Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shawn McManus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shawn McManus. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 stycznia 2017

#2273 - Baśnie #19: Królewna Śnieżka

Polska edycja "Baśni" Billa Willinghama powoli, acz nieubłaganie zbliża się do wielkiego finału. Niedawno na półki księgarskie trafił album oznaczony na grzbiecie cyfrą 19, a to znaczy, że wierni czytelnicy (do których się zaliczam) mają przed sobą jedynie trzy odsłony cyklu. 



wtorek, 5 kwietnia 2011

#732 - Baśnie t.8: Wilki

W ósmym tomie "Baśni" na scenę wraca dość dawno nie widziany Bigby Wilk. Wraca w dobrym stylu, przywracając nieco blasku serii, która ostatnimi czasy goniła w piętkę. Szkoda, że tak niewiele. Od wydania "Marszu drewnianych żołnierzyków" historia popadła w pospolitość, straciła swój impet i pchana była do przodu siłą rozpędu. Trudno jednak powiedzieć, że wraz z premierą "Wilków" zaczyna go znowu nabierać. Bill Willingham nowy rozdział w dziejach Baśniogrodu napisał tak, aby specjalnie się nie wysilać.
Znowu razi fabularnym schematem i banałem, którego w pierwszych dwóch, trzech tomach tak zręcznie unikał. Ponowne zejście się złego wilka ze Śnieżką pomyślane zostało całkiem zgrabnie, podobnie zresztą, jak i misja "za liniami wroga" w wykonaniu najtwardszego bad-ass stąd do Gotham, ale całości wyraźnie brakuje polotu, błyskotliwości. Słowem tego wszystkiego, dzięki czemu "Fables" (między innymi) nagrodzone zostały siedmioma statuetkami Eisnera. Szczególnie bolą mnie toporne, publicystyczne zapędy Willinghama. O ile komentarz przy okazji zderzenia cywilizacji wschodu i zachodu w "Arabskich nocach" wyszedł jeszcze, jeszcze, o tyle nawiązywanie do skomplikowanej sytuacji Izraela (będącej samej w sobie tematem niezwykle zajmującym), zostało odmalowanie w sposób obrażający inteligencję przeciętnego czytelnika.

Dominik Szcześniak w swojej recenzji na łamach "Ziniola" zwrócił uwagę jak bardzo zmieniły się pozycje sygnowane logiem Vertigo przez ostatnie dziesięć, piętnaście lat. Niebywale celna to obserwacja. Z imprintu będącego azylem dla autorskich projektów, często niezwykle kontrowersyjnych, ale wartościowych ("Kaznodzieja" Gartha Ennisa), ambitnych serii ("Sandman" Neila Gaimana), miejsca nieskrępowanych graficznych poszukiwań, zrobiona kopię wydawnictwa-matki, DC Comics. Obecnie dużą część vertigowskiej produkcji to zwykła, ordynarna mainstreamowa sieczka. Tyle tylko różni się od papki superbohaterskiej, że jej bohaterowie nie występują w kolorowych trykotach. "Baśnie" niestety nie pozostały wyjątkiem od tej reguły.
"Popsucie" się marki Vertigo doskonale widać na przykładzie oprawy wizualnej. Niegdyś, o stylu Marka Buckinghama i Shawna McManusa dało się coś powiedzieć. Dziś nie da się powiedzieć więcej niż to, że ich kreska jest neutralna, bezstylowa, całkowicie podporządkowana wymogowi komunikacyjności. Obaj rzetelnie wykonują swoją robotę pozwalając błyszczeć Willinghamowi. Kolejne zeszyty "Baśni" muszą ukazywać się w terminie, zatem największą rysowniczą cnotą staje się punktualność. Tacy weterani, jak Buckingham i McManus umieją sobie świetnie poradzić z ględzącymi o deadline`ach redaktorami, wymagającymi od nich tylko tyle, żeby ich prace były czytelne. Nie muszą mieć charakteru, nie muszą stanowić wyzwania dla czytelnika – mają mu tylko nie przeszkadzać.

Zbierając to wszystko do kupy, obraz "Baśni" nie prezentuje się zbyt ciekawie. Z pomysłowo rozegranej reinterpretacji baśniowych motywów, delikatnie podlanych postmodernistycznym sosem, seria stała się zwykłym, tasiemcowym produkcyjniakiem, jakich dziesiątki zalega w amerykańskich sklepach komiksowych. Nietrudno stwierdzić, że Willingham jedzie na ogranych patentach, znacznie trudniej jednak orzec czy seria wróciła na właściwie tory i co będzie dalej. Ja, zrażony tanim melodramatyzmem ostatniego aktu nietypowego romansu Bigbiego i Snieżki, pozostaje raczej sceptyczny nastawiony. Czyżby "Fables" skończyły się na "Kill`em All"?

sobota, 18 lipca 2009

#203 - Saga o Potworze z Bagien #2: Miłość i śmierć

Potwór z Bagien po raz pierwszy na kartach komiksu pojawił się w 1971 roku, w 92 numerze serii „House of Secrets”. Do pewnego momentu był to klasyczny pulpowy heros, który nabył swoje niezwykłe moce w wyniku jakiegoś kuriozalnego wypadku i poświęcił swoje życie w walce z szeroko pojętym złem. I pewnie takim zostałby zapamiętany w wąskim gronie miłośników kolorowych zeszytów, gdyby DC Comics w obliczu strat, jakie przynosiła seria „Saga of Swamp Thing” zdecydowała się na jej zamknięcie, a nie oddanie w ręce mało znanego, brytyjskiego scenarzysty, co miało miejsce w 1983. Tym scenarzystą był niejaki Alan Moore.

Postać stworzona przez Lena Weina i znakomitego rysownika Berniego Wrightsona była dla przyszłego autora „Strażników” czy „Zabójczego Żartu” prawdziwą trampoliną do kariery w amerykańskim przemyśle obrazkowym i jednym z pierwszych objawów komiksowej rewolucji, która miała dopiero nastąpić. Alan Moore Potwora z Bagien zdefiniował na nowo, a niejako przy okazji przyczynił się do założenia wielce zasłużonego imprintu Vertigo, publikującego komiksy przeznaczone dla dorosłego czytelnika. W przypadku „Sagi o Potworze z Bagien” wyświechtane frazesy o rewolucyjnych zmianach, że „nic nie będzie już takie samo”, którymi czytelnicy są nieustannie bombardowani, było jak najbardziej uzasadnione. „Stary” Swamp Thing zginął, aby „nowy” mógł zostać wymyślony ponownie. Doprawiony smakowitą estetyką grozy, z nienachlanym ekologicznym przesłaniem i ezoteryczno-magicznymi wtrętami. „Saga o Potworze z Bagien” była dla Moore`a komiksowym poligonem doświadczalnym, a samo zielone monstrum stało się laboratoryjną świnką, na której wybitny scenarzysta testował swoje pierwsze zakręcone pomysły. Znacznie poszerzył granice produkowanego seryjnie komiksu, sprawdzał ile da się wycisnąć z formy 24-stronicowego odcinka „przygód” i często wystawiał na próbę cierpliwość… cenzorów. Jego seria była bowiem pierwszym tytułem z głównego obiegu pozbawionym charakterystycznego stempla Comics Code Authority, którym oznaczano pozycję przeznaczone odpowiednie dla małoletniego odbiorcy, bo Moore z założenia pisał ją dla dorosłego czytelnika.

W historiach zebranych w „Miłości i śmierci” scenarzysta próbuje się w różnych konwencjach i stylach. Tom otwiera symboliczny „Pogrzeb” pogłębiający mitologię Potwora, w którym Alec Holland raz jeszcze przeżyje tragiczny wypadek na bagnach Luizjany. Najdłuższa, bo aż trzyczęściowa, tytułowa historia jest opowieścią grozy, która niestety nie może mnie już przestraszyć. Trudno natomiast nie docenić jej swoistego epilogu („W dole, wśród zmarłych”), będącej błyskotliwą wariacją na temat infernalnej części „Boskiej Komedii” Dantego, zlokalizowaną w komiksowym uniwersum DC, z gościnnymi występami takich postaci jak Demon, Spectre czy Phantom Stranger. W „Opuszczonych domach” spotkamy się ze znanymi z kart „Sandmana” Kainem i Ablem, by raz jeszcze przenieść się do krainy Śnienia. Zamykający zbiorek „Wiosenny rytuał” to fantazyjny opis seksu uosobienia natury z ludzką kobietą, podany w fikuśnej, New Age`owej metaforyce.

Jak widać opowieści przedstawione w drugim tomie cechuje duża różnorodność, na wszystkich jednak w równym stopniu swoje piętno odcisnął czas. Najgorzej obszedł się z przeładowaną tekstem narracją, choć akurat Moore miał zawsze skłonności do mocno literackiego, kwiecistego stylu opowiadania historii oraz z oprawą graficzną. Rysunki z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku obecnie prezentują się nieco archaicznie, ale nie można odmówić im pewnego uroku. Ciężko wyróżnić któregoś ze spółdzielni grafików pracujących przy oprawie wizualnej albumu, ale najlepsze wrażenie pozostawili chyba Steve Bissette i Shawn McManus.

Warto było czekać te dwa lata na kontynuację „Sagi o Potworze z Bagien”, choć pewnie czas oczekiwania na kolejny tom będzie podobny. Nie do końca rozumiem decyzję Egmontu, aby serię pod wieloma względami podobną do równolegle publikowanego „Hellblazera” wydawać w ramach twardookładkowej kolekcji „Obrazów Grozy”. Szkoda, że nic się już z tym nie da zrobić. Bo głupio teraz wydawcy zmieniać całkowicie format i cykl wydawniczy, a czytelnik kręcący nosem na takie kombinacje rad nierad musi uzbroić się w cierpliwość.