"Mroczny Rycerz" zarobił górę pieniędzy, porównywalną, jeśli nie większą, z tą którą w filmie Joker puszcza z dymem. Tu nie chodzi o pieniądze – mówi – ale o przesłanie. W jego ustach brzmiało ono: wszystko płonie. Na potwierdzenie swojej tezy za pomocą ledwie kilku beczek benzyny i garści dynamitu pogrążył Gotham w chaosie. Nolan wypada blado na jego tle, ale i jemu udała się rzecz niebywała: udowodnił, że można nakręcić inteligentnego blockbustera, a kontynuacja wcale nie musi być słabsza od poprzednika, łamiąc przy tym nie mniej reguł, co Joker.
czwartek, 19 lipca 2012
#1084 - Bat-Czwartki 07: Nietoperz na skraju dojrzewania ("Mroczny Rycerz")
"Mroczny Rycerz" zarobił górę pieniędzy, porównywalną, jeśli nie większą, z tą którą w filmie Joker puszcza z dymem. Tu nie chodzi o pieniądze – mówi – ale o przesłanie. W jego ustach brzmiało ono: wszystko płonie. Na potwierdzenie swojej tezy za pomocą ledwie kilku beczek benzyny i garści dynamitu pogrążył Gotham w chaosie. Nolan wypada blado na jego tle, ale i jemu udała się rzecz niebywała: udowodnił, że można nakręcić inteligentnego blockbustera, a kontynuacja wcale nie musi być słabsza od poprzednika, łamiąc przy tym nie mniej reguł, co Joker.
czwartek, 12 lipca 2012
#1077 - Bat-Czwartki 06 - Viva Fear! ("Batman: Początek")
Na pytanie, jak wyobraża sobie film z Batmanem reżyser odpowiedział, że w roli głównej obsadziłby Clinta Eastwooda, a całość sfilmował w Tokio. Trudno w to uwierzyć, ale studio zaintrygowała propozycja Aranoffsky'ego i zleciła mu przygotowania scenariusza. Reżyser zdawał sobie sprawę, że seria utknęła w martwym punkcie i niebezpiecznie zbliżyła się do poziomu campowego serialu z lat 60, dlatego zdecydował się na realistyczne ujęcie przygód Mrocznego Rycerza. Film miał być luźną adaptacją "Roku pierwszego" Millera. Na tyle luźną, że w filmie Bruce Wayne po śmierci swoich rodziców miał zostać przygarnięty przez mechanika samochodowego Big Ala, zaś jego inspiracją do tego, aby stać się Batmanem miał być sygnet w kształcie nietoperza (ukłon w stronę Fantoma, popularnego bohatera stworzonego przez Lee Falka). Aronofsky widział w Jamesie Gordonie bohatera na miarę Serpico, zaś w Wayne'ie odpowiednik Travisa Bickle'a z "Taksówkarza". Wśród swoich inspiracji wymieniał "Życzenie śmierci" i "Francuskiego łącznika". Reżyser chciał, aby przy jego filmie "Batman" Burtona wydał się kreskówką. Ostatecznie projekt nie został jednak zrealizowany. Aronofsky przyznał w wywiadzie, że film nie miał szans powodzenia: Myślę, że ludzie z Warnera wiedzieli od początku, że coś takiego nie mogłoby powstać. Myślę, że mieli rację, ponieważ wśród fanów Batmana są czterolatkowie, więc gdyby taki film powstał, każdy czterolatek zaciągnąłby swoich rodziców do kina. Film musiałby mieć odpowiednią kategorię wiekową. W pewnym momencie pojawiła się jednak nadzieja, że skoro DC wydaje komiksy skierowanego do odbiorców w różnym wieku, tak samo może postąpić studio w przypadku filmu. Chciałem nakręcić rzecz dla dorosłego widza za małe pieniądze. Można było to zrobić taniej, może na 16 mm. Moglibyśmy wypuścić go po premierze wersji dla młodszych. Jeden dla dorosłych, jeden dla dzieci. Tak czy inaczej, ludzie z Warner Brothers wykazali się odwaga pozwalając nam pracować nad tym projektem (reżyser współpracował z Frankiem Millerem). Projekt Aronofsky'ego był ambitny, ale niemożliwy do zrealizowania. Studio potrzebowało pewnego hitu, a "Year One" nie gwarantował sukcesu kasowego.
sobota, 30 sierpnia 2008
#52 - Batman z krótkimi uszami i bez majtek na spodniach
Ale bądźmy poważni! Szósty „Batman” jest filmem co najwyżej średnim, jeśli nie słabawym (ale nie słabym), który mnie nie porwał.
Dlaczego?
(możliwe spoilery – szczególnie w dwóch przedostatnich akapitach)
Jak na film sensacyjny – za mało w nim akcji, jak na kryminał – razi trywialnością, jak na typową adaptację komiksu – za mało komiksowy, za mało efektowny i za mało mrugnięć w stronę fanów. Jakimkolwiek by nie był, i tak jest za długi, a niektóre sceny można by spokojnie wyciąć (wyprawa Bruce`a do Hong Kongu, scena otwierająca ze Scarecrow`em i naśladowcami Batmana). Irytują liczne dłużyzny, niektóre wątki aż proszą się żeby je rozbudować (relacje w trójkącie Wayne-Dent-Gordon), inne, takie jak scena pościgu, sprawiają, że się rumienię. I jednak zakończenie, jak na niesamowicie dynamiczny film, który przez te dwie godziny trzymał w napięciu, jest zbyt słabe. Spodziewałem się czegoś więcej po ostatecznej konfrontacji Mrocznego z Jokerem. Niemniej film prawie do końca trzyma w napięciu i nawet pomimo tych mankamentów, dało się na nim usiedzieć. I dupa nawet nie bolała.
Co było w nim dobre? Ledger, któremu wpycha się Oskara i jego kreacja Jokera, która sprawia, że wszystkim fanbojom twardnieją i wydłużają się siurki, jest rzeczywiście dobry i widać, że Nolan miał pomysł na ta postać. Dobry, ale nie genialny. Magiczna sztuczka z ołówkiem przednia, chyba najlepsza z całego jego arsenału, znakomite wystąpienie w telewizji i żart z mostami. Film trzyma w napięciu, trzeba mu to przyznać. Widz, jest zastraszony jak mieszkaniec Gotham, jest świadkiem i ofiarę festiwalu chaosu, który urządza sobie Joker. Nie wiadomo gdzie uderzy, co zrobi, nie wiadomo, kto z nim pracuje i komu można zaufać, nie wiadomo, co urodzi się w tej jego szalonej głowie. To wyszło świetnie. Źle wyszło natomiast samo zakończenie (jeszcze o nim napiszę poniżej), które jest po prostu wulgarnym cliffhangerem do kolejnej części. Kaman, oczywistą oczywistością jest, że powstanie trzecia części nolanowego cyklu, nie trzeba AŻ tak tego zaznaczać.
„Mroczny Rycerz” miał pokazać Batmana takim, jakim byłby gdyby tylko istniał naprawdę, gdyby nie był jedynie herosem w pelerynie z kart tanich komiksów. Christopher Nolan chciał go maksymalnie zdekomiksować, urealnić, a potem zdekonstruować i pokazać, że to postać na wskroś tragiczna. Chciał zrobić z Batmana Edypa albo Prometeusza, co dla mnie jest pomysłem tyle bezsensownym, co irracjonalnym. Jak mniemam chciał się stać kimś w rodzaju Moore`a kinowych adaptacji komiksowych. I uważam, że poniósł na tym polu porażkę i piszę to siląc się na obiektywizm, a pisząc to z pozycji nieuleczalnego fanboja Mistrza Alana i fanboja „Strażników”, któremu twardniej i wydłuża się na widok Rorscacha, w niezdrowym uniesiony mamrotałbym, że nie jest godzien porównywać się z Bogiem Komiksu. Choć muszę przyznać, że na razie Batman, wśród innych superbohaterów, wypada najbardziej realistycznie, co wcale nie znaczy, że dobrze, bo w nolanowym Batmanie jest bardzo małe stężenie Batmana. Przecież tego Batmana w tym filmie jest tyle, co Denta, Gordona, czy Jokera, którzy odgrywają równie ważne rolę, nie robię za statyczne tło.
Inną sprawą jest problem moralny, problem istoty „superbohaterszczyzny”, którą Nolan podnosi w zakończeniu. Bruce i Gordon muszą wybierać, w jaki sposób wykorzystają śmierć Harvey`a, muszę zdecydować się czy nad prawdę nie przedłożyć ogólnego dobra, czy w imię większego dobra możemy nagiąć trochę prawdę. Ach jak wspaniale i z jaką maestrią ten problem podjął Moore w finale „Strażników” właśnie! Nolanowi wyszło natomiast patetycznie i sztucznie, zdradził się sileniem na tragizm, epatował, zamiast przedstawiać, dał odpowiedz, zamiast postawić pytanie.
I jeszcze jedno – o ile mogę zrozumieć hype i cały ten marketingowy szum za Oceanem, tak nie bardzo rozumiem i nie bardzo mi się podoba, że ta gorączka przyjmuje się również w Polsce, vide tydzień z Batmanem z Motywie Drogi. Jest kupa komiksów, które zasługują na ułamek uwagi, która poświęca się "Mrocznemu Rycerzowi". Mnie Batman jako postać niespecjalnie rusza, tak po prawdzie niewiele jest naprawdę dobrych komiksów z nim w roli głównej, można je policzyć właściwie nie palcach jednej ręki („DKR”, „Year One”, „Killing Joke” i „Year 100”). Co w nim takiego wyjątkowego?
