czwartek, 19 lipca 2012

#1084 - Bat-Czwartki 07: Nietoperz na skraju dojrzewania ("Mroczny Rycerz")

"Batman: Początek" zarobił w kinach ponad 300 milionów, stając się najbardziej kasowym filmem z Człowiekiem Nietoperzem od czasów "Batmana" Tima Burtona. Nolan świetnie odnalazł się w roli reżysera wielkiego hollywoodzkiego widowiska: zdobył uznanie krytyków i sympatię ze strony fanów. Ale to dopiero "Mroczny Rycerz" przypieczętował jego sukces. Kontynuacja "Batman Begins"  przyniosła wpływy rzędu miliarda dolarów na całym świecie i jest najbardziej kasową częścią serii.

"Mroczny Rycerz" zarobił górę pieniędzy, porównywalną, jeśli nie większą, z tą którą w filmie Joker puszcza z dymem. Tu nie chodzi o pieniądze – mówi – ale o przesłanie. W jego ustach brzmiało ono: wszystko płonie. Na potwierdzenie swojej tezy za pomocą ledwie kilku beczek benzyny i garści dynamitu pogrążył Gotham w chaosie. Nolan wypada blado na jego tle, ale i jemu udała się rzecz niebywała: udowodnił, że można nakręcić inteligentnego blockbustera, a kontynuacja wcale nie musi być słabsza od poprzednika, łamiąc przy tym nie mniej reguł, co Joker.
"Mroczny Rycerz" różni się nie tylko od wszystkich dotychczasowych części serii o przygodach Batmana, ale również od wszystkich filmów z superbohaterami, jakie dotychczas nakręcono. Nolan pokazał Batmana, jakiego jeszcze nie widzieliśmy – pokonanego. Joker "złamał" jego ducha, nauczył, że prawdziwe życie jest dokonywaniem wyborów. W "Batman Forever" Wayne uchyla się przed odpowiedzialnością i na złość Riddlerowi ratuje z opresji zarówno Robina jak i doktor Meridian. W "Spider-Manie 2" Peter Parker staje przed wyborem: albo uratuje Mary Jane, albo dzieci uwięzione w kolejce. Ku rozczarowaniu Doktora Octopusa udaje mu się uratować wszystkich. W "Mrocznym Rycerzu" Joker dwukrotnie poddaje Batmana podobnej próbie: po raz pierwszy podczas przyjęcia w apartamencie Wayne'a, po raz drugi w czasie przesłuchania na komisariacie. Za pierwszym razem Batman wychodzi z niej zwycięsko: ratuje Rachel, nie zdejmując maski. Za drugim to Joker jest górą, choć może powinniśmy powiedzieć: ślepy los. Batman chciał uratować Rachel, ale zamiast tego trafił do magazynu z Dentem. Joker zakpił sobie z niego i udowodnił tym samym jak dużą rolę w życiu odgrywa przypadek. Reżyser, uśmiercając wybrankę bohatera, zszokował wszystkich. Jonathan Nolan wspomina pierwszy pokaz filmu, podczas którego widownia zamarła: można było usłyszeć pojedyncze westchnienie. Publiczność była tak pewna zasady, że bohater zawsze znajdzie sposób, aby wszystkich uratować. Świetnie było ją złamać.
Zabijając Rachel, Nolan zmusił swojego bohatera do pożegnania się z dzieciństwem – Wayne dokonuje wyboru i teraz musi żyć z jego konsekwencjami. Pod tym właśnie względem "Mroczny Rycerz" jest realistyczny. Batman wciąż jest postacią na poły fantastyczną – zakutym w zbroję milionerem, gromiącym przestępców pod osłoną nocy – ale jego działania mają już realne konsekwencje. Witamy w prawdziwym świecie, panie Wayne.
Pamiętacie to uczucie, gdy po raz pierwszy w życiu coś poszło nie po waszej myśli? Gdy poczuliście wzbierającą w was niemoc i strach przed nieznanym? W "Batman: Początek" Wayne od początku do końca realizuje swój plan: z małymi przeszkodami, ale udaje mu się zatriumfować tak, jak sobie to wymarzył. W "Mrocznym Rycerzu" jest już pewien swego: uważa przestępców za prostaków, którym chodzi wyłącznie o pieniądze. Dopiero pojawienie się Jokera uświadomi mu jak bardzo się myli. W słynnej scenie przesłuchania Wayne przygląda się swojemu przeciwnikowi z ciekawością, ale i pogardą. Joker jest dla niego irytującym robakiem, "dziwadłem", którego nie rozumie. Ten "śmieć, który zabija dla pieniędzy" nie jest jednak tym, kim wydaje się bohaterowi. Batman jest od niego silniejszy, rzuca go o ściany jakby był szmacianą lalką, ale to Joker od początku do końca dominuje nad Mrocznym Rycerzem i zawsze jest kilka kroków przed nim. Nawet w momencie, gdy Batman okłada go pięściami, morderczy klaun przewyższa go o głowę. Joker ma bowiem w swoich rękach siłę o jakiej Nietoperzowi się nie śniło – ślepy los.
Wayne stworzył Batmana, aby opanować swój strach i zaprowadzić porządek, w sensie dosłownym i metaforycznym. Joker z powodzeniem to kwestionuje. Wyłącznie ślepy los jest sprawiedliwy, w tym świecie tylko życie bez zasad ma sens. Morderczy klaun jest u Nolana wcieleniem terroru i chaosu. Od początku chciał wywrócić wszystko do góry nogami i udało mu się. Nolan zastosował genialny w swojej prostocie zabieg: w scenie, gdy Joker wisi kilkanaście pięter nad ziemią, kamerą okręca się wokół niego i przyjmuje jego punkt widzenia – góra staje się dołem i odwrotnie. Świat stanął na głowie. Joker zwyciężył.
"Mroczny Rycerz" różni się stylem od "Batman: Początek". Pierwsza część filmu czerpie inspiracje z mitologii bohatera, stąd obecna w niej pewna doza romantyzmu. Kontynuacja opowiada już całkowicie samodzielną historię, jest poważniejsza, bardziej realistyczna. Nolan odniósł zwycięstwo tam gdzie Tim Burton poniósł klęskę. Dlaczego jego Mroczny Rycerz A.D 1992 nie zdobył sobie takiej sympatii publiczności? Przypomnijmy słowa Christophera Nolana, wypowiedziane przy okazji premiery "Batman: Początek": żyjemy w przerażającym świecie, a jeszcze dziesięć lat temu było inaczej. Widownia w 1992 roku nie była jeszcze gotowa na takiego Batmana, jakiego wymarzył sobie Burton. O ironio, co wtedy było dziwaczne i przerażające, dziś jest codziennością. Żyjemy w mrocznych czasach, ot co.
"Mroczny Rycerz" różni się od wszystkich dotychczasowych Batmanów, ale jednocześnie znajdziemy w nim nawiązania do poprzednich filmów z serii. Scena, w której Harvey Dent podaje się za Batmana, jest odwrotnością sceny z "Batman Forever", w której Wayne powstrzymuje się przed ujawnieniem, co doprowadzi do śmierci rodziny Dicka Graysona. Starcie między Jokerem, a Batmanem na ulicach Gotham z "Mrocznego Rycerza" bliźniaczo przypomina to z finału "Batmana" Burtona. Takich smaczków jest więcej, a ich rola nie sprowadza się wyłącznie do roli ciekawostki. Nolan nakręcił film będący sumą dotychczasowych doświadczeń Człowieka Nietoperza. To dzieło kompletne, zamykające pewien rozdział w historii Mrocznego Rycerza.

środa, 18 lipca 2012

#1083 - Raport z San Diego 2012: Marvel

Newsów o tym, jak wyglądał będzie świat Marvel NOW! było w San Diego, jak na lekarstwo - przedstawiciele Domu Pomysłów skupiali się bardziej na opowiadaniu o tym, co nas czeka po zakończeniu "Avengers vs. X-Men" i chwaleniu się jakim to sukcesem nie okazał się ich wakacyjny event. Pierwszy numer doczekał się już szóstego dodruku, a jak zapewnia Arune Singh sprzedaż wersji cyfrowych również utrzymuje się na wysokim poziomie. To, co najlepsze w tej historii wciąż jeszcze przed nami. "AvX" ma zakończyć się w naprawdę wybuchowym stylu, a jej finał być bardzo kontrowersyjny. Fani, podzielą się na tych, którzy będą bić brawo Marvelowi i tych, którzy wkurzenie będą mięli pod nosem przekleństwa. Co więcej - już teraz wiadomo, że przywódca jednej ze stron poniesie klęskę. Czy można ten fakt łączyć z tym, że jakaś ważna figura w Marvelu zginie? Fani w ciemno stawiają na Cyclopsa, szczególnie, że Kapitan Ameryka zaliczył już swój zgon podczas "Civil War".

Epilog do "Avengers vs. X-Men" znajdzie się na łamach "AvX: Consequences". Będzie to pięcioczęściową mini-serią, w której poznamy tytułowe konsekwencje przybycia Phoenix Force na ziemię. Komiks zostanie przygotowany przez Kierona Gillena (scenariusz) oraz Tom Raney`a, Marka Brooksa, Steve`a Kurtha i Dale`a Eagleshama (rysunki). Pierwszy zeszyt ukaże się w październiku. Nieco mniej poważną sprawą będzie one-shot "A-Babies Vs. X-Babies", który zainspirowany został ilustracją, jaką Skottie Young przygotował dla sklepu Midtown Comics. Niestety, z powodu pracy nad kolejnymi epizodami serii "Czarnoksiężnik z krainy Oz" Young zajmie się jedynie skryptem, oprawę graficzną pozostawiając Gurihiru. Pytany o to, czy komiks zmieści się w continuity Axel Alonso odpowiedział z udawaną powagę, że tak. Natomiast "A+X" ma być serię on-going opisywaną przez Quesadę, jako przeciwieństwo "AvX". Wśród jej twórców wymieniani są Jeph Loeb, Dan Slott, Dale Keown i Ron Garney. Wydaje mi sie, że będzie to jednocześnie wstęp do nowej epoki na Ziemi-616. Bezpośrednim wstępem do Marvel NOW! natomiast ma być inicjatywa "Marvel NOW! Point One". Choć komiks skupiony będzie na młodym Nicku Fury`m, to jego fabuła skupi się na pięciu bohaterach. Pewniakami są Cable i Nova, a pewną rolę do odegrania będzie miał Dimondhead, jeden z przeciwników Richarda Ridera. Twórcami zaangażowanymi w tej projekt będą Brian Michael Bendis, Matt Fraction, Jeph Loeb, Nick Spencer, Kieron Gillen, Dennis Hopeless, Steve McNiven, Michael Alled, Ed McGuinness, Jamie McKelvie i Salvador Larroca.

Bardzo ciekawe deklaracje można było usłyszeć z usta Axela Alonso. Marvel definitywnie zerwał z quesadowskim "martwy znaczy martwy" zamieniająca ją na alonsowską "martwy znaczy martwy, dopóki nie pojawi się scenarzysty, który będzie umiał opowiedzieć ciekawą historię o powrocie zza grobu". Obecny redaktor naczelny Domu Pomysłów pytany o sensowność zmartwychwstań odpowiedział, że są jednymi z najbardziej ekscytujących motywów w komiksach. Nie widzi żadnych przeszkód, aby twórcy nie mogli z nich korzystać. Wystarczy zobaczyć jak śmierć i powrót do życia Human Torcha rozegrał Jonathan Hickman. Ale to jeszcze nie wszystko – Marvel z pewnością nie zrezygnuje z eventów, które choć zewsząd krytykowane, sprzedają się znakomicie. "Dajemy wam tylko to, czego chcecie" – z rozbrajającą szczerością perorował Alonso. "Nic nie wskazuje na to, żebyście byli zmęczenie wielomiesięcznymi, rozlewającymi się na dziesiątki zeszytów historiami. Glosujecie na te komiksy swoimi pieniędzmi".

Koniec historii "Savage Six" w "Venomie" da początek lokalnemu crossoverowi zatytułowanemu "Minimum Carnage". Oprócz obecnego posiadacza kosmicznego symbiontu, Flasha Thompsona, wystąpi w niej również Kaine, klon Petera Parkera ukrywający się obecnie pod maskę Scarlet Spidera. Wszystko rozpocznie się od ucieczki Carnage`a z Microverse, który będzie miał miejsce w one-shocie "Minimum Carnage: Alpha" napisanym przez Cullena Bunna i Chrisa Yosta, z rysunkami Lana Mediny. Wkrótce potem historia przeniesie się na łamy obu regularnych tytułów, rysowanych odpowiednio przez Declana Shalvey`a i Khoi Phama, a swój finał będzie miała w grudniu, na łamach "Minimum Carnage: Omega". Całość ma liczyć w sumie sześć części. Pamiętających "Maximum Carnage" czytelników uspokajam – komiks Bunna i Yosta wygląda na nieco inną historię. Jasne, pojawia się Cletus Kasady, nie obędzie się więc bez dużej ilości trupów i brutalności, ale wygląda na to, że "Minimum Carnage" będzie opowieścią znacznie bardziej wyważoną, kameralną i skupioną na głównych bohaterach, którzy będą zmuszeni zmierzyć ze ucieleśnieniem swoich lęków. Carnage pokazuje Flashowi, jak kosmiczny pasożyt może zdominować swojego nosiciela, a Kaine na własne oczy zobaczy, jaki zabijanie ma wpływ na tego, kto decyduje się na odbieranie życia.

Tuż przed festiwalem w San Diego sieć obiegły teasery nowego, jak spekulowano, dużego eventu Marvela. Rysunki z podpisem "This is War! " miały zwiastować triumfalny powrót Ultrona lub ewentualnie pozostające wciąż w planach "Reckoning War". Okazało się jednak, że dotyczą wydarzeń znacznie bardziej przyziemnych, a dokładnie pięcioczęściowej mini-serii "Punisher: War Zone", w której Frank "Człowiek-Armata" Castle bierze na celownik najbardziej prominentne postacie w uniwersum Marvela. Metody stosowane przez Punishera są nie do zaakceptowania dla większości superherosów i prędzej czy później będą chcieli coś z tym zrobić. Wśród Mściciela opinie o tym, co należy zrobić są podzielone, ale Puni jest na przygotowany na każdą ewentualność. Autorowi skryptu, Gregowi Rucce, w swojej regularnej serii udało się w miarę sprawnie wkomponować Pogromcę w pejzaż Ziemi-616 i jeśli dobrze rozegra pomysł wyjściowy na "Punisher: War Zone" może wyjść z tego całkiem niezła historia. Oprawą graficzną ma zająć się regularny rysownik "Punishera", czyli Marco Checchetto.

Czerwoni rządzą. W on-goingu "Hulk" główną rolę odgrywa Rulk, a już wkrótce "Hulks" (wraz z numerem 58) zamienią się w "Red She-Hulk", gdzie pierwsze skrzypce będzie grał czerwony odpowiedni Jennifer Walters. Na stanowisku scenarzysty pozostaje Jeff Parker, a oprawą graficzną ma zająć się Carlo Pagulayan. Oprócz tego, że fabuła ma być skupiona na zmaganiach Betty Ross ze swoją ciemnym, hulkowym aspektem swojej osobowości, pojawi się (równie klasyczny) wątek wojskowej broni. Na "Red She-Hulk" Parker ma bardzo konkretny pomysł. Pytany o to, czy na drodze Red She-Hulk pojawią się jacyś nowi przeciwnicy, Parker przekornie odpowiada, że powinnyśmy raczej zwrócić uwagę na jej sojuszników.

Gambit po prysznicem, miesiąc miodowy Northstara i Kyle`a, nadzieje, że solowa seria "Hawkeye`a" okaże się takim sukcesem, jak restart Daredevila – o tym głównie rozmawiano podczas panelu Marvel Next Big Thing. Oprócz zapowiedzi bieżących przygód (tajemnica z przeszłości Polaris w "X-Factor", całkowite przedefiniowanie związku pomiędzy Sabretoothem i Wolverine`m przez Loeba) przedstawiciele Domu Pomysłów wstrzymują się przed jakimiś dalekosiężnymi wiadomości – wiadomo, że te będę dotyczyły tego, co w Marvelu będzie działo w październiku. Cóż z tego, że "New Mutants" się kończą, skoro bardzo szybko może się okazać, się będą częścią Marvel NOW? A tymczasem męczeni pytaniami o powrót Young Avengers i Runaways (fani właściwie przy każdej okazji naciskają aby coś z tymi markami wreszcie zrobiono) redaktorzy i twórcy odpowiadają ciągle tak samo – młodzi herosi wciąż czekają na odpowiedni moment, na swoją wielką chwile. Na razie niektórzy z Runaways mają odegrać kluczowe role w nowym on-goingu (może chodzić o zrestartowane "Avengers Academy"). Podobnie rzecz ma się z przebywającymi w wydawniczym limbo "Secret Warriors", którzy mają jeszcze pojawić się w uniwersum Marvela. Zgodnie z zapowiedziami dotyczącymi Marvel NOW! herosi z rodziny kosmicznych komiksów dostaną więcej "czasu antenowego". Tego samego nie można niestety powiedzieć o Doktorze Strange`u i magicznej części uniwersum – na razie brakuje na nią pomysłu i Marvel nie chce robić nic na siłę 

Jeśli idzie jeszcze o plany tyczące się poszczególnych postaci – wielkie zmiany po "AvX" czekają Wolverine`a. Wygląda na to, że będzie on jednym z największych przegranych w konflikcie Mścicieli z mutantami. Według słów Nicka Lowe`a, redaktora prowadzącego x-serie, może stać się tak, że Logan z jednego z najpopularniejszych herosów stanie się najbardziej znienawidzonym. Coś specjalnego przygotowano również dla Storm i Black Panthera. W niedalekiej przyszłości Monika Rambeau ma powrócić (prawdopodobnie na łamach "Ms. Marvel"), a fani Domino, X-Force i Deadpoola mogą spać spokojnie – ich ulubieńcy będą częścią Marvel NOW! Mniej szczęścia mają Kylun, Darwin, który przewija się w tle "X-Factor" i Ben Reilly, który definitywnie znikł z horyzontu. Na on-going X-23 będziemy musieli jeszcze poczekać, ale będzie ona występował w innej serii. Wciąż są wielkie plany do Ultrona, który nie może doczekać się swojego eventu. Nie należy się natomiast spodziewać międzywydawniczych crossoverów.

wtorek, 17 lipca 2012

#1082 - PKS 01: Łukasz Okólski

Tak, to prawda.

Niestety moje miejsce pracy jest najnudniejsze na świecie. No i oczywiście nie zawsze jest tym samym miejscem pracy. Najwięcej narysowałem w swoim domu rodzinnym, u rodziców, w Kielcach.
Tak czy inaczej:

1) Biurko – najlepiej duże i najlepiej puste. Czasami okazjonalny kubek z kawą. No i nic więcej. Jak najmniej pierdół. Jakoś tak mam, że jak każdemu facetowi specjalnie nie przeszkadza mi syf u siebie. Trochę walających się ubrań czy naczyń (nie za dużo) i szeroko pojęta niechęć do odkurzacza to standard. No ale kurde jak siadam do rysowania, lubię mieć na biurku tylko komputer i tablet. Czasami może myszkę. Chciałbym mieć głośniki, ale planuję przesiąść się z muzyką na jakiegoś iPoda z wypasioną stacją dokującą/głośnikami, więc inwestycja w standardowe głośniczki jest na później.
2) Tablet – Wacom Wacom Wacom. Najwięcej komiksów narysowałem na swoim pierwszym, białym bamboo funie, ale przez ostatni rok miałem w rękach właściwie wszystko co Wacom ma do zaoferowania, nawet niekoniecznie do rysowania. (hi hi perksy z pracy w salonie ze sprzętem i bycia bądź co bądź specjalistą od tego stuffu). Najczęściej jednak trzaskam na małych i wygodnych bamboosach. Koniecznie bezkablowo. Nie miałem pojęcia, że bezprzewodowy tablet tak ułatwia robotę i ogólnie życie dopóki nie zacząłem tak działać. (Kończę planszę, walę się na wyrko i puszczam sobie filmy za pomocą tabletu mając kompa na biurku :D)

No tak, właściwie warto dodać, że przestałem umieć rysować na papierze. Zero szkiców, kartek z konceptami, czy storyboardami plansz. Zero karteczek. Moje Unipiny zaschły zapomniane.
3) Komputer – czteroletni gruchot. Ale nie narzekam, sprawdza się i lubię go. Niemniej już ciułam na nowego bo się zaczynam przestawiać na jabłkowe hipsterstwo. Powolutku powolutku, ale jednak.

No i oczywiście pulpit nieskażony ikonkami. Taki jakiś ze mnie pedantyczny gość.


4) Wyrko – tu się dzieje magia. Tzn leżę ze scenariuszem i sobie układam w głowie plansze. Jakoś tak mam, że muszę zobaczyć w głowie jak to wszystko ma wyglądać i dopiero siadam do rysowania. Brzmi w sumie logicznie ale czasami się okazuje, że przykimam. To znaczy pardąsik, scenariusze mam jak najbardziej zajmujące, ja po prostu łatwo zasypiam.

Tak więc reasumując nuuudy. Dlatego w ramach bonusu dorzucam filmik z mojej codziennej roboty, która niestety spala mi cały mój czas. No i nie ma kiedy rysować tych albumów. No nie ma kiedy.

poniedziałek, 16 lipca 2012

#1081 - World of Warcraft t.1

Bllizard Entertainement adaptację komiksową swojej najcenniejszej marki zamówił w studiach WildStorm, należących obecnie do DC Comics. Pierwszy numer "World of Warcraft" zadebiutował pod koniec 2007 roku. Na początku zaplanowano jedynie dwie historie, które miały zmieścić się w dwunastu zeszytach, jednak z sukcesu komiksowego "WoWa" zrodziły się kolejne.

W sumie, całość zamknęła się w trzydziestu zeszytach, z czego 25 pochodziło z tytuły regularnego, cztery złożyły się na mini-serię "Ashbringer", a wisienką na torcie był one-shot "Beginnings and Ends". Wszystko skończyło się w połowie grudnia 2009 roku, kiedy cały projekt został skasowany. WildStorm zapowiedział, że rezygnuje z formatu zeszytowego, a kolejne komiksy ze świata Warcrafta będą ukazywało się w formie powieści graficznych. Pierwszy z nich miał zadebiutować w 2010 roku. Do tej pory wydawnictwo zostało wchłonięte przez DC Comics, którego pozostawało imprintem. Już pod świetlistym sztandarem ukazała się mini-seria "Curse of the Worgen", a w zapowiedziach DC na wrzesień znajduje się pełnometrażówka "Pearl of Pandaria".

Historia zawarta w pierwszym tomie rozgrywa się równocześnie z wydarzeniami przedstawionymi w "The Burning Crusade". Na brzegach Kalimdoru zostanie odnaleziony pozbawiony pamięci człowiek. Lo`Gosh, bo takie imię przyjmie rozbitek, pod opieką ogra Rehgara stanie się gladiatorem walczącym w  Karmazynowym Kręgu. Ale los dla młodego wojownika i jego towarzyszy broni – krwawej elfki Valeery Sanguinar i Brolla Bearmantle`a z nocnych elfów zaplanował coś zupełnie innego. Na początek będą musieli przezwyciężyć dzielące ich różnice i odkryć tajemnicę pochodzenia Lo`Gasha…

Co ciekawe, autorzy oddelegowani do pracy nad komiksową wersją "WoWa" to twórcy z dwóch zupełnie innych bajek, ucieleśniający klasyczne połączenie rutyny z młodością. Walter Simonsom jest żyjącym klasykiem komiksu superbohaterskiego, który zapisał się w przełomowym runem w "The Mighty Thor" w latach osiemdziesiątych. 65-letni artysta wciąż pozostaje aktywny w branży, pracując między innymi nad "The Judas Coin" i rysując dla Marvela Mścicieli. Pozostał wierny swojemu charakterystycznemu stylowi opowiadania historii, który bardzo odstaje od współczesnych trendów, zarówno w światku komiksowym, jak i w szeroko pojętym przemyśle rozrywkowy. Ale nie tylko pod względem estetyki – świat Hordy i Sojuszu dla Simonsona to również terra incognita. Jak sam przyznaje, gra nie wciągnęła go, a więcej informacji czerpał z otoki – stron, powieści, komiksów. Uniwersum Warcrafta lepiej zna jego wnuk, Nikolai czy właśnie Ludo Lullabi, deklarujący się jako zagorzały fan produkcji Blizzarda. Uproszczony, zdeformowany i mocno mangujący styl rysownika doskonale pasuje do estetyki, w jakiej utrzymana jest gra. Praca przy "WoWie" jest dla niego spełnieniem marzeń, a Simonson traktuje ją raczej jako kolejne zlecenie.

Scenarzysta bez zażenowania przyznaje, że przy pisaniu skryptu bardzo często zwracał się do ludzi z Blizzarda z prośbą o konsultację, o merytoryczne wsparcie i ustalenie czy proponowane przez niego pomysły i rozwiązania nie kłócą się z mitologią i duchem Warcrafta. To, na ile komiksowe "World of Warcraft" jest wierne swojemu pierwowzorowi najlepiej ocenią hardkorowi fani gry, jedno jest pewne – w przygodach drużyny Lo`Gosha Simonson i Lullabi chcą zaprezentować jak najwięcej świata z gry. Pojawia się sporo lokacji, przedstawione zostają niektóry rasy z ich zwyczajami, cechami etc., zarysowana zostaje historia, a fabuła wydaje się momentami pretekstem do pomieszczenia na kadrze jak najwięcej elementów charakterystycznych dla "WoWa".

Simonson nie sklecił dość konwencjonalną opowiastkę, która, gdyby na przykład została wydana w Europie i nie mała nic wspólnego z grą, w którą grają miliony maniaków elektronicznej rozgrywki na całym świecie, przeszła by zupełnie bez echa. Rzeczy, które Egmont prezentuje w „Fantasy Komiks” w większości trzymają wyższy poziom, co może być dowodem na to, że amerykanie lepiej radzą sobie z super-hero, niż z fantasy.

niedziela, 15 lipca 2012

#1080 - Trans-Atlantyk 197

W październiku uniwersum DC musi przygotować się na powstanie Trzeciej Armii. Drugim wewnętrznym crossoverem w Nowej 52 po "Nights of the Owls" będzie event skoncentrowany na Zielonych Latarniach. W "Rise of Third Army" Strażnicy Wszechświata powołują do życia tytułową, trzecią, po Manhunterach i korpusie GL siłę, która ma strzec porządku w galaktyce. Ich pierwszym celem jest wyeliminowanie latarników wszystkich kolorów. Jedną z głównych ról w tej historii będzie grał zamaskowany ziemski Latarnik na pierwszym planie, z arabskim tatuażem na ramieniu (i z pistoletem w dłoni na innej okładce). Architekt całego wydarzenia, Geoff Johns, jak zwykle zapowiada wielką, epicką fabułę. Poznamy ostateczny los Sinestra, Guy Gardner będzie ścigał Hala Jordana, a Atrocitus być może będzie musiał dokonać najwyższej ofiary. Przy okazji polowania Strażników na członków poszczególnych korpusów dowiemy się kim był pierwszy GL. Historia rozegra się na łamach czterech lanternowych tytułów - "Green Lantern", "Green Lantern Corps", "Green Lantern: The New Guardians" i "Red Lanterns". Czytelnicy nie powinni się pytać, w jaki sposób władcy Oa to osiągną, tylko jak koszmarne konsekwencje będą miały ich działania.

Wreszcie pojawiła się oficjalna zapowiedz "Daredevil: End of Days". Opowieść o końcu Śmiałka, która zapowiadana jest już od dobrych dwóch lat, ma mieć swój początek już w październiku. Zostanie stworzona przez prawdziwą elitę "diabelskich" twórców - scenariuszem zajęli się Brian M. Bendis i David Mack, rysunki przygotują Klaus Janson (szkic) i Bill Sienkiewczi (tusz), a okładki narysuje Alex Maleev. Rzecz ma być utrzymana w jeszcze bardziej mrocznym i brutalnym tonie, niż kultowy run Bendisa w "DD", który zdefiniował Matta na nowo. Sienkiewicz porównuje atmosferę w "End of Days" do filmowych "Ulic Nędzy" Martina Scorsese. Historia będzie rozgrywała się w nie tak odległej przyszłości, w której wszystko poszło w przysłowiowe diabły. Nie jest to świat po spektakularnej apokalipsie, bo wciąż można kupić kawę na rogu, jak mówi Bendis, ale stało się coś naprawdę złego. Fabuła zostanie przedstawiona z punktu widzenia Bena Uricha. Pojawią się w niej podstarzały Nick Fury, Punisher, Kingpina, Bullseye`a, Elektra oczywiście i wiele postaci znanych z obsady DD.

W odświeżony DCU największy komiksowy villain w historii, Joker był pierwszy i ostatni raz widziany na łamach premierowego numer "Detective Comics", kiedy inny złoczyńca, Dollmaker pozbawił go twarzy. Dosłownie - zerwał ją z czaszki i przyszpilił do ściany. Teraz, w "Death Of The Family", fabule której tytuł nawiązuje do klasycznej opowieści "Death in The Family", w której zginął Jason Todd ujrzymy powrót gothamskiego księcia zbrodni. Napisania skryptu tej historii podjął się Scott Snyder. Opromieniony oszałamiającym sukcesem "Court of Owls" i "Night of Owls" scenarzysta chce z wielkim hukiem, po roku nieobecności wpuścić na scenę Jokera. Jego wersja szalonego klauna będzie mroczna, niepokojąca, okrutna i żądna okrutnej zemsty na wszystkich członkach bat-rodziny. On ma być gwiazdą tej historii, nie Mroczny Rycerz. Mówiąc o swoich projekcie Snyder, chce aby w "Death in The Family" znalazło się dużo symbolicznych wątków, podobnych do tych, które widzieliśmy w "Arkham Asylum". Więcej - chce użyć Jokera w sposób, o jakim twórcy komiksów, filmów i animacji bali się nawet pomyśleć. Snyder zapowiada, że jego wygląd zostanie w pewien sposób zmieniony - stanie się jeszcze bardziej przerażający, ale pozostanie ikoniczny i rozpoznawalny. Całość ma potrwać sześć miesięcy. Joker ma pojawić się niemal we wszystkich nietoperzastych on-goingach, a jego działania mają w dramatyczny sposób zmienić świat Batmana.

Mike Mignola wraca do swoich obowiązków rysownika i scenarzysty w nowej, czteroczęściowej historii, w której poznamy dalsze losy Hellboy`a. Ale zaraz, powicie, przecież Piekielny Chłopiec nie żyje! Dokładnie. I szaleje w samym piekle, na co wskazywałby tytuł - "Hellboy in Hell". Mike cieszy się z powrotu do ołówka, choć ma świadomość, że jest trochę zardzewiały. Wystarczyło jednak naszkicować dwa pierwsze zeszyty serii, aby poczuł, że forma mu wróciła. Piekło w uniwersum Hellboy`a będzie mocno inspirowane tym, co można było przeczytać u Johna Miltona i na kartach "Boskiej Komedii". Fabuła natomiast jeszcze mocniej dryfować będzie w stronę fantasy, opuszczając rejony pulpowego horroru. Mignola czuje, że pewna formuła się już wyczerpała i chce zrobić ze swoim bohaterem trochę inne rzeczy. "Hellboy in Hell" nazywa przygotowanie sceny dla kolejnych historii, które w większości będą zamykały się w jednym, dwóch zeszytach.

To będzie prawdziwe spotkanie na ośmiobitowym szczycie - dwie legendy elektronicznej rozrywki spotkają się w jednym komiksie. Mega Man i Sonic the Hedgehog wystąpią razem w 12-częściowym crossoverze. Wydawnictwo Archie Comics oraz studia Capcomu i Segi z okazji zbliżających się 20-tych urodzin Sonica chcą mu zrobić niezły prezent urodzinowy. Historia zostanie napisana przez Iana Flynna, aktualnego scenarzystę on-goingowych przygód zarówno Sonica, jak i Mega Mana. Oprawą graficzną ma zająć się Patrick Spaziante. Jak zapewnia Paul Kaminsky z Archie Comics plany tego projektu pojawiły się w momencie, kiedy wydawnictwo pozyskało prawa do Mega Mana.

Kiedy piszę to słowa wciąż trwa największy konwent komiksy, czyli amerykański Comic-Con w San Diego. Jak zwykle zostanie opisany on w osobnych, specjalnie na tą okazję przygotowywanych wydaniach Trans-Atlantyku.

#1079 - Komix-Express 147

Egmont potwierdził swoje wstępne i nieoficjalne zapowiedzi na wrzesień i trzeba przyznać, że plany największego komiksowego wydawnictwa w Polsce prezentują się całkiem nieźle. A z pewnością okazalej niż to, co Kołodziejczak chce wydać w sierpniu. Podczas drugiego miesiąca wakacji ukażą się w sumie cztery albumy, z czego trzy pozycje to reedycje, a czwartą jest osiemnasty numer "Fantasy Komiks". Uzupełniający swoje kolekcje mogą wybierać z drugiego tomu "Usagiego Yojimbo" zatytułowanego "Samuraj" i kolejnych "Asteriksów" - "Asteriks u Helwetów" (album 16) i "Galera Obeliksa" (album 30). Natomiast prawdziwym przebojem września i końcówki roku może stać się "Pictures That Tick". Wydany pod szyldem Mistrzów Komiksu album Dave McKeana, którego zbyt często szufladkuje się jako "tego gościa, od okładek Sandmana" eksperymentuje z komiksową materią. Pierwsze wydanie z 2001 roku swego czasu osiągało niezłe ceny na kolekcjonerskim rynku, ale ja jestem bardziej ciekaw tego, czy te eksperymenty McKeana z różnymi formami wyrazu i narracją okazały się udane. Oprócz tego we wrześniu do sklepów trafią drugi tom mizernego "World of Warcraft", czwarty integral "Lucky Luke`a" (zawierający albumy "Rywale z Painful Gulch", "Góry Czarne", "Daltonowie i zamieć") oraz dziesiąty już album z serii "Star Wars: Dziedzictwo". Według Sebastiana Frąckiewicza do końca roku polski czytelnik będzie musiał w duży stopniu zadowolić się wznowieniami - w kolejce do reedycji czekają "Sin City" oraz "Calvin i Hobbes" (w temacie "Sandmana" panuje cisza). Jeśli idzie o nowości w listopadzie mają ukazać się nowy "Usagi Yojimbo", a także trzecia "Liga Niezwykłych Dżentelmenów - Stulecie". W grudniu natomiast prezent pod choinkę będą mogli sobie sprawić fani Thorgala, bo swoje premiery będą miały kolejne odcinki "Kriss de Valnor" i "Louve". O, będą jeszcze nowe "Baśnie", a ciągle w sferze mniej lub bardziej dalekosiężnych planów znajduje się "Batman: Court of Owls" Scotta Snydera.

Żeby nie ograniczać się tylko do opowiadania o rzeczach spoza granic naszego pięknego kraju - polscy twórcy również nie próżnują. Już pod koniec czerwca Marek Turek skończył pracę nad swoim nowym albumem. "NEST" trafiło już do swojego wydawcy, Kultury Gniewu, ale nie pojawiło się jeszcze w zapowiedziach - liczę, że przed końcem roku tam, i na księgarskie półki jednak trafi. W zeszły tygodniu Krzysztof Cuber przygotował ładną wyliczankę tego, na co warto czekać. Padały nazwiska Maćka Łazowskiego, Marii Rostockiej i Michała Rostockiego, Śledzia, oraz Marka Lachowicza. Czołowy dostawca komiksowych wyrobów garmażeryjnych skończył pracę nad trzecim tomem przygód Człowieka Paroovki, który będzie nosił tytuł "Gorące głowy". Komiks ukaże się tak szybko, jak tylko Tomek Kuczma zdąży nałożyć kolory. Nieco więcej pracy zostało jeszcze Januaremu N. Misiakowi, pracującemu właśnie nad "Systemem chaosu". Na razie autor "Siedmiu Tygodni" pokazał okładkę albumu, która jak sam mówi - "nosi znamiona ostatecznej".
Ze blogu Marka Turka - "przykładowe plansze" NESTa

W sierpniu swoją premierę będzie miał "Ród M" Briana M. Bendisa i Oliviera Coipela, ze śliczną okładka Esada Ribica. To historia kładąca podwaliny pod wszystko to, co działo się i dzieje się obecnie w uniwersum Marvela. I nie byłbym rasowym fan-bojem, gdybym nie przyczepił się do przekładu tytułu komiksu. Bo nie rozumiem po co robić z "House of M" językowego potworka, jakim jest "Ród M". Po jaką cholerę tłumaczyć na język polski tytuł, jeśli a) posiada jakieś znamiona idiomu i przez przekład gubi się jego wieloznaczność, b) brzmi zwyczajni źle, c) psuje design loga, które teraz wygląda paskudnie.Nie rozumiem tym bardziej, że wcześniej Mucha zachowywała orygineane tytuły, jak w przypadku "All Star Superman", "Avengers: Dissasembled", "Astonishing X-Men" czy "Marvels". Komiks będzie kosztował 99 złotych (a nie jak na początku podawano 89), a jego premierę zaplanowano w okolicach połowy miesiąca. Tłumaczy Tomasz Sidorkiewicz, a tak wygląda opis tej pozycji:

Drużyny Avengers oraz X-Men spotkały się, by zdecydować o losie Scarlet Witch – mutantki, której moce stanowiły zagrożenie dla całego wszechświata. Gdy bohaterowie próbują odnaleźć niebezpieczną koleżankę zalewa ich fala białego światła. Cały świat w mgnieniu oka zmienia się nie do poznania! Nowa rzeczywistość różni się do tej, którą znaliśmy do tej pory. Mutanci rządzą ludzkością, a na ich czele stoi Magneto i jego dzieci – Quicksilver i Scarlet Witch. Panowaniu mutantów przeciwstawia się jedynie kilka porozrzucanych po świecie grup oporu. Ale jak uda im się pokonać rządy rodu M, skoro jedynie Wolverine pamięta świat takim, jaki był do tej pory?


Wielkimi krokami zbliża się premiera trzeciej części filmowego "Batmana", wieńczącej nie tylko trylogię Christophera Nolana, ale będącą jakby ostatnim, po "Marvel`a Avengers" i "The Amazing Spider-Man" wielkim, wakacyjnym blockbusterem. Kiedy pisze to słowa do amerykańskiej premiery filmu pozostały jeszcze tylko 4 dni, a do polskiej - aż 11. W "The Dark Knight Rises" do gwiazd znanych z poprzednich filmów dołączają kolejne. Obok Christiana Bale`a w roli Batmana/Bruce`a Wayne`a, Michaela Caine`a (Alfred Pennyworth), Gary`ego Oldmana (komisarz Gordon) i Morgana Freemana (Lucius Fox) zobaczymy także Anne Hatheway i Toma Hardy`ego obsadzonych w rolach dwójki villainów - Catwoman i Bane`a, a także Marion Cotillard (Miranda Tate) i Josepha Gordon-Levitta (John Blake). Na reżyserskim fotelu zasiądzie oczywiście Christopher Nolan, realizując swój i swojego brata, Jonathana, skrypt. Historia "TDKR" rozgrywa się w osiem lat po wydarzeniach "TDK". Batman, aby chronić reputację Harvey`a Denta bierze odpowiedzialność za zbrodnie popełnione przez Two-Face`a. Ścigany przez policję jest zmuszony zniknąć z Gotham City. Tymczasem na ulicach miasta pojawia się tajemnicza Catwoman i bezlitosny terrorysta, znany jako Bane z planami zniszczenia Gotham. Film będzie trwał 165 minut, a jego budżet zamknął się w 250 milionach dolarów. A co w przyszłości czeka Mrocznego Rycerza? Prawdopodobnie trzeci, po burtownoskim i nolanowskim reboot filmowej marki.

Dość tych zapowiedzi, czas wspomnieć o bardzo interesującej premierze. Nakładem Korporacji Ha!Art ukazał się właśnie "Wielki Atlas Ciot Polskich", będący adaptacją głośnej powieści Michała Witkowskiego pod tytułem "Lubiewo". Książka, która ukazała się w 2004 roku z miejsca wzbudziła spore kontrowersje i dołączyła do kanonu współczesnej literatury polskiej. Teraz, staje się inspiracją dla komiksowych twórców młodego i średniego pokolenia, którzy mierzą się z podjęty przez Witkowskiego wyzwaniem. Wśród autorów "Atlasu" mnóstwo gwiazd komiksowej ekstraklasy - Marcin Podolec, Krzysztof Ostrowski, Janek Koza, Maciej Sieńczyk, Maciej Pałka, Jakub Woynarowski, Wojciech Stefaniec i Agnieszka Piksa. Za komiks liczący sobie 120 stron trzeba zapłacić 45 złotych. A tak wygląda jego opis (stworzony przez Kubę Woynarowskiego):

Wielki Atlas Ciot Polskich stanowi komiksową adaptację Lubiewa – głośnej powieści Michała Witkowskiego, opublikowanej po raz pierwszy pod koniec 2004 roku nakładem Korporacji Ha!art. Utwór ten wszedł już do kanonu najnowszej polskiej literatury. Celem niniejszej antologii nie było jednak stworzenie „bryka z klasyka”, raczej oddanie ducha pierwowzoru – za pomocą możliwie szerokiego zakresu środków oferowanych przez medium opowieści graficznej.

Atlas to ukłon w stronę całkiem już bogatej tradycji polskiego komiksu obyczajowego, sięgającej co najmniej czasów magazynu Szpilki i obejmującej m.in. dokonania zaangażowanych twórców sceny anarchistyczno-punkowej, rysowników z kręgu magazynu „Produkt”, artystów związanych z galerią i czasopismem „Raster” oraz rosnącej wciąż grupy internetowych komentatorów. Z polską codziennością mierzy się również najmłodsze pokolenie komiksiarzy, a efekty ich pracy możemy oglądać m.in. na kartach niniejszej książki, stanowiącej sugestywny, choć daleki od dosłowności obraz epoki polityczno-obyczajowej transformacji. Podobnie jak u Witkowskiego jest to obraz nieoczywisty – stanowi on w końcu wypadkową wrażliwości autorów reprezentujących różne środowiska i strategie twórcze.

Mozaika rozmaitych mediów (rysunek, malarstwo, grafika cyfrowa, kolaż, fotografia), konwencji (od realizmu, przez groteskę, aż po pogranicze abstrakcji) i stylów (od barokowej ekspresji po konceptualną dyscyplinę) układa się tu również w zmysłowy wielogłos na temat natury samej opowieści i niejednoznacznej roli, jaką pełni w niej narrator.

piątek, 13 lipca 2012

#1078 - X-Rewolucje: częśc druga

07) Koniec jest początkiem

Koniec tej złotej ery wyznaczy Bob Harras, który po 16 latach pracy odsunie Claremonta od pisania flagowych x-serii i zastąpi go Fabianem Niciezą i Scottem Lobdelem, twórcami znacznie mniej utalentowanymi. Wkrótce w ślady Chrisa pójdą Lee i Whilce Portacio, którzy z innymi twórcami założą Image Comics. X-Men ciągle należeć będą do najpopularniejszych komiksów w Ameryce (choć nie sposób nie docenić roli serialu animowanego emitowanego na antenie Fox Kids), ale po osiągnięciu swojego szczytu, zaczęła się dla nich powolna droga w dół.

Podzieleni na dwa zespoły X-Men muszą stawiać czoła coraz większym zagrożeniom – kolejny raz ścierają się z Magneto, mierzą się z technoorganicznym zagrożeniem z kosmosu zwanym Phalanx, przybywający z przyszłości Stryfe zarazi ich śmiertelnie groźnym wirusem, a Apocalypse na krótko wprowadza swoje marzenie w życie. Wreszcie mutanci, jak i pozostali herosi Marvela muszą zmierzyć się z Onslaughtem, istotą będącą połączeniem udręczonej duszy Magnusa i potęgi Xaviera.

08) Nieudana…

Tuż po sadze „Operation: Zero Tolerance” opublikowanej w 1997 roku, x-miesięczniki pozostawały pod wodzą Stevena Seagle'a i Joe Kelly'ego. Mutantów czekały gruntowne zmiany – część najważniejszych członków odeszła, w tym takie postacie, jak Bishop, Gambit, Jean Grey i Cyclops, a na scenie pojawiły się nowe. Przez X-Men przewinęli się Marrow, Maggot czy Joseph (bohaterowie raczej nieznani polskiemu czytelnikowi), a historie takie jak „Magneto War” czy „The Twelve” (w której zabity zostaje Cyclops) z dzisiejszej perspektywy nie cieszą się wielką popularnością wśród fanów i krytyki. Patrząc na wyniki sprzedaży x-komiksów władze Marvela postanowiły, że trzeba wstrząsnąć nieco światem mutantów i zarządziły kolejną, jeszcze większą reformę.

09) … i udana rewolucja

W ramach „Revolution” przeskoczono pół roku w przyszłość i zaprezentowano świeższe spojrzenie na X-Men. Na fali sukcesu pierwszego kinowego obrazu Bryana Singera chciano, aby przygody mutantów były bardziej przystępne dla przeciętnego, nie orientującego się w skomplikowanej historii i mitologii, czytelnika. W ramach eventu „Counter X” do wodzą Warrena Ellisa odświeżono „Generation X” (ze scenariuszami Briana Wooda), „X-Mana” (Steven Grant) i „X-Force” (Brian Edginton). Natomiast wśród najważniejszych serii w ręce wracającego po ponad dekadzie do mutantów Chrisa Claremonta oddano nowego on-goinga zatytułowanego „X-Treme X-Men”. Joe Casey pisał „Uncanny X-Men”, a bezprzymiotnikowych „X-Men” przemianowanych na „New X-Men” oddano w ręce Granta Morrisona. I właśnie za sprawą tego ostatniego tytułu mutanci wkroczyli w XXI wiek.

Morrison nie bał się radykalnych zmian – wymordował większość mutanckiej populacji, kompletnie zmienił podejście do relacji homo sapiens – homo superieor, tak samo jak design kostiumów. Wprowadzając drugorzędne mutacje całkowicie odmienił Beasta, zdecydował się na definitywne rozstanie Scotta z Jean, zostawiając przywódcy zespołu na pocieszenie Emmę Frost. Oceniając ten okres z dzisiejszej perspektywy znacznie więcej do mutanckiej mitologii wprowadził szalony Szkot, niż Claremont, który w „X-Treme” rozwijał wątek dzienników Destiny.

10) Powrót do korzeni

Po odejściu Morrisona punktem wyjścia kolejnego revampu x-serii nazwanego „ReLoad” był powrót bezprzymotnikowych „X-Men” pisanych przez Chucka Austena, transfer Claremonta ze skasowanego „X-Treme” do „Uncanny” i pojawienie się kompletnie nowej serii – „Astonishing X-Men” pisanej przez Jossa Wheadona. Scenarzysta serialu telewizyjnego „Firefly” wyznaczył nowy kierunek w rozwoju x-uniwersum. W wyniku ataku na Nowy Jork Cyclops decyduje się na powrót do bardziej superbohaterskich tradycji. „AXM” stało się kolejnym, po „NXM” wielkim przebojem amerykańskiego rynku i idealnym przykładem tego, że z mutanckiej franszyzy da się jeszcze wiele wycisnąć, jeśli postawi się na zdolnego scenarzystę i zostawi się mu swobodę działania. Jak sięgam pamięcią to ostatni, tak dobry x-komiks, jaki czytałem...

Jeśli idzie o inne tytuły, to warto wspomnieć o zamknięciu „X-Statix”, będących oryginalnych spojrzeniem Petera Milligana na x-komiksy, debiut żeńskiego klona Wolverine`a, czyli X-23 oraz wprowadzenie kolejnej, młodej generacji mutantów na łamach „New X-Men: Academy X”. Gdzieś w tle tych wydarzeń trzeba wspomnieć o przejęciu serii „X-Factor” przez Petera A. Davida, który nieco wcześniej, bo w mini-serii „Madrox” kazał założyć Jaimemu Madroxowi prywatne biuro detektywistyczne XF Investigetions.

11) Dzień M

Możliwości wpływania Scarlet Witch, córki Magneto na rzeczywistość do tej pory ograniczały się do typowo magicznych sztuczek i przynoszenia pecha wrogom. Nikt nie spodziewał się, że pod wpływem załamania nerwowego będzie potrafiła ukształtować świat według upodobań swojego ojca, doprowadzić do rozwiązania Avengers i niemal doszczętnie zniszczyć rasę mutantów. Tak właśnie doszło do „House of M” (2005), historii w której rodzina Maximoff rządziła światem. Kiedy wszystko udało się odkręcić, Wanda wypowiedziała słynne „no more mutants”, niszcząc gen X zmniejszyła populację mutantów do około dwóch setek. W jednej chwili homo sapiens superior stali się gatunkiem na krawędzi wymarcia. W obliczu tych wydarzeń Cyclops z lidera supergrupy staje się wodzem całej mutanckiej rasy. Zdając sobie sprawę z wagi ostatnich wydarzeń decyduje się twardą ręką zarządzać szkoła, a jedną z jego pierwszych decyzji są przenosiny z Nowego Jorku do San Francisco.

Innym, niezwykle ważnym wydarzeniem było poznanie prawdy o stworzeniu drugiego zespołu X-Men – Charles Xavier z miłującego pokój pacyfisty stał się manipulującym swoimi studentami draniem, któremu dłużej nie można ufać. Na scenie pojawił się także trzeci z braci Summersów – Gabriel – którego machinacje będą miały skutki na skalę galaktyczną. Na horyzoncie pojawia się wreszcie Hope Summers, która ma okazać się kluczowa w dalszych dziejach mutantów.

12) Lud X

X-Men nie zabawili zbyt długo w San Fran, bo po kilku nieporozumieniach z lokalną władzą i społecznością musieli przenieść się na Utopię, wyspę u wybrzeży wschodniego wybrzeża. Do zagrożonej wyginięciem społeczności dołączają Magneto i Namor. Działania i decyzje Cyclopsa budzą coraz większe kontrowersje, a kiedy wychodzi na jaw prawda o założeniu specjalnego oddziału X-Force, wielu mieszkających na Utopii mutantów zastanawia się czy droga, którą podążają w ślad za Summersem jest na pewno właściwa. Sam Cyclops nie ma takich wątpliwości. Jest gotów na wszystko, byle tylko zapewnić przetrwanie swojej rasie.

W lecie 2010 roku poznajemy finał tak zwanej „mesjańskiej trylogii” – na łamach „Second Coming” (kontynuacji „Messiah CompleX” i „Messiah War”) do teraźniejszości przybywa Hope. Do tej pory dziewczyna pozostawało pod opieką Cable`a. Uważana za mesjasza mutantów bohaterka staje się celem ataku koalicji super-łotrów, w której skład wchodzą Bastion, Stephan Lang, Bolivar Trask, William Stryker, Graydon Creed i Cameron Hodge. Choć walkę udaje się wygrać, to podziały wśród X-Men są tak głębokie, że rozpad przebywającej na Utopii społeczności staje się faktem. Na łamach „Schism” (2011) Wolverine oburzony decyzjami Cyclopsa, który nie widzi nic złego w posyłaniu nastolatków do walki z łotrami, decyduje się na opuszczenie wyspy. Część mutantów podąża za nim i osiedlają się w Szkole w Westchester, która zostaje przemianowana na Instytut im. Jean Grey (Jean Grey School for Higher Learning). 

13) Rozłam

Na przełomie 2011 i 2012 roku, na łamach crossoveru „Regensis” ustalony został nowy status quo w świecie mutantów. W Westchester grupa dowodzona przez Wolverine'a, Kitty Pride, Icemana, Gambita, Rogue, Northstara i Beasta powróciła do założeń, której stały się fundamentem X-Men. Wraca do pacyfistycznego marzenia Xaviera, skupiając się nie na walce, ale na nauce młodego pokolenia mutantów. Na starość Logan ma już widocznie dość wojaczki i dorabia do swojej emerytury na szacownym stanowisku szkolnego dyrektora. Przygody tego x-odłamu opisywane są/były w następujących seriach: „Wolverine and the X-Men” Jasona Aarona, „Astonishing X-Men” Marjorie Liu, „Uncanny X-Force” Ricka Remandera, „X-Factor” Petera A. Davida, „X-Men Legacy” Mike'a Carey'a. Tymczasem na Utopii Cyclops i wierni jego ideom Emma Frost, Magneto, Namor, Colossus, Danger, Storm i Hope chętnie angażują się w konflikty i to nie tylko te, które potencjalnie mogą zagrozić mutantom. Summers wyznając zasadę, że najlepszą obroną jest atak, stara się skutecznie reagować na wszelkie zmiany na geopolitycznej superbohaterskiej szachownicy.

14) Przyszłość…

Ledwo co sytuacja po „Schism” zdążyła się unormować, a już na horyzoncie majaczy wydarzenie, które diametralnie może zmienić krajobraz na Ziemi-616. W kierunku naszej planety zbliża się Phoenix Force. Niszczycielska siła, potrafiąca anihilować całe galaktyki poszukuje nowego nosiciela – ma nim być Hope Summers, której przeznaczeniem jest ocalenie mutanckiej rasy albo… sprowadzenie na nią zagłady. Avengers przekonani, że kolejna wizyty Phoenix nie wróży niebieskiej planecie niczego dobrego postanawiają powstrzymać połączenie kosmicznej energii z przebywającą na Utopii dziewczyną. Odmienne zdanie od Kapitana Ameryki i Iron Mana ma Cyclops, który jest przekonany, że Hope, jako nowy awatar Phoenix Force ma dać początek odrodzeniu homo sapiens superior. Kompromis jest niemożliwy, a konflikt wydaje się nieunikniony…

„Avengers vs. X-Men” to tegoroczny wielki, letni event Marvela, który wystartował w kwietniu. Pojawią się w nim wątki, które przewijały się przez „House of M” (jak się okazuje przeznaczenie Hope splecione jest z losami Wandy Maximoff), „Children's Crusade” i „Fear Itself”. Jak zwykle wierchuszka Marvela zapowiada, że jego reperkusje na nowo ukształtują status quo w uniwersum Marvela. Świat mutantów ma być ważną częścią inicjatywy Marvel NOW!, choć obędzie się bez rebootu Ziemi-616. Pojawią się restarty poszczególnych serii, zadebiutują nowe on-goingi, ale continuity ma zostać zachowane

czwartek, 12 lipca 2012

#1077 - Bat-Czwartki 06 - Viva Fear! ("Batman: Początek")

Po spektakularnej klapie "Batman i Robin" studio Warner Brothers rozpoczęło poszukiwania reżysera, który popchnąłby serię w nowym kierunku i naprawić mocno nadszarpnięty wizerunek Mrocznego Rycerza. Okazało się to jednak dużo trudniejsze i  bardziej czasochłonne niż przewidywano. Trzeba było przeszło ośmiu lat, aby decyzją producentów, to Christopher Nolan objął obowiązki reżysera nowego filmu z Batmanem. Nolan wywiązał się ze swojego zadania – z powodzeniem wprowadził Człowieka Nietoperza w XXI wiek i na powrót uczynił go bohaterem masowej wyobraźni. 
Dziś trudno sobie wyobrazić inną osobę na stanowisku reżysera niż Christopher Nolan, ale w 1997 roku reżyser dopiero przymierzał się do swojego pełnometrażowego debiutu i nie mógł przypuszczać, że w przyszłości będzie kręcił filmy za 200 milionów dolarów. Tymczasem w Warner Brother trwały gorączkowe poszukiwania reżysera nowego Batmana. Pomysłów na kontynuację nie brakowało: wieszczono powrót Jacka Nicholsona w roli Jokera, Madonna miała wcielić się w Harley Quinn, przeciwnikiem Batmana miał być Scarecrow (obecność Jokera tłumaczono działaniem gazu strachu – morderczy klaun miał nawiedzać Batmana w czasie halucynacji wywołanych gazem). Żaden pomysł nie zdołał się jednak przebić i zaistnieć w rzeczywistości. Z czasem studio było tak zdesperowane, że zwróciło się do Joela Schumachera. Reżyser "Batman i Robin" zgodził się wyreżyserować kolejną część serii pod warunkiem, że będzie to skromniejsza produkcja niż jej poprzedniczka. Nauczony doświadczeniem z planu "Batman i Robin" Schumacher chciał uniknąć utarczek z producentami. Reżyser narzekał, że kierownictwo studia wymogło na nim, aby w filmie pojawiło więcej bat-gadżetów. Poparł go jeden z producentów Michael Uslan: Czasem docierasz do takiego punktu, gdy nie robisz już filmu, ale dwugodzinną reklamę zabawek. To smutne, ponieważ wierzę, że jeśli pozwoli się reżyserowi nakręcić dobry film, to i tak zabawki się sprzedadzą. Taka argumentacja nie trafiała jednak do studyjnych włodarzy i w efekcie "Batman i Robin" to blockbuster w najgorszym tego słowa znaczeniu. Aby uniknąć kolejnego fiaska Schumacher planował nakręcić bardziej kameralny film, inspirując się głównie "Rokiem Pierwszym" Franka Millera. Studio nie skorzystało jednak z jego propozycji i zwróciło się do młodego reżysera Darrena Aronofsky'ego, którego debiut "Pi" odbił się szerokim echem w świecie.

Na pytanie, jak wyobraża sobie film z Batmanem reżyser odpowiedział, że w roli głównej obsadziłby Clinta Eastwooda, a całość sfilmował w Tokio. Trudno w to uwierzyć, ale studio zaintrygowała propozycja Aranoffsky'ego i zleciła mu przygotowania scenariusza. Reżyser zdawał sobie sprawę, że seria utknęła w martwym punkcie i niebezpiecznie zbliżyła się do poziomu campowego serialu z lat 60, dlatego zdecydował się na realistyczne ujęcie przygód Mrocznego Rycerza. Film miał być luźną adaptacją "Roku pierwszego" Millera. Na tyle luźną, że w filmie Bruce Wayne po śmierci swoich rodziców miał zostać przygarnięty przez mechanika samochodowego Big Ala, zaś jego inspiracją do tego, aby stać się Batmanem miał być sygnet w kształcie nietoperza (ukłon w stronę Fantoma, popularnego bohatera stworzonego przez Lee Falka). Aronofsky widział w Jamesie Gordonie bohatera na miarę Serpico, zaś w Wayne'ie odpowiednik Travisa Bickle'a z "Taksówkarza". Wśród swoich inspiracji wymieniał "Życzenie śmierci" i "Francuskiego łącznika". Reżyser chciał, aby przy jego filmie "Batman" Burtona wydał się kreskówką. Ostatecznie projekt nie został jednak zrealizowany. Aronofsky przyznał w wywiadzie, że film nie miał szans powodzenia: Myślę, że ludzie z Warnera wiedzieli od początku, że coś takiego nie mogłoby powstać. Myślę, że mieli rację, ponieważ wśród fanów Batmana są czterolatkowie, więc gdyby taki film powstał, każdy czterolatek zaciągnąłby swoich rodziców do kina. Film musiałby mieć odpowiednią kategorię wiekową. W pewnym momencie pojawiła się jednak nadzieja, że skoro DC wydaje komiksy skierowanego do odbiorców w różnym wieku, tak samo może postąpić studio w przypadku filmu. Chciałem nakręcić rzecz dla dorosłego widza za małe pieniądze. Można było to zrobić taniej, może na 16 mm. Moglibyśmy wypuścić go po premierze wersji dla młodszych. Jeden dla dorosłych, jeden dla dzieci. Tak czy inaczej, ludzie z Warner Brothers wykazali się odwaga pozwalając nam pracować nad tym projektem (reżyser współpracował z Frankiem Millerem). Projekt Aronofsky'ego był ambitny, ale niemożliwy do zrealizowania. Studio potrzebowało pewnego hitu, a "Year One" nie gwarantował sukcesu kasowego.
Nieprzypadkowo obaj wyżej wymienieni reżyserzy przyznawali się do inspiracji "Rokiem pierwszym" Franka Millera. Opowieść o początkach kariery Bruce'a Wayne'a w roli Batmana należy do najwybitniejszych komiksów w historii. Co takiego zwróciło na niego uwagę obu reżyserów? Miller w przedmowie do komiksu wspominał, że dla kogoś kto pamięta serial z lat '60 "Rok pierwszy" będzie niespodzianką. Dokładnie to samo chcieli osiągnąć Schumacher i Aronofsky – zerwać z campowymi korzeniami i skierować serię na nowe tory. Marzenie reżysera "Pi" o bardziej brutalnym wcieleniu Batmana miał jednak zrealizować dopiero Christopher Nolan.

Mimo że Aronofsky nigdy nie nakręcił "Year One" to jego wysiłek nie poszedł na marne. Myślę, że jego wariacja na temat Batmana otrzeźwiła producentów i sprowadziła ich z powrotem na Ziemię. A jeśli to nie wystarczyło, to z pewnością widok płonących wież WTC zrobił to z nawiązką."Batman: Początek" nie mógłby powstać w świecie, w którym 9/11 nie miał miejsca. Jak to zgrabnie ujął Nolan: Żyjemy w przerażającym świecie, a jeszcze dziesięć lat temu było inaczej. Musiał zmienić się świat, żebyśmy mogli podziwiać nowe realistyczne wcielenie Batmana. W 1999 roku, gdy Aronofsky pisał swój scenariusz "Year One" świat był jeszcze niewinny i nie potrzebował nowego Batmana.
Przed realizacją "Batman: Początek" Nolan przygotowywał się do nakręcenia filmu o Howardzie Hughes'ie, ale plany pokrzyżował mu "Aviator"” Martina Scorsese. Skoro Hughes był już zajęty, reżyser postanowił sięgnąć po innego ekscentrycznego milionera – Bruce Wayne'a. Nolan był miłośnikiem komiksów z Batmanem, w dzieciństwie oglądał serial z Adamem Westem, znał również filmy Burtona i Schumachera. Czuł jednak, że nie eksplorują one psychiki bohatera, że to raczej "ćwiczenia stylistyczne", aniżeli poważne potraktowanie legendy Mrocznego Rycerza. Pomysł Nolana na film był prosty: jeszcze nikt nie opowiedział o tym dlaczego Wayne został Batmanem. Należało zacząć od początku.
Gdy w 1988 roku Tim Burton stanął na planie zdjęciowym "Batmana" adaptacje komiksów należały do rzadkości. Reżyser "Soku z żuka" był pionierem na tym polu. Gdy Christopher Nolan zaczynał kręcić "Batman: Początek", miał już za sobą wsparcie całego przemysłu opartego na adaptacjach komiksów. W 2001 pojawili się "X-meni" Bryana Singera, którzy zapoczątkowali komiksowy boom w Hollywood. Rok później na ekrany wszedł pierwszy "Spider-Man" Sama Raimiego z miejsca bijąc wszelkie rekordy popularności. Komiksy z miejsca stały się najbardziej pożądanym towarem w Fabryce Snów. Było tylko kwestią czasu, kiedy na ekranach po raz kolejny zagości Mroczny Rycerz. W 2005 fani mogli wreszcie odetchnąć z ulgą - On wrócił.
W "Batman: Początek" Nolan towarzyszy Bruce'owi Wayne'owi od chwili, gdy bohater jest świadkiem śmierci swoich rodziców do momentu, kiedy staje się Batmanem. Reżysera interesowała odpowiedź na pytanie co takiego było powodem, dla którego postanowił poświęcić się walce z przestępczością. Trauma z dzieciństwa, poczucie obowiązku? Nolan schodzi głębiej w podświadomość bohatera i znajduje tam nieograniczone pokłady strachu. Wayne boi się, jest przerażony. Strach towarzyszy mu od dziecka, pożera go od środka. Jedynym wyjście z tej sytuacji jest znaleźć sposób, aby zwrócić swój strach przeciwko temu, co go wywołuje. Wayne chce odpłacić światu, który uczynił go takim jaki jest. Kluczową sceną opisującą bohatera jest moment, w którym Batman szybuje ponad głowami odurzonych gazem Scarecrowa mieszkańców Narrows. Oto chwila jego triumfu – oddaje światu to, co mu należne. Jest symbolem strachu, ale i nadziei, która spływa na mieszkańców Gotham.
W finale Wayne odbudowuje rodzinną posiadłość. W symboliczny sposób zamyka tym samym pewien rozdział w swoim życiu – studnia, do której wpadł jako dziecko, zostaje na naszych oczach zapieczętowana. Wayne nauczył się kontrolować swój strach, wie jak go ujarzmić i wykorzystać. W tym momencie bohater przestaje być małym dzieckiem, staje się mężczyzną. Ale świat nie śpi i już wysłał swojego posłańca, aby nauczył Wayne'a pokory. Dzieciństwo Wayne'a zakończy się naprawdę w chwili, gdy Gordon wręczy mu wizytówkę Jokera. Batman, choć jeszcze tego nie wie, stał się właśnie Mrocznym Rycerzem.
Nolan praktycznie zrewolucjonizował przemysł filmowy, pokazując, że adaptacja komiksu nie musi być wątpliwym kompromisem, między oczekiwaniami dorosłego widza, a wymogami rynku. Dowiódł tym samym, że cokolwiek, by nie mówić, to świat się zmienił i to na gorsze. Żyjemy w epoce strachu i tak samo jak Wayne musimy nauczyć się kontrolować nasze lęki.

środa, 11 lipca 2012

#1076 - Było MPK, będzie - PKS!

Za pozwoleniem i z błogosławieństwem Konrada Hildebranda przejmujemy z nieodżałowanego Motywu Drogi cykl "Miejsce pracy komiksiarza". Trzymając się państwowo-transportowej poetyki na Kolorowych MPK zostanie przemianowane na PKS - Polskie komiksowe studia, ale idea cyklu pozostanie dokładnie taka sama. 

Jednym słowem - chcemy pokazać jak wygląda warsztat polskiego komiksiarza od, przysłowiowej, kuchni. Zaprezentować miejsca, w których wykuwane są niecierpliwie oczekiwanie albumy i zeszyty, w których rodzą rodzime produkcje. Kilka pierwszych PKS`ów już widziałem i mogę powiedzieć tylko jedno - spodziewajcie się niespodziewanego. Każdy twórca, którego zaprośilismy do naszej zabawy podszedł do wyjściowego pomysłu po swojemu. Przy tej okazji apelują do wszystkich komiksowych twórców w naszym kraju - jeśli chcesz pochwalić się na naszych łamach swoim studiem to zapraszamy!

Źródło
 Prezentację poszczególnych twórców zaczynamy od przyszłego tygodnia. A tymczasem zachęcamy do obejrzenia pierwszych jedenastu odsłon MPK, które można zobaczyć na MD. Enjoy!

MPK #01: Karol Kalinowski
MPK #02: Łukasz Ryłko
MPK #03: Maciej Pałka
MPK #04: Marcin Podolec
MPK #05: Tomasz Grządziela
MPK #06-07: Olga Wróbel i Daniel Chmielewski
MPK #08: Piotrek Nowacki
MPK #09: Wanda Onyszkiewicz
MPK #10: Maciej Łazowski
MPK #11: Grzegorz Rosiński

wtorek, 10 lipca 2012

#1075 - Rzut za 3: Liga, Latarnie i renegaci

W pierwszym rzucie za trzy poświęconym komiksom zrealunchowanego DCU na warsztat wziąłem trzy drużynowe tytuły Nowej 52. Ułożone są w nieprzypadkowej kolejności – od tych najsłabszych, do tych (tylko nieco) lepszych.

„Green Lantern: New Guardians vol.1 – The Ring Bearer” (Tony Bedard, Tyler Kirkham i Harvey Tolibao)

Idę o zakład, że „New Guardians” powstało w ciszy redaktorskich gabinetów DC Comics. Geoff Johns namnożył tyle tych korpusów i latarników, że trzeba było stworzyć jakiś dodatkowy tytuł, aby je móc jakoś zagospodarować. Halowi Jordanowi i Sinestro dostał się „GL”, Johnowi Stewartowi, Guy`owi Gardnerowi i reszcie korpusu – „GL Corps”, Atrocitus ma on-going „Red Lanterns”, a Kyle Rayner gra pierwsze skrzypce w „GL: NG”. Punktem wyjścia historii jest moment, w którym czwarty ziemski Lantern zostaje obdarowany kompletem kolorowej biżuterii z kosmosu. Na ziemi natychmiast zjawiają się przedstawiciele wszystkich korpusów i – uwaga, niespodzianka! – ich spotkanie kończy się wielką bijatyką. Potem, cała ta kolorowa gromadka rusza na Oa, by wyjaśnić tą tajemniczą sprawą – nie zgadniecie nigdy! – dochodzi do wielkiej bijatyki. Wreszcie, gdy poznajemy tajemnicę systemu Vega i na scenę wkracza istota, odpowiedzialna za całe to zamieszanie – jak już pewnie wiecie – dochodzi do wielkiej bijatyki. Nawet lubię superbohaterskie nawalanki, ale sposób, w jaki zostały zrealizowane na łamach „The Ring Bearer” znajduje się poniżej jakiejkolwiek krytyki. Fabuła pióra Tony`ego Bedarda prezentuje poziom najbardziej żałosnych fanfików komiksowych grafomanaów. Dodatkowo fanbojów z pewnością będę irytować nieścisłości z tym, co o Czerwonym Korpusie można przeczytać u Petera Milligana. Rysunki? Tyler Kirkham to jakiś zapomniany pogrobowiec stylu Top Cow i kreski Marka Silvestriego – to chyba jeszcze gorsza zaraza, niż płascy epigoni Jima Lee. Jedyne dobre momenty tego komiksu to te, w których ołówek przejmuje Harvey Tolibao, całkiem utalentowany komiksowy artysta. To jednak zdecydowanie za mało, aby uratować ten album przed (symbolicznym) spuszczeniem w kiblu.

„Red Hood and the Outlaws vol.1 – REDemption” (Scott Lobdell i Kenneth Rocafort)

Poziom wyżej można umiejscowić pierwszy trejd serii „Red Hood and the Outlaws”. Komiks pisany przez weterana lat dziewięćdziesiątych Scotta Lobdella, trzyma poziom przeciętnej, boleśnie konwencjonalnej historyjki superbohaterskiej. Jest motyw zemsty, niewykonalne zadanie, grzechy przeszłości i inne tym podobne rekwizyty. A wszystko to utrzymane w manierze komiksowych nineties. Ma być ekstremalnie, z dużą ilością cycków, strzelania, samurajskich mieczy i kolorowych laserów, aby czytelnik, na co drugiej stronie mógł krzyczeć „cool!” i „awesome!”. Przyznam, że ta efekciarska maniera Lobdella irytowała mnie niezmiernie. Niemniej, warto zwrócić uwagę na ten album z dwóch powodów. Po pierwsze, nowa Starfire swoim wyuzdanym zachowaniem pobudziła dyskusję na temat granic i sposobu eksponowania kobiecej seksualności w komiksie. Z jednej strony jest bowiem wyzwoloną kosmitką, która gdzieś ma ziemską pruderyjność, a drugiej – cała ta jej emancypacja ogranicza się do krążenia między łóżkami Red Hooda i Arsenala. Zresztą podejście do erotyki i seksualności w Nowej 52 (zbliżenie Batmana i Catwoman czy sposób, w jaki Atrocitus traktuje Bleez w „Red Lantrns”) to rzecz absolutnie frapująca i warto się jej przyjrzeć z bliska. Po drugie – Kenneth Rocafort. Dzięki „REDemption” odkryłem artystę, który mieści się w ścisłej elicie robiących w mainstreamie rysowników. Jeden z czterech, może pięciu najlepszych artystów pracujących w DC. Prace Rocaforta są jednocześnie wysmakowane, cudownie dopieszczone, a z drugiej strony tak napakowane energię, że aż rozsadzają ramki. Co więcej – cały album narysowany jest na równym poziomie, co w przypadku amerykańskich produkcji zdarza się stosunkowo rzadko. Ale to wciąż nieco za mało, żebym komukolwiek z czystym sumieniem mógłbym polecić ten komiks.

„Justice League vol. 1 – Origin” (Geoff Johns i Jim Lee)

Dwa zespoły gwiazd – Geoff Johns z Jimem Lee oraz Batman, Superman, Wonder Woman, Green Lantern, Flash z Cyborgiem miały stać się materiałem na wielki, komiksowy przebój. Od samego początku „Justice League” pomyślane było jako flagowy tytuł relaunchu DCU, mający przynieść krociowe zyski wydawnictwo, a swoim autorom – wieczną sławę. Udało się tylko w tym jednym przypadku – „Liga Sprawiedliwości” przez kilka miesięcy królowała na listach sprzedaży, osiągając w pewnym momencie pułap sprzedaży grubo powyżej 200 tysięcy egzemplarzy. A sam komiks? Cóż, zbyt wiele o nim napisać się nie da. Geoff Johns opisując historię pierwszego spotkania największych ziemskich herosów poszedł po linii najmniejszego oporu, zadowalając się możliwie najprostszymi rozwiązaniami. Na scenie po kolei pojawiają się poszczególni bohaterowie i widząc, jakim zagrożeniem jest Darkseid łączą swoje siły, aby powstrzymać inwazję z Apokalips. Pełna laserów z dupy, umięśnionych herosów ubranych w pstrokate kostiumy, wybuchów i splaszów historia jest wymarzonym materiałem dla Jima Lee do zilustrowania. Przyznam, że nie pamiętam, kiedy jeden z obecnych redaktorów DC Comics był w tak dobrej formie – oprawa wizualna stoi na naprawdę wysokim poziomie, spokojnie mieszcząc się w wśród najlepszych dokonań Lee. Tylko cóż tego, skoro tego superbohaterskiego eye-candy czytać się po prostu nie da, bo jest przeraźliwie nudne?

poniedziałek, 9 lipca 2012

#1074 - Trans-Atlantyk 196

Od wtorku ruszamy ruszamy z omawianiem komiksów, które nalezą do Nowej 52. Od czasu relaunchu DCU już wkrótce minie rok, zeszyty powoli zbierane są w trejdy, a przedwczesna ekscytacja tym, co pachnie świeżością już minęła. Można więc na chłodno przyjrzeć się i ocenić czy śmiałe przedsięwzięci Jima Lee, Dana DiDio, Geoffa Johnsa, Eddy`ego Berganzy, całego szeregu twórców i redaktorów okazało się sukcesem. W dość nieregularnym cyklu tekstów chciałbym przyjrzeć się około dwudziestu tytułom, które w jakiś sposób zwróciły moją uwagę i miałem szczęście (lub nieszczęście), że wpadły w moje ręce. Bez pomocy moich krakowskich kolegów, Marcina i Witka, sam nie dałbym rady kupić (lub ściągnąć) tej całej kupy zeszytów i albumów, więc z tego miejsca serdecznie im dziękuje za udostępnienie swoich zbiorów. Niektóre zasłużyły sobie na pełnometrażową recenzję, a inne zostaną opisane w ramach zapomnianych nieco Rzutów za 3. To jednak nie wszystko - również w nadchodzącym tygodniu ruszymy również z wakacyjnym cyklem, który powinien przypaść do gustu głównie fanom polskiego komiksu. Wszystko wyjaśni się już w środę, a do tego czasu - stay tuned!

 
Tony Daniel ustępuje miejsca w "Detective Comics" Johnowi Laymanowi. Daniel pracuje obecnie nad tajnym projektem, o którym usłyszymy dopiero jesienią, a jego premiera zaplanowana jest dopiero na początek 2013 roku. Na razie narysuje dwa odcinki "Justice League". Autor, który wywindował "DC" na szczyty list bestsellerów zostanie zastąpiony przez scenarzystę nie mniej przebojowego "Chew", za którego zgarnął dwa Eisnery. Przygoda Laymana z Mrocznym Rycerzem zacznie się w październiku, od numeru 13., a towarzyszyć mu będzie Jason Fabok. Scnearzyst zapowiada, że będzie chciał skupić się bardziej na tytułowym, "detektywistycznym" aspekcie Gacka. Jego Batmana będzie mniej mroczny, niż choćby wersja Snydera, skręci bardziej w sensację, przygodę. Premierowa historia będzie zatytułowana "Emperor Penguin" i zgodnie z tym, co zwiastuje ilustracją, rolę villaina będzie odgrywał Pingwin. Layman, który nie należy do fanów zdekompresowanej narracji, będzie dokładał starań, aby każdy kolejny numer był zamkniętą i skończoną całością

Zmiany czekają również inne zakątki Gotham - scenarzystka Ann Nocenti przejmuje stery w on-goingu "Catwoman". Jej przygoda z Seliną Kyle rozpocznie się w numerze zerowym. Dotychczasowi autorzy serii, Judd Winick i Guillem March, nie ogłosili jeszcze nad jakim projektem będą pracować. Catwoman należy do ulubionych postaci Nocenti - w 2004 roku napisała mini-serię "Batman/Catwoman: Trail of the Gun". Scenarzystka deklaruje, że z dużym szacunkiem podejdzie do pracy swojego poprzednika. Chce opowiadać własne historie, al będzie starał się utrzymać ducha, jaki Catwoman nadał Winnick. Nie wiadomo jeszcze kto zajmie się oprawą graficzną serii.

Scenarzysta John Arcudi odsłania kolejne karty z przeszłości hellboy`owego Biura Badań Paranormalnych i Obrony. Akcja nowej, pięcioczęściowej mini-serii "B.P.R.D.: 1948" będzie rozgrywała się w tajnej bazie wojskowej w Nowym Meksyku, gdzie testowano broń nuklearną. Fabuła ma być dośc luźno oparta o dokumentacje autentycznego Projektu Orion. Jak zwykle - coś pójdzie nie tak i zespół profesora Bruttenholma będzie musiał ruszyć do akcji. Oprócz radzenia sobie z potworami ojciec Piekielnego Chłopca spotka na swojej drodze Anna Rieu równie piękną, co błyskotliwą panią fizyk. Romans? Wcale nie taki oczywisty, jak zapewnia Arcudi, ale historia rzeczywiście ma skupiać się mocno na postaci Bruttenholma. Swoje role do odegrani będą mieli również agenci Anders i Stegner. Ten tom ma wyznaczyć nowy etap w przygodach BBPO - naziści na razie zostają odstawienie na bok, a konwencja z horrorowej zbliży się bardziej do klimatów science-fiction. Oprawą graficzną ma zająć się Max Fiumara, a w niewielkim epizodzie (przynajmniej z pozoru) ma pojawić się młody, przepadający za plackami Hellboy. Czegóż chcieć więcej?

Ogłoszono nominację do Nagród Harvey`a, drugich, po statuetkach Eisnera, najbardziej prestiżowych nagrodach w amerykańskiej branży komiksowej. Aż osiem szans na laur imienia założyciela magazynu "MAD" ma "Daredevil"! Marvelowski on-going nominowany jest do Best New Series, Best Continuing Or Limited Series, Best Inker (za pracę Joego Rivery), Best Writer, (za skrypty Marka Waida), Best Cover Artist (w tej kategorii rywalizują ze sobą Marcos Martin i Paolo Rivera), Best Artist (i znowu Rivera), Best Single Issue or Story (dla numeru siódmego). Mnie osobiście cieszą nominację dla Kate Beaton za jej rewelacyjne "Hark! A Vargant" (w kategoriach Best Cartoonist, Best Online Comics Work, Special Award For Humor In Comics), a swoje zgarnął Craig Thompson (trzy wyróżnienia za "Habibi"). Strasznie biedne wygląda rywalizacja w kategorii Best Writer - z Waidem o Harvey`a biją się jeszcze Joshua Hale Fialkov (jego "Echoes" też zostało mocno docenione), Scott Snyder z Jeffem Lemire`m oraz Jason Shiga (autor "Empire State: A Love Story (or Not)"). Wspomniani Shiga, Thompson i Rivera mogą zostać Best Artist, podobnie jak J.H. Williams III i Chris Samnee i tu rzeczywiście jest z kogo wybierać. Pełna lista nominowanych dostępna jest w linku źródłowym, nieco wyżej.