Alan Grant zajmuje specjalne miejsce w sercach polskich miłośników komiksu. Na jego wersji "Batmana", która ukazywała się nakładem TM-Semic wychowało się współczesne pokolenie czytelników literatury obrazkowej. Jego "Lobo", którego tworzył razem z Keithem Giffenem i Simonem Bisley`em wciąż cieszy się kultowym statusem. Jego "Sąd nad Gotham" z wielu względów pozostaje jednym z najważniejszych komiksów lat dziewięćdziesiątych. A prywatnie Alan jest świetnym facetem. Niesamowicie skromnym, ciągle uśmiechniętym i bardzo życzliwym. Mogłem przekonać się o tym osobiście wraz z Jankiem Sławińskim, kiedy na MFKiG przeprowadzaliśmy z nim wywiad. Obaj strasznie żałujemy, że nie mogliśmy pogadać nieco dłużej.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alan Grant. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alan Grant. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 15 października 2015
wtorek, 25 sierpnia 2015
#1939 - Legendy Mrocznego Rycerza. Tim Sale
Tim Sale wielkim artystą komiksowym jest. Polski czytelnik miał szansę zapoznać się z lwią częścią jego najważniejszych i najciekawszych prac. Wraz z albumem "Legendy Mrocznego Rycerza: Tim Sale", który właśnie ukazał się nakladem wydawnictwa Mucha Comics będziemy mieli okazję zapoznać się z nieco mniej znanymi, krótszymi i wczesnymi komiksami tego autora.
Etykiety:
Alan Grant,
Ameryka,
Batman,
Darwyn Cooke,
DC Comics,
James Robinson,
Kelley Puckett,
lokalne,
mainstream,
Mucha Comics,
recenzja,
super-hero,
Tim Sale
środa, 5 listopada 2014
#1775 - Raport z Łodzi (1)
Jak co roku na Kolorowych nie pojawi się pełnowartościowa relacja z Międzynarodowego Festiwalu Komiksu (i Gier) w Łodzi. Jestem zdania, że w pojedynkę niemożliwe jest napisanie rzetelnej relacji z imprezy, która w ostatnich latach rozrosła się do naprawdę monstrualnych rozmiarów (choć na Polterze podjętą bardzo ambitną próbę). Z drugiej strony źle stałoby się gdyby największe komiksowe święto w naszym kraju przeszło u nas bez żadnego echa…
czwartek, 25 lutego 2010
#383 - Sentymentalnie o TM-Semicu, cz. 3 (ostatnia)
Mój mały przegląd TM-Semica dobiega końca. Była już kwintesencja amerykańskiego komiksu, czyli zeszyty. Był również odpowiednik najczęściej sprowadzanych dzisiaj oryginałów (trejdów) pod postacią kwartalnika Mega Marvel. Dzisiaj natomiast czas na małe "przekłamanie" z mojej strony, ponieważ na końcu mojej "podróży sentymentalnej" nie opiszę najlepszego komiksu, lecz nazwijmy to wydarzenie wydawnicze, które trochę (?) na wyrost porównam do ekskluzywnych wydań w stylu Absolute Edition i innego rodzaju "haceków". O jakim komiksie mowa? A o Wydaniu Specjalnym, które w 1993 roku było dla mnie z wielu powodów szokującą nowością, czyli "Batman/Judge Dredd: Sąd nad Gotham".
Nie da się ukryć, że są Wydania Specjalne, które pod względem "komiksowym" zapadły mi głębiej w pamięć, i wymieniłbym tu "Lobo: Ostatni Czarnian" i "Lobo powraca". Jednak to właśnie "Sąd nad Gotham" był dla mnie prawdziwą rewolucją, ukazującą zupełnie nowe oblicze komiksu.

Zacznijmy od rzeczy już wspomnianej - choć najbardziej banalnej - czyli jakości wydania. W 93 roku ten komiks to był "absolute" na miarę odradzającej się Polski. Tekturowa, lakierowana okładka, a w środku gruby, kredowy papier z naprawdę porządnym drukiem, który nie rozmazał się przez siedemnaście lat. Dodajmy do tego cenę, która w stosunku do jakości była śmiesznie niska (29.900 zł podczas gdy zwyczajny zeszyt TM-Semica kosztował wtedy 19.900 zł). Wszystko razem wzięte dawało wtedy wzorcowy przykład jak powinien - pod względem edytorskim - wyglądać komiks. Marcin Rustecki ustawił tym komiksem poprzeczkę tak wysoko, że samemu już nigdy jej nie przeskoczył.
Podobny problem z wywindowanym poziomem miał scenariusz Alana Granta i Johna Wagnera. Ich wcześniejsze prace dawały nadzieję, że historia "Sądu nad Gotham" będzie naprawdę ciekawą lekturą, jednak zamiast porywającej opowieści dostaliśmy przeciętną fabułę. Na szczęście jest w tym wszystkim jedno "ale". Ponieważ choć opowieść spotkania Batmana z Judge Dreddem nie jest zbyt interesująca, to na pewno jej tło jest ciekawe i momentami zaskakujące. Gotham i Mega-City I, choć oddalone w czasie i przestrzeni, są w tym komiksie bardzo podobne do siebie, a to znaczy, że wszystkie kadry przepełnione są mrocznym, czasem wręcz perwersyjnym, a do tego technologicznym klimatem. To ten rodzaj świata, o którym z przyjemnością się czyta, ale nie chciałoby się w nim żyć. Cała fabuła jest podporządkowana tej atmosferze, dlatego czasem może dziwić, a nawet zaskakiwać, rozwój wydarzeń. Lecz nawet jeśli fabuła momentami jest - prosto rzecz ujmując - głupkowata, to nie można Grantowi i Wagnerowi odmówić konsekwencji w jej kreowaniu, co na pewno łagodzi jej odbiór i uświadamia, że należy ten komiks czytać z przymrużeniem oka. Dodajmy do tego naprawdę udany zestaw postaci tak ze strony uniwersum Batmana, jak i Judge Dredda, a przy odrobinie dobrej woli wciągniemy się, jeśli nie w fabułę, to na pewno w wykreowany świat.
Nie sposób jednak pisać o świecie "Sądu nad Gotham", nie zachwycając się jego wizualną stroną, którą zawdzięczamy Simonowi Bisleyowi. Jego kreska była dla mnie zupełną nowością siedemnaście lat temu. Kadry tego komiksu są doskonałym połączeniem dynamizmu i przerysowania z odrobiną hiperszczegółowości. Dość powiedzieć, że momentami ciężko nazwać te grafiki rysunkami, gdyż na usta pcha się słowo "obrazy". Lecz pisząc o Bisleyu w tym komiksie, trzeba wrócić do punktu wyjścia zachwytów nad "Sądem nad Gotham", czyli jakości wydania. Choć Bisleya uważam do dnia dzisiejszego za komiksowego geniusza, to muszę być szczery, że na wrażenie, jakie wywarł na mnie za tym "pierwszym razem", znaczący wpływ miały żywe kolory i świetny papier tego Wydania Specjalnego, które dodały niesamowitej głębi jego pracom. Ciekaw jestem jaka byłaby moja pierwsza reakcja na jego prace, gdyby zadebiutował albumem "Lobo: Ostatni Czarnian", lub innym komiksem wydanym już w "smutnym" standardzie TM-Semica?

"Batman/Judge Dredd: Sąd nad Gotham" nie jest wybitnym komiksem. Nieprzeciętne rysunki i przeciętny scenariusz tworzą raczej czytelniczą ciekawostkę, aniżeli komiksowego klasyka. Warto jednak pamiętać o tym Wydaniu Specjalnym, by czasem podumać czy gdyby ten komiks odniósł komercyjny sukces, to mielibyśmy szanse na więcej takich edytorskich perełek od Tm-Semic....
Nie da się ukryć, że są Wydania Specjalne, które pod względem "komiksowym" zapadły mi głębiej w pamięć, i wymieniłbym tu "Lobo: Ostatni Czarnian" i "Lobo powraca". Jednak to właśnie "Sąd nad Gotham" był dla mnie prawdziwą rewolucją, ukazującą zupełnie nowe oblicze komiksu.
Zacznijmy od rzeczy już wspomnianej - choć najbardziej banalnej - czyli jakości wydania. W 93 roku ten komiks to był "absolute" na miarę odradzającej się Polski. Tekturowa, lakierowana okładka, a w środku gruby, kredowy papier z naprawdę porządnym drukiem, który nie rozmazał się przez siedemnaście lat. Dodajmy do tego cenę, która w stosunku do jakości była śmiesznie niska (29.900 zł podczas gdy zwyczajny zeszyt TM-Semica kosztował wtedy 19.900 zł). Wszystko razem wzięte dawało wtedy wzorcowy przykład jak powinien - pod względem edytorskim - wyglądać komiks. Marcin Rustecki ustawił tym komiksem poprzeczkę tak wysoko, że samemu już nigdy jej nie przeskoczył.
Podobny problem z wywindowanym poziomem miał scenariusz Alana Granta i Johna Wagnera. Ich wcześniejsze prace dawały nadzieję, że historia "Sądu nad Gotham" będzie naprawdę ciekawą lekturą, jednak zamiast porywającej opowieści dostaliśmy przeciętną fabułę. Na szczęście jest w tym wszystkim jedno "ale". Ponieważ choć opowieść spotkania Batmana z Judge Dreddem nie jest zbyt interesująca, to na pewno jej tło jest ciekawe i momentami zaskakujące. Gotham i Mega-City I, choć oddalone w czasie i przestrzeni, są w tym komiksie bardzo podobne do siebie, a to znaczy, że wszystkie kadry przepełnione są mrocznym, czasem wręcz perwersyjnym, a do tego technologicznym klimatem. To ten rodzaj świata, o którym z przyjemnością się czyta, ale nie chciałoby się w nim żyć. Cała fabuła jest podporządkowana tej atmosferze, dlatego czasem może dziwić, a nawet zaskakiwać, rozwój wydarzeń. Lecz nawet jeśli fabuła momentami jest - prosto rzecz ujmując - głupkowata, to nie można Grantowi i Wagnerowi odmówić konsekwencji w jej kreowaniu, co na pewno łagodzi jej odbiór i uświadamia, że należy ten komiks czytać z przymrużeniem oka. Dodajmy do tego naprawdę udany zestaw postaci tak ze strony uniwersum Batmana, jak i Judge Dredda, a przy odrobinie dobrej woli wciągniemy się, jeśli nie w fabułę, to na pewno w wykreowany świat.
Nie sposób jednak pisać o świecie "Sądu nad Gotham", nie zachwycając się jego wizualną stroną, którą zawdzięczamy Simonowi Bisleyowi. Jego kreska była dla mnie zupełną nowością siedemnaście lat temu. Kadry tego komiksu są doskonałym połączeniem dynamizmu i przerysowania z odrobiną hiperszczegółowości. Dość powiedzieć, że momentami ciężko nazwać te grafiki rysunkami, gdyż na usta pcha się słowo "obrazy". Lecz pisząc o Bisleyu w tym komiksie, trzeba wrócić do punktu wyjścia zachwytów nad "Sądem nad Gotham", czyli jakości wydania. Choć Bisleya uważam do dnia dzisiejszego za komiksowego geniusza, to muszę być szczery, że na wrażenie, jakie wywarł na mnie za tym "pierwszym razem", znaczący wpływ miały żywe kolory i świetny papier tego Wydania Specjalnego, które dodały niesamowitej głębi jego pracom. Ciekaw jestem jaka byłaby moja pierwsza reakcja na jego prace, gdyby zadebiutował albumem "Lobo: Ostatni Czarnian", lub innym komiksem wydanym już w "smutnym" standardzie TM-Semica?
"Batman/Judge Dredd: Sąd nad Gotham" nie jest wybitnym komiksem. Nieprzeciętne rysunki i przeciętny scenariusz tworzą raczej czytelniczą ciekawostkę, aniżeli komiksowego klasyka. Warto jednak pamiętać o tym Wydaniu Specjalnym, by czasem podumać czy gdyby ten komiks odniósł komercyjny sukces, to mielibyśmy szanse na więcej takich edytorskich perełek od Tm-Semic....
czwartek, 11 lutego 2010
#370 - Sentymentalnie o TM-Semicu, cz. 1
Ostatnio odwiedził mnie Kuba. A ponieważ była to jego pierwsza wizyta w moich skromnych progach, chciał zobaczyć to, co jeden komiksiarz chce zobaczyć u innego komiksiarza. Półkę z komiksami. I muszę szczerze napisać, że zawód na Jego twarzy był tak przejmujący, że i mi się on udzielił. Skutek tego był taki, że po raz pierwszy od dawna przejrzałem gruntownie swoją "kolekcję" komiksów i mając w rękach tych kilka starych, "doświadczonych" TM-Semiców, które mi się uchowały, przypomniałem sobie, że kiedyś nie miałem gdzie tego trzymać. A jednak pozbyłem się większości tych komiksów i to wcale nie z powodu, że "byłem na to za stary". Po prostu tamte historie przestały mnie bawić. Ale co z tymi wyjątkami, które uchowały się u mnie do dnia dzisiejszego zapytacie? No właśnie. Przeglądając je teraz, byłem pod wrażeniem, że te kilkanaście lat temu robiąc porządki w mojej szafie, zostawiłem sobie (nie zawsze świadomie) te komiksy, które dzisiaj moim zdaniem są najlepsze z czasów monopolu Marcina Rusteckiego.
Tak więc, po tym przydługawym wstępie, zapraszam na subiektywny TOP komiksów TM-Semica....
Na pierwszy ogień wybrałem kwintesencje tamtych komiksowych lat, czyli zeszyty. A konkretniej te z Batmanem w roli głównej, moim ulubionym "trykociarzu". Nie zaprzeczę, że na fakt posiadania części tych komiksów w swojej kolekcji, ma wpływ fakt, że są one w stanie "agonalnym". Ale w tym przypadku cieszę się, że papier jest tak delikatny. Gdyby nie to zapewne nie miałbym tych zeszytów, które należą do mojego kanonu historii o Batmanie.
Zabójczy Żart (Batman 1/91)scenariusz: Allan Moore
rysunek: Brian Bolland
Jak można pisząc o Batmanie wydanym w Polsce nie wspomnieć o "Zabójczym Żarcie"? I choć zaczynać od tego komiksu jest strasznym banałem, to pozwolę sobie na to tylko z powodu, że na jego okładce widnieje "Nr 1/91", tak więc chronologia mnie ratuje. Zazwyczaj mówi się o tym komiksie w kontekście scenariusza, który ustalił pewien standard postrzegania Jokera. Jednak dla mnie bardziej "zapadające" w pamięć okazały się rysunki, które są integralną częścią mojego wyobrażenie tej postaci. Smukła, wysportowana sylwetka z żółtym znakiem na piersi oraz długą, "masywną" peleryną to elementy, które do dnia dzisiejszego kojarzą mi się z "Zabójczym Żartem". Dość powiedzieć, że ostatni kadr z szóstej strony polskiego wydania do dnia dzisiejszego uważam za jeden z najlepszych rysunków Batmana. No i nie sposób nie wspomnieć o "staromodnym" Batmobilu, który w dobie wozów bojowych Nolana, urzeka swoją bezpretensjonalnością. A scenariusz? Zachwyca narracja, która małymi kroczkami nakręca spiralę szaleństwa mieszając przeszłość z teraźniejszością. No i nie sposób nie wspomnieć o specyficznym "związku", który istnieje między Batmanem i Jokerem. Relacji, która była i jest omawiana przez wielu autorów, a którą Moore tak sprawnie zawarł w klamrze kompozycyjnej "Było raz dwóch szaleńców w domu wariatów...". Do dnia dzisiejszego zadziwia mnie, że właśnie ta historia została wybrana na "debiut" Batmana w TM-Semicu. Nazwisko Moore'a nie było wtedy tak znane jak dziś, a historia choć naprawdę rewelacyjna nie jest kwintesencją przygód Batmana. Zaskakujący wybór, ale bardzo pozytywny.
Anarch w Gotham (Batman 4/91)scenariusz: Alan Grant
rysunek: Norm Breyfogle, Steve Mitchell
Batman z "Zabójczego Żartu" zbudował fundament mojej wizji tego bohatera, ale to Norm Breyfogle jest moim zdaniem dla Batmana tym, czym Jerzy Wróblewski dla kapitana Żbika. To właśnie on pokazał mi nie Bruce'a Wayne'a przebranego w kostium, lecz Batmana, który nad ranem musiał się "przebierać". Ciężko tak naprawdę napisać coś o samym "Anarchu w Gotham" nie wspominając o innych zeszytach duetu Grant/Breyfogle, które traktują o gangach motocyklowych czy bezdusznym kapitalizmie. Te historie są świetną ilustracją czym zajmuje się Batman między złamanym kręgosłupem a kolejnym "ratowaniem świata" z resztą "trykociarzy" z DC. Alan Grant fantastycznie opisuje "przeciętne" - na miarę komiksowych realiów oczywiście - problemy i wplata w nie Batmana. Dodajmy do tego rysunki Breyfogle'a, który opowiada dynamicznie i mrocznie, a otrzymujemy komiksy do których powrót jest prawdziwą przyjemnością. Proste historie, które jak mało co przetrwały próbę czasu.
Idiota (Batman 7/93,8/93)senariusz: Peter Milligan
rysunek: Norm Breyfogle, Jim Aparo
Przyznam się, że dopiero teraz przeglądając ten komiks zorientowałem się, że napisał go Peter Milligan. Nie zmieniło to co prawda mojego podejścia do samego komiksu, ale wyjaśniło mi jego abstrakcyjność. Właśnie ten świat absurdu zafascynował mnie już podczas pierwszej lektury. "Korzeń idioty", "strefa idioty" - ta opowieść jest w zabawny sposób monotematyczna, i właśnie to sprawia, że komiks ten czyta się tak dobrze. Człowiek czuje się "jak idiota", że czyta taką abstrakcje i o to w tej historii chodzi. Całość na dodatek jest narysowana ponownie przez Breyfogle'a i komiksową legendę - Jima Aparo. I choć jego rysunki nigdy mnie nie urzekły to zwyczajnie należy znać jego kreskę. "Idiota" w 1993 roku był dla mnie czymś nowym. Nie była to "kolejna" historia o Batmanie skaczącym z dachów, lecz przemyślana koncepcja świata, w której postaci grały drugoplanowe role.
Etykiety:
Alan Grant,
Alan Moore,
Ameryka,
Batman,
Brian Bolland,
DC Comics,
Jim Aparo,
lokalne,
Norm Breyfogle,
Peter Milligan,
super-hero,
TM-Semic
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


