Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Christopher Nolan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Christopher Nolan. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 lipca 2012

#1084 - Bat-Czwartki 07: Nietoperz na skraju dojrzewania ("Mroczny Rycerz")

"Batman: Początek" zarobił w kinach ponad 300 milionów, stając się najbardziej kasowym filmem z Człowiekiem Nietoperzem od czasów "Batmana" Tima Burtona. Nolan świetnie odnalazł się w roli reżysera wielkiego hollywoodzkiego widowiska: zdobył uznanie krytyków i sympatię ze strony fanów. Ale to dopiero "Mroczny Rycerz" przypieczętował jego sukces. Kontynuacja "Batman Begins"  przyniosła wpływy rzędu miliarda dolarów na całym świecie i jest najbardziej kasową częścią serii.

"Mroczny Rycerz" zarobił górę pieniędzy, porównywalną, jeśli nie większą, z tą którą w filmie Joker puszcza z dymem. Tu nie chodzi o pieniądze – mówi – ale o przesłanie. W jego ustach brzmiało ono: wszystko płonie. Na potwierdzenie swojej tezy za pomocą ledwie kilku beczek benzyny i garści dynamitu pogrążył Gotham w chaosie. Nolan wypada blado na jego tle, ale i jemu udała się rzecz niebywała: udowodnił, że można nakręcić inteligentnego blockbustera, a kontynuacja wcale nie musi być słabsza od poprzednika, łamiąc przy tym nie mniej reguł, co Joker.
"Mroczny Rycerz" różni się nie tylko od wszystkich dotychczasowych części serii o przygodach Batmana, ale również od wszystkich filmów z superbohaterami, jakie dotychczas nakręcono. Nolan pokazał Batmana, jakiego jeszcze nie widzieliśmy – pokonanego. Joker "złamał" jego ducha, nauczył, że prawdziwe życie jest dokonywaniem wyborów. W "Batman Forever" Wayne uchyla się przed odpowiedzialnością i na złość Riddlerowi ratuje z opresji zarówno Robina jak i doktor Meridian. W "Spider-Manie 2" Peter Parker staje przed wyborem: albo uratuje Mary Jane, albo dzieci uwięzione w kolejce. Ku rozczarowaniu Doktora Octopusa udaje mu się uratować wszystkich. W "Mrocznym Rycerzu" Joker dwukrotnie poddaje Batmana podobnej próbie: po raz pierwszy podczas przyjęcia w apartamencie Wayne'a, po raz drugi w czasie przesłuchania na komisariacie. Za pierwszym razem Batman wychodzi z niej zwycięsko: ratuje Rachel, nie zdejmując maski. Za drugim to Joker jest górą, choć może powinniśmy powiedzieć: ślepy los. Batman chciał uratować Rachel, ale zamiast tego trafił do magazynu z Dentem. Joker zakpił sobie z niego i udowodnił tym samym jak dużą rolę w życiu odgrywa przypadek. Reżyser, uśmiercając wybrankę bohatera, zszokował wszystkich. Jonathan Nolan wspomina pierwszy pokaz filmu, podczas którego widownia zamarła: można było usłyszeć pojedyncze westchnienie. Publiczność była tak pewna zasady, że bohater zawsze znajdzie sposób, aby wszystkich uratować. Świetnie było ją złamać.
Zabijając Rachel, Nolan zmusił swojego bohatera do pożegnania się z dzieciństwem – Wayne dokonuje wyboru i teraz musi żyć z jego konsekwencjami. Pod tym właśnie względem "Mroczny Rycerz" jest realistyczny. Batman wciąż jest postacią na poły fantastyczną – zakutym w zbroję milionerem, gromiącym przestępców pod osłoną nocy – ale jego działania mają już realne konsekwencje. Witamy w prawdziwym świecie, panie Wayne.
Pamiętacie to uczucie, gdy po raz pierwszy w życiu coś poszło nie po waszej myśli? Gdy poczuliście wzbierającą w was niemoc i strach przed nieznanym? W "Batman: Początek" Wayne od początku do końca realizuje swój plan: z małymi przeszkodami, ale udaje mu się zatriumfować tak, jak sobie to wymarzył. W "Mrocznym Rycerzu" jest już pewien swego: uważa przestępców za prostaków, którym chodzi wyłącznie o pieniądze. Dopiero pojawienie się Jokera uświadomi mu jak bardzo się myli. W słynnej scenie przesłuchania Wayne przygląda się swojemu przeciwnikowi z ciekawością, ale i pogardą. Joker jest dla niego irytującym robakiem, "dziwadłem", którego nie rozumie. Ten "śmieć, który zabija dla pieniędzy" nie jest jednak tym, kim wydaje się bohaterowi. Batman jest od niego silniejszy, rzuca go o ściany jakby był szmacianą lalką, ale to Joker od początku do końca dominuje nad Mrocznym Rycerzem i zawsze jest kilka kroków przed nim. Nawet w momencie, gdy Batman okłada go pięściami, morderczy klaun przewyższa go o głowę. Joker ma bowiem w swoich rękach siłę o jakiej Nietoperzowi się nie śniło – ślepy los.
Wayne stworzył Batmana, aby opanować swój strach i zaprowadzić porządek, w sensie dosłownym i metaforycznym. Joker z powodzeniem to kwestionuje. Wyłącznie ślepy los jest sprawiedliwy, w tym świecie tylko życie bez zasad ma sens. Morderczy klaun jest u Nolana wcieleniem terroru i chaosu. Od początku chciał wywrócić wszystko do góry nogami i udało mu się. Nolan zastosował genialny w swojej prostocie zabieg: w scenie, gdy Joker wisi kilkanaście pięter nad ziemią, kamerą okręca się wokół niego i przyjmuje jego punkt widzenia – góra staje się dołem i odwrotnie. Świat stanął na głowie. Joker zwyciężył.
"Mroczny Rycerz" różni się stylem od "Batman: Początek". Pierwsza część filmu czerpie inspiracje z mitologii bohatera, stąd obecna w niej pewna doza romantyzmu. Kontynuacja opowiada już całkowicie samodzielną historię, jest poważniejsza, bardziej realistyczna. Nolan odniósł zwycięstwo tam gdzie Tim Burton poniósł klęskę. Dlaczego jego Mroczny Rycerz A.D 1992 nie zdobył sobie takiej sympatii publiczności? Przypomnijmy słowa Christophera Nolana, wypowiedziane przy okazji premiery "Batman: Początek": żyjemy w przerażającym świecie, a jeszcze dziesięć lat temu było inaczej. Widownia w 1992 roku nie była jeszcze gotowa na takiego Batmana, jakiego wymarzył sobie Burton. O ironio, co wtedy było dziwaczne i przerażające, dziś jest codziennością. Żyjemy w mrocznych czasach, ot co.
"Mroczny Rycerz" różni się od wszystkich dotychczasowych Batmanów, ale jednocześnie znajdziemy w nim nawiązania do poprzednich filmów z serii. Scena, w której Harvey Dent podaje się za Batmana, jest odwrotnością sceny z "Batman Forever", w której Wayne powstrzymuje się przed ujawnieniem, co doprowadzi do śmierci rodziny Dicka Graysona. Starcie między Jokerem, a Batmanem na ulicach Gotham z "Mrocznego Rycerza" bliźniaczo przypomina to z finału "Batmana" Burtona. Takich smaczków jest więcej, a ich rola nie sprowadza się wyłącznie do roli ciekawostki. Nolan nakręcił film będący sumą dotychczasowych doświadczeń Człowieka Nietoperza. To dzieło kompletne, zamykające pewien rozdział w historii Mrocznego Rycerza.

czwartek, 12 lipca 2012

#1077 - Bat-Czwartki 06 - Viva Fear! ("Batman: Początek")

Po spektakularnej klapie "Batman i Robin" studio Warner Brothers rozpoczęło poszukiwania reżysera, który popchnąłby serię w nowym kierunku i naprawić mocno nadszarpnięty wizerunek Mrocznego Rycerza. Okazało się to jednak dużo trudniejsze i  bardziej czasochłonne niż przewidywano. Trzeba było przeszło ośmiu lat, aby decyzją producentów, to Christopher Nolan objął obowiązki reżysera nowego filmu z Batmanem. Nolan wywiązał się ze swojego zadania – z powodzeniem wprowadził Człowieka Nietoperza w XXI wiek i na powrót uczynił go bohaterem masowej wyobraźni. 
Dziś trudno sobie wyobrazić inną osobę na stanowisku reżysera niż Christopher Nolan, ale w 1997 roku reżyser dopiero przymierzał się do swojego pełnometrażowego debiutu i nie mógł przypuszczać, że w przyszłości będzie kręcił filmy za 200 milionów dolarów. Tymczasem w Warner Brother trwały gorączkowe poszukiwania reżysera nowego Batmana. Pomysłów na kontynuację nie brakowało: wieszczono powrót Jacka Nicholsona w roli Jokera, Madonna miała wcielić się w Harley Quinn, przeciwnikiem Batmana miał być Scarecrow (obecność Jokera tłumaczono działaniem gazu strachu – morderczy klaun miał nawiedzać Batmana w czasie halucynacji wywołanych gazem). Żaden pomysł nie zdołał się jednak przebić i zaistnieć w rzeczywistości. Z czasem studio było tak zdesperowane, że zwróciło się do Joela Schumachera. Reżyser "Batman i Robin" zgodził się wyreżyserować kolejną część serii pod warunkiem, że będzie to skromniejsza produkcja niż jej poprzedniczka. Nauczony doświadczeniem z planu "Batman i Robin" Schumacher chciał uniknąć utarczek z producentami. Reżyser narzekał, że kierownictwo studia wymogło na nim, aby w filmie pojawiło więcej bat-gadżetów. Poparł go jeden z producentów Michael Uslan: Czasem docierasz do takiego punktu, gdy nie robisz już filmu, ale dwugodzinną reklamę zabawek. To smutne, ponieważ wierzę, że jeśli pozwoli się reżyserowi nakręcić dobry film, to i tak zabawki się sprzedadzą. Taka argumentacja nie trafiała jednak do studyjnych włodarzy i w efekcie "Batman i Robin" to blockbuster w najgorszym tego słowa znaczeniu. Aby uniknąć kolejnego fiaska Schumacher planował nakręcić bardziej kameralny film, inspirując się głównie "Rokiem Pierwszym" Franka Millera. Studio nie skorzystało jednak z jego propozycji i zwróciło się do młodego reżysera Darrena Aronofsky'ego, którego debiut "Pi" odbił się szerokim echem w świecie.

Na pytanie, jak wyobraża sobie film z Batmanem reżyser odpowiedział, że w roli głównej obsadziłby Clinta Eastwooda, a całość sfilmował w Tokio. Trudno w to uwierzyć, ale studio zaintrygowała propozycja Aranoffsky'ego i zleciła mu przygotowania scenariusza. Reżyser zdawał sobie sprawę, że seria utknęła w martwym punkcie i niebezpiecznie zbliżyła się do poziomu campowego serialu z lat 60, dlatego zdecydował się na realistyczne ujęcie przygód Mrocznego Rycerza. Film miał być luźną adaptacją "Roku pierwszego" Millera. Na tyle luźną, że w filmie Bruce Wayne po śmierci swoich rodziców miał zostać przygarnięty przez mechanika samochodowego Big Ala, zaś jego inspiracją do tego, aby stać się Batmanem miał być sygnet w kształcie nietoperza (ukłon w stronę Fantoma, popularnego bohatera stworzonego przez Lee Falka). Aronofsky widział w Jamesie Gordonie bohatera na miarę Serpico, zaś w Wayne'ie odpowiednik Travisa Bickle'a z "Taksówkarza". Wśród swoich inspiracji wymieniał "Życzenie śmierci" i "Francuskiego łącznika". Reżyser chciał, aby przy jego filmie "Batman" Burtona wydał się kreskówką. Ostatecznie projekt nie został jednak zrealizowany. Aronofsky przyznał w wywiadzie, że film nie miał szans powodzenia: Myślę, że ludzie z Warnera wiedzieli od początku, że coś takiego nie mogłoby powstać. Myślę, że mieli rację, ponieważ wśród fanów Batmana są czterolatkowie, więc gdyby taki film powstał, każdy czterolatek zaciągnąłby swoich rodziców do kina. Film musiałby mieć odpowiednią kategorię wiekową. W pewnym momencie pojawiła się jednak nadzieja, że skoro DC wydaje komiksy skierowanego do odbiorców w różnym wieku, tak samo może postąpić studio w przypadku filmu. Chciałem nakręcić rzecz dla dorosłego widza za małe pieniądze. Można było to zrobić taniej, może na 16 mm. Moglibyśmy wypuścić go po premierze wersji dla młodszych. Jeden dla dorosłych, jeden dla dzieci. Tak czy inaczej, ludzie z Warner Brothers wykazali się odwaga pozwalając nam pracować nad tym projektem (reżyser współpracował z Frankiem Millerem). Projekt Aronofsky'ego był ambitny, ale niemożliwy do zrealizowania. Studio potrzebowało pewnego hitu, a "Year One" nie gwarantował sukcesu kasowego.
Nieprzypadkowo obaj wyżej wymienieni reżyserzy przyznawali się do inspiracji "Rokiem pierwszym" Franka Millera. Opowieść o początkach kariery Bruce'a Wayne'a w roli Batmana należy do najwybitniejszych komiksów w historii. Co takiego zwróciło na niego uwagę obu reżyserów? Miller w przedmowie do komiksu wspominał, że dla kogoś kto pamięta serial z lat '60 "Rok pierwszy" będzie niespodzianką. Dokładnie to samo chcieli osiągnąć Schumacher i Aronofsky – zerwać z campowymi korzeniami i skierować serię na nowe tory. Marzenie reżysera "Pi" o bardziej brutalnym wcieleniu Batmana miał jednak zrealizować dopiero Christopher Nolan.

Mimo że Aronofsky nigdy nie nakręcił "Year One" to jego wysiłek nie poszedł na marne. Myślę, że jego wariacja na temat Batmana otrzeźwiła producentów i sprowadziła ich z powrotem na Ziemię. A jeśli to nie wystarczyło, to z pewnością widok płonących wież WTC zrobił to z nawiązką."Batman: Początek" nie mógłby powstać w świecie, w którym 9/11 nie miał miejsca. Jak to zgrabnie ujął Nolan: Żyjemy w przerażającym świecie, a jeszcze dziesięć lat temu było inaczej. Musiał zmienić się świat, żebyśmy mogli podziwiać nowe realistyczne wcielenie Batmana. W 1999 roku, gdy Aronofsky pisał swój scenariusz "Year One" świat był jeszcze niewinny i nie potrzebował nowego Batmana.
Przed realizacją "Batman: Początek" Nolan przygotowywał się do nakręcenia filmu o Howardzie Hughes'ie, ale plany pokrzyżował mu "Aviator"” Martina Scorsese. Skoro Hughes był już zajęty, reżyser postanowił sięgnąć po innego ekscentrycznego milionera – Bruce Wayne'a. Nolan był miłośnikiem komiksów z Batmanem, w dzieciństwie oglądał serial z Adamem Westem, znał również filmy Burtona i Schumachera. Czuł jednak, że nie eksplorują one psychiki bohatera, że to raczej "ćwiczenia stylistyczne", aniżeli poważne potraktowanie legendy Mrocznego Rycerza. Pomysł Nolana na film był prosty: jeszcze nikt nie opowiedział o tym dlaczego Wayne został Batmanem. Należało zacząć od początku.
Gdy w 1988 roku Tim Burton stanął na planie zdjęciowym "Batmana" adaptacje komiksów należały do rzadkości. Reżyser "Soku z żuka" był pionierem na tym polu. Gdy Christopher Nolan zaczynał kręcić "Batman: Początek", miał już za sobą wsparcie całego przemysłu opartego na adaptacjach komiksów. W 2001 pojawili się "X-meni" Bryana Singera, którzy zapoczątkowali komiksowy boom w Hollywood. Rok później na ekrany wszedł pierwszy "Spider-Man" Sama Raimiego z miejsca bijąc wszelkie rekordy popularności. Komiksy z miejsca stały się najbardziej pożądanym towarem w Fabryce Snów. Było tylko kwestią czasu, kiedy na ekranach po raz kolejny zagości Mroczny Rycerz. W 2005 fani mogli wreszcie odetchnąć z ulgą - On wrócił.
W "Batman: Początek" Nolan towarzyszy Bruce'owi Wayne'owi od chwili, gdy bohater jest świadkiem śmierci swoich rodziców do momentu, kiedy staje się Batmanem. Reżysera interesowała odpowiedź na pytanie co takiego było powodem, dla którego postanowił poświęcić się walce z przestępczością. Trauma z dzieciństwa, poczucie obowiązku? Nolan schodzi głębiej w podświadomość bohatera i znajduje tam nieograniczone pokłady strachu. Wayne boi się, jest przerażony. Strach towarzyszy mu od dziecka, pożera go od środka. Jedynym wyjście z tej sytuacji jest znaleźć sposób, aby zwrócić swój strach przeciwko temu, co go wywołuje. Wayne chce odpłacić światu, który uczynił go takim jaki jest. Kluczową sceną opisującą bohatera jest moment, w którym Batman szybuje ponad głowami odurzonych gazem Scarecrowa mieszkańców Narrows. Oto chwila jego triumfu – oddaje światu to, co mu należne. Jest symbolem strachu, ale i nadziei, która spływa na mieszkańców Gotham.
W finale Wayne odbudowuje rodzinną posiadłość. W symboliczny sposób zamyka tym samym pewien rozdział w swoim życiu – studnia, do której wpadł jako dziecko, zostaje na naszych oczach zapieczętowana. Wayne nauczył się kontrolować swój strach, wie jak go ujarzmić i wykorzystać. W tym momencie bohater przestaje być małym dzieckiem, staje się mężczyzną. Ale świat nie śpi i już wysłał swojego posłańca, aby nauczył Wayne'a pokory. Dzieciństwo Wayne'a zakończy się naprawdę w chwili, gdy Gordon wręczy mu wizytówkę Jokera. Batman, choć jeszcze tego nie wie, stał się właśnie Mrocznym Rycerzem.
Nolan praktycznie zrewolucjonizował przemysł filmowy, pokazując, że adaptacja komiksu nie musi być wątpliwym kompromisem, między oczekiwaniami dorosłego widza, a wymogami rynku. Dowiódł tym samym, że cokolwiek, by nie mówić, to świat się zmienił i to na gorsze. Żyjemy w epoce strachu i tak samo jak Wayne musimy nauczyć się kontrolować nasze lęki.

sobota, 30 sierpnia 2008

#52 - Batman z krótkimi uszami i bez majtek na spodniach

Byłem na „Mrocznym Rycerzu”. I wiem, że na pewno pójdę na „Zohana” z Sandlerem, który zapowiada się świetnie. Na trailer „Strażników” już nie zdążyłem.

Ale bądźmy poważni! Szósty „Batman” jest filmem co najwyżej średnim, jeśli nie słabawym (ale nie słabym), który mnie nie porwał.

Dlaczego?

(możliwe spoilery – szczególnie w dwóch przedostatnich akapitach)

Jak na film sensacyjny – za mało w nim akcji, jak na kryminał – razi trywialnością, jak na typową adaptację komiksu – za mało komiksowy, za mało efektowny i za mało mrugnięć w stronę fanów. Jakimkolwiek by nie był, i tak jest za długi, a niektóre sceny można by spokojnie wyciąć (wyprawa Bruce`a do Hong Kongu, scena otwierająca ze Scarecrow`em i naśladowcami Batmana). Irytują liczne dłużyzny, niektóre wątki aż proszą się żeby je rozbudować (relacje w trójkącie Wayne-Dent-Gordon), inne, takie jak scena pościgu, sprawiają, że się rumienię. I jednak zakończenie, jak na niesamowicie dynamiczny film, który przez te dwie godziny trzymał w napięciu, jest zbyt słabe. Spodziewałem się czegoś więcej po ostatecznej konfrontacji Mrocznego z Jokerem. Niemniej film prawie do końca trzyma w napięciu i nawet pomimo tych mankamentów, dało się na nim usiedzieć. I dupa nawet nie bolała.

Co było w nim dobre? Ledger, któremu wpycha się Oskara i jego kreacja Jokera, która sprawia, że wszystkim fanbojom twardnieją i wydłużają się siurki, jest rzeczywiście dobry i widać, że Nolan miał pomysł na ta postać. Dobry, ale nie genialny. Magiczna sztuczka z ołówkiem przednia, chyba najlepsza z całego jego arsenału, znakomite wystąpienie w telewizji i żart z mostami. Film trzyma w napięciu, trzeba mu to przyznać. Widz, jest zastraszony jak mieszkaniec Gotham, jest świadkiem i ofiarę festiwalu chaosu, który urządza sobie Joker. Nie wiadomo gdzie uderzy, co zrobi, nie wiadomo, kto z nim pracuje i komu można zaufać, nie wiadomo, co urodzi się w tej jego szalonej głowie. To wyszło świetnie. Źle wyszło natomiast samo zakończenie (jeszcze o nim napiszę poniżej), które jest po prostu wulgarnym cliffhangerem do kolejnej części. Kaman, oczywistą oczywistością jest, że powstanie trzecia części nolanowego cyklu, nie trzeba AŻ tak tego zaznaczać.

„Mroczny Rycerz” miał pokazać Batmana takim, jakim byłby gdyby tylko istniał naprawdę, gdyby nie był jedynie herosem w pelerynie z kart tanich komiksów. Christopher Nolan chciał go maksymalnie zdekomiksować, urealnić, a potem zdekonstruować i pokazać, że to postać na wskroś tragiczna. Chciał zrobić z Batmana Edypa albo Prometeusza, co dla mnie jest pomysłem tyle bezsensownym, co irracjonalnym. Jak mniemam chciał się stać kimś w rodzaju Moore`a kinowych adaptacji komiksowych. I uważam, że poniósł na tym polu porażkę i piszę to siląc się na obiektywizm, a pisząc to z pozycji nieuleczalnego fanboja Mistrza Alana i fanboja „Strażników”, któremu twardniej i wydłuża się na widok Rorscacha, w niezdrowym uniesiony mamrotałbym, że nie jest godzien porównywać się z Bogiem Komiksu. Choć muszę przyznać, że na razie Batman, wśród innych superbohaterów, wypada najbardziej realistycznie, co wcale nie znaczy, że dobrze, bo w nolanowym Batmanie jest bardzo małe stężenie Batmana. Przecież tego Batmana w tym filmie jest tyle, co Denta, Gordona, czy Jokera, którzy odgrywają równie ważne rolę, nie robię za statyczne tło.

Inną sprawą jest problem moralny, problem istoty „superbohaterszczyzny”, którą Nolan podnosi w zakończeniu. Bruce i Gordon muszą wybierać, w jaki sposób wykorzystają śmierć Harvey`a, muszę zdecydować się czy nad prawdę nie przedłożyć ogólnego dobra, czy w imię większego dobra możemy nagiąć trochę prawdę. Ach jak wspaniale i z jaką maestrią ten problem podjął Moore w finale „Strażników” właśnie! Nolanowi wyszło natomiast patetycznie i sztucznie, zdradził się sileniem na tragizm, epatował, zamiast przedstawiać, dał odpowiedz, zamiast postawić pytanie.

I jeszcze jedno – o ile mogę zrozumieć hype i cały ten marketingowy szum za Oceanem, tak nie bardzo rozumiem i nie bardzo mi się podoba, że ta gorączka przyjmuje się również w Polsce, vide tydzień z Batmanem z Motywie Drogi. Jest kupa komiksów, które zasługują na ułamek uwagi, która poświęca się "Mrocznemu Rycerzowi". Mnie Batman jako postać niespecjalnie rusza, tak po prawdzie niewiele jest naprawdę dobrych komiksów z nim w roli głównej, można je policzyć właściwie nie palcach jednej ręki („DKR”, „Year One”, „Killing Joke” i „Year 100”). Co w nim takiego wyjątkowego?