Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steve Dillon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steve Dillon. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 marca 2012

#0998 - John Constantine: Hellblazer - Strach i wstręt

Czytając "Strach i wstręt" przenosimy się w czasie o dobrych dwadzieścia lat wstecz. To epoka, w której Warren Ellis jest jeszcze początkującym scenarzystą, dekonstruującym superbohaterów w "Stormwatch" i "DV8", a Garth Ennis kontynuuje swoją przygodę z "Hellblazerem", która będzie dopiero wstępem do jego wielkiej kariery w amerykańskim przemyśle komiksowym.

Ach, to były doprawdy piękne i niewinne czasy! W kresce Steve`a Dillona brakowało jeszcze tego charakterystycznego sznytu, ostatniego pociągnięcia. Łatwo można było go pomylić z tabunem przeciętnych rysowników komiksowych eighties, ale jeśli dobrze się przyjrzeć, widać już tę rękę, która w niedalekiej przyszłości tak doskonale będzie portretować wszystkie odcienie szarości codzienności, że posłużę się dość tanim porównaniem. W kolejnych albumach Dillon będzie czyścił swoją turpistyczną kreskę, dążąc do jak największego minimalizmu. Z jednej strony to z pewnością decyzja podyktowana względami artystycznymi, a z drugiej – sposób na podołanie pracy przy serii on-going, wymagającej wyrabiania się z terminami. Chyba najmocniej po oprawie graficznej widać, jak silnie czas odcisnął piętno na tym albumie. Płaskie kolory, konserwatywna narracja, pozbawiona formalnych udziwnień. Ale z drugiej strony dzięki tej zachowawczości Dillona "Hellblazer" jest dla dzisiejszego czytelnika zjadliwy, jeśli porównać go z niektórymi eksperymentalnymi pozycjami tamtych czasów.

Historia w "Fear and Loathing" zaczyna się dość niewinnie. Constantine (z motylkami w brzuchu) i Kit jadą do Liverpoolu, żeby odwiedzić siostrę Johna i pewien grób. Potem Hellblazerowi stuknie czterdziestka, co oczywiście musi skończyć się tęgą popijawą i równie tęgim kacem. Ale co by to było za życie, gdyby Constantine nie zrobił na szaro jakiegoś niebiańskiego ważniaka - tym razem padło na archanioła Gabriela. Wiadomość jest jasna – nie zadzieraj ze mną i z moimi bliskimi. Wiadomo jednak, że taka sielanka nie może trwać zbyt długo. Jak to zwykle w przypadku Johna Constantine bywa jego przeszłość daje o sobie znać. Odbijając się od niego rykoszetem trafi w jego najbliższych...

"Strach i wstręt" to pierwszy wspólny album "Hellblazera" pisany przez Ennisa i rysowany przez Dillona. Wkrótce, ten duet, wraz z Glennem Fabrym malującym znakomite okładki, stworzą jeden z największych komiksowych przebojów naszych czasów, czyli obrazoburczego "Kaznodzieję". Nawiasem mówiąc, bez jego sukcesu, Constantine nie dostałby drugiej szansy i nie wypłynąłby na fali popularności swojego autora. Porównując te dwa tytuły nie sposób nie dostrzec jak wiele Jesse Custer zawdzięcza Johnowi. To ten sam hołd dla łajdackiej, testosteronowej męskości. To ten sam typ pewnego siebie drania, któremu jesteśmy w stanie wybaczyć wszystko. Kobiety łapią się na jego łobuzerski uśmiech (i to, co potrafi wyczyniać w łóżku), a faceci nie mogą odmówić wstąpienia z nim na jednego, dając się oczarować jego charyzmie, pokręconemu poczuciu humoru i honoru.

Ale opanowany przez Genesis Teksańczyk jest stylizowany na modłę westernowego ostatniego sprawiedliwego. To ten koleś na białym rumaku, który chociaż chleje na umór i posługuje się wulgarnym językiem, zawsze staje w obronie słusznej sprawy, nieważne jak beznadziejna by ona była. Choćby po to, żeby obić mordy "tym złym" dla zasady. Doskonale widać to w tomie "Salvation". Custer ma silny kręgosłup moralny, a tego nie można powiedzieć o Constantinie. Angol z Liverpoolu też chla na umór i posługuje się nie mniej plugawym językiem, ale jest po prostu nieodpowiedzialnym chujkiem. W tym aspekcie bardziej przypomina inną postać z "Preachera". Kiedyś, jak człowiek był młodszy i głupszy, to myślał, że taki Constantine to ma fajne życie. Ale im lepiej go poznaję, głównie za pośrednictwem runu Ennisa, tym bardziej widzę, że to zły człowiek jest po prostu, zasłaniający się maską lekkoducha i cynika. Tak, ma pecha do spraw nadprzyrodzonych i złe rzeczy mu się zwyczajnie przytrafiają, ale sam Constantine zdolny jest do jeszcze gorszych skurwysyństw. Dobitnie o tym świadczy finał "Strachu i wstrętu". To, jak potraktował Kit budzi we mnie najgorszą odrazę. Najgorsze jest to, że John sam w sobie nie jest postacią tragiczną, rozdartą pomiędzy nierozstrzygalnymi dylematami. On ma po prostu "głowę napchaną gównem", jak to zgrabnie ujęła Kit, a Chase topiąc jego zakazaną mordę w kiblu dosadnie pokazał gdzie jest jego miejsce. Zresztą John w kolejnym tomie wyląduje właśnie w rynsztoku, próbując pozbierać się do kupy - tylko po to, żeby w przyszłości znowu coś spieprzyć.

Wiele Garthowi Ennisowi w "Hellblazerze" nie wyszło, to prawda. Usprawiedliwiać może go tylko fakt, że był wtedy młodym scenarzystą, który dopiero wyrabiał sobie swój warsztat, trochę błądził po omacku. Trzeba mu jednak oddać jedno - potrafił naprawdę świetnie poprowadzić Constantine'a, tworząc boleśnie wiarygodny, wzbudzający we mnie skrajne odczucia własny portret jednej z najciekawszych komiksowych postaci.

poniedziałek, 19 lipca 2010

#507 - John Constantine: Hellblazer - Łajdak u piekła bram

"John Constantine: Helblazer" jest najdłużej, nieprzerwanie wydawanym serialem komiksowym pod szyldem Vertigo, imprintu DC Comics prezentującego komiksy przeznaczone dla dojrzałego czytelnika. Jego premierowy zeszyt ukazał się pierwszego stycznia 1988, a tytuł dziś powoli dobija do trzeciej setki (w sierpniu ma ukazać się 268. numer). "Hellblazer", przy którym pracowały takie komiksowe tuzy, jak Garth Ennis, Warren Ellis, Brian Azzarello, Grant Morrison, Neil Gaiman, Peter Milligan czy Paul Jenkins, jest jedną z najważniejszych pozycji w historii amerykańskiego komiksu. W czasach, kiedy historyjki obrazkowe zaczęły opowiadać o czymś innym, niż tylko ubranych w kolorowe trykoty superherosach, antybohater w przybrudzonym prochowcu i papierosem w kąciku ust miał do odegrania ważną rolę.
John Constantine, wymyślony przez Alana Moore'a na potrzeby "Swamp Thinga", to komiksowa matryca antybohaterstwa. Czerpiący z najlepszych noirowych wzorców swoim wyglądem przypomina bohaterów książek Hammeta czy Chandlera – w startym prochowcu, jeśli nie jest pijany, to leczy kaca, ćmiący swoje ulubione "Silk Cuty". To typowy "facet z przeszłością". John jest jednym z najpotężniejszych mistyków na ziemi, ale wcale nie korzysta ze swoich możliwości by strzec ludzkości przed magicznymi zagrożeniami z innych wymiarów. Ma sporo własnych problemów na głowie. Popaprane związki, nierozwiązane problemy, mniejsze i większe grzeszki. Constantine lubi dobrze się zabawić, wypić, wdać w bójkę w barze. To cham, cynik i łajdak, który w swojej arogancji zrobił durnia z samego diabła. W "Łajdaku u piekła bram" rogacz, czy raczej Pierwszy Wśród Upadłych powraca, by się zemścić. Aby dopiąć swego jest gotów rozpętać małe piekło na ziemi, ale John ma nieco inne plany…

Zanim Garth Ennis zmierzył się z szeregiem amerykańskich mitów w "Kaznodziei", szlifował swój warsztat pisząc o pewnym gburowatym Angolu. Przy okazji przemycał, głównie dzięki Kit, wielkiej miłości Constantine'a, nieco wątków dotyczących jego rodzimej Irlandii. Tej ze stolicą w Belfaście. Małym, zapyziałym państewku rozdzieranym kolejnymi zamachami terrorystycznymi, zamieszkami na tle rasowym, której największą atrakcją turystyczną są puby, a towarem eksportowym Guinness. Tam wręcz nie wypada być trzeźwym. Trudno więc się dziwić, że "Hellblazer" (mimo, że dzieje się we właściwie wszystkich większych miastach Wielkiej Brytanii) pełen jest gniewu, złości, pijackiej agresji, rodzinnych tragedii i życiowych rozbitków. Obraz rodzimego kraju (i w ogóle Wysp) kreślony przez Ennisa jest jednym z najciekawszych elementów komiksu. Obok, rzecz jasna, jego tytułowego bohatera.

Fabularnie komiks nie prezentuje się rewelacyjnie. Pióru Ennisa brakuje lekkości, fabuła momentami zgrzyta, ale nie brakuje naprawdę mocnych, świetnie rozpisanych scen. Moment, w którym John zmierza na spotkanie z Diabłem po schodach starej kamienicy naprawdę budzi grozę.

Rysownik Steve Dillon jest etatowym współpracownikiem Gartha Ennisa. Czy pracowali przy "Preacherze", czy "Punisherze", zwykle cały splendor spływał na scenarzystę. O grafiku ledwo, co się wspominało, a jak już to robiono, to bagatelizowano, a nawet krytykowano jego wkład. Rzeczywiście, Dillon do wirtuozów ołówka się nie zalicza, ale jako ilustrator opowieści Ennisa sprawdza się doskonale. Daleko mu do rozbuchanych i kolorowych grafik rodem z najnowszych produkcji Marvela czy DC, ale ze swoim surowym, prostym i na swój sposób realistycznym stylem, doskonale nadaje się do ilustrowania brudnych uliczek Belfastu i zakazanych ryjów typów po nich przemykających.

Na zakończenie warto chyba zastanowić się, jaki będzie dalszy los Constantine'a w naszym kraju. W oficjalnych zapowiedziach Egmontu na ten rok brak jakichkolwiek informacji na ten temat. Z runu Gartha Ennisa polski edytor opuścił album "Bloodlines" (podobnie zresztą, jak zrobił to wydawca amerykański), a całość współpracy Irlandczyka z Constantinem zamyka (nie licząc występu w albumie "Rare Cuts", w towarzystwie prac Delano i Morrisona), "Son of Man". Na chłopski rozum wydawałoby się, że któraś z tych dwóch pozycji powinna ukazać się jako następna, ale nie zdziwiłbym się gdyby na rynku pojawiły na przykład albumy autorstwa Ellisa lub Azzarello (uznawanego za najlepszego z hellblazerowych pisarzy). Niech tylko jakieś się ukażą, bo pojawiły się plotki, że Egmont zamierza zrezygnować z "Hellblazera"...

czwartek, 23 października 2008

#71 - Być jak John Constantine

Na dobrą sprawę nie wiedziałem, czego się spodziewać po „Hellblazerze”. Przyznam, że trochę mnie przerażała ilość materiału do przerobionienia i bajzel panujący w wydaniach zbiorczych. Kolejne tpb były wydawane nie po kolei, nie zbierały wszystkich zeszytów i jakby Egmont tego nie wydawał i tak będzie źle. Ale chyba najbardziej przerażała mnie legenda, którą owiany jest najdłuższy i wciąż publikowany serial pod szyldem Vertigo. „Hellblazer” należy do tytułów, o których ciepło wypowiadały się osoby, których zdanie o komiksie zawsze biorę pod uwagę. I żałuje, że jestem trochę za młody, żeby móc zapoznać się z tą serią w swoim czasie.

Przyznam, że nie dziwię się Kołodziejczakowi, że tak długo zwlekał i wahał się nad wprowadzeniem „Hellblazera” na polski rynek, szczególnie po porażce solidnego przecież „Swamp Thinga”, który jest komiksem z podobnej epoki, utrzymanym w podobnej estetyce. Mamy taki rynek w Polsce, że często porażka pierwszego albumu przekreśla całą serię, a komiks, który nie ma otwarcia godnego „Kaznodziei”, „Żywych trupów” czy „Sandmana”, jest zawsze ryzykowną inwestycją. „Niebezpieczne nałogi” to średnie historia, która nie chwyta za jajca od pierwszej strony i nie budzi wilczego apetytu na kolejne albumy. Nie jestem pewien czy lepiej by się stało gdyby Egmont zaczął od samego początku, od runu Delano, który zniechęcił mnie po dziesięciu bodaj zeszytach, które trzymały raczej średni poziom.

John Constantine, mistyczny detektyw, drań pierwszej klasy, antybohater jak się patrzy, będący okultystycznym wcieleniem Philipa Marlowe`a dowiaduje się, że jest chory na raka, co akurat nie powinno go dziwić, skoro wypala 30 silk cutów dziennie. John nie spodziewał się, że umrze w szpitalu, pokonany przez chorobę, krztusząc się własną krwią. Liczył, że odejdzie w trochę bardziej spektakularny sposób. „Dangerous Habits” to dość płaska opowieść o poszukiwaniu przez Johna ratunku. Garth Ennis się nie zupełnie popisał ze swoim scenariuszem, inwencji starczyło mu tylko na zawiązanie akcji i efektowne rozwiązanie, a „Niebezpieczne nawyki” to dosyć drewniana lektura. Najgorsze w niej jest to, że czytelnik wie, że Constantine przeżyje. Bo musi przeżyć ten pierwszy trade. Ta świadomość odziera komiks z całego dramatyzmu położenia głównego bohatera.

Czy jest coś, co spowoduje, że kupię kolejny, o ile ten się ukaże, tom „Hellblazera”? Jest. To postać głównego bohatera, Johna Constantine`a. Jak byłem jeszcze małym chłopcem, to chciałem być którymś z X-Menów, pamiętam, że chyba Cyclopsem albo Nightcrawlerem. Potem miałem nadzieję, zostać jakimś romantycznym poetą. Teraz, kiedy przybyło mi lat, wiem, że nie zostanę ani poszukiwaczem przygód z aktywem genem x, ani twórcą o czułym sercu. Jeśli los będzie łaskawy, to pewnie będę kimś zwyczajnym, nudnym, ciągle krzątającym się wokół czy to książek, czy to komiksów, ciągle zajętym pracą, przytłoczonym szeregiem obowiązków. I nigdy się nie przyznam przed sobą, że chciałbym być kimś takim, jak Constantine. Kimś, kto jest kompletną antytezą mojej egzystencji. Nieodpowiedzialnym gburem, pieprzonym cynikiem, przeginającym z alkoholem, kobietami i innymi demonami. Mającym czelność, odwagę i arogancję, której mnie brakuje. Idącym na żywioł, który pomimo ogarniającego go strachu, nie boi się brać swoje życie w swoje ręce. Żyjącym ze swoimi demonami, które są w komiksie bardzo dosadnie personifikowanymi zresztą, a nie kryjącym się przed pod niedzielną kołdrą. Ostatnim, prawdziwym facetem z jajami, a nie zakompleksionym, niepalącym polonistą, który widzi tylko zadrukowane strony. Chciałbym być jak Constantine.