamach wydawanych serii ukazywała się strona traktująca o nowościach zza oceanu, ale to było wszystko. Zniknął bezpowrotnie dział z korespondencją. Przestały się ukazywać „Wydania Specjalne” oraz „Mega Marvele”. Co prawda pojawiły się w ich miejsce „Top Komiks” i „Mega Komiks”, z których część została wydana już pod nową nazwą. Liczba naprawdę wartościowych komiksów wydanych w ramach tych magazynów była mniejsza niż w przypadku ich poprzedników. „Mega Komiks” opanowały crossoveryw rodzaju „Witchblade/Aliens/Darkness/Predator: OverKill” czy  „Aliens vs. Predator vs. The Terminator”, natomiast „Top Komiks” prezentował niemal wyłącznie przygody Lobo, które w nadmiarze przestały bawić polskiego czytelnika.

Pojawiła się silna konkurencja w postaci Egmontu, który dzięki dobrej sprzedaży „Kaczora Donalda”, Asteriksa oraz Thorgala, mógł poszerzyć komiksową ofertę. W maju 1998 ukazał się pierwszy numer magazynu „Świat Komiksu”, a wkrótce po nim wystartowała seria Klub Świata Komiksu, w ramach której pojawiło się wiele tytułów znanych ze stron klubowych. Albumy były drogie, ale wydane o niebo lepiej od semicowskich zeszytów. Niedługo potem, w 2002 roku, rozpoczęła prężną działalność wrocławska Mandragora.

Spadek zainteresowania można było jeszcze tłumaczyć popularnością innych form rozrywki, takich jak filmy czy gry wideo. Problem w tym, że te media były niemniej popularne w najlepszych czasach TM-Semic. Kiedy wydawnictwo zniknęło na dobre z rynku, redaktor Wróblewski mógł zdobyć się na rachunek sumienia, tłumacząc przyczynę upadku firmy następująco:

Liczyło się tylko jedno – im więcej, tym lepiej. Czytelników przybywało, sprzedaż rosła, a ja miałem coraz więcej roboty. TM-Semic zawładnął komiksowym rynkiem w Polsce, i przez długi okres nie liczył się z nikim i z niczym. Nie było niespodzianką, że to właśnie eteryczne wręcz samozadowolenie z lekkim powiewem arogancji stały się najważniejszym powodem upadku wydawnictwa, choć oczywiście nie jedynym. Reszta historii jest, cóż, historią. Kiedy pierwsze tytuły zaczęły znikać z półek, stało się jasne, że czytelników znudziły niekończące się historie super-bohaterów i wciąż niezadowalająca jakość zeszytów. Niestety sygnały ostrzegawcze nie zostały odpowiednio zrozumiane, co więcej – ignorowane do samego końca – i nie trzeba było długo czekać, by z potężnej oferty Semica na rynku pozostały niedobitki na skraju wyczerpania. Ostatnie numery Lobo, Alienów i Predatorów ostatecznie pokazały, jak nie powinno robić się komiksów, a wejście do gry Egmontu i innych całkowicie zepchnęło dawniej prężne wydawnictwo w zapomnienie. Nawet zmiana nazwy firmy, próba zerwania z przeszłością za pomocą całkowicie nowych tytułów i w końcu zadbanie o lepszą jakość zeszytów, której wreszcie nie można było się powstydzić, nie były w stanie przywrócić utraconej pozycji.




czwartek, 17 października 2013

#1396 - Za kulisami "TM - Semic" Łukasza Kowalczuka

Na tegorocznym MFKiG w Łodzi jedną z najciekawszych premier była książka Łukasza Kowalczuka o przydługim tytule "TM - Semic. Największe komiksowe wydawnictwo lat dziewięćdziesiątych w Polsce". Niestety, na stoisku Centrali pojawiła się jedynie w niewielkim nakładzie, który rozszedł się dosłownie w mgnieniu oku. Wielu musiało obejść się ze smakiem i odchodziło ze stanowiska Centrali z pustymi rękami...

Dziś na łamach Kolorowych zaczyna publikację materiałów związanych z ta pozycją. Najpierw oddajemy głos jej autorowi, Łukaszowi Kowalczukowi, który opowie nieco o kulisach pracy nad "Semikiem", a od jutro rozpoczniemy publikowanie najciekawszych fragmentów.

Od czego się zaczęło?

Wszystko zaczęło się chyba od tego, że kilka osób wypowiedziało się pozytywnie na temat mojej pracy magisterskiej. Warto zaznaczyć, że książka wydana przez Centralę nie ma już za wiele wspólnego z nieszczęsną magisterką. Nieszczęsną dlatego, że na pewno bym jej już dzisiaj nikomu nie pokazał.

Pomyślałem, że fajnie by było uzupełnić ten materiał i wydać normalną książkę o TM-Semic. Zacząłem od końca. Poinformowałem na blogu o moim niecnym planie. Na wypadek, żeby nikt czasem nie wpadł na ten sam pomysł. Odezwała się Centrala, ku mojej ogromnej uciesze. To było dobre półtora roku temu!

Dlaczego tak długo to trwało?

Zajmuję się wieloma rzeczami, samych projektów o charakterze komiksowym też jest sporo. Okazało się, że to była najtrudniejsza rzecz związana z komiksem, za jaką się zabrałem. Magisterka do niczego się nie nadawała, trzeba było pisać prawie od nowa. Pojawiło się wiele nowych materiałów itd. Nie jestem typem osoby, która zamknie się na dwa tygodnie w mieszkaniu i po prostu napisze całość. Na szczęście wydawca był tak miły, że nie ścigał mnie z deadline'ami i wykazał się wyrozumiałością.

Jak się pracowało?

Najprzyjemniejszą częścią pracy było zbieranie materiałów. Spotkanie i późniejszy kontakt z Marcinem Rusteckim, wizyta u Mateusza "Teo" Trąbińskiego, ponowna lektura komiksów, surfowanie po sieci. Najgorzej z kolei było na końcu. Uparłem się, że biorę skład na siebie. Finisz był mocny, ale się udało. Jeszcze gdyby nie ta ilość egzemplarzy przesłanych do Łodzi...

Jeśli ktoś chce się podzielić uwagami na temat książki, to niech do mnie po prostu napisze: lk@smallpress.pl Będę wdzięczny!



piątek, 5 października 2012

#1146 - PKS 07: Łukasz Kowalczuk

W cyklu PKS pokazujemy,  jak wygląda warsztat polskiego komiksiarza. Czy przypomina kuchnie, w której z najróżniejszych składników artyści według swoich tajnych przepisów wyczarowują swoje dzieła, czy raczej warsztat, gdzie w mozole ciężkiej, codziennej pracy wykuwane są zeszyty i albumy, a może coś jeszcze innego? Zobaczycie sami! A jeśli jesteś twórcą i chciałbyś zaprezentować zacisze swojej pracowni - zgłoś się do nas! Dziś przed nami... Łukasz Kowalczuk!

Na pierwszym zdjęciu moje podstawowe stanowisko pracy. Zajmuję się tutaj niemal wszystkimi projektami (komercyjnymi, komiksowymi, rysowanymi, pisanymi). Przez większość czasu pracuję w domu, więc w staram się żeby nie było na chacie syfu. Nie lubię. Aktualnie koloruję i składam okładkę pewnego winylowego singla, która będzie utrzymana w mocno komiksowym stylu. Kilka lat temu wydałem oszczędności na Adobe Design Premium CS3. Mimo że prowadzę działalność od początku 2010 roku, nie miałem żadnej kontroli (nie żebym się prosił). Śpię spokojnie.


1. Leciwy już laptop. Ponad 3 lata bez awarii, jedynie bateria zajechana przez moją głupotę. Monitor Iiyama zakupiony w Tesco za bardzo przyzwoite pieniądze. Ma też ponad 3 lata. Wstyd przyznać, ale nie znam się totalnie na kalibracji i tego typu rzeczach. Na szczęście obywa się bez wtop w trakcie realizacji zleceń.
2. Święty kalendarz. Jeśli tam czegoś nie zapiszę, to istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że tego nie zrobię. Boję się, że kiedyś zacznę w takim planerze wpisywać wszystkie czynności, po czym go zgubię i umrę nie mogąc nic zaznaczyć, odhaczyć ani podsumować.
3. Tablet. Używany tylko do kolorowania. Rzadko.
4. Cienkopisy, ołówki, markery, kredki. Można sobie robić wszystko w cyfrze, ale co kiedy pojawi się zboczeniec chętny żeby kupić jakieś plansze?
5. Tu powinna być kawa. Wypijam dwie mocne czarne kawy dziennie. Nie żadne rozpuszczalniki. Porządne sypane siekiery.
6. Urządzenie wielofunkcyjne. Tanie i całkiem sprawne. Na nim i parapecie z reguły wala się dużo różnych notatek.

Po lewej widać też skrawek tablicy korkowej. To kolejny, obok terminarza, pedantyczny odpał. A ściany popisałem żeby nie było nudno.

Stanowisko numer 2. Organizowane w tzw. dużym pokoju na czas tworzenia dłuższych komiksów, głównie kolejnych odsłon "Nienawidzę Ludzi".


1. Kupiłem to ustrojstwo w Ikei za 20 złotych. Garbię się odrobinę mniej, ale używam tylko przy rzeczach zajmujących więcej czasu.
2. Tusz i piórka. Pewnie się namęczę i pobrudzę, a efekty będą średnie, ale trzeba próbować. To moje pierwsze podejście, efekty będzie można zobaczyć niedługo.
3. Jeden z brulionów do spisywania pomysłów i scenariuszy. Taki ładny, z Hello Kitty.
4. Strony czekające na zapełnienie rysunkami. Kiedy kupka pustych arkuszy jest duża, potrafi działać demotywująco. Wraz z jej zmniejszeniem poprawia się moje samopoczucie.
5. Książka Szymona Kobylińskiego pt. "Obserwacje plastyczne". Jest inspirująca, świetna i będę do niej często wracał. Choć rysować się już raczej nie nauczę hehe.
6. Srajpad. Przydatny, żeby sobie coś na szybkiego podejrzeć. Jest kilka fajnych aplikacji z referencjami (modele i takie tam).

Zdjęcia: Joanna Kowalczuk