czwartek, 11 marca 2010

#397 - "Co złego jest w cyckach?" wywiad z Joanną Karpowicz

Powoli zbliżamy się do końca pierwszego, nieoficjalnego kobiecego tygodnia na Kolorowych Zeszytach. Po garści recenzji zapraszamy na wywiad z Joanną Karpowicz, krakowską artystką komiksową, która na scenie zadebiutowała w 2003 roku albumem "Szminka" do scenariusza Jerzego Szyłaka. O pracy nad tym komiksem, francuskich koneksjach, rumuńskich znajomościach i hiszpańskich fascynacjach opowiada w poniższym wywiadzie...

Zacznijmy od standardowego zestawu pytań. Potrafię sobie jeszcze wyobrazić małych chłopców zafascynowanych przygodami super-herosów czy małp w harcerskich mundurach, ale myśl o dziewczynie zafascynowanej błahymi historyjkami obrazkowymi przychodzi mi o wiele trudniej. Skąd w Twoim życiu wziął się komiks? Powiedz, w jakich kolorowych zeszytach się zakochałaś i kiedy to było?

Joanna Karpowicz: Hej, za określenie "błahe historyjki obrazkowe" w mojej dzielnicy należą się klapsy (śmiech). Mali chłopcy, małe dziewczynki – mała różnica. Dopiero później zaczynają się podziały. Kiedy wpadł mi w ręce pierwszy komiks (a było to pirackie wydanie "Fistaszków") ważne było tylko to, kto jest następny do czytania. A kolejka zawsze była spora i koedukacyjna. Baranowskiego (wszystko) pożyczałam podczas wakacji z biblioteki miejskiej w Szczebrzeszynie, podobnie jak małpiastą serię Chmielewskiego. "Szninkiel" miał smak zakazanego owocu. "Thorgale", "Funky Koval", historie według Ericha von Danikena budziły mój bezkrytyczny podziw – tyle pracy, tyle pracy, jak oni to robią? No i była też narastająca świadomość faktu, że gdzieś tam w świecie jest tego więcej. Uwaga, teraz będzie kombatancka anegdota. Do dziś pamiętam: brat mojego ojca, mieszkający we Francji odwiedził nas swoim szpanerskim kempingowym autkiem, wyciągnął na stół butelkę coli, polał skąpo mnie i kuzynce, podkładając pod szklaneczki serwetki ilustrowane sylwetką chudego kowboja na chudej szkapie. Postać była nam obca. "Jak to, nie wiecie kto to Liki Liuk?" – wuj był bardzo zdziwiony. Wspomnienie bąbelków i Lucky Luke'a zlało się w jedno – ale tamten moment zainicjował moje poszukiwania komiksu na szerszą skalę. Z racji tego, że jestem w wieku odbiornika video należy też zaznaczyć, że fascynacja komiksem łączyła się z fascynacją kolorowym drukiem ogólnie.

Jesteś absolwentką krakowskiej ASP, dyplom obroniłaś zresztą z wyróżnieniem. Pamiętam, jak w rozmowie z Rafałem Szłapą, innym absolwentem tej szacownej uczelni, zostałem zasypany komplementami wobec Jerzego Skarżyńskiego, który pomógł w komiksowej karierze Rafałowi. Czy zajmowałaś się komiksem podczas studiów, a jeśli tak, to jak było to przyjmowane przez profesorów?

JK: Profesor Skarżyński to był świetny, wyjątkowy gość. Niestety, w przeciwieństwie do Rafała nie miałam okazji bliżej go poznać, ale z relacji zaufanych świadków wiem, że ta legenda jest prawdziwa. Krakowska ASP to uczelnia z tradycjami które urosły do takich rozmiarów, że niektórym przesłaniają horyzont. Na drugim roku z powodu komiksu groziło mi zawalenie rysunku – kluczowego przedmiotu dla każdego studenta Akademii. Okazało się, że sterty komiksowych rysunków nie wystarczają do zaliczenia semestru. Cóż począć, zrehabilitowałam się za pomocą serii aktów beznogiego modela i nie objawiałam się bardziej z moimi preferencjami. Teraz jest inaczej – komiks wyszedł na powierzchnię i jest tolerowany. Nie mogę jednak powiedzieć, żeby komiks zyskał jakoś w oczach wykładowców – po prostu widzą, że nie mają wyjścia.

Czy malarce z zawodu artystyczny warsztat przydaje się w pracy komiksowej (bo, że przydaje się w malarstwie to nie mam raczej wątpliwości). Czy w Twoim przypadku da się rozróżnić te dwie sfery – artystyczną i komiksową. I czy w ogóle taka operacja jest możliwa i sensowna?

W malarstwie ważne są emocje, historia jest na dalszym planie. W komiksie trzeba opowiadać – oprócz estetyki liczy się czytelność. I to jest główna różnica. Dla mnie trudność polega na tym, żeby zachować w komiksie malarską swobodę. Ale w praktyce rzeczywiście – malarstwo i komiks to dwie różne historie.

Jak rozumiem w swojej pracy większy nacisk kładziesz nie na estetykę, tylko na historię?

Powinna być równowaga. Dotychczas miałam z tym problem – teraz się bardziej staram i wierzę, że to wpłynie na korzyść następnych projektów.

Przyznam, że nazwisko Karpowicz zacząłem kojarzyć dopiero po lekturze "Szminki" ze scenariuszem Jerzego Szyłaka. Wbrew nieprzychylnym ocenom niektórych, uważam, że to świetny komiks jest. Powiedz, czy Tobie, jako kobiecie, trudno było pracować nad tak brutalnym, wstrętnym i odpychającym komiksem, z mocnymi akcentami erotycznymi? Jak pracowało Ci się z Szyłakiem? Dlaczego zrezygnowałaś z narysowania dwóch kolejnych części planowanej trylogii? Nie miałaś zwyczajnie czasu, chciałaś zająć się innymi projektami?

Dziękuję. Praca nad "Szminką" była dla mnie z różnych względów trudna. Fabuła była tu jednym z mniejszych problemów. Jerzy Szyłak to sympatyczny człowiek, bardzo zaangażowany w swoją pasję. W naszej współpracy był prawdziwym dżentelmenem – zdając sobie sprawę z tego, jak hardkorowy jest ten scenariusz, nie narzucał mi niczego, żadnych gotowych rozwiązań. Delikatnie sugerował jaki ma punkt widzenia, ale nie była to klarowna wizja, raczej pewne wyobrażenie o bohaterze, o jego charakterze, losie. To było w pewien sposób ulgą, ale także utrudnieniem – bo trzeba mieć dużo doświadczenia i umiejętności by opowiadać historię obrazkami (zwłaszcza taką, jak napisał Szyłak). Nie mogę powiedzieć, żebym to doświadczenie wtedy miała. Cały czas się tego uczę. Z rysowania pozostałych części trylogii zrezygnowałam z przyczyn osobistych. To był dla mnie trudny czas. Musiałam się zająć innymi rzeczami.

Opublikowałaś swoje prace w dwóch ciekawych i zupełnie od siebie różnych antologiach. "Kompot" był polsko-izraelskim rozliczeniem ze stereotypami, w dość wysokim (niekoniecznie udanym) tonie. Natomiast "Staruorzzz - stare klisze" to kompletnie niepoważny, komiksowy fristajl na temat kultowych "Gwiezdnych Wojen". Jedna Joanna Karpowicz – dwa komiksowe oblicza?

To prawda, "Kompot" i "Staruorzzz" to dwie różne rzeczy. Pasuje mi takie eklektyczne podejście, to mnie bawi. Nie dlatego, że nie chcę się zamykać w jednej konwencji, po prostu – lubię różnorodność.

"Staruorzzzz" - wymyśliłam sobie ten zeszycik, bo "Gwiezdne wojny" to moja miłość z dzieciństwa. I okazało się, że nie tylko moja – bo w projekcie udzielili się (nie oczekując niczego w zamian) cudowni komiksiarze, ludzie których pomysły i pracowitość podziwiam i na bieżąco obserwuję. Zeszyt jest w połowie rumuński, w połowie polski. Współpracę z rysownikami z Rumunii koordynował Cris Loghin, który zresztą całość zaprojektował i opracował graficznie. Na wydanie tego czegoś fundusze znalazłam samodzielnie. Dystrybucja odbyła się przypadkowo i niekomercyjnie, nie pokryła wydatków, ale od początku nie o to chodziło. Chodziło o zabawę.

A "Kompot"? Hmmm. Z perspektywy czasu mam wrażenie, że efekt końcowy nie w pełni oddaje to, co działo się podczas trwania całego projektu. Mam na myśli interakcję pomiędzy ludźmi biorącymi udział w warsztatach, które zaczęły się w Łodzi, potem przeniosły do Warszawy, a skończyły w Izraelu. Były iskry i konfrontacja. Złośliwości i delikatne obchodzenie się na palcach, unikanie konfliktów i wywoływanie ich. Dużo śmiechu i trochę wzruszeń. Po tym wszystkim została we mnie świadomość tego, że relacje jednostek mogą zmieniać wiele, ale nie wszystko. Trzeba umieć się dogadać, porozumieć jako zbiorowość. Myśmy tego w tym projekcie nie potrafili zrobić – nawet w skali 5 na 5 (pięcioro uczestników w każdej grupie). I łatwiej było samotnie, niż w grupie. Dlatego "Kompot" to antologia bez wspólnego mianownika. Każdy uciekał w swoją stronę. I tylko jeden Zeevie Engelmayer – najstarszy uczestnik warsztatów, podjął próbę spojenia tego chaosu swoim absurdalnym, przedziwnym poczuciem humoru. Spotkanie tych ludzi było dla mnie ważną lekcją, jestem więc wdzięczna organizatorom za zaproszenie mnie do tego projektu.

Album "Jutro będzie futro", w pełni Twojego autorstwa, miał być pierwszym tomem trylogii. Czy kiedykolwiek doczekamy się jego kontynuacji? I czy w obecnej chwili pracujesz nad jakimś pełnometrażowym projektem?

Tytuł albumu okazał się proroczy, bo oznaczał, że jutro może nie być nic i w rzeczy samej – powrót bohaterów z tej historii jest wątpliwy. Chyba, że ktoś zechce narysować dalszy ciąg. Pierwsze szkice do tego komiksu powstały na początku studiów – całość została wydana dużo później niż namalowana. Teraz już tego po prostu nie czuję. Wyrosłam z tej historii.

Praca nad pełnometrażowym projektem w moim przypadku oznacza pracę po godzinach. Jak wiele innych osób mam zajęcie, które mało ma wspólnego z komiksem – więcej z walką o ogień. Więc od dłuższego czasu rysuję / maluję, kiedy mogę. Cieszę się, że kończy się zima, bo będzie więcej naturalnego światła. W tej chwili pracuję nad "Paluszkami" - scenariusz tej historii napisałam wspólnie z Crisem Loghinem. "Paluszki" to horror. Zło ma w tej historii wymiar ludzki i metafizyczny. Poruszamy tabu pedofilli, wykorzystywania dzieci jako taniej siły roboczej. Walczą ze sobą siły ponadnaturalne i śmiertelnicy, z krwi i kości. Główna akcja rozgrywa się w Budapeszcie, w końcu lat 60-tych. Komiks powstaje w podobnej technice jak "Jutro" (akryl na płótnie). Nie myślę o tym na razie, jak to wydać. Po prostu chcę to najpierw zrobić, a potem zobaczyć kto (i czy w ogóle) będzie tym zainteresowany.

Drugim projektem, któremu poświęciłam w zeszłym roku sporo energii jest komiks powstający z inicjatywy scenarzysty Tomka Kontnego i rysownika Pawła Piechnika (roboczy tytuł: "Poradnik"). Chłopaki mają parę i aktywnie działają w branży – nie tylko komiksowej. Tomek napisał naprawdę fajny scenariusz, ja dopisałam swoją część. Paweł narysował już całkiem sporą ilość plansz. "Poradnik" jest chwilowo w zawieszeniu – w dużej mierze z mojej winy. Zobaczymy co dalej z tym będzie.

Chciałem zapytać Cię o Twoje komiksowe (i nie tylko) inspiracje. Kryminalny thriller ze zwierzęcymi bohaterami w rolach głównych ("Jutro będzie futro") kojarzy się z "Blacksadem". To słuszny trop czy raczej kulą w płot? Jacy twórcy i jakie prace wywarli na Tobie trwały wpływ? Zakładając, że możesz wybrać każdego scenarzystę na globie, do czyjego skryptu chciałbyś przygotować oprawę graficzną?

Dowolnego powiadasz? Stawiam na Tenzin Gjaco. Nie sądzę, żeby miał coś w dorobku, ale na pewno ma w głowie parę historii.

A tak na poważnie? Jakie komiksy (czy inne wytwory kultury) czytasz najchętniej, jacy twórcy Cię inspirują, zaskakują?

Są tacy artyści, którzy rozwalają mi serce na kawałeczki tym, co robią. Na przykład Raúl Calleja i jego "Berlin 1931". Albo duet Canales & Guarnido (ci od wspomnianego "Blacksada"). Od zawsze: Frank Miller. Są takie komiksy, które mnie poruszają swoim przekazem, że tak powiem nieładnie – po całości. Na przykład "Umowa z Bogiem", trylogia Willa Eisnera. Z tzw. współczesnych krajan jestem zagorzałą fanką Śledzia, braci Minkiewiczów, KRL-a, Ostrowskiego, Gawronkiewicza i Wojdy. Kibicuję "Kolektywowi" i "Jeju" – zawsze kupuję i zawsze mnie śmieszą. A jeżeli chodzi o najmłodszych to ciekawi mnie w którą stronę pójdzie Mikołaj Tkacz – bardzo intrygująca postać. Jak widać czytam co mi w ręce wpadnie. Oczywiście w zamorskich sklepach z komiksami tracę przytomność, poczucie czasu, błyskawicznie się odwadniam i wypraszają mnie przed zamknięciem.

Jak, będąc kobietą, funkcjonujesz w światku komiksowym, które przynajmniej uchodzi za męskie, bo opowieści obrazkowe to przecież cycki i super-bohaterowie? Ostatnio pojawiło się sporo wystaw (w Białymstoku, gdzie można było oglądać także Twoje prace, i na poznańskiej Ligaturze) poświęconych wyłącznie komiksowi kobiecemu - sądzisz, że takie inicjatywy są potrzebne komiksowym dziewczynom czy wierzysz, że dobry komiks przebije się sam? Czy kobiece komiksy są inne od tych, robionych przez mężczyzn?

Oj tam, od razu cycki. Zresztą, jakby nawet trochę – to ja się pytam: co złego jest w cyckach? Fajnie, że ktoś myśli o pokazywaniu komiksu tworzonego przez kobiety. To jest komiksowi tak samo potrzebne, jak każda inna inicjatywa popularyzująca tą dziedzinę twórczości. Kobieta może wnieść do komiksu tematykę obcą mężczyźnie, atrakcyjną dla innych kobiet – ale nie musi. Tak jak w każdej innej dziedzinie – w komiksie nie ma przymusu. Ani do rysowania, ani do czytania. Żadnych granic, barier. Nieograniczony budżet. I to jest fajne.

A jeżeli chodzi o różnice pomiędzy twórczością męsko–damską to przeprowadziłam na swoje potrzeby mały eksperyment z cudzoziemcem nie znającym kompletnie komiksu polskiego. Na zebranym materiale nie był w stanie dokonać nawet w połowie trafnego podziału ze względu na domniemaną płeć twórcy. Wskazał natomiast te, które mu się podobały i te które uznał za beznadziejnie narysowane. I wiecie co – w obu grupach było towarzystwo mieszane: faceci i babeczki. Więc jest nadzieja, że chodzi o jakość, a nie o cechy płciowe.

środa, 10 marca 2010

#396 - Suka

Z historiami dziejącymi się w bardzo sprecyzowanych realiach (jak uniwersa fantasy z gier fabularnych, czy też światy postapokaliptyczne) bywa taki problem, że stają się one opowieściami o samych światach, zostawiając bohaterów gdzieś na poboczu fabuły. I choć nie da się ukryć, iż bardzo często są to bardzo ciekawie wykreowane realia, to mimo wszystko nie tego spodziewam się po dobrej książce/komiksie. Dlatego też, kiedy w końcu miałem możliwość przeczytać wydaną przez timofa "Sukę", obawiałem się, że moda na zonę, jaka nastąpiła po premierze gry komputerowej "S.T.A.L.K.E.R.", spowoduje, że będzie to komiks o anomaliach, mutantach i opustoszałych fabrykach...

I nie da się ukryć, że podczas przygód stalkerki (?), jakie serwuje nam Jelena Woronowicz i Andrij Tkalenko, mamy sporo okazji poznać zonę z bliska. Tkalenko bardzo sprawnie rozrysowuje przed nami czarno białe obrazy pełne zdewastowanych ulic, na których można nadziać się na przerażające ściany - kłębowiska półżywych "ludzi" czy śmiertelne, energetyczne wiry. Jednak o wiele niebezpieczniejsze są "siły porządkowe", które, niczym jak na dzikim zachodzie, żądają pełnego posłuszeństwa i strzelają bez ostrzeżenia, a do tego są o wiele lepiej uzbrojeni od "ledwo wiążących koniec z końcem" stalkerów. Dodajmy do tego rysunku wysokie mury wokół strefy, które odstraszają powieszonymi "przestępcami", a dostajemy miejsce równie fascynujące, co niebezpieczne. Fabuła natomiast, by przybliżyć nam te mroczne miejsca, zabiera nas na małą wycieczkę w przeszłość, gdzie pokazana jest geneza świata po "lądowaniu". Moim zdaniem Woronowicz wykreowała o wiele ciekawszą zonę niż jej komputerowy odpowiednik. W "Suce" strefa to nie tylko niebezpieczny sposób na dorobek, lecz również sytuacja bez wyjścia dla wielu nieszczęśliwców. Dzięki temu komiks z sensacyjnego przekształcił się w dramat.

I w tym momencie docieramy do sedna sprawy, ponieważ choć "Suka" rozwija się powoli, to ze strony na stronę komiks zyskuje na jakości. Woronowicz opowiada o prostych emocjach i niezwykłe tło tych historii nie umniejsza ich uniwersalności. "Proch do prochu" to nieskomplikowana opowieść o zemście, i brawa należą się za taką formę, ponieważ te uczucie nie powinno być "przegadane", tylko zimne i zdecydowane - dokładnie jak Suka, która po kolei eliminuje morderców Kabana. "Martwy sezon" oprócz wspomnianej już krótkiej historii "lądowania" bardzo dobitnie ukazuje osamotnienie i potrzebę bliskości, czego doskonałym zobrazowaniem jest nadpalone zdjęcie, na którym widać tylko sylwetki (bez głów) dawno zmarłych rodziców. A na sam koniec, w "Cieniach przeszłości", Jelena Woronowicz serwuje nam najlepsze. Opowieść o tęsknocie i wyrzutach sumienia tak wielkich, że uciszyły zupełnie rozsądek i wolę przetrwania. Jednak najbardziej doceniam w tej historii nie główną oś fabularną, lecz fakt, że na każdej stronie tętni ona małymi historiami. Widzimy drastyczne zestawienie rutyny z niedoświadczeniem, kiedy oglądamy strażników na wieży. Oglądamy "przeciętnego" stalkera, który wykonuje "kolejne" zlecenie, a także poznajemy jak melancholijna i wewnętrznie rozdarta jest Suka. To właśnie ta mnogość wątków powoduje, że konstrukcja fabularna "Cieni przeszłości" jest godna pochwały. Kiedy dodamy do tego sentymentalną puentę, otrzymujemy naprawdę dobry komiks.

Obawy, które towarzyszyły mi, kiedy zabierałem się za ten komiks, podczas lektury szybko się rozwiały. "Suka" nie tylko nie okazała się być "przewodnikiem" po zonie, ale jest naprawdę dobrym czytadłem sensacyjnym z domieszką dramatu. Pełne szarości rysunki Andrija Tkalenko, które kojarzą mi się na zmianę z Michaelem Oemingiem i Śledziem, współgrają z historiami snutymi przez Jelenę Woronowicz. To pogłębiony, iście amerykański, mainstream ze wschodu. Oby więcej takich lektur serwował nam nie tylko timof...

#395 - "Samolot" wylądował w Top Shelf 2.0!

Miło jest nam poinformować, że dosłownie przed chwilą na stronie Top Shelf 2.0 pojawił się komiks "Samolot" autorstwa naszego redakcyjnego kolegi Daniela Gizickiego ("Kwaziu", "Paranomazja") i Marka Lachowicza ("Gang Wąsaczy - Ruchome Paski", "Człowiek-Paroovka"). Ten siedmiostronicowy szorciak, który był dla Lachowicza pierwszą historią, jaką zilustrował do cudzego scenariusza, zdobył w 2006 roku trzecie miejsce na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu w Łodzi w konkursie na krótką formę komiksową. Dla większości historia ta jest zapewne dobrze znana, ale nawet jeśli, to warto ją sobie odświeżyć klikając w poniższą grafikę.

Internetowe "przedłużenie" wydawnictwa Top Shelf powstało w maju 2008 roku, jako darmowa porcja nowych komiksów, które pojawiają się na stronie pięć razy w tygodniu (poniedziałek-piątek). Jednym z założeń Top Shelf 2.0 jest chęć zaprezentowania możliwie jak najbardziej różnorodnych komiksów twórców już obytych na amerykańskim rynku, jak i zupełnie nowych, nieznanych szerszej publice. Debiutujący dziś na stronie "Samolot" dołączył tym samym do takich komiksów jak "Red Plains", "Baby Dragons Are No Fun" czy "Hangar 84", a Daniel Gizicki i Marek Lachowicz dołączyli do zacnego grona twórców, w którym znajduje się również Jeff Lemire, Alex Robinson, Farel Dalrymple czy Nelson Evergreen (który pod koniec zeszłego roku wziął udział w naszej batmaniej zabawie). A jak "Samolot" trafił do amerykańskiego wydawcy? Jak powiedział nam Daniel: "Bardzo to proste w sumie. Robert Wyrzykowski mi powiedział o tym projekcie, więc siadłem, wlazłem na stronę TS2.0 obejrzałem sobie jak to wygląda i wysłałem komiks. TopShelfowcom się spodobało i to cała historia".

Obydwu panom serdecznie gratulujemy i trzymamy kciuki za dalsze sukcesy!

wtorek, 9 marca 2010

#394 - Sky Doll

Czytając "Sky Doll" poczułem się stary. Podczas lektury na przemian myślałem sobie "ach, to przecież było u Dicka, to w "Matriksie", a tamto w "Gwiezdnych Wojnach", podobny motyw pojawił się w "Incalu" i "cholera, za moich czasów wyglądało to inaczej, lepiej!". Komiks Alessandro Barbucci i Barbary Canepy pełnymi garściami czerpie z ogranych motywów oraz klasyki science-fiction i cyberpunku, co samo w sobie nie jest niczym nagannym, ale trwogę budzi we mnie sposób, w jaki z nich korzysta.

W świecie przyszłości rządzonym przez medialno-religijny konglomerat papieżycy Ludwiki swój żywot wiedzie Noa, mechaniczna lalka, stworzona po to, by zaspokajać erotyczne potrzeby mężczyzn. Do tej pory pracowała w myjni dla samochodów, czy raczej statków kosmicznych, eksponując swoje syntetyczne walory. Za sprawą zbiegu okoliczności wylądowała w towarzystwie Jahu i Roya, dwóch agentów Ludwiki, wykonujących ważną misję na planecie Aqua. Z czasem u Noi zacznie budzić się świadomość, do której posiadania nie było zaprogramowana przez swoich twórców. Będzie powoli odkrywać tajemnicę swojego pochodzenia i przeznaczenia. Dokładnie w tym samym czasie społeczeństwo Papathei zacznie się buntować wobec tyranii obecnej władzy i rozpocznie poszukiwanie nowego wcielenia poprzedniej papieżycy, Agape. Resztę, a także prawdopodobny przebieg fabuły, można dopowiedzieć sobie samemu.

W "Sky Doll" niby wszystko jest, poszczególne elementy znajdują się na swoich miejscach, ale w komiksie brakuje czegoś oryginalnego, świeżego. Pojawia się zatem motyw sztucznego życia, w którym budzi się coś, co do tej pory było zarezerwowane dla ludzi. Są bohaterowie (Jahu i Roy), dostrzegający degrengoladę systemu i sposób, w jaki wykorzystuje jednostki. Fabuła rozegrana jest poprawnie, choć można narzekać na nieco banalną intrygę. Sprawnie skonstruowany jest świat przedstawiony, odnoszący się do naszej rzeczywistości, który można interpretować jako krytykę władzy, ogłupiającej społeczeństwo za pomocą wszechobecnej pop-kultury i autorytetu kościoła. Pomimo grubego uproszczenia, sposób przedstawienia religii, korzystającej z wszechobecnych mass-mediów do trzymania społeczeństwa w ryzach, wypada całkiem ciekawie. Wizja kościoła przyszłości, który telewizyjne kaznodziejstwo podniósł do rangi postnowoczenego show, łączącego rozrywkę ze zbawieniem, jest najlepiej przemyślanym punktem "Sky Doll". Choć rzecz jasna mocno zalatuje Jodorowskim i trudno go uznać za coś oryginalnego.

Komiks utrzymany jest w przedziwnej estetyce, która zupełnie mnie nie przekonuje. Oprawa graficzna włoskiego autorstwa łączy ze sobą design o disnejowskim rodowodzie z wpływami mangi. Rysunki są kolorowe, jasne, cechują się wysokim stopniem przerysowania i deformacji, nie ma w nich nic z cyber-punkowego brudu. Taki styl obowiązuje w popularnych komiksach dla dzieci i młodzieży, żeby wspomnieć choćby serię "W.I.T.C.H.", ale niekoniecznie musi sprawdzić się w utworach przeznaczonych dla dorosłego czytelnika – "Sky Doll" za taki chce uchodzić, choć niekoniecznie nim jest. Z jednej strony mamy bowiem tandetną, plastikową erotykę zantropomorfizowanych bohaterów, a z drugiej przemyślenia Noi, które przypominają dylematy nastoletnich czarodziejek. Zresztą całą fabuła utrzymana jest na takim właśnie poziomie intelektualnym. Do kogo jest więc skierowany ten komiks?

Jeśli tak ma wyglądać science-fiction przykrojona do oczekiwań dzisiejszego odbiorcy, to ja serdecznie dziękuje. Pozostanę jednak przy moich dotychczasowych lekturach. Mogę mieć jedynie nadzieję, że "Sky Doll" przejdzie do historii jako jakaś dziwaczna aberracja w porównaniu z "Wieczną Wojną" czy "Arq".

poniedziałek, 8 marca 2010

#393 - Shanna, the She-Devil

Shanna, to trzecioligowa bohaterka Marvela, stworzona na początku lat 70-tych przez Carole Seuling, Steve'a Gerbera i Georga Tuskę na "zlecenie" Stana Lee, który wprowadzając do świata Marvela nowe żeńskie postaci (oprócz królowej dżungli była to jeszcze Night Nurse i Tigra), chciał zyskać nieco więcej czytelniczek. Najlepiej na tym wyszła Tigra - co prawda nie stoi ona w pierwszym rzędzie superherosów Marvela, ale jej losy na bieżąco można śledzić w serii "Avengers: The Initiative". Pozostałe dwie panie występują na łamach komiksów epizodycznie, ale to właśnie Shanna doczekała się kilka lat temu dwóch mini-serii i jako tako odświeżyła pamięć o sobie w czytelniczych (głównie męskich) głowach.

W 2005 roku Frank Cho, na łamach siedmiu numerów serii "Shanna, The She-Devil", za namową Alexa Alonso, przedstawił autorską wizję powstania i przygód skąpo ubranej wojowniczki. Tym razem, główna bohaterka jest efektem nazistowskich eksperymentów, które miały miejsce podczas II Wojny Światowej na zapomnianej wyspie, po której hasają raptory i tyranozaury. Brzmi kiczowato? Tak. Fabuła trąci nieco słabym kinem klasy Z? Oczywiście. Mimo to historię tą czyta się z przyjemnością, czemu w dużej mierze pomaga warstwa graficzna za którą odpowiedzialny jest również Cho. Komiks ten rozpoczyna się w momencie, gdy amerykański oddział rozbitków odnajduje na wyspie niemieckie laboratoria, a w nich osiem "słojów" z kobietopodobnymi stworzeniami w środku. Nie będzie zaskoczeniem, kiedy napiszę, że siedem "obiektów" jest martwych, a tylko jeden daje oznaki życia i szybko wydostaje się z inkubatora, akurat w chwili gdy pojawiają się tam żołnierze. Tak prezentuje się początek historii wojowniczki, która później, przygarnięta przez mężczyzn, zamieszkuje wraz z nimi w ich obozie (taki mini Biskupin) i staje się podstawową rozrywką i obiektem westchnień ocalałych z katastrofy lotniczej mężczyzn. Oprócz względów czysto estetycznych, bohaterka jest dla nich również najlepszym obrońcą przed nacierającymi dinozaurami - "zupełnie niespodziewanie" okazuje się, że na skutek eksperymentów genetycznych stała się ona niezwykle silna, zwinna i wytrzymała. Co w takiej, a nie innej sytuacji sprawia, że staje się kobietą idealną.

Shanna, nie jest jednak jedynym znaleziskiem, który zawędrował do osady rozbitków - drugim jest wirus niszczący układ oddechowy, który zabija po ośmiu dniach od infekcji, i którym zaraża się połowa osadników. Jedynym wyjściem jest ponowna wycieczka do laboratorium, odnalezienie antidotum i bezpieczny powrót do "Biskupina". Dokonać tego ma czteroosobowy zespół w składzie: Shanna, pan Doktor (będący też narratorem komiksu) i mięso armatnie razy dwa, którzy muszą stawić czoła setkom raptorów, oraz nie mniejszej ilości większych czy mniejszych gadów.

Jak widać fabuła nie prezentuje się nadzwyczajnie. Chociaż przyznam, że połączenie nazistowskich eksperymentów, zagubionej wyspy, dinozaurów i seksownej Shanny potrafi pobudzić wyobraźnię. Podobnie jak strona graficzna za którą odpowiada Frank Cho - wielbiciel rysowania ponętnych bohaterek, prezentowanych najlepiej w jak najbardziej skąpym odzianiu. W przypadku "Shanna, the She-Devil" miał on duże pole do popisu. Oprócz niej, sporo miejsca w całej historii zajmują prehistoryczne gady, które kiedy nie ma w pobliżu człekokształtnych, walczą z nudą atakując siebie nawzajem, i które z anielską cierpliwością Cho wrysowywał w kolejne kadry, często umieszczając po kilkanaście, kilkadziesiąt na jednej stronie.

Jednak to żeńska bohaterka jest główną atrakcją komiksu.

Byłaby jeszcze większą, gdyby Marvel zdecydował się na opublikowanie nieocenzurowanej wersji komiksu, która to pierwotnie miała ukazać się w imprincie MAX. Brak cenzury miał się w tym wypadku sprowadzać do prezentowania Shanny tak, jak ją nazista stworzył, czyli bez zbędnych sznurków i kawałków materiału umieszczonych w strategicznych miejscach, czy też bez "przypadkowych" elementów zasłaniających "to i owo". Decyzja o łagodniejszej wersji zapadła nagle, kiedy Frank Cho miał narysowanych już pięć całych numerów serii. Jak wspominał w jednym z wywiadów, przypuszcza on, że spowodowane to było zmianą na wysokich stołkach w wydawnictwie. Po zwolnieniu Billa Jemasa, który dał zielone światło Shannie XXI wieku, dziwnym trafem starano się zahamować wszystkie zaakceptowane przez niego projekty i padło też na serię Cho, który zamiast w MAXie, opublikował swój komiks w ramach Marvel Knights. Jednak cenzura nie była jedyną zmianą - serię planowaną na początku na osiem zeszytów skrócono do siedmiu i tym samym przedostatnia część historii, która miała być niemal niemą 22 stronicową sceną walki bohaterów z raptorami, musiała zostać skrócona do mniej niż dziesięciu stron i wciśnięta gdzieś pomiędzy pozostałe wydarzenia.

Wracając jeszcze do samej Shanny - na łamach owych siedmiu numerów, z postaci wyglądającej i działającej jak dobrze zaprogramowany robot, w której narrator dostrzega "wzrok mordercy", staje się ona bohaterką z ludzkimi odruchami, walczącą do upadłego za "swoich", skłonną do poświęceń i podejmowania własnych decyzji. Na początku wykorzystywana przez żołnierzy (sto "pajacyków" za podarcie ubrania), stała się pełnoprawnym, szanowanym członkiem oddziału, a nie tylko obiektem seksualnym o ponętnych kształtach, będącym miłą odskocznią od kolegów i wszędobylskich gadów. A jeśli chodzi o samo jej imię, to nadane zostało przez jednego z wojaków, ze względu na "uderzające podobieństwo do jednej z komiksowych postaci". Tak oto "puścił oko" czytelnikom Frank Cho, który przyznał później, że cała ta historia pierwotnie miała należeć do Cavewoman - bohaterki bliźniaczo podobnej do Shanny.

O komiksie pewnie szybko by zapomniano, gdyby nie rozpalające wyobraźnię czytelników zapowiedzi mówiące o planowanym wydaniu przygód Shanny pozbawionych cenzorskich nożyczek, które co jakiś czas pojawiają się na przy okazji wywiadów z Cho, czy też ludźmi z Marvela. Na razie jednak, jedyne co pozostaje fanom spragnionym golizny w Marvelu, to buszowanie po sieci w poszukiwaniu umieszczonych na różnych stronach plansz z golutką wojowniczką (co nieco znajduje się we wpisie o cenzurze w komiksach, jak również w tym miejscu), bowiem na "Shanna, the She Devil MAX" trzeba będzie jeszcze poczekać.

I tak bohaterka, która miała przyciągnąć do Marvela więcej kobiet, paradoksalnie, po prawie czterdziestu latach od powstania, może sprawić, że to akurat mężczyźni będą lgnąć do komiksowych sklepów w poszukiwaniu reedycji jej przygód.

niedziela, 7 marca 2010

#392 - Trans-Atlantyk 79

Dwaj utalentowani scenarzyści Dan Abnett i Andy Lanning sprawili, że w kosmosie Marvela nie ma miejsca na nudę. Jedno wydarzenie, goni kolejne, ledwo zakończyła się jedna wyniszczająca wojna, a na horyzoncie majaczy kolejny konflikt. Po ataku Annihilusa ("Annihilation"), inwazji Phalanx ("Annihilation: Conquest"), uderzeniu Skrullów ("Secret Invasion") i starciu koronowanych głów ("War of Kings") przyszedł czas na powrót jednego z najbardziej klasycznych galaktycznych łotrów. Thanos, znany polskiemu czytelnikowi z historii "Infinity War" ("Mega Marvel" 3/94), którego notabene duet Abnett-Lanning uśmiercił we wspomnianym "Annihilation", zostanie centralną postacią historii "Thanos Imperative". Fabuła obracać się będzie wokół tajemnicy powrotu zza grobu kochanka Śmierci, jego sojusznika Adama Magusa z Uniwersalnego Kościoła Prawdy, pozostałości po "War of Kings" zwanej The Fault, która ma okazać się bramą do Cancer-verse zamieszkałej przez marvelowskie odpowiedniki bóstw z mitologii Cthulhu. Nie braknie oczywiście innych postaci z firmamentu Domu Pomysłów - Novy i Star-Lorda oraz powracającego Silver Surfera, którego ostatni raz widziano na łamach "Planet Hulk". Dan i Andy zgadzają się, że będzie to największa kosmiczna opowieść komiksowa, na jaką się porwali. Historia rozpocznie się kwietniowym one-shotem "Thanos Imperative: Ignition" ze scenariuszem DnA i rysunkami Brada Walkera ("Guardians of the Galaxy"), a jej ciąg dalszy zostanie przedstawiony na ramach sześcioczęściowej mini-serii startującej w czerwcu (oprawa graficzna - Miguel Sepulveda). (KO)

Po kilku dniach spokoju od rewelacji związanych z wszelkimi nowymi/starymi grupami Mścicieli, Marvel wrócił do swoich codziennych zajawek prezentujących kolejnych członków kolejnych drużyn Avengers. W tym tygodniu byli to superherosi wchodzący w skład... New Avengers. Losy tej grupy miały zakończyć się specjalnym one-shotem "New Avengers: Finale" wraz z finałem "Siege", ale jak widać również i w nowej erze Marvela będą oni, obok bez przymiotnikowych i Sekretnych Mścicieli, potrzebni. Pięciu ogłoszonych w tym tygodniu członków to: Luke Cage, Spider-Man, Wolverine, Jessica Jones oraz Thing. Skład nieco zaskakujący, chociażby z tego względu, że Cage ma być szefem grupy Thunderbolts, Logan i Parker anonsowani byli na okładce pierwszego numeru serii "Avengers", a Ben Grimm na co dzień występuje w Fantastycznej Czwórce. Tak czy inaczej, za losy tych bohaterów odpowiadać będzie Brian Bendis i Stuart Immonen, czyli ten sam duet, który obecnie odpowiada za "New Avengers". Po co więc restartować ten tytuł? Mam nadzieję, że będzie się to wiązało z konkretnym powodem, a nie tylko chęcią podbicia nieco sprzedaży z okazji zeszytu z numerkiem "1". Seria ta wystartuje w czerwcu, podobnie jak pięcionumerowe "Siege Aftermath: Avengers Prime", które skupiać się będzie na relacjach trio Thor/Tony Stark/Steve Rogers, które to od długiego czasu nie miało okazji ze sobą szczerze porozmawiać i rozliczyć się za wydarzenia z ostatnich lat historii Marvela. Twórcami tej serii będą Brian Bendis i Alan Davis. A im więcej pojawia się rewelacji na temat coraz to kolejnych grup Mścicieli, tym coraz mniejsza ma ochota, aby zagłębiać się w marvelowe Heroic Age. (ŁM)

* Komplet sześciu okładek do "Return of The Bruce Wayne" tworzących ładną panoramę (autor: Andy Kubert) *

Peter Parker nie ma łatwego życia, oj nie ma. W najbliższym czasie będzie musiał zmierzyć się z Juggernautem w historii "Something Can Stop the Juggernaut!", rozpoczynającej się w ostatnią środę marca wraz z 627 zeszytem serii "Amazing Spider-Man" i kończącej dwa numery później. Kolejny pojedynek tych herosów zostanie napisany przez Rogera Sterna, który w połowie 1982 roku (TASM #229-230) stworzył historię "Nothing Can Stop The Juggernaut", będącą pierwszym spotkaniem Parkera i Marko, która została wydana również i u nas za sprawą TM-Semic. Tym razem może się okazać, że to nie Juggernaut będzie dla Spidera największym zagrożeniem, a postać, która upora się z przyrodnim bratem Charlesa Xaviera. Historia, którą zilustruje Lee Weeks, ma być pełna akcji rozsianej po całym Nowym Jorku. A po "Siege" Juggernaut będzie jednym z członków nowego składu Thunderbolts. (ŁM)

* Mark Millar ogłosił, że napisze jeszcze w tym roku "dużą historię ze Spider-manem" *

... ale to nie walka z Władcą Murów (TM-Semic trademark) przyprawia naszego ulubionego Pajęczaka o ból głowy, lecz coś znacznie bardziej przyziemnego. Jeśli wierzyć okładkom i szumnym zapowiedziom Marvela Spidey straci dobrze płatną robotę w ratuszu urzędującego burmistrza J. Jonaha Jamesona i w dodatku nabawi się świńskiej grypy. Historia o poszukiwaniach nowej pracy ukaże się w marcu, i zostanie napisana przez Marka Waida, a narysowana przez Paula Azacetę. A w finale "The Gauntlet" Parker stawi czoła ostatecznej zemście rodziny Kravinoffów - "Grim Hunt" rozegra się w numerach 634-636 "The Amazing Spider-Mana". Historia odwetu Saszy Kravinoff ma pełnymi garściami czerpać ze znakomitego pajęczego klasyka, jakim były "Ostatnie Łowy Kravena" J.M DeMatteisa i Mike'a Zecka. Tak przynajmniej zapewnia scenarzysta "ASM", Joe Kelly, obiecujący mroczną, horrorowatą opowieść, której nie powinno się czytać po zmroku. Oprawą graficzną zajmie się tercet twórców znany z pracy nad "Daredevilem" - rysownik Micheal Lark, wspomagany przez Stefano Gaudiano i kolorysta Matt Hollingsworth. Do głównej historii zostaną dołączone dwa szorty - jeden autorstwa Stana Lee i Marcosa Martina, drugi napisany przez wspomnianego DeMatteisa i narysowany przez Maxa Fiumurę. (KO)

* Jeszcze więcej teaserów Marvela - kto NIE przeżyje "The Siege" i co tam nowego u mutantów, czyli "Jesteśmy X-Men" *

Nie trzeba było długo czekać na wyjaśnienie zagadki, czym też były tajemnicze reklamy o treści "Stan's Back" - zgodnie z przewidywaniami, wydawnictwem za nie odpowiedzialnym było Boom! Studios, które wespół z Pow! Entertainment Stana Lee postanowiło uruchomić nową linię komiksów superbohaterskich. Na pierwszy ogień pójdą trzy, jeszcze nie nazwane serie, za które odpowiadać mają pierwszoligowi scenarzyści - jednym z nich jest Mark Waid, pozostała dwójka nie jest jeszcze znana. I póki co, są to jedyne informacje na temat tego projektu. (ŁM)

* Neil Gaiman zanim wpadnie do Polski, odwiedzi jeszcze Chicago *

Jimmy Palmiotti i Justin Gray, dwaj scenarzyści znani z skryptów do serii "Power Girl", pracują razem nad komiksem, którego bohaterem nie będzie skąpo odziana superheroina. "Random Acts of Violence" opowiada historię dwóch twórców komiksowych, Ezry i Todda tworzących serię komiksowych horrorów o Slashermanie, "herosie" w stylu Freddy'ego Krugera czy Jasona Voorheesa. Kiedy ich praca odnosi sukces, zaczynają ginąć ludzie, a autorzy uświadamiają sobie, że ich bohater nie ogranicza się do mordowania między komiksowymi ramkami. Fikcja zaczyna przenikać do rzeczywistości. "Kac Vegas" spotyka "Milczenie" Owiec" - tak o swoim komiksie opowiadają obaj twórcy. "Random Acts of Violence" ma być popkulturową reinterpretacją klasycznego motywu Frankensteina, stworzonego przez ludzi monstrum, które wymyka się spod ich kontroli. Komiks ukaże się nakładem Image Comics pod koniec kwietnia. Będzie liczył sobie 72 strony, a jego oprawą graficzną zajmie się rysownik Giancarlo Caracuzzo, kolorysta Paul Mounts, designer Bill Tortolini i Tim Bradstreet, odpowiedzialny za okładkę. Komiks ma kosztować niecałe siedem dolców. (KO)
* okładka autorstwa Ivana Reisa do ósmego, ostatniego zeszytu mini-serii "Blackest Night" *

Shield, Hangman, Inferno i Web to czwórka bohaterów z wydawnictwa MLJ Comics (lepiej znanego jako Archie Comics), do których prawa zakupiło DC Comics, a następnie wprowadziło do swego uniwersum. Na początku 2009 roku ukazały się cztery one-shoty pod szyldem "Red Circle", napisane przez J.M. Straczynskiego, w których poznaliśmy ich odświeżone wersje. Czwórka klasycznych herosów spotka się w maju, w jednym komiksie zatytułowanym "Mighty Crusaders Special", podobnie jak kwartet scenarzystów odpowiedzialnych za ich solowe występy. Historia Erica Trautmanna ("The Shield"), Brandona Jerwy ("The Inferno"), Matthew Sturgesa ("The Web") i Johna Rozuma ("The Hangman") będzie klasycznym super-bohaterskim team-upem, w którym herosi połączą swoje siły, aby powstrzymać zagrożenie, któremu osobno nie mogliby sprostać. Rysunkami zajmie się Javi Pina. (KO)

* kilka stron w czerni i bieli z dziewiątego zeszytu mini-serii "Batman and Robin" Granta Morrisona i Camerona Stewarta. Czyżby zombie Batman? *

Amerykanom chyba nigdy nie znudzi się dociekanie o istotę super-bohaterstwa. Powieść graficzna "A God Somewhere" będzie kolejnym komiksem, który będzie próbował odpowiedzieć na pytanie "a co by było gdyby ludzie z nadludzkimi zdolnościami żyli naprawdę?". W wyniku tajemniczej zarazy Eric, główny bohater utworu, zyskuje komplet super-mocy. Od razu decyduje się wykorzystać je w słusznym celu, pomagając innym, jak na szanującego się herosa przystało. Ale im bardziej stara się dobrze wykorzystywać swój potencjał, tym bardziej nieludzki się staje. Coraz bardziej oddala się od swojej rodziny i przyjaciół, stając się coraz bardziej istotą na kształt... Boga. Czy stanie się zbawcą ludzkości, czy raczej przyniesie jej zgubę? Komiks scenarzysty Johna Arcudiego ("Wednesday Comics", "B.B.P.O. 1946") i rysownika Petera Snejbjerga ("Starman", "The Light Brigade") zapowiada się bardzo sympatycznie. "A God Somewhere" ukaże się w maju, będzie liczył równe 200 stron i kosztował 25 dolarów, bez jednego centa. (KO)

* przez trzy miesiące, dzień w dzień, ukazywać się będą paski z przygodami Kapitana Ameryki *

Wraz z pierwszym dniem marca, wydawnictwo Top Shelf zaprezentowało plany na najbliższe kilkanaście, -dziesiąt miesięcy. W 2011 ukaże się pięć komiksów, które z powodzeniem będzie można przedstawić małoletnim, i będą to: "Maddy Kettle" Erica Orcharda, "Monster on the Hill" Roba Harrella, "Pirate Penguin vs Ninja Chicken" Raya Friesena oraz "Okie Dokie Donuts" Chrisa Eliopoulosa i "Dragon Puncher" Jamesa Kochalki. Dla tych nieco starszych, wydawnictwo również przygotowało sporą ilość dobrze zapowiadających się albumów, zarówno od nowych, jak i starych twórców, którzy już publikowali pod szyldem Top Shelf. Do tych pierwszych zaliczony został się m.in. Will Dinski z komiksem "August Moon" czy Jess Fink z dwoma albumami "We Can Fix It" oraz "Chester 500-XYZ". Od "starych wyjadaczy" czytelnicy dostaną chociażby 250 stronicową nowelę graficzną Jeffa Lemire'a o tytule "The Underwater Welder" (2012), niewiele mniejszy objętościowo zbiór prac Craiga Thompsona "Kissypoo Garden" (2012), "The Bojeffries Saga" Alana Moore'a i Steve'a Parkhouse'a (2011) czy też omnibus legendarnego "Marshall Law" Pata Millsa i Kevina O'Neilla (2011). Jak widać przyszłość w Top Shelf prezentuje się wybornie, więc teraz trzeba tylko uzbroić się w cierpliwość i czekać na kolejne tytuły z tego wydawnictwa. A już teraz za wielką wodą dostępna jest antologia "Greetings from Cartoonia" (wypuszczona na świat przez ekipę "Stripburgera" i dystrybuowana na terenie USA właśnie przez Top Shelf), w której znajduje się komiks Mateusza Skutnika, osadzony w uniwersum "Rewolucji"! (ŁM)

"Geek Honey of the Week"
(dzisiaj prezentujemy Black Cat w wykonaniu Yuki le Fay z Brazylii)

sobota, 6 marca 2010

#391 - Komix-Express 29

Dzisiaj wystartowała akcja "Tęsknię za Tobą, zeszytówko" za którą odpowiada Nieformalny Front Fanów Komiksu, i która ma na celu "pokazanie wydawnictwom komiksowym, jak bardzo tęsknimy za tamtymi czasami". "Tamtymi" czyli złotymi latami 90-tymi, do których wzdychają komiksiarze pamiętający comiesięczną ganianinę po kioskach, w poszukiwaniu kolejnych zeszytów z przygodami superbohaterów DC i Marvela, serwowanych przez TM-Semic. Jak na razie cała akcja jest wynikiem spontanicznego zrywu, który dopiero w niedalekiej przyszłości ma nabrać konkretniejszych kształtów, a na tę chwilę zadaniem numer jeden jest dotarcie do jak najszerszej grupy zainteresowanej powrotem Supermana i reszty kalesoniarzy do kiosków. Impulsem do jej powstania, czy też kroplą przepełniającą czarę goryczy, była dla założycieli legendarna (acz ciężko powiedzieć czy prawdziwa) niechęć Tomasza Kołodziejczaka do klimatów superbohaterskich, którą można wyczuć przy jego odpowiedziach na każde pytanie w stylu "kiedy superhero zagości na dobre w Egmoncie?". Fakt faktem, że pytania te wydają się zasadne, skoro dobrze powodzi się zeszytówkom ze świata Gwiezdnych Wojen, a lada dzień do szerszej dystrybucji ma trafić pierwszy numer magazynu "Fantasy Komiks". Tak jak napisałem wcześniej, "Tęsknię za Tobą, zeszytówko" dopiero się rozkręca, więc konkretów należy oczekiwać w najbliższych dniach czy tygodniach. Ja ze swojej strony akcję tę z przyjemnością w miarę możliwości wesprę, bo wydaje mi się, że zeszyty powinny powrócić do czytelniczych rąk, których zapewne znalazłoby się odpowiednio dużo. Postępy Nieformalnego Frontu Fanów Komiksu można śledzić na blogu akcji, jak i świeżo założonym profilu na facebooku. (ŁM)

Ta wiadomość "wisiała w powietrzu" już od prawie roku, ale dopiero w ostatnią niedzielę Mateusz Skutnik na forum Gildii "sprowokował" Pawła Sawickiego do ujawnienia informacji, że w kwietniu Mroja Press wyda piąty już tom "Rewolucji", zatytułowany "Dwa Dni". Ponad trzy lata minęły od "Syntagmy", i wiele się przez ten czas zmieniło. Zaczynając od wydawcy (po Egmoncie komiksem "zajmowała się" Kultura Gniewu, ale po roku ciszy "przejęła" go Mroja), przez format (56 stron w formacie A5), a kończąc na fakcie, że będzie to pierwszy niemy komiks cyklu, zawierający dwie osobne historie (w tym "Zwykły dzień" stworzony do antologii "Stripburgera"). Konsekwencją tej rewolucyjnej zapowiedzi, jest opóźnienie drugiego i (niestety) ostatniego tomu RG - "Bangkok-Belleville". Zawita on na półkach "dobrych sklepów komiksowych" dopiero w czerwcu. (JT)

Nie tylko za Wielką Wodą Polakom udaje się przebić na komiksowym rynku, "nasi" całkiem nieźle radzą sobie również nad Sekwaną. Po licznych problemach z publikacją, wielokrotnym odkładaniu premiery i ściąganiu z wydawniczej rozpiski, światło dziennie na rynku frankofońskim ujrzy wreszcie autorski album Mirosława Urbaniaka. "London Thing" będzie już drugim, po "Un Western dans la poche", albumem warszawskiego twórcy we Francji. Wydany przez Glenat komiks będzie liczył sobie 56 stron i kosztował równe 13 ojro. Jeśli dobrze rozszyfrowałem opis "London Thing" napisany w języku Moliera i Racine'a rzecz ma być sensacyjną opowieścią z klasycznym motywem Doktora Jekylla i Pana Hyde'a w tle, rozgrywającą się w angielskiej stolicy. Album Mirasa wygląda na murowanego kandydata do sensacyjnej kolekcji Egmontu. A na razie redakcja Kolorowych Zeszytów przyłącza się do gratulacji dla autora! (KO)

W minionym tygodniu pojawił się nowy - pięćdziesiąty dziewiąty - numer KaZetu. Tym razem głównym tematem został argentyński komiksiarz Quino (Joaquín Salvador Lavado), niezbyt znany w Polsce autor komiksowych pasków "Mafalda". Jak przystało na pierwszy numer po sylwestrze, są też oczywiście komiksowe podsumowania 2009 roku z polskiego, francuskiego i amerykańskiego rynku, a dla kontrastu zapowiedzi komiksowych filmów na 2010. Oprócz tego w numerze znalazł się wywiad z Alexem Robinsonem, relacja z wystawy Poemiksu w Lublinie oraz standardowe rubryki, czyli recenzje polskich i zagranicznych komiksów oraz felieton Jakuba Sytego. Ciekaw jestem jakie atrakcje KaZet przygotuje na okrągły sześćdziesiąty numer? (JT)

Pod koniec lutego Mucha Comics przypomniała o swoim istnieniu fanom amerykańskiego mainstreamu. Najpierw wydając "Avengers: Disassembled", a w zeszłą sobotę podając na forum Alei Komiksu zapowiedzi na cały 2010 rok. Wedle tych planów już w marcu pojawi się "Dear Billy" napisany przez Gartha Ennisa. Miesiąc później Mucha chce zaserwować swoistą rozgrzewkę przed filmem "Iron Man 2", wydając "Invincible Iron Man: The Five Nightmares", w którym poznamy losy najbardziej znienawidzonego bohatera Marvela po "Civil War". Od maja do sierpnia zaplanowana jest pierwsza część "War Stories" (ponownie Garth Ennis i ponownie Druga Wojna Światowa - Paweł z Motywu poleca), kontynuacje ostatnio wydanego "Avengers: Disassembled", czyli "New Avengers" nadal pisane przez Briana M. Bendisa, oraz "Wolverine: Enemy of the State" #1 - "czysta rozrywka" autorstwa Marka Millara i Johna Romity Jr. A na zakończenie roku (od września do grudnia) pojawi się zakończenie westernu Briana Azzarello - "Loveless" #4 i "Wolverine: Enemy of the State", kontynuacja "New Avengers" oraz "Marvels: Eye of the Camera" - komiks Kurta Busieka i Jaya Anacleto, który (jak wieść niesie) jest lekturą obowiązkową dla tych, którym podobało się "Marvels". Wszystkie te komiksy, za wyjątkiem "Loveless" #4, mają być wydane w twardej oprawie, a ich ceny minimalnie wyższe od wcześniejszych publikacji Muchy. Plany bez dwóch zdań ambitne, pozostaje tylko uzbroić się w cierpliwość i mnóstwo nadziei na ich realizacje. A w 2011 "Civil War" i być może Daredevil i Batman... (JT)

Wraz z premierą szóstego numeru "Kolektywu", który ukazał się w swoje trzecie urodziny, wydawnictwo Dolna Półka postanowiło uczcić ten jubileusz udostępniając czytelnikom za darmo pierwsze trzy, niedostępne już numery magazynu. Wszystkie one dostępne są na stronie wydawnictwa, w zakładce e-magazyn i zajmują razem około 67mb. Wraz z premierą "szóstki" ujawniony został temat przewodni następnego numeru - będzie nim... "siedem". Kolejnej odsłony "Kolektywu" na papierze można spodziewać się przy okazji tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Komiksowego w Łodzi, a swoje prace zgłaszać można do 15 sierpnia - więcej szczegółów na temat naboru do "siódemki" dostępnych jest pod tym adresem. (ŁM)

Po długo wyczekiwanym Wąsatym Spotkaniu Komiksowym, pozostało tylko wspominać wydarzenia z ostatniej środy oraz rozpocząć odliczanie do kolejnej komiksowej imprezy jaką będzie Bydgoska Sobota z Komiksem (27 marca), na szczegóły której trzeba jeszcze chwilę poczekać, ale jak zdradził dzisiaj na swojej stronie jeden z organizatorów, Andrzej Janicki, swój udział w imprezie zapowiedział m.in. Jerzy Szyłak, Sławomir Kiełbus oraz KRL. Cztery tygodnie później, w stołecznym Centralnym Basenie Artystycznym odbędzie się Festiwal Komiksowa Warszawa (17-18 kwietnia), za który odpowiedzialne jest powstałe w ubiegłym roku Polskie Stowarzyszenie Komiksowe. Jako że zazwyczaj w Warszawie odbywało się jedno z dwóch (obok MFK) najważniejszych wydarzeń komiksowych, to z KW wiązane są nadzieje, iż impreza ta godnie zastąpi wueskę (jaka by ona nie była). W maju prawdopodobnie będzie można wybrać się do Radomia, aby tam uczestniczyć w kolejnej edycji Dnia z komiksem, natomiast ostatni weekend czerwca (26-27) przyniesie trzecią odsłonę Bałtyckiego Festiwalu Komiksu (Gdańsk), którego główna część imprezy podobnie jak w zeszłym roku odbędzie się w Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej - szczegóły, podobnie jak w przypadku wcześniej wymienionych imprez, nie są jeszcze znane. (ŁM)

piątek, 5 marca 2010

#390 - The Batmans: Track 30 - Wojciech Stefaniec

Dzisiejszego muzykalnego Batmana zawdzięczamy Wojciechowi Stefańcowi, który swoją fantastyczną grafikę opatrzył tytułem "Never heard the man speak like this man before...". Rysownik na polskim rynku zadebiutował albumem (czy raczej zeszytem, jeśli policzyć ilość stron) "Alveum", w marcu 2007 roku. Komiks był obrazkową adaptacją opowiadania Radosława Poniewierzy. Stefaniec pokazał, że talent i przysłowiową łapę do komiksu ma, choć chyba zbyt mocno inspirował się dokonaniami Dave'a McKeana w swojej pracy. Na szczęście, kolejnym jego komiksom nie można postawić podobnych zarzutów. Drugi zeszyt "Domu Żałoby" autorstwa Dominika Szcześniaka czy "Szanowny" do scenariusza Bartosza Sztybora narysowane są po prost świetnie. W ostatnim czasie Stefaniec intensywnie współpracuje z redakcją "Ziniola" (jego rysunki można było oglądać w pierwszym trzech numerach tego kwartalnika), zajął także trzecie miejsce w konkursie na reportaż komiksowy w ramach projektu "W sąsiednich kadrach" z komiksem "Praha" (do tekstu Pawła Timofiejuka). Śledząc bloga Vincetna van Blogha i oglądając kolejne ilustracje, mogę mieć tylko nadzieję, że Stefaniec w domowym zaciszu pracuje nad jakimś nowym, najlepiej dużym, projektem. (KO)Prawidłowa odpowiedź, co do autora dzisiejszego Batmana, padła po 23 minutach za sprawą Karola "KRLa" Kalinowskiego, któremu serdecznie gratulujemy już drugi raz z rzędu!

W związku z ostatnimi trzema edycjami, w których poprawna odpowiedź padała maksymalnie po pięciu minutach, dzisiaj będzie (a przynajmniej tak mi się wydaje) trudniej. Fragment grafiki celowo nie zawiera żadnych konkretnych kształtów, ale i tak powinno dać się po nim poznać kto jest dzisiejszym twórcą. Cała grafika tradycyjnie do wglądu za 24h, ale tylko w przypadku, kiedy padnie prawidłowa odpowiedź. Przypominam również, że informacja o tym o której rozpoczyna się piątkowa zabawa, pojawia się na naszym twitterowym koncie na jakiś czas przed puszczeniem wpisu w sieć. Zapraszamy do zabawy! (ŁM)

czwartek, 4 marca 2010

#389 - Wąsy, kultura i gniew

Wczorajsze spotkanie na Chłodnej 25 przeszło do historii. Na najbardziej hajpowane wydarzenie ostatnich tygodni (czy nawet miesięcy), przybyło spore grono komiksiarzy nie tylko z Warszawy, ale i z odleglejszych zakątków kraju. Pretekstem do zorganizowania tej imprezy były premiery Kultury Gniewu oraz Dolnej Półki, czyli długo oczekiwany integral "Osiedla Swoboda" (serii o której napisałem kilka słów przy okazji szybkiej akcji "Łikend na Osiedlu"), album z przygodami "Gangu Wąsaczy", artbook "Element Chaosu" oraz szósty numer magazynu "Kolektyw".

Jednak główną atrakcją wczorajszego spotkania był tematyczny cosplay związany z albumem Marka Lachowicza i jego Wąsaczami. Od jakiegoś czasu w różnych miejscach w sieci można było obserwować postępy komiksiarzy nad zapuszczaniem zarostu, który wczorajszego dnia ograniczać miał się jedynie do efektownego wąsa. I trzeba przyznać, że sporo osób wywiązało się z tego zadania wzorowo i dumnie paradowało z najprawdziwszym wąsem, zazwyczaj wzbudzając podziw u pozostałych komiksiarzy (a osoby postronne/przypadkowe ze sporym zdziwieniem patrzyły na to wesołe zgromadzenie). Jednak zarost to nie wszystko - kilku wąsaczy przybyłych na Chłodną 25 zaopatrzyło się również w t-shirty z nazwami kultowych zespołów uwielbianych przez członków Gangu (Bajm, Budka Suflera), tureckie swetry czy gangsterskie maski uniemożliwiające identyfikację przybyłych. Co więcej - wąsy miały również przedstawicielki płci pięknej! W dwóch słowach: było wesoło. W trzech: było bardzo wesoło. Wczorajszego wieczora nie zabrakło oczywiście spotkań z autorami, których komiksy miały swoją premierę, czyli Michała Śledzińskiego, Marka Lachowicza i Jakuba Rebelki, jak również z kolektywną ekipą. Pogawędka założycieli magazynu odbyła się jako pierwsza i niestety zniechęciła mnie do następujących po niej rozmów z twórcami Kultury Gniewu (czego teraz żałuję). Rozumiem, że nie była ona wcześniej zaplanowana, przez co wszystko było bardzo spontaniczne, ale od spotkania autorów z czytelnikami wymagam jednak pewnej dawki profesjonalizmu, nawet jeśli większość na sali stanowią znajomi. Na spotkania z Rebelką (prowadzący Sztybor), Lachowiczem (Hildebrand) i Śledzińskim (Babiel) nie miałem już siły, chociaż z tego co przynajmniej chwilami udało mi się zobaczyć było już tak jak powinno być (czyt. profesjonalnie, bez przekleństw i porn tube'a). Po oficjalnej części imprezy, w miejscu gdzie wcześniej przepytywano autorów, rozpoczęło się YouTube Party z ulubionymi utworami Gangu Wąsaczy na którym swoje taneczne umiejętności pokazywała brać komiksowa (jak zawsze było co podziwiać). A w części barowej jak zawsze trwały nocne komiksiarzy rozmowy.

Wąsate Spotkanie Komiksowe, do którego od jakiegoś czasu odliczało się kolejne dni, było bardzo sympatyczną imprezą, która w jakimś stopniu wynagrodziła brak marcowych Warszawskich Spotkań Komiksowych i dała przedsmak tego co może się dziać przy okazji kwietniowego festiwalu Komiksowa Warszawa. Dla organizatorów i pomysłodawców jej tematyczności należą się długie brawa! Oby więcej takich spotkań!

Teleport do fotorelacji z Chłodnej 25 znajduje się pod wąsem, na początku tej relacji. Jednak proszę się nie nastawiać na zdjęcia inne, niż te typowo towarzyskie, z głupimi minami i kompromitującymi pozami.

* Tytuł wpisu pochodzi z artykułu Dominiki Węcławek "Pójdzie z dymkiem" (Życie Warszawy), zapowiadającego wczorajsze wąs-party.

środa, 3 marca 2010

#388 - RoboGil: Kolektyw #6


Robert Wyrzykowski: Czas szybko leci - ledwo trzy lata temu dyskutowaliśmy o pierwszym numerze "Kolektywu", a tutaj chłopaki wydają już numer szósty. Nie da się ukryć, że w międzyczasie "Kolektyw" jako pismo przeszedł długą drogę. Trzy lata temu była to amatorska akcja, gwiazdy webkomiksu z parciem na papier, sporo słabych komiksów łapanych na siłę i generalnie lekkie podśmiechujki w środowisku. A teraz - sroga selekcja, rosnący prestiż, uznani komiksiarze w środku, oficjalna premiera wespół z Kulturą Gniewu. Nobilitacja pełną gębą?

Daniel Gizicki: Może po prostu progres? Przecież ekipa skupiona wokół magazynu ślepa nie jest i potrafi krytycznie spojrzeć wstecz. Miesiąc po premierze "jedynki" autorzy byli zachwyceni, ale teraz zapewne z rozbawieniem przyglądają się swoim wczesnym wytworom. Fakt wspólnej premiery z KG nie poczytuję jako "nie wiadomo jak wielkie WOW!", raczej jako kolejny objaw integracji grajdołka.

RW: Zachwyt po premierze pierwszego numeru był w sumie uzasadniony - rozszedł się on jak świeże bułeczki, zadziałała magia nazwisk... chociaż pamiętam, że ze sprzedażą "dwójki" już nie było tak różowo.

DG: Myślę, że to norma. Dużo ludzi było ciekawych co też netkomiksiarze spłodzili, inni sięgnęli po prostu po nowy zin. A niższa sprzedaż "dwójki"? Trudno się dziwić, poprzedni numer zdecydowanie nie powalał poziomem.

RW: Po dwóch pierwszych numerach nastąpiła zmiana konwencji. Radosny freestyle zastąpiły antologie tematyczne, wzorem "Jeju" i "Maszina". Po dwóch kolejnych numerach dołączyły serie. W międzyczasie zmieniła się organizacja pracy - wcześniej nad doborem komiksów decydował cały Netkolektyw - jak w prawdziwej komunie. Dzięki temu prawie każdy z redakcji miał zapewnione wejście do numeru. W międzyczasie "władzę" przejęła Dolna Półka (Bartek Biedrzycki, Robert Sienicki, Jan Mazur) i wprowadziła bardziej kapitalistyczne podejście. Otwarcie na twórców niekoniecznie tkwiących w webkomiksowym półświatku zmusiło członków Netkolektywu do konkurowania jakością, jako że nikt już nie miał zapewnionego miejsca w kolejnym numerze. Nie wszyscy niestety temu podołali, ale kilka osób z oryginalnego składu dotrzymuje kroku, co tylko cieszy.

DG: To prawda i sądzę, że bardzo to dobrze zrobiło magazynowi. Zdrowa konkurencja, kryterium jakości decydujące o przyjęciu do druku... Wykruszyli się ci, których już sama obecność w Netkolektywie (który rozumiałem jako taką webkomiksową elytkę) mocno mnie dziwiła. Z drugiej strony niezmiernie cieszy rozwój jaki na przestrzeni tych 6 numerów można zauważyć u niektórych twórców z pierwotnego składu. Taki Łukasz Okólski czy Igor Wolski – jak dla mnie ci dwaj rysownicy to taka stała dobra wizytówka "Kolektywu". Ale rozwój widać też u tych, którzy dołączyli później, a największym odkryciem jest Tomasz "Spellcaster" Grządziela. Na początku to mi mocno Mignolą pachniał ale teraz to gościu trzaska komiksy aż miło!

RW: Ano, Grządziela wypracowuje swój własny, coraz lepiej rozpoznawalny styl. Jego "Ja potwór" z szóstego Kolektywu graficznie daje po garach, jedna z lepszych rzeczy w tym numerze... w którym tak naprawdę brak jakichś szczególnie słabujących komiksów. Wszystko jest co najmniej dobre.

DG: No właśnie, pogadajmy o tym nowym numerze, bo o poprzednich to już powiedziano wystarczająco. Uważam, że "szóstka" ma kilka potencjalnych hiciorów. Komiks Grządzieli jest na pewno jednym z nich, ale mi totalnie po łbie dały "Gniew Kehtanita" Biedrzyckiego i Lucjana Pakulskiego oraz "Wstecz" Kajetana Wykurza. No tak dobrych szorciaków to ja dawno nie widziałem. Jeśli włodarze MFK zmienią regulamin konkursu na krótką formę i dopuszczą dziełka już publikowane, "Gniew..." grand prix, nagrodę publiczności i nagrodę "Przekroju" ma jak w banku!

RW: "Gniew Kehtanita" jest jak dla mnie zdecydowanie komiksem numeru. To chyba najlepszy scenariusz Biedrzyckiego jaki kiedykolwiek czytałem, świetnie zrealizowany przez Pakulskiego. Godai'emu dobrze to wyszło, widać że to go szczerze pasjonuje - uważam, że powinien pisać więcej historii osadzonych w indiańskich klimatach. Kapitalne jest również "Wstecz" Wykurza - niebanalny pomysł, niepokojąco stopniowane napięcie i to wszystko zrealizowane z prawdziwym sznytem graficznym. Podoba mi się pomysł i fabuła Kuczyńskiego w "Potworze" oraz zgrabna popkulturowa puenta "Ech" Mazura i Ewy Jędrzejczak.

DG: No i świetne jednoplanszówki. Robert, a serie?

RW: W poprzednim numerze były trzy serie. W tym już cztery, w tym dwie zupełnie nowe – "Sarkis Karchazjan" Daniela Gizickiego i Rafała Trejnisa oraz "Drużyna A.K." tria Sienicki, Mazur i Wolski - nie wiem czy osadzona w uniwersum "Rycerza Janka", ale bardzo mi je przypominająca. Żałuję, że odpadła "Miska owoców", która była dla mnie komiksem piątego "Kolektywu".

DG: Ale ta "Drużyna" to w "piątce" była, jeno nie jako seria. Ale co sądzisz o samej idei puszczania komiksów w odcinkach? Bo ja szczerze mówiąc nie wierzyłem, że to wypali. Zwłaszcza, że "Kolektyw" ma taką a nie inną częstotliwość ukazywania się nowych numerów...

RW: Szczerze mówiąc - sama idea jest dla mnie przeciętna. Twórcy równie dobrze mogą zapomnieć o tym, że mają jakiś komiks zrobić raz na pół roku - albo też zarzucą w międzyczasie ten projekt. Czytelnik też się specjalnie nie przywiąże do komiksu, który czyta dwa razy do roku. Może gdyby to były serie, które regularnie pojawiają się w różnych zinach - jak "Destyluch" - albo odcinki tytułów dostępnych w Internecie? Nie mówię, że serie to zły pomysł, po prostu zastanawiam się ile z tych serii zobaczymy w siódemce.

DG: Czy ja wiem? Potem kompletuj te wszystkie ziny, żeby szukać odcinków jakiejś serii... Myślę, że raczej można by pójść w sieć, to znaczy co dwa miechy wkładać do netu odcinek, a te, które wypadną w okresie publikacji kolejnych numerów "Kolektywu" dawać na papier. Tylko czy to by wypaliło? Czy twórcy by tak chcieli – wszak papier ponoć uszlachetnia? Czy by przede wszystkim dali radę, w końcu wykonać co dwa miechy 10 stron, gdy się normalnie pracuje na etacie, lub studiuje, nie zawsze jest wykonalne? Poniekąd tą drogą poszli chłopaki (Sienicki, Okólski) z "Recours", ale czy to by zdało egzamin w przypadku wszystkich serii?

RW: Myślę, że zdaje w przypadku "Destylucha" Bartosza Sztybora i Macieja Pałki... tyle że to seria szczególna, raczej tajemnicza układanka, którą chłopaki publikują w przeróżnych zinach od paru lat, bawiąc się (z) czytelnikiem - o ile któryś z nich zadaje sobie trud skompletowania i analizowania tego uniwersum. Odcinek z szóstego "Kolektywu" wydaje się łączyć z którymś tam z poprzednich odcinków, kojarzę te babkę z kolczykami w kształcie swastyk. Sztyborowi nie można odmówić wyobraźni w kreowaniu niesamowitych postaci, jakie przewijają się przez "Najwydestyluchniejszego". Jak całość wyjdzie w praniu, przyjdzie nam ocenić podczas lektury albumowego wydania.

DG: No pewnie i tak. Dobra, to może zacznijmy podsumowywać 6 numerów i trzy lata istnienia "Kolektywu" takimi najlepsze/najgorsze. Najlepszy komiks?

RW: Najlepsze ze wszystkich sześciu?

DG: A co się będziemy!?

RW: Najgorsze to chyba grafomańskie bohomazy Skarży, które regularnie były publikowane aż do czwartego numeru. Najlepsze... hmm... trudno wskazać. "Gniew Kehtanita" i komiks Wykurza z tego numeru, z poprzednich pamiętam świetne szorty Unki Odyi i Tomka Grządzieli (#4).

DG: Hy! To ja mam podobnie. Największe pomyłki to Skarża i w sumie większość zawartości pierwszych dwóch numerów. Najlepiej wypadają te najnowsze komiksy – to co wspominasz, jeszcze dla mnie wypasem była "Legenda o szczurzym harfiarzu" Dakuba Jebskiego i Wolskiego oraz ten komiks z masą zer i jedynek w tytule autorstwa Daniela Chmielewskiego. No i bardzo, bardzo podobały mi się okładki "trójki", "piątki" i "szóstki". Weź se je porównaj z kaszaniastą okładką "jedynki"...

RW: Zdecydowanie można powiedzieć, że "szóstka" to dobry numer, a w związku z brakiem innych wydawnictw - w tym momencie zdecydowanie bezkonkurencyjny... No właśnie. Dostrzegam w tym momencie swego rodzaju zmierzch zinów - być może to tylko chwilowy sen zimowy, a może po prostu znak wirtualnych czasów, gdzie każdy ma bloga, Twittera i konto na Digarcie. Nie wychodzi "Maszin", "Jeju"; nie słyszy się w kuluarach o nowych ambitnych planach - a jeszcze parę lat temu zdawało się, że każdy chciał mieć własny magazyn. W tym momencie obecne są jedynie zinowy tylko z nazwy "Ziniol", "Karton", który ma aspiracje do bycia masowym magazynem komiksowym... No i "Kolektyw", który też dryfuje w kierunku magazynu. Czy jest on takim Ostatnim Mohikaninem zinów, że zainspiruję się tutaj komiksem Biedrzyckiego i Pakulskiego?

DG: Oj tam, zaraz zmierzch. Może chwilowy przesyt po prostu. Zobaczysz, minie trochę czasu to pojawią się znowu ziny. Nie te co dotychczas to inne, tworzone przez nowych ludzi. W końcu wydać zina to nie problem, a kolejni komiksiarze rosną... I pewnie za chwilę będziemy narzekać na młodziaków, że słabiznę produkują, a oni za dwa-trzy lata, w szóstym zrobią takie komiksy, że hoho!

RW: Problem nie problem - zamrożenie kasy, drukarnie, dystrybucja, zysk z tego żaden. Trochę do tej refleksji zainspirowała mnie sama Dolna Półka, publikując trzy pierwsze numery "Kolektywu" na swojej stronie. Prawie wszyscy i tak mają stałe łącze.

DG: No ale wolałbyś, żeby zrobili dodruk?

RW: Nigdy w życiu! Tak sobie po prostu zastanawiałem, czy w niedalekiej przyszłości ziny w pdfkach nie wyprą zinów na papierze. Autorzy i tak publikują za darmo. Ale to się okaże w swoim czasie. Tymczasem, "Kolektyw" #6 zdecydowanie polecam.

DG: Przesadzasz, dopóki żyją takie zgredy jak my co lubią papier, to chyba nie przeniosą nam wszystkiego do sieci? Właśnie! Nie przenośta nam zinów do sieci! A "szósteczkę" polecam zdecydowanie. Bo to kawał dobrego zina jest.

wtorek, 2 marca 2010

#387 - Komiksowa dekada za Oceanem, cz.3: 2007

W mojej wędrówce w przeszłość dotarłem do roku 2007, kiedy w komiksowym światku sporo się działo. Zresztą, jak w każdym. Według redaktorów Comic Book Resources ten rok był wyjątkowy, a może wręcz przełomowy. Ukazało się mnóstwo świetnych albumów/zeszytów i sporo dużych filmów, a w komiksowym przemyśle doszło do kilku zmian. No cóż, moim zdaniem o wiele bardziej znaczące były lata 2008-2009, o których napiszę za tydzień, ale w 2007 również nie można było narzekać na nudę.

1. Spider-Mana powrót do kawalerstwa

Spider-Man znalazł się w bardzo ciekawym położeniu na początku 2007 roku. Jego tożsamość była powszechnie znana, jego życie osobiste stało się dość skomplikowane, scenarzysta głównej serii z jego udziałem ("The Amazing Spider-Man") J.M. Straczynski mocno pomieszał przy jego pajęczych zdolnościach. A do tego dobijał trzydziestki. Jednym słowem – pisanie kolejnych przygód Człowieka Pająka dawało wielkie pole do popisu dla potencjalnego następcy Straczynskiego. Niestety, nic z tego nie wyszło, bo Joe Quesadzie i szychom z Marvela nie odpowiadało, że losy najbardziej rozpoznawalnego herosa ich wydawnictwa się tak poplątały. W historii "One More Day" postanowili dosłownie wykasować ostatnie dwadzieścia lat z życia Petera Parkera, wymazując jego małżeństwo, a jego samego cofając do intelektualnego i emocjonalnego poziomu liceum. Jak rozumiem intencją włodarzy Domu Pomysłów było przywrócenie pająka-nastolatka (patrz: "Ultimate Spider-Man"), bardziej przystępnego dla młodszych czytelników (patrz: "Marvel Age Spider-Man") w 616-tce. O pomstę do Boga woła jednak brutalny sposób, w jaki potraktowano wszystkich twórców, którzy pisali i rysowali Spider-Mana przez ostatnie kilkadziesiąt lat.

W 2010 roku wszystkie tajemnice związane z "One More Day" i "Brand New Day" moją zostać wyjaśnione. Ponoć. Niektórzy pogodzili się z nowym status-quo Pająka, inni nie. Jedni z przyjemnością śledzą "nowe" historie, dla innych to heretyckie elseworldy, albo w najlepszym przypadku – bardzo słabe komiksy. Mnie można zaliczyć do tej drugiej grupy, choć nie żebym regularnie zaglądał do najnowszych numerów "Spidera".

2. "Oh my God! They killed Captain America! You bastards!"

Śmierć Kapitana Ameryki zaskoczyła wszystkich. Co prawda niektórzy spodziewali się, że tak właśnie może skończyć się "Civil War", ale zabójstwo Rogersa w jubileuszowym, 25 numerze jego serii regularnej było prawdziwym szokiem dla wszystkich czytelników. Chwała Marvelowi, że udało mu się do właściwie ostatniej chwili utrzymać w tajemnicy plany Eda Brubakera. Zgon komiksowego symbolu Ameryki bardzo szybko stał się tematem dnia w mediach, docierając także do polskiej telewizji. Morderstwo Kapitana Ameryki mogło stać się symbolicznym wydarzeniem dla jego rodaków i końcem pewnej ery w komiksowym światku. Co prawda tarczę mógł dzierżyć ktoś inny, ale śmierć Steve'a Rogersa bardzo dosadnie uosabiała upadek klasycznych, amerykańskich wartości.

Byłem i jestem wielkim przeciwnikiem przywracana oryginalnego Capa do życia, nawet jeśli biorą się za to takie komiksowego tuzy, jak Brubaker i Hitch. Bardzo chciałbym, aby jego śmierć, która była świetnie napisana, miała mocną wymowę i znaczenie. Niestety, zgon Rogersa dzięki "Rebornowi", z którego pierwsze wrażenia są raczej negatywne, zamiast być podobną do poświęcenia Barry'ego Allena, będzie bliższa groteskowemu przedstawieniu z "ginącym" i "powracającym" Batmanem.

3. Marvel i DC wchodzą do sieci.

Początek nowego wieku to najwyższy czas, aby komiksowi giganci w znaczący sposób zaznaczyli swoją obecność w sieci. Jako miłośnik komiksu na papierze, pachnącego farbą drukarską, którego można poczytać w wannie czy na przystanku, problem digitalizacji historyjek obrazkowych nie dotyczy tak bardzo, jak przeciętnego czytelnika za Oceanem. Amerykanie mają duże parcie na jak najszybszy rozwój technologii cyfrowych pozwalających na swobodny dostęp do obszernych archiwaliów i najnowszych publikacji. W 2007 ani Marvel, ani DC nie zapewnili im takiej możliwości.

W ramach Marvel Digital Comics Unlimited oferowana jest płatna biblioteka pozycji on-line, która z poniedziałku, na poniedziałek rośnie w bardzo wolnym tempie. Niestety, MDCU nieco rozmija się z oczekiwaniami czytelników, którzy chcieliby móc przeczytać większość z bogatej oferty klasyków Domu Pomysłów, a nie kilka wybranych na chybił trafił archiwaliów i zeszło sezonowych nowości. Innym pomysłem na komiks w sieci ma DC, które wystartowało z projektem Zuda Comics. W swoich założeniach miała to być platforma, w której nowi twórcy mogliby zaprezentować swoje pracę. Najlepsze z nich, wybierane przez czytelników, byłyby wydawane drukiem w ramach osobnego imprintu. W ten sposób chciano wyłowić najbardziej utalentowanych twórców, którzy potem mogliby pracować przy regularnych tytułach DC. Trudno mi jednak stwierdzić, czy Zuda się sprawdziła, bo na razie żaden z autorów, biorących udział w projekcie nie zwróciła na siebie mojej uwagi.

4. Finał "Strangers in Paradise"

Kolejna ważna seria autorska z kręgu komiksu niezależnego w podsumowaniu CBR, w większości ukazała się sumptem własnym Terry'ego Moore'a. W sumie ukazało się dokładnie 90 odcinków, zebranych w dziewiętnastu trejdach. O "Obcych w raju" wspomnieć warto choćby z tego powodu, że była to seria skierowana głównie do kobiet (kobiet, a nie dziewczyn i nastolatek zaczytanych w mangach odpowiednich dla ich wieku), które raczej nie uchodzą za typową komiksową publiczność. Tramountanas zauważa, że opowieść ukazała się w licznych wersjach edytorskich – oprócz wspomnianych wydań albumowych, pojawiła się również edycja kieszonkowa, wydanie z twardym grzbietem i klasyczny omnibus w limitowanym nakładzie. Tytuł Terry'ego Moore'a wciąż pozostaje w orbicie zainteresowań wydawnictwa Taurus Media i istnieje niewielka szansa, że ujrzymy polską wersję tego komiksu.

Nagrodzona Eisnerem historia opowiada o trudnych relacjach pomiędzy dwoma przyjaciółkami Helen Francine Peters (w skrócie Francine) i Katinie Marie Choovanski, pseudo "Katchoo" oraz ich znajomych – Davidem i Casey. I, jeśli dobrze cytuję opis komiksu – "Katchoo" kocha się w Francine, David miłuje tą pierwszą, a Casey Davida. Zwyczajowy, romantyczny groch z kapustą. Mam nadzieję, że nic nie poplątałem.

5. Premiera filmowych "300"

Jestem nieco zdziwiony, że w poprzednich podsumowaniach brakło filmowej adaptacji "Sin City" Franka Millera, bo rzecz jasna film może się podobać, lub nie (rzecz gustu), może być dobry, lub kiepski (rzecz krytyków), ale nie ulega wątpliwościom, że wywarł spory wpływ na Hollywood, ustalając jedną z metod filmowania komiksów. "Miasto Grzechu" z kart komiksowych na kadry filmowe zostało przeniesione w skali jeden do jednego, i jeśli nie liczyć uroków Nancy, stało się chyba najwierniejszą adaptacją powieści graficznej, jaka powstała. Ingerencja filmowców ograniczała się jedynie do kompozycji całości.

Inna praca Millera, czyli "300", która nieco później wylądowała w kinach starała się być równie wierna wobec swojego oryginału, co "Sin City", choć tym razem dodano kilka wątków i postaci (względnie – potworów). Komiksowo-filmowa opowieść o bitwie pod Termopilami okazała się sporym sukcesem. Zarobiła na kontynuację, wzbudziła poruszenie pośród krytyków, którzy interpretowali efektowną siekę w kategoriach politycznych czy doczytując się najróżniejszych podtekstów seksualnych. Dzięki "300" Zack Snyder mógł zrobić "Strażników".

Moim skromny zdaniem kompletnie podczas adaptacji zgubiono ducha oryginału, ślepo kopiując komiksową grafikę. Majestatyczne i posągowe kadry zostały zamienione na tanie efekciarstwo, sztuczną krew i slow-motion. Wierność ojczyźnie, obowiązek i wolę walki spartiatów spłycono do bitewnej gorączki, żądzy mordowania i taniego splendoru. Znamienna dla fabuły scena podarowania ziemi i wody perskiemu posłańcowi, oddana z taką dokładnością w kinowym obrazie, w komiksie jest zupełnie inna. Z tragicznego w skutkach, wiejącego grozą złamania odwiecznych praw, mamy lekkomyślną decyzję aroganckiego wodzą, który chce udowodnić swoje przewagi na polu bitwy. Paradoksalnie, kicz i przerysowanie, nieodłączne cechy historyjek obrazkowych, o wiele bardziej były widoczne w filmie.