piątek, 14 lipca 2017
#2344 - Irena #1: Getto
poniedziałek, 7 maja 2012
#1026 - Armada tom 14: Ostateczna rozgrywka
W "Armadzie" to człowiek jest obcym. Navis, ostatnia przedstawicielka naszego gatunku, do tej pory żyła w rousseauwskim stanie natury. Porwana ze swojej rodzimej planety staje się członkiem międzygalaktycznej społeczności zwanej Armadą. Porzucając swoje dotychczasowe życie musi przystosowywać się do życia w zupełnie nowych warunkach, a przy okazji staje się niezwykle ważnym pionkiem w grze prowadzonej przez na samych szczytach władzy. Szczególnie, że bardzo szybko stanie się jedną z najskuteczniejszych agentek Armady.
W brzydkim stylu żegnamy się z piękną, jak zawsze Navis. Morvan sięga po najbardziej ograne chwyty, jakie tylko można sobie wyobrazić. Najpierw naprędce ucina wątki konfliktu Ehmte-Ciss-Ronna z Radą Armady, który ciągnął się od kilku ostatnich tomów. Wraz dokręconym na siłę retconem pojawiają się również Atsukau (wraz ze swoim ludzkim podopiecznym) i zrehabilitowany Rib-Wund. Grubymi nićmi szyta konspiracyjna intryga sięgająca najwyższych kręgów władzy streszczona zostaje na kilku kadrach, dotychczasowi wrogowi stają się przyjaciółmi i na kilku stronach pokonuje „tych złych”. Potem, Navis musi się zmierzyć z niemożliwym do pokonania przeciwnikiem, sportretowanym na okładce, którego oczywiście pokonuje, a wszystko to wieńczy sielski happy end. Sprawiedliwości staje się za dość – tajemny spisek zostaje udaremniony, skorumpowani politycy zatrzymani, a Navis z Bobo i Snivelem żyli długo i szczęśliwie…
Bleh! Ma się to zupełnie nijak do tej „Armady”, którą znam i lubiłem. Nie ma pomysłowej kreacji świata przedstawionego („Niestały świat”), nie ma naprawdę dobrze skonstruowanej intrygi z twistem, który może zaskoczyć („W trybach rewolucji”). Nie ma łamania space-operowych klisz, nie ma dość głębokiej niejednoznaczności poszczególnych bohaterów, słowem – brakuje wszystkiego tego, co wyróżniało pracę Morvana i Bucheta wśród nawału innych przygodowych komiksów sci-fi. Broni się tylko Navis, ale choć znajduje się jak zwykle w świetle reflektorów, jest katalizatorem kluczowych wydarzeń i trudno jej nie lubić, to jej rolę napisano bez pomysłu. Charakteryzatorka również się nie popisała w kwestii jej uczesania.
Zwykle, pisząc o „Armadzie”, chwaliłem robotę, jaką wykonywał Philippe Buchet. Różnie bywało z Morvanem, ale oprawa graficzna stała na wysokim poziomie. I właściwie teraz też tak jest, ale coś mi w rysunkach jednak nie gra. Buchet jakoś mniej uwagi poświęca drugim planom. Brakuje tych kilku kadrów, które zapierały dech w piersiach, brakuje tego błysku, który oddziela prace rzemieślników od komiksowych artystów. Już sama okładka powinna niepokoić. Schematyczna, dziwnie skomponowana, pozbawiona dramatyzmu, który powinien cechować starcie Navis z śmiercionośnym Yiarhu-Kahem.
Finał „Armady” mnie srodze rozczarował. Smutne to było pożegnanie. Ale czy to koniec serii? Być może, choć Morvan zostawił sobie kilka wątków, które mogłyby mu posłużyć za wyjściowe punkty kontynuacji (spin-offów? Sequeli?), ale wydaje mi się, że (przynajmniej na razie) na nic takiego się nie zanosi. Czuć, że formuła tego komiksu się już po prostu wyczerpała.
czwartek, 23 czerwca 2011
#790 - Kroniki Armady (po raz drugi)

środa, 22 czerwca 2011
#789 - Kroniki Armady (po raz pierwszy)

poniedziałek, 13 czerwca 2011
#781 - Armada tom 13: Poślizg kontrolowany
"Armada" , jako jeden z nielicznych seriali mainstreamowych, przetrwał na trudnym polskim rynku, gdzie poległo już wiele innych pozycji, przeznaczonych z założenia dla tak zwanego "przeciętnego czytelnika". Pomimo kolejnych przesileń, postępującego kryzysu na komiksowym poletku, rosnących cen i malejących nakładów seria autorstwa Jeana Davida Morvana i Phillipe`a Bucheta ukazuje się nieprzerwanie od 2000 roku. Niewiele pozycji z tego samego segmentu może pochwalić się takim wyczynem.
Co więcej, komiks sprzedaje się na tyle dobrze, że wciąż publikowany jest w wersji albumowej. Gdyby tak nie było, Egmont zdecydowałby się pewnie na bardziej ekonomiczny wariant wydawania "Armady", na przykład w edycjach integralnych, zbierających po kilka tomów w jednym. W czym tkwi tajemnica powodzenia "Armady" ? No cóż, to po prostu dobry komiks jest. Morvan potrafi wycisnąć ostatnie soki z sensacyjnej opowieści w futurystycznych scenografiach, umiejętnie flirtując z czytelnikiem tajemnicą pochodzenia głównej bohaterki i dbając, aby scenariusze kolejnych albumów nie wymagały zbyt dużego zawieszenia niewiary. Więcej – potrafi naprawdę pomysłowo i zaskakująco rozegrać fabułę, co udowodnił już wielokrotnie, zgrabnie odwołując się do różnych estetyk (steampunk, post-apo, fantasy) i zręcznie unikając banału. Słowem – wszystko trzyma się kupy, a do tego trzyma w napięciu. Nie było by sukcesu "Armady", gdyby nie Buchet, który za pomocą swojej kreski ożywia fantastyczne światy, zamieszkałe przez najróżniejsze rasy obcych. Całość doprawiona jest szczyptą erotyzmu. Nie ma chyba takiego albumu w całej serii, w którym główna bohaterka nie prezentowałaby swoich wdzięków. Ale oprócz zgrabnego tyłka i krągłych cycków Navis ma również niewyparzoną gębę i twardy kręgosłup, utrudniający jej zginanie się przed przełożonymi. Jedyna przedstawicielka ludzkiej rasy przebywająca w armadzie statków mknących przez galaktykę to jedna z najsympatyczniejszych kreacji kobiecych w popkulturze.
Navis po prostu nie potrafi trzymać się z dala od kłopotów. Szantażowana przez terrorystów żądających wydania swojej starej znajomej, Kerhe-Dizzo, musi wystartować w serii nielegalnych wyścigów. Jeśli odmówi, mecenas Ehmte-Ciss-Ronn zostanie zabity. Oprócz bezwzględnej walki na torze, Navis wikła się również w intrygę, w którą zamieszany jest Przewodniczący Rady. Na scenie pojawia się także kierowany obsesją na punkcie Navis konsul Enshu Atsukau, a w cieniu przewija się jeszcze jeden gracz, znany z poprzednich tomów. Na planszy pojawia się również nowy, zupełnie niezwykły pionek, który w przyszłych tomach może mieć do odegrania ciekawą rolę. Na rozwikłanie tego splotu machinacji, podchodów i gry pozorów trzeba będzie poczekać do następnego tomu. Wydaje mi się, że Morvan nieco przedobrzył, próbując zmieścić w komiksie nieco za dużo wątków, przez co żaden z nich nie doczekał się zadowalającego rozwinięcia.
Tradycyjnie komiks narysowany jest wybornie. O ile Morvanowi zdarzają się lepsze i gorsze momenty, o tyle Phillipe Buchet niezmienne utrzymuje się w znakomitej formie artystycznej. Podczas lektury "Poślizgu kontrolowanego" zwróciłem uwagę, jak znakomicie udaje mu się łączyć dynamizm scen akcji (na przykład pościgów po futurystycznych autostradach w godzinach szczytu) z pietyzmem w odwzorowywaniu szczegółów (choćby pojazdów biorących udział w wyścigach). Efektowny styl Bucheta jak zwykle cieszy czytelnicze oko, choć gwoli ścisłości – scenariusz trzynastego tomu serii nie przewidywał zbyt wielu momentów, w których rysownik mógłby się popisać.
Po lekturze 12. tomu z dużym optymizmem zabierałem się do lektury "Poślizgu kontrolowanego", spodziewając się, że Morvan utrzyma się na fali wznoszącej. Wydawało się, że po wraz z Wolną Strefą seria łapie swój drugi oddech. Niestety, scenarzysta nie chce porzucić starych wątków, przez co ciągną się one niemiłosiernie z albumu na album.
czwartek, 26 sierpnia 2010
#543 - Urlop na Kolorowo #3 - Wolverine: Saudade
Nawet Wolverine, którego mutacyjną zdolnością jest występowanie od kilku do kilkunastu serii komiksowych równocześnie, musi czasami trochę odpocząć i wziąć sobie urlop. Zostawiając swój kolorowy trykot w szkole Xaviera, wyrusza wygrzać swoje stare, adamantowe kości na piaszczystych, brazylijskich plażach, mając w planach zakosztowanie w lokalnych specjałach. Niestety, Logan nie potrafi się trzymać z dala od kłopotów i z miejsca pakuje się w miejscowe porachunki między lokalnym gangiem a… grupką dzieciaków.W południowej części Ameryki nie wszyscy wiedzą, że Wolvie jest "najlepszy w tym co, robi", a "to co robię do przyjemnych nie należy". Bo gdyby wiedzieli, to nie ruszaliby motoru należącego do mutanta o szponach z niezniszczalnego metalu, dysponującego niezwykle czułymi zmysłami i czynnikiem samogojącym. Ale sam Logan również nie bardzo wie, w jaką kabałę się pakuje pomagając kilku dzieciakom z najbiedniejszych dzielnic Fortalezy.
Autorami one-shota "Wolverine: Saudade" są dwaj europejscy twórcy. Scenarzysta Jean-David Morvan i rysownik Philippe Buchet są znani w Polsce przede wszystkim ze swojej bestsellerowej serii "Armada". W ich pracy nad komiksem w typowo amerykańskim formacie pomagał im Larry Hama, scenarzysta znany z pracy nad solowymi przygodami Wolverine'a. W przeciwieństwie do regularnych przygód naszego ulubionego Rosomaka, Morvan i Bouchet nie byli krępowani żadnymi ograniczeniami wiekowi. Oznacza to, że francuskie wcielenie Logana nie musi chować swoich pazurów przed zadaniem śmiertelnego ciosu. I nie chowa – "Saudade" jest komiksem brutalnym, ale nie przez lejącą się strumienia krew, wypruwane flaki i rozszarpane mięśnie.
Pod piórem Morvana z Wolverine'a naprawdę wychodzi zwierzę. Koleś, który nie cacka się z tymi, którzy z nim zadarli. Mściwy, zawsze doprowadzający do końca sprawy, które tego wymagają. Nie waha się podejmować moralnie śliskich decyzji, nie boi się wziąć spraw w swoje ręce. To nie jest typowy komiks superhero, w którym w ostatniej chwili pojawi się Cyclops albo profesor Xavier i powstrzymają Logana, przed zrobieniem czegoś naprawdę złego i głupiego. Korci mnie bardzo, żeby zdradzić nieco więcej z fabuły i naprawdę szokującego zakończenia, ale nie chce popsuć zupełnie (bo trochę już popsułem) dość niespodziewanej przyjemności z lektury "Saudade". Szczerze przyznam, że oczekiwałem czegoś na poziomie zwykłej, choć poprawnie napisanej mutanckiej młócki, a dostałem coś więcej. A scenarzysta znakomicie sportretował głównego bohatera swojej opowieści, wydobywając z niego na tych 48 stronach wszystkie najważniejsze cechy. W dodatku bardzo przekonująco odmalował problemy społeczne brazylijskich dzielnic biedy zwanych potocznie fawalami.Morvan spisał się bardzo dobrze, podobnie zresztą, jak i Phillipe Bouchet. Jego kreska wydaje się być stworzono do produkcji amerykańskich. Z przyjemnością zobaczyłbym jak sobie radzi, w roli regularnego grafika w "X-Men" na przykład. Jego dokładna kreska, dopracowana w najdrobniejszym szczególe poraża niesamowitą energią, dynamizmem i siłą wyrazu.
Pomimo bardzo kolorowej powierzchowności, kiczowatej superbohaterskiej estetyki i wakacyjnego nastroju "Wolverine: Saudade" jest komiksem bardzo gorzkim w smaku. Przepełnione tytułowym, bardzo kunderowskim uczuciem melancholijnego smutku, po utracie czegoś, czego się na dobrą sprawę nigdy nie miało.
wtorek, 27 lipca 2010
#515 - Mój rok: Wiosna
"Wiosna" to utwór zupełnie inny, traktujący o wiele bardziej przyziemnym temacie. Morvan z Taniguchim wzięli się za niezwykle trudny i delikatny temat. Pisząc o rodzinie wychowującej dziecko z zespołem Downa, łatwo można wpaść na melodramatyczne mielizny, uderzyć w rozczulające tony, zrazić nadmierną dydaktycznością. Bardzo prosto jest powtarzać gładkie slogany o tolerancji wobec niepełnosprawnych, zapewniać, że ludzie upośledzeni to takie same istoty ludzkie, jak te, które czytają ten komiks. Znacznie trudniej jest napisać przekonującą i autentyczną historię. Francusko-japońskiemu tandemowi się to jednak udało, choć nie stworzyli komiksowego arcydzieła. Bo i nie to było ich celem.Udało im się uniknąć niepotrzebnego patosu, zbędnego moralizowania i stworzyli poruszającą opowieść o dniu powszednim francuskiej rodziny, których mała córeczka urodziła się z zespołem Downa. On jest menadżerem wykwintnej restauracji, ona pracuje w sklepie z bielizną. Oboje mocno kochają Capucine, ale nie sądzili, że będzie aż tak ciężko. Opieka nad nią wymaga ciągłej uwagi i jeszcze więcej czułości, niż nad innym dzieckiem. Ojciec, człowiek sukcesu, z zazdrością patrzy na "normalne" rodziny i nie może pogodzić się, że to akurat jego córka zatrzyma się na intelektualnym poziomie trzecioklasistki. Jest sfrustrowany, miewa dość ciągłej walki o poprawnie ułożone sztućce przy stole. Matka, przygnieciona ciężarem obowiązków, coraz częściej nie potrafi sobie ze wszystkim dać rady. Reszta rodziny próbuje oswoić się z tą nową dla nich sytuacją, ale nie jest to łatwe. Na boku tego całego zamieszania jest jeszcze Capucine, która na własny sposób postrzega świat, widząc znacznie więcej, niż może się to wydawać jej bliskim. Nie jest jednak tego w stanie przekazać nikomu i wśród kochającej rodziny jest bardzo samotna.
Kreska Taniguchiego złamana pastelowymi, delikatnie nałożonymi kolorami wygląda znacznie bardziej subtelnie, niż jego surowe, wręcz ascetyczne prace w czerni i bieli. Oprawa graficzna współgra z fabułą w harmonijnej, komiksowej symbiozie. Nie wiem, w jakim języku Morvan z Taniguchim się dogadywali, czy korzystali z pomocy oddziału tłumaczy, ale efekt ich współpracy pokazuje, że świetnie się im to udawało. Francuski scenarzysta potrafił wczuć się w rytm narracji swojego japońskiego partnera i "Wiosna" przypomina najlepsze dokonania Taniguchiego – "Odległą dzielnicę" i "Zoo zimą".Etykietka komiksu familijnego, pewnie będzie ciążyć "Mojemu roku", a nie powinna. Bo komiks nie jest naiwny, ani infantylny. Z pewnością obroni się, jako dzieło, ale może świetnie posłużyć, jako pomoc dydaktyczna. Szczególnie dla chcących poznać, jakie problemy czekają rodziców wychowujących dziecko, którego nigdy nie będą mogli w pełni zrozumieć.
piątek, 14 maja 2010
#452 - Armada #12: Wolna strefa
W przeciwieństwie do mocno przegadanego poprzedniego tomu, "Wolna strefa" ani na chwilę nie traci dynamicznego tempa. Wraz z powrotem moich ulubionych bohaterów - zdymisjonowanego i skompromitowanego generała Rib'Wunda i Rammasza, obecnego zwierzchnika sił zbrojnych floty, komiks odżywa. Na tego pierwszego poluje jeden z najskuteczniejszych łowców nagród, który staje się celem Navis. Główna bohaterka serii po zwolnieniu z pracy dla wywiadu, przekwalifikowała się na prawe ramię mecenasa Ehmte-Ciss-Rona. Pomiędzy myśliwym i zwierzyną staną nieporadni agenci Rammasza, a w końcu generał we własnej osobie. Efekt jest co najmniej wybuchowy i zaskakujący... W komiksie dzieje się dużo, szybko i efektownie. Sensacyjna akcja, zakulisowe intrygi i kilka konspiracyjnych tropów odnośnie do treści kolejnych tomów stanowią razem świetny przepis. Morvan udowodnił, że z "Armady" da się jeszcze coś wycisnąć, modyfikując nieco formę serii.Wizualnie komiks prezentuje się znakomicie. W tym przypadku od ostatniego albumu nic się nie zmieniło. Philippe Buchet w swojej klasie nie ma sobie równych. Dysponuje bogatą w szczegóły i bardzo przyjemną dla oka kreską. Radzi sobie równie dobrze ze statycznymi ilustracjami bogatymi w detale, przedstawiającymi obce planety i zapuszczone porty kosmiczne, jak i z dynamicznymi scenami pościgów czy strzelanin. Tych drugich w "Wolnej strefie" jest jakby więcej, przez co rysownik nie ma tak wielkiego pola do popisu, jak miało to miejsce w poprzednich częściach.
O ile o formę Buchet można być spokojnym, tak bardzo cieszy wysoka dyspozycja Morvana. Szczególnie w perspektywie kolejnych tomów "Armady", która należy do jednych z najpopularniejszych serii zarówno, na rynku frankofońskim, jak i w Polsce. W swojej recenzji poprzedniego tomu zastanawiałem się czy "Armada" nie skończyła się po "Strefie nadzoru". Po skończonej lekturze dwunastego tomu nie mam już takich wątpliwości. Teraz, mam nadzieję, że seria na nowo "zacznie się" właśnie po "Wolnej strefie".
poniedziałek, 27 lipca 2009
#208 - Armada #11: Niestały świat
„Armada” należy do jednego z najpopularniejszych cyklów science-fiction wydawanych na polskim rynku. Najlepszym dowodem jej niesłabnącego powodzenia wśród czytelników, jest regularne wznawianie pierwszych tomów serii Jean David Morvana i Philippe`a Bucheta, obok regularnego publikowania bieżących odcinków. Do tej pory taki zaszczyt spotyka tylko absolutnych klasyków, jak „Thorgal”, a na przykład taki „Sandman”, niekwestionowany przebój, doczekał się reedycji dopiero po wydaniu ostatniego tomu. Czy w przypadku space-opery autorstwa tandemu Morvan-Buchet popularność przekłada się na jakość?
Niestety, po lekturze jedenastego albumu nie mogę odpowiedzieć twierdząco na to pytanie. Najnowsza „Armada” utrzymuje poziom ostatnich, nieco słabszych tomów. Na łamach „Niestałego świata” scenarzysta Jean-David Moran otwiera nowy rozdział w życiu głównej bohaterki komiksu. Za niewykonanie rozkazów Rady Armady zadziorna Navis utraciła swój status agentki, straciła pracę i znalazła się na bruku. Jak się okaże nie na długo, bowiem jej unikalne zdolności zostaną docenione przez mecenasa Ehmte-Ciss-Rona. Ostatnia przedstawicielka ludzkiej rasy znowu stanie się śmiercionośną bronią w czyichś rękach, tym razem prywatnych. Skuszona możliwością spotkania się ze swoim starym przyjacielem, prolsem Bobo, uda się na pierwszą misję, na planetę Ribehn, słynącą z eksploatacji niezwykle cennego surowca. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa, nic nie pójdzie tak, jak zaplanowano…
Zgodnie z niepisaną tradycją każdy kolejny album „Armady” nawiązuje do jakiejś popularnej estetyki bądź konwencji. Był już steampunk, fantasy, wariację a temat „Terminatora” i „Obcego”, a tym razem padło na samurajską Japonię. Morvan przesadził jednak z inspiracjami, bowiem fabuła, jako żywo przypomina tą z „Ostatniego Samuraja”. W tragiczny konflikt między szlachetną, ale odchodzącą w przeszłość tradycją a nieubłaganą, ale niedoskonałą modernizację zostaną wplątani przypadkowo Navis i Bobo, zmuszeni do dokonania dramatycznych wyborów. Może i brzmi to nieźle, ale narracji brakuje jednak lekkości, cała historia jest przeładowana dialogami i pozbawiona dramatyzmu swojego „oryginału”. Momentami pretensjonalna, momentami zbytnio uproszczona.
Być może „Niestały świat” dlatego jest tak przegadany, aby czytelnik mógł dłużej zatrzymywać swój wzrok na znakomitych kadrach autorstwa Phillipe`a Bucheta? W porównaniu z wahaniami formy scenarzysty, rysownik ciągle trzyma naprawdę wysoki poziom, do którego przyzwyczaił nas już w poprzednich tomach. Już wielkie wrażenie robi jego warsztat, a wręcz dech zapiera odwzorowanie świata przedstawionego. W każdym najmniejszym detalu, od stołowej zastawy, przez pismo i stroje, architekturę i technologię Ribehn został odwzorowany pracochłonnie, oryginalnie, i z pomysłem.Jedenasty tom „Armady” jest komiksem słabym, co jest o tyle gorsze, że otwierający drugą dziesiątkę „Niestały świat” miał być przełomem dla Navis. Chcąc nie chcąc, miłośnicy skądinąd sympatycznej ex-agentki z tym albumem zapoznają się niejako z rozpędu. Inni powinni omijać go szerokim łukiem i pozostać przy najlepszych momentach, jakie miała ta seria. W oczekiwaniu na kolejny odcinek pewnie poznamy odpowiedz na inne pytanie – czy „Armada” skończyła się po „Strefie Nadzoru”?

