Wczoraj minęło równo pięć lat od czasu jak pierwszy raz miałem okazję zobaczyć mojego ówczesnego muzycznego boga Mike'a Pattona. Przyjechał on wtedy ze swoją supergrupą Fantomas (Trevor Dunn, Dave Lombardo, Buzz Osborne) promować trzeci album zespołu, czyli dosyć ciężkie w odbiorze "Delirium Cordia". Po dziś dzień uważam, że był to jeden z najlepszych koncertów jakie w życiu widziałem. Co prawda Fantomas wrócił do Warszawy 2 lata później (Proxima), ale nie był to tak dobry koncert jak ten sprzed pięciu lat. Z czasem moje uwielbienie do Pattona minęło, głównie za sprawą rozmieniania się tego pana na drobne, ale i tak jak widzę newsy odnośnie jego nowych / starych projektów muzycznych to zwracam na nie baczniejszą uwagę. Tak z sentymentu raczej. Po raz trzeci grupa ta miała przyjechać do nas w tym roku, ale planowana trasa została odwołana ze względu na.. niespodziewaną reaktywację Faith No More. To co jeszcze rok, dwa lata temu wydawało się jedynie marzeniem szaleńca, stało się prawdą. Olać dywagacje czy Patton (i spółka) robi to dla kasy, czy przez brak pomysłów na własną muzę - to jest FAITH NO MORE do cholery! Czwarty lipca - Gdynia - Open'er. Jestem tam! (a.)#2 Komiksowa Obamomania jakby minęła, ale co jakiś czas wydawnictwa wyskakują z kolejnymi gościnnymi występami czarnoskórego prezydenta. Tym razem Barack Obama pojawi się w 9 numerze serii "Youngblood" - o czym zresztą informowaliśmy już jakiś czas temu. Jednak w tym tygodniu ukazała się zapowiedź zeszytu, która wzbudziła sporo emocji. Powodem tego jest scena, w której Pan Prezydent - nie czekając na pomoc ze strony superherosów (jak to zwykle bywa) - sam bierze sprawy w swoje ręce. A dokładniej mówiąc, to nie sprawy, a pistolet. Jak przyznaje autor komiksu - Rob Liefeld, z broni tej nie padnie żaden strzał, ale trzeba przyznać, że uzbrojony Obama to dosyć niecodzienny widok. Zresztą jak podkreśla jeszcze kontrowersyjny komiksiarz: "To tylko komiks" i nie ma czym się przejmować. Z podobnego założenia wychodzi zapewne David Hutchison - twórca komiksu "President Evil", który wyjdzie w lipcu nakładem Antarctic Press i traktować będzie o walce Obamy z hordami mózgożernych zombich. Co będzie następne? (a.)
#3 Wolverine od ledwo kilku tygodni pałęta się po kinach całego świata, a już wiadomo, że jedna z postaci występujących u boku Logana doczeka się własnego filmu. Mowa oczywiście o uwielbianym przez spore grono fanów, gadatliwym Deadpool'u. Postać stworzona przez Roba Liefelda pierwszy raz pojawiła się w 1991 roku w 98 numerze serii "New Mutants" i w dość szybkim czasie zdobyła serca czytelników. O samym filmie - poza tym, że będzie - nie wiele wiadomo. W rolę mutanta ponownie wcieli się Ryan Reynolds, a producentem ekranizacji będzie Lauren Shuler Donner. I tyle. (a.)
#4 Scott Morse („The Barefoot Serpent”, „Visitations”) zamieścił na swoim blogu finał „Dawn of The Gearheads”, liczącej 28 stron historii „machniętej”, jak chwali się sam autor, w jeden tydzień roboczy, bez szkicowania, z wydatną pomocą fotoszopa. I co tu dużo gadać - komiks wygląda świetnie. Polecam zapoznać się z tym dziełkiem jak najszybciej, bo Morse zapowiedział, że „Dawn of The Gearheads” powisi na jego blogasku tylko przez kilka dni, aby potem ukazać się w bardzo limitowanym nakładzie 50 egzemplarzy na San Diego Comic Con. Cyfrowa wersja komiksu będzie włączona do bąbielkowego archiwum komiksowego (w skrócie – BAK) i udostępniana tylko nielicznym. (j.)
#5 W 2007 roku za sprawą Kultury Gniewu twórczość Roberta Crumba - legendy andergrandowego komiksu amerykańskiego - trafiła na komiksowe półki wielu polskich fanów tej formy sztuki. Na obecny rok wydawnictwo planuje kolejny album tego artysty, tym razem z przygodami Pana Naturalnego. Natomiast hen hen za wielką wodą Pan Crumb połączył swe siły z firmą Vans, a efektem tej współpracy będą cztery modele butów z grafikami 65 letniego artysty, na których znajdą się podobizny najbardziej znanych postaci stworzonych przez Crumba. Chodzi oczywiście o wspomnianego Pana Naturalnego i Kota Fritza. Crumbowa kolekcja trafi do sklepów w USA 1 października, a ceny poszczególnych modeli wahać się będą od 52 do 95 dolarów. Sprzedał się Crumb czy nie sprzedał? Oto jest pytanie. (a.)#6 Był już Method Man, byli już Public Enemy, najwyższy zatem czas, aby swój komiksowy featuring zaliczył… Eminem. W ramach promocji swojego najnowszego albumu („Relapse”, premiera planowana na 19 maja) Marshall Matters spotkał się z Frankiem Castle, w szorciaku „Punisher/Eminem: Kill You”. Pisze Fred van Lente, rysuje Salvador Larocca, w pozostałych rolach zobaczymy złotoustego Barracudę i pewnego wędkarza, wielkiego fana twórczości Slim Shady`ego. Komiks można kupić wraz z „XXL Magazine” oraz znaleźć na stronie Marvela. I sam już nie wiem, co jest bardziej żenujące – Polacy robiący komiksy o narodowych „herosach” dla IPNu, czy Amerykanie portretujący swoich ulubionych białych raperów i czarnych prezydentów na kartach kolorowych zeszytów. (j.)
#7 W katalogu Fantagraphics w opcji pre-order pojawił się nowy komiks Jasona, znanego w Polsce z „Pssst!”, „Gangu Hemingwaya” i „Skasowałem Adolfa Hitlera”. W szykowanym na czerwiec bieżącego roku „Low Moon” znajdzie się tytułowa historia, pierwotnie publikowana w obrazkowej sekcji „Funny Pages” magazynu „New York Times” w 2008 roku, wzbogacona o cztery inne opowieści („Emily Says Hello”, „&”, „Early Film Noir”, „You Are Here”), pełne charakterystycznych dla swojego autora chwytów i motywów. Nie braknie zatem żonglowania gatunkami, od kryminału, przez romans, aż po science-fiction, zaskakujących twistów i oryginalnych sposobów prowadzenia fabuły. Ja do twórczości norweskiego komiksiarza bardzo długo nie mogłem się przekonać, ale kiedy już połknąłem jasonowy bakcyl z utęsknieniem czekam na kolejną porcją jego prac. Tutaj można obejrzeć obszerny, liczący 12 stron, preview „Low Moon”. (j.)
#8 Daniel Clowes pracuje nad nowym komiksem (przerwa na pisk podnieconego fana twórczości tego pana)! Autor „Ghost World” i „Niczym aksamitnej rękawicy odlanej z żelaza” przyznaje, że jeszcze nie wymyślił nawet tytułu dla swojego powstającego dzieła, pokazał jednak kilka rysunków/szkiców i zdradził nieco z fabuły. Jak mówi sam Clowes będzie to opowieść o człowieku, który po śmierci ojca, jedynej bliskiej mu osoby, próbuje się jakoś pozbierać i „zrekonstruować” to, co utracił. Komiks ma być zbudowany z całostronicowych humorystycznych scen, przypominających niedzielne, cartoonowe stripy, które razem złożą się na większą, tragiczną historię. Niewiele tego, ale brzmi smacznie - w końcu Clowes to Clowes. (j.)
(wracamy po dwutygodniowej przerwie - tym razem z brytyjską modelką Lucy Pinder, której jak widać do gustu bardzo przypadły pazury Logana)


„Komiks W-Wa”
„Pierwsza Wiosna”
„Bi-Bułka i Pierogi Ruskie”
„New Avengers”
„Dark Avengers”
„The Invincible Iron-Man”


Tradycyjnie, w pierwszą sobotę miesiąca, przypada Free Comic Book Day (w wolnym tłumaczeniu – Dzień Darmowego Komiksu). Na pomysł imprezy odbywającej się od 2002 roku wpadł Joe Field, na co dzień pracujący w sklepie z obrazkowym stuffem Flying Colors Comics w Kalifornii. W 2001 roku, w specjalistycznym magazynie „Comics & Games Retailer” wyłożył swój koncept rozdawania całkowicie komiksów za darmo. W swoich założeniach miało to być działanie marketingowo-reklamowe sklepów komiksowych, zachęcające nowych czytelników do sięgnięcia po stojące na ich półkach produkty, lecz bardzo szybko zamieniło się w komiksowe święto. Do tej pory, w ciągu 6 lat, w akcji wzięło udział około 2000 retailerów, w około 30 krajach, którzy rozdali ponad 12 milionów egzemplarzy kolorowych zeszytów. Szacuje się, że w tym roku oddane do rąk czytelników zostaną kolejne dwa miliony. Wszyscy sprzedawcy biorący udział w przedsięwzięciu potwierdzają, że FCBD jest znakomitym sposobem na poprawienie kondycji rynku, bo często zdarza się, że czytelnik, który dostał komiks w sklepie z sąsiedztwa, wróci do niego by kupić kolejny. Na ile jest to zgodne z prawda, a na ile jest to zwyczajny blef w obliczu szalejącej zapaści ekonomicznej i rosnącej konkurencji ze strony sklepów internetowych, które, przynajmniej w teorii, nie biorą udziału w zabawie – trudno powiedzieć.
Z reguły termin amerykańskiego Dnia Darmowego Komiksu przypada na wiosenną premierę kinowej adaptacji komiksu. Wiąże się to z korzyściami dla obu stron, podbija hype i przysparza więcej czasu antenowego w mediach. Ot, taki medialny tie-in. W 2002 roku majowemu rozdawnictwu towarzyszyły pierwsze seanse „Spider-Mana”, w 2003 imprezę wciśnięto między „Hulka” Anga Lee i „X2”, a rok później powrócił Człowieka Pająk w swoim sequelu. W następnych edycjach, w latach 2005 i 2006 obyło się bez premier, rok później filmową obstawę
No dobrze, idea ideą, ale jak Free Comic Book Day prezentuje się w praktyce? Otóż amerykańskie oficyny, zarówno te największe (Marvel, DC), duże (Image, Dark Horse, IDW) i jeszcze mniejsze ochoczo i zgodnie na pierwszą sobotę maja przygotowują specjalne wydania swoich komiksów. I to z reguły nie byle jakich, bo z roku na rok oferowane są coraz ciekawsze i lepsze tytuły. Wydawcy starają przedstawić się próbki swoich flagowych tytułów, wypromować nowe albo zaprezentować jakiś szorciak któregoś z topowych artystów ich stajni. Nie inaczej będzie podczas tegorocznej edycji. DC przygotuje prolog do najbardziej oczekiwanej historii tego lata, czyli „Blackest Night #0” do scenariusza Geoffa Johnsa, z rysunkami Ivana Reissa i Ethana van Scivera. Marvel zaprezentuje pierwsze spotkanie New Avengers i Dark Avengers z Thorem, przygotowane przez B.M. Bendisa i Jimmy`ego Cheunga oraz mini z Wolverinem – „Origin of an X-Man” (scenariusz Fred van Lente, rysunki Gurihiru, okładka Ed McGuinness) przygotowane specjalnie przy okazji filmowej premiery. Wśród innych darmowych edycji warto jeszcze wspomnieć o „Savage Dragon #148” Erika Larsena, próbce „Love and Rockets” braci Hernandez i 80-stronnicowym „Attack Of The Alterna-Zombies!”, w którym Jezus i Abe Lincoln muszą uratować świat przed plagą zombie. Skrypt napisał Stephen Lindsay, ten od “Jesus Hates Zombies”, o którym arcz
Próby przeszczepienia na nasz rodzimy rynek idee komiksowego rozdawnictwa 



I „Aldebaran”, po wydaniu dwóch pierwszych tomów przez wydawnictwo Siedmiogród, podzieliłby los spisanych na strat pozycji, gdyby nie Egmont właśnie. Komiks Luisa Eduarda de Oliveiry, ukrywającego się pod pseudonimem Leo, został wznowiony w jednym, zwarty woluminie, zbierającym komplet pięciu tomów i wydany w ramach nowej kolekcji „Science-Fiction”. W czasach, kiedy komiksy osiągają niebotyczne ceny, czytelników z pewnością musi cieszyć fakt, że komiks oferowany jest w bardzo przystępnej cenie, kosztem zmniejszenia formatu, ze standardowego, europejskiego A4, do trochę większego od amerykańskiego B5. Zapewniam, że ta operacja nie miała wpływu na doznania płynące z lektury.
W 2079 ludzkość opuściła gościnne kąty trzeciej planety od słońca i rozpoczęła poszukiwanie planet, nadających się do zamieszkania. Pierwszą pozaziemską kolonią został Aldebaran 4, znajdujący się w konstelacji Byka. Niedługo po przybyciu pierwszych osadników, wszelka komunikacja z Ziemią zostaje zerwana z niewyjaśnionych przyczyn. Kontaktu nigdy nie uda się powtórnie nawiązać. Mieszkańcy planety, pozbawieni wsparcia zaawansowanych technologii, są zdani tylko na siebie. Po wielu latach od tego wydarzenia, Aldebaran nawiedzają tajemnicze katastrofy pustoszące ludzkie osiedla, których nikt nie umie wytłumaczyć…
Z powyższego opisu jednoznacznie wynika, że „Aldebaran” jest komiksem fantastycznym, który można ulokować gdzieś pomiędzy poważną, hard-sf, a skonwencjonalizowanymi schematami opowieści science-fiction. Leo napisał sprawną i wciągającą opowieść przygodową o parze dwóch nastolatków wplątanych w nie lada aferę. Czytelnik będzie towarzyszył Markowi i Kim we wszystkich ich niesamowitych przejściach, od zagłady ich rodzinnej wioski, przez trudy niebezpiecznej wędrówki do Anatolii, stolicy Aldebaranu, aż do momentu, w którym tajemnica zerwania kontaktu z Ziemią i planety, na której goszczą, zostanie wyjaśniona. Mimo że komiks bazuje na stosunkowo prostych patentach fabularnych, nie pozwala czytelnikowi ani na chwilę oderwać się od opowiadanej historii. Podobnie zresztą jest z oprawą wizualną. Leo nie próbuje olśnić czytelnika wirtuozerią, ucieka się do najprostszych, często wręcz banalnych, metod. Dysponuje klasyczną, realistyczną kreską, która może wydawać się nieco toporna. Świetnie wychodzą mu surowe krajobrazy obcej i egzotycznej planety, a rzadko zdarzają się mu błędy w anatomii twarzy bohaterów.
Jeśli miałbym wskazać jakieś usterki, to zwróciłbym na dialogi, które momentami raziły mnie swoją sztucznością. Niekiedy podczas lektury miałem wrażenie, że pomimo obecności śmiałych scen erotycznych, czytam komiks przeznaczony dla nastolatków. Takie „Przygody Tomka w kosmosie”. Fabule komiksu zdarzają się też naiwne, wręcz infantylne mielizny, które jednak nie mogą zaważyć na ostatecznej, bardzo pozytywnej ocenie komiksu. Napiszę jeszcze raz – cieszę się, że Egmont reaktywował właśnie „Aldebarana” i z niejaką niecierpliwością czekam na kolejny integral Leo - „Betelgezę”, który już został zapowiedziany w ramach kolekcji „Science-fiction”.
I niestety komiks Bernara Yslaire`a mocno mnie rozczarował. „Niebo nad Brukselą” to taki zaangażowany protest-komiks skierowany przeciwko wojnie. Smętny, toporny, naiwny i nieskażony żadną, głębszą refleksją, będący banalnym i dosłownym wcieleniem hasełka „make love, not war”. A zaczyna się całkiem fajnie. Punktem wyjścia historii jest alterglobalistyczna manifestacja w tytułowej Brukseli, tuż przed rozpoczęciem inwazji Stanów Zjednoczonych na Irak w 2003 roku. W tłumie demonstrantów na muzułmankę Fadyję, która zaraz ma dokonać samobójczego zamachu, wpada Żyd (a właściwie Chazar) Jules, który skądś doskonale zna jej plany i próbują ją powstrzymać przez… zmuszenie do odbycia stosunku cielesnego. Gwałci ją. „Make love, not war”.
„Niebo nad Brukselą” pełne jest irytującego i natrętnego autorskiego uniesienia, silenia się na poetyckość i kiepskiej demagogii. Nie łudźcie się, to nie nowoczesna wersja Romea i Julii, tylko łopatologiczna broszurka pacyfistyczna, pełna new-age`owych odwołań. Od „słynnego” bed-in Johna Lennona i Yoko, który wraz z „Imagine” poniekąd patronuje całemu komiksowi, przez wątki platonicznej miłości, wędrówki dusz i przeznaczenia, dzięki któremu dwie połówki tego samego jabłka w końcu się połączą. A kiedy przenosimy się z obozów koncentracyjnych do starożytnego Babilonu poziom żenady sięga zenitu.
Po lekturze „Sambre`a” po Yslairze można było spodziewać się prawdziwej, wizualnej uczty. Niestety, i w tym elemencie „Niebo…” mnie zawiodło. O ile jeszcze autorowi całkiem sprawnie wychodzi wykorzystywanie fotografii w swojej pracy, o tyle grafiki wykonane tradycyjnymi metodami stoją na co najwyżej średnim poziomie. Yslaire nie zachwyca, a co więcej zdarzają mu się kiksy, które nie przystoją rysownikowi tej klasy. Cały album sprawa wrażenie robionego na szybko.
W komiksach o super-bohaterach dominują opowieści o początkach. Kolejni scenarzyści wzbogacają genezy ubranych w kolorowe trykoty nadludzi o szczegóły, które stają się potem punktem wyjścia dla ich kolejnych przygód. W ten sposób konserwują się tryby wielkiego przemysłu obrazkowego za Oceanem.
Silver Surfer nie jest bohaterem w Polsce szczególnie rozpoznawalnym. W roli głównej wystąpił zaledwie w dwóch komiksach – w „Misji Heroldów” oraz w „Przypowieści”, powstałej w wyniku współpracy gigantów amerykańskiego (Stana Lee) i europejskiego (Moebiusa) komiksu. Również na rynku amerykańskim bohater wymyślony przez wspomnianego Stana Lee i Jacka Kirby`ego nie odgrywa dużej roli, dość powiedzieć, że w chwili obecnej nie ma nawet własnego tytułu, w którym mógłby regularnie występować. A szkoda, bo to postać nader ciekawa, której potencjał pozostaje wciąż niewykorzystany przez scenarzystów. Silver Surfer, zanim stał się kosmicznym herosem, przemierzającym galaktyki i niosącym pomoc potrzebującym, był podwładnym Galactusa. Jako zwiastun Anty-Boga, który zamiast dawać, odbierał życie, odnajdywał i wybierał kolejne ciała niebieskie przeznaczone na „posiłek” dla swego pana. Ratując swoją rodzinną planetę przed zagładą z jego rąk, poświęcił swoje życie na służbę Galactusowi, przekonany, że będzie odnajdywał tylko takie światy, na których nie będzie inteligentnego życia. Nie wiedział jednak, że jego umowa przewiduje pozbawienie go tożsamości, woli i pamięci, przez co stanie się bezwolnym wykonawcą woli swego suwerena.
Na kartach „Requiem” bohatera ze srebrną deską poznajemy w momencie, kiedy kosmiczna moc, jaką obdarzył go Galactus, zaczyna się wyczerpywać, a on sam powoli umiera. Niestety, odwrócenie tego procesu jest niemożliwe. Surfer ze spokojem przyjmuje wyrok i ostatnie tygodnie spędza ze swoimi bliskimi z Ziemi (Fantastyczną Czwórką, Spider-Manem, Dr. Strangem) i Zenn-La (ukochaną Shalla-Ball). Dokonuje ostatnich heroicznych czynów, przywracając pokój dwóm, zwaśnionym cywilizacjom i wraca na rodzinną planetę, by dokonać swego żywota.


