Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Urlop na Kolorowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Urlop na Kolorowo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 września 2010

#572 - Urlop na Kolorowo #5 - Śladami Guy'a Delisle

Koniec wakacji nadszedł - jak co roku - za szybko i w najmniej odpowiednim momencie. Ostatnie wakacyjne chartery już wylądowały, studenci wracają na swoje ukochane wydziały, a jesień (nie tylko kalendarzowa) zadomowiła się na ulicach już na dobre. Nadszedł więc czas by i na Kolorowych Zeszytach zakończyć komiksowe urlopowanie.

Koniec będzie jednak odrobinę nietypowy, i zamiast ostatniej hucznej imprezy na jakiejś egzotycznej plaży (wybaczcie, może za rok), przyjrzymy się zjawisku zagranicznych wyjazdów służbowych, które niejednokrotnie są również okazją do poszerzenia horyzontów. W tym zadaniu pomoże nam Guy Delisle, który podczas pobytu w Korei Północnej i Birmie "bawił się" w komiksowego pilota wycieczki. Czy podołał temu zadaniu?


Nie da się ukryć, że miejsca do których zabiera nas Delisle są równie fascynujące co niebezpieczne. W przypadku Korei Północnej i Birmy ciężko pisać o atrakcjach turystycznych (miejsca "programujące" społeczeństwo to chyba tutaj określenie bardziej na miejscu), czy terenach rzadziej lub częściej odwiedzanych przez turystów. Odseparowanie tych krajów od reszty świata jest tak silne, że zadanie Guy'a który zrządzeniem losu został "wtajemniczony" w ten świat, by zainteresować jest bardzo ułatwione. Ponieważ za każdym razem kiedy zabiera on czytelnika czy to na Międzynarodową Wystawę Przyjaźni bądź przed dom więzionej noblistki Aung San Suu Kyi, dla większości z nas jest to ciekawe, pouczające, a przede wszystkim nowe doświadczenie. "Phenian" koncentruje się na punktowaniu absurdów państwa Kim Dzong Ila, co jest kilkukrotnie świetnie puentowane określaniem "1984" Georga Orwella książką science-fiction. A "Kroniki Birmańskie" pokazują, że życie w tak surrealistycznych warunkach pod wieloma względami wcale nie różni się od naszego. Śmiało więc można stwierdzić, że oba komiksy - choć zupełnie inne - są świetnymi przewodnikami po totalitarnym państwie. Pytanie tylko czy to zasługa autora, czy też może raczej "elitarności" tematu?

Na szczęście w momentach, kiedy Delisle koncentruje się na zwyczajnym człowieku tych wątpliwości już nie ma. A wszystko to dlatego, że pomija on zupełnie kontekst polityki, prawa czy ekonomii (zmieniający człowieka w migawkę z serwisu informacyjnego), a skupia się na jego codziennych problemach. I trzeba przyznać, że robi to z dużą dozą życzliwości, a gdy trzeba to i wyrozumiałości. Dopiero przy takim osobistym spojrzeniu na mieszkańców tego świata, przestajemy postrzegać Koreę Północną i Birmę w kategoriach "gdzieś daleko stąd/prawie nierealne", a zaczynamy współodczuwać z ich mieszkańcami. Bo choć całkowita izolacja od świata zewnętrznego i zawłaszczanie przez władze każdej sfery życia jest przerażające, to czytając komiksy Guy'a niejednokrotnie bardziej współczujemy tym ludziom, kiedy widzimy jak jedyny wolny dzień zamieniany jest w przymusowy wolontariat (i to pokroju zamiatania autostrady), a ciągłe przerwy w dostawie prądu uniemożliwiają rozwijanie pasji. Analogicznie, tymi najweselszymi momentami są te, kiedy czytamy o buddyjskim nowym roku - czterodniowym festiwalu wody, podczas którego wszyscy mieszkańcy mogą swobodnie gromadzić się i świętować, czy też zwyczajny piknik w lesie, kiedy to każdy może się zrelaksować i zwyczajnie nic nie robić.

Powróćmy jednak do podstawowego pytania - czy Guy Delisle jest dobrym "przewodnikiem" po tych egzotycznych krajach? Ciężko odpowiedzieć mi na te pytanie jednoznacznie. Z jednej strony jego komiksy kipią od ciekawych miejsc i sytuacji, ale z drugiej strony w trakcie lektury nie mogłem pozbyć się wrażenia, że te historie zostały napisane z wyrachowania, a nie z artystycznej potrzeby. Jakby Delisle stwierdził, że skoro już był w tak niedostępnych miejscach świata to zrobi o tym komiksy, bo ludzie "kupią" to, bo przecież jest im to zupełnie nieznane. Jego życiorys zdaje się potwierdzać tę tezę. Po pobycie w Chinach powstał "Shenzen", potem była Korea Północna i Birma. Patrząc na tę tendencję, niedługo można spodziewać się opowieści z Jeruzalem, bo jakiś czas temu Guy wrócił z rocznego pobytu w tym mieście. Bo choć w wykorzystywaniu możliwości jakie daje nam los nie ma oczywiście nic złego, to pilot wycieczki by zaciekawić musi nie tylko opowiadać o ciekawych miejscach, ale trzeba także czuć w nim pasję. A tego niestety brakuje mi w komiksach Delisle.

czwartek, 9 września 2010

#555 - Urlop na Kolorowo #4 - Maksym Osa

Po krótkiej przerwie (to wszystko przez "zmęczenie" brazylijskimi plażami) wracamy z kolorowymi relacjami z wakacji. Po sporej dawce egzotyki, dzisiaj przyszła pora na bardziej swojskie klimaty. Zapraszamy więc na wycieczkę do naszych wschodnich sąsiadów - Ukrainy.... (JT)

Henryk Sienkiewicz i jego "Trylogia" trwale ukształtowała obraz Rzeczypospolitej szlacheckiej z XVII wieku. Wybitny, choć uchodzący za drugorzędnego, pisarz utrwalił w zbiorowej polskiej świadomości wzór rycerza-patrioty stojących na straży rubieży ojczyzny, goniącego Kozaka albo Tatara po Dzikich Polach, z lubością oddającego swoje życie w oblężeniu warownej twierdzy. Z podobnym materiałem historycznym, ale zupełnie inaczej poradził sobie komiksiarz Igor Baranko.

"Maksyma Osę" jego autorstwa z sienkiewiczowskim cyklem może łączyć jeszcze jedna rzecz. Obie lektury są wyborną rozrywką wciągającą swojego czytelnika od pierwszych stron. Historyczne realia siedemnastowiecznej Ukrainy posłużyły Barance za malowniczy kostium dla rasowej opowieści kryminalnej. Jej tytułowy bohater, Maksym Osa, wracający z kampanii przeciwko Turkom, w swoim rodzinnym domu zastają obcego mężczyznę zajmującego jego miejsce w małżeńskim łożu. Przegoniony na pobliski cmentarz trafia na grób z własnym imieniem i nazwiskiem. Prosty Kozak zaczyna mieć wątpliwości – co się wydarzyło? Może rzeczywiście poległ na polu bitwy i wrócił, jako duch? Jakby tajemnicy jego domniemanego zgonu było jeszcze mało, polski książę na tamtejszych włościach, Zenon Onufry Kryczewski chce, aby Osa odnalazł skarb ukryty przez jego kompana, atamana Matwieja Chwosta. W całą sprawę zamieszany jest również grasujący w okolicy wilkołak. W komiksie nie braknie również wątku romansowego, związanego z żoną i córką Kryczewskiego.

Jak widać wszystkie elementy kryminalnej układanki są na swoich miejscach. Maksym Osa, oprócz tego, że jak na Kozaka przystało, jest pierwszy i do szklanki, i do bójki, a kobiety nie mogą narzekać na jego męskość, sprawdza się również rozwiązując zagadki. Popisuje się przy tym analitycznym umysłem, a więc cechą niezbyt powszednią wśród jego sienkiewiczowskich pobratymców. To nie w ciemię bity ułomek, którego można łatwo wykorzystać do swoich celów, tylko szczwany lis, który z niejednego pieca chleb jadł.

Gdyby tylko zamienić kontusz na prochowiec, samogon na whisky, szablę i samopał na rewolwer, a fantazyjną kozacką fryzurę przyciąć zgodnie z żurnalami mody lat z połowy ubiegłego wieku, otrzymalibyśmy modelowego i chyba już nieco nudnego bohatera powieści spod znaku noir. A tak, w swojej ukraińskiej wersji, taka kreacja sprawia o wiele lepsze wrażenie. Zamiast betonowej, miejskiej dżungli wraz z Maksymem zwiedzimy bezkresne stepy, karczmy, w których nie sposób nie wdać się w bójkę i prawosławnego obrządku cmentarz. Sam Igor Baranko może uchodzić za obieżyświata, bowiem ma na swoim koncie publikacje, zarówno na rynku amerykańskim, jaki i frankofońskim. Pochodzący z Kijowa artysta lubi również wpaść do Polski, przy okazji konwentu komiksowego w Warszawie czy Łodzi (najbliższa emefka).

Postać głównego bohatera jest jednym z najjaśniejszych punktów komiksu, ale innym jego elementom też nie można zbyt wiele zarzucić. Reszta postaci prezentuje się ciekawie, z niosącym kaganem humanizmu na stepach Kryczewskim i nieco szalonym ojcem Silantijem na czele. Intryga kryminalna napisana jest całkiem sprawnie, a Baranko nie stroni od humoru i ma dobrą rękę do dialogów. Nie gorzej prezentuje się oprawa graficzna, w której można odnaleźć szlachetne, ale subtelne wpływy Moebiusa.

"Maksym Osa" wpisuje się w nurt kryminałów w oryginalnych dekoracjach, uciekających od utartych schematów i szablonowych rozwiązań. I wśród wielu pozycji wykorzystujących dobrą koniunkturę, komiks Igora Baranko jest lekturą na którą naprawdę warto zwrócić uwagę

czwartek, 26 sierpnia 2010

#543 - Urlop na Kolorowo #3 - Wolverine: Saudade

Po zachmurzonej Anglii i gorącym, acz niebezpiecznym Meksyku, nadeszła pora na odrobinę niczym nieskrępowanej rozrywki. Dlatego dzisiaj Kolorowe Zeszyty zabierają Was do ojczyzny fiesty i (nie zawsze) doskonałych canarinhos. Panie i panowie! Zapraszamy do Brazylii.... (JT)
Nawet Wolverine, którego mutacyjną zdolnością jest występowanie od kilku do kilkunastu serii komiksowych równocześnie, musi czasami trochę odpocząć i wziąć sobie urlop. Zostawiając swój kolorowy trykot w szkole Xaviera, wyrusza wygrzać swoje stare, adamantowe kości na piaszczystych, brazylijskich plażach, mając w planach zakosztowanie w lokalnych specjałach. Niestety, Logan nie potrafi się trzymać z dala od kłopotów i z miejsca pakuje się w miejscowe porachunki między lokalnym gangiem a… grupką dzieciaków.

W południowej części Ameryki nie wszyscy wiedzą, że Wolvie jest "najlepszy w tym co, robi", a "to co robię do przyjemnych nie należy". Bo gdyby wiedzieli, to nie ruszaliby motoru należącego do mutanta o szponach z niezniszczalnego metalu, dysponującego niezwykle czułymi zmysłami i czynnikiem samogojącym. Ale sam Logan również nie bardzo wie, w jaką kabałę się pakuje pomagając kilku dzieciakom z najbiedniejszych dzielnic Fortalezy.

Autorami one-shota "Wolverine: Saudade" są dwaj europejscy twórcy. Scenarzysta Jean-David Morvan i rysownik Philippe Buchet są znani w Polsce przede wszystkim ze swojej bestsellerowej serii "Armada". W ich pracy nad komiksem w typowo amerykańskim formacie pomagał im Larry Hama, scenarzysta znany z pracy nad solowymi przygodami Wolverine'a. W przeciwieństwie do regularnych przygód naszego ulubionego Rosomaka, Morvan i Bouchet nie byli krępowani żadnymi ograniczeniami wiekowi. Oznacza to, że francuskie wcielenie Logana nie musi chować swoich pazurów przed zadaniem śmiertelnego ciosu. I nie chowa – "Saudade" jest komiksem brutalnym, ale nie przez lejącą się strumienia krew, wypruwane flaki i rozszarpane mięśnie.
Pod piórem Morvana z Wolverine'a naprawdę wychodzi zwierzę. Koleś, który nie cacka się z tymi, którzy z nim zadarli. Mściwy, zawsze doprowadzający do końca sprawy, które tego wymagają. Nie waha się podejmować moralnie śliskich decyzji, nie boi się wziąć spraw w swoje ręce. To nie jest typowy komiks superhero, w którym w ostatniej chwili pojawi się Cyclops albo profesor Xavier i powstrzymają Logana, przed zrobieniem czegoś naprawdę złego i głupiego. Korci mnie bardzo, żeby zdradzić nieco więcej z fabuły i naprawdę szokującego zakończenia, ale nie chce popsuć zupełnie (bo trochę już popsułem) dość niespodziewanej przyjemności z lektury "Saudade". Szczerze przyznam, że oczekiwałem czegoś na poziomie zwykłej, choć poprawnie napisanej mutanckiej młócki, a dostałem coś więcej. A scenarzysta znakomicie sportretował głównego bohatera swojej opowieści, wydobywając z niego na tych 48 stronach wszystkie najważniejsze cechy. W dodatku bardzo przekonująco odmalował problemy społeczne brazylijskich dzielnic biedy zwanych potocznie fawalami.

Morvan spisał się bardzo dobrze, podobnie zresztą, jak i Phillipe Bouchet. Jego kreska wydaje się być stworzono do produkcji amerykańskich. Z przyjemnością zobaczyłbym jak sobie radzi, w roli regularnego grafika w "X-Men" na przykład. Jego dokładna kreska, dopracowana w najdrobniejszym szczególe poraża niesamowitą energią, dynamizmem i siłą wyrazu.

Pomimo bardzo kolorowej powierzchowności, kiczowatej superbohaterskiej estetyki i wakacyjnego nastroju "Wolverine: Saudade" jest komiksem bardzo gorzkim w smaku. Przepełnione tytułowym, bardzo kunderowskim uczuciem melancholijnego smutku, po utracie czegoś, czego się na dobrą sprawę nigdy nie miało.

czwartek, 19 sierpnia 2010

#538 - Urlop na Kolorowo #2 - Komiksowy Meksyk

W naszych komiksowych wakacjach opuszczamy dzisiaj deszczową Anglię i kierujemy się na zachód - do Ameryki Północnej. Nie będziemy jednak "zwiedzać" Stanów Zjednoczonych, stolicy kontrowersyjnych zeszytówek, lecz zapuścimy się na tereny, gdzie tequila, tortilla i palące słońce to codzienność. Zapraszam do komiksowego Meksyku, kraju o którym śpiewają fantastyczne piosenki...


Naszą wycieczkę zacznijmy od małej podróży w czasie, i przyjrzyjmy się początkom Meksyku. Pomoże nam w tym "Hernan Cortes i podbój Meksyku" autorstwa Stefana Weinfelda (scenariusz) i Jerzego Wróblewskiego (rysunki). Ten komiks, w iście sprinterskim tempie (od roku 1518 do 1547 w czterdzieści osiem stron), przeprowadza czytelnika przez historię ziem przyszłego Meksyku. Szlak tej podróży wytycza hiszpański szlachcic - Hernan Cortes, który wraz z sześciuset żołnierzami, przybył na te ziemie w poszukiwaniu legendarnego złota Azteków. Podczas tej wyprawy zobaczymy Orizabe - najwyższy szczyt Meksyku, będący jednocześnie czynnym wulkanem, podobnie jak Popocatepetl i Iztaccihuatl, które "towarzyszyły" Hiszpanom w drodze do stolicy Azteków - Tenochtitlan. Miasto te, położone na terenach aktualnej aglomeracji Meksyku, w czasach świetności liczyło (wedle komiksu) trzysta tysięcy mieszkańców i było ówcześnie jednym z największych miast świata. Jednak najlepszą atrakcją, jaką zafundują nam Weinfeld i Wróblewski, nie są "meksykańskie widokówki", ale możliwość poznania starych prekolumbijskich cywilizacji - Tolteków, Totonaków i Azteków. Na stronach komiksu możemy przekonać się, że były to, z jednej strony, ludy wykształcone i silne gospodarczo, ale z drugiej strony wzajemnie skłócone, a przez to łatwe do manipulacji. To właśnie rękoma rdzennych mieszkańców Cortes podbił Azteków. Wewnętrzne waśnie doprowadziły nie tylko do utraty niepodległości, ale i śmierci tysięcy mieszkańców. A jedynym pocieszeniem w tej krwawej historii jest fakt, że zwyczaje i język miejscowej ludności przetrwały w tańcach i wierzeniach. Cała reszta zamieniła się w kolonie hiszpańską ze stolicą - Meksykiem właśnie - wybudowaną na ruinach Tenochtitlan.

Zakończmy jednak ten smutny etap naszej wycieczki i skierujmy się do swoistego skansenu, przedstawiającego niepodległy już Meksyk z przełomu XIX i XX wieku. Wszystko to za sprawą "Tortilli dla Daltonów" - jednego z tomów przygód Lucky Luke'a - Goscinnego (scenariusz) i Morrisa (rysunki). Tym razem odwiedzimy okolice Rio Grande, a dokładniej małą wioskę Xochitecotzingo. W tej sennej, skąpanej słońcem mieścinie dowiemy się jak wyglądał zwyczajny dzień z życia przeciętnego Meksykanina. A wypełniony był on pikantnym jedzeniem (tortille, nadziewane tamale i fasolka frijoles), mocną tequilą, walkami kogutów i nieustającą sjestą. Poznamy również przedstawicieli najpopularniejszych zawodów w Meksyku. Emilio Espuelas i jego bandyci pokażą jak ciężką pracą jest porywanie ludzi dla okupu. Przy ranczerze don Doroteo Priesto zobaczymy ile sprytu i odwagi trzeba mieć by chronić swojego dobytku, a bracia Daltonowie udowodnią nam, że aby zostać śpiewającym serenady Mariachim trzeba mieć nie tylko mnóstwo talentu muzycznego i naturalnej gracji, ale również i odwagi.

A po zapoznaniu się z meksykańską codziennością, Mike Mignola (scenariusz) i Richard Corben (rysunki) wraz z zeszytem "Hellboy in Mexico" zaproszą nas na nastrojowy spacer z cyklu "Meksyk nocą". I choć przechadzka ta może być świetnym momentem wytchnienia od palącego słońca, to ostrzegam, że nie należy ona do najbezpieczniejszych. A to dlatego, że meksykańskie bezdroża pełne są wampirów, wilkołaków i wiedźm czyhających na nieświadomych zagrożenia turystów. Warto jednak nie odpuszczać tego punktu programu i podjąć ryzyko godne diabelskiego potomka, ponieważ to właśnie tutaj możemy zobaczyć jak wyglądają meksykańskie zabawy. A są one huczne, alkohol leje się tu strumieniami i trwają do samego rana. Dodatkową atrakcją jest możliwość zobaczenia walki prawdziwych meksykańskich zapaśników - zamaskowanych luchadores.

Na koniec naszej podróży Mike Benson (scenariusz) wraz z Jefte Palo (rysunki) opowiedzą nam o problemach współczesnego Meksyku w historii "Moon Knight: Down South". I choć nie są to sprawy zaskakujące, bo mowa tu będzie o rzeczach uniwersalnych, jak handel narkotykami, przemoc i chciwość, to warto spojrzeć na nie z perspektywy Ameryki Łacińskiej, by mieć pełniejszy obraz komiksowego Meksyku. I tak już na samym początku przyjrzymy się nielegalnym walkom bokserskim, by po chwili dowiedzieć się o skorumpowanej policji, która ma swój udział w porwaniach ludzi. Wszystko to jednak blednie, kiedy poznamy bezwzględnego dilera narkotyków, który gotów jest zabić swą córkę, byle tylko dowieść swej lojalności rosyjskim współpracownikom. Gdy do tych zimnokrwistych bandytów dodamy tajemniczą Zjawę brutalnie mordującą gangsterów na ulicach, to otrzymamy obraz, który będzie w stanie zniechęcić nawet najbardziej zapalonych wczasowiczów do zwiedzania na własną rękę. Ten "rysunek" ratują jednak po części Bracia Zapato. Ta dwójka zamaskowanych zapaśników, z pozoru będących bezwzględnymi zabójcami do wynajęcia, okazuje się być ludźmi honoru, dla których słowo ważniejsze jest od pieniędzy. I właśnie o takich ludziach warto pamiętać, kiedy po powrocie z Meksyku będziemy opowiadać naszym najbliższym o tamtejszych ludziach.

I to już niestety koniec dzisiejszej wyprawy. Autor powyższego tekstu, pełniący jedynie funkcję skromnego pilota tej wycieczki, zastrzega sobie, że nie odpowiada za nieścisłości i przekłamania, w stosunku do stanu faktycznego, zawarte we wspomnianych komiksach...

czwartek, 12 sierpnia 2010

#530 - Urlop na Kolorowo #1 - Captain Britain and MI: 13

Dzisiaj na Kolorowych Zeszytach zaczynamy małą wakacyjną zabawę!
W tekstach z cyklu "Urlop na Kolorowo" będziemy chcieli zabrać Was na komiksowe wycieczki po krajach, które z różnych względów doskonale nadają się na urlop. Część z Was powie zapewne "sierpień już, wakacje u schyłku; dlaczego tak późno?" A ja odpowiem Wam, że lipiec był dla nas miesiącem wytężonej pracy - pełnym podróży, fotografowania i skrupulatnego robienia notatek, by teraz najlepiej jak to możliwe przedstawić owoc naszych wakacyjnych wojaży. Mamy nadzieję, że będziecie zadowoleni!
Tyle więc tytułem wstępu. Zapraszając do Wielkiej Brytanii, oddaje głos Kubie.... (JT)

Captain Britain and MI: 13” była serią, która wystartowała przy okazji „Secret Invasion”, wielkiego letniego eventu Marvela w 2008 roku. Na jej łamach, w czteroczęściowej historii „Guns of Avalon” scenarzysta komiksowy i telewizyjny - Paul Cornell, najlepiej znany ze skryptów do najnowszej inkarnacji serialu „Doctor Who” miał pokazać, jak brytyjscy herosi radzą sobie z najazdem zmiennokształtnych Skruli na swoją ojczyznę.

Wyspiarski oddział Domu Pomysłów, założony w 1972, był przez długi czas bardzo ciekawym zakątkiem na komiksowej mapie Europy. Oprócz przedrukowywania pozycji zza Oceanu wykreował galerię oryginalnych łotrów i herosów, wylansował kilka, dużych nazwisk w branży (między innymi Alana Moore`a, Dave`a Gibbonsa, Johna Wagnera, Steve`a Dillona czy Granta Morrisona) i opublikował sporo, własnych komiksów („Digitek”, „Knights of the Pendragon”). Angielskiej oficynie udało się również wykreować unikalne uniwersum pełne nie tylko ubranych w trykoty herosów, ale również dziwacznych stworzeń znanych z baśni, mitów arturiańskich, folklorystycznych podań i twórczości Szekspira.

Paul Cornell od dłuższego czasu przymierzał się do stworzenia serii traktującej o superbohaterach ze Zjednoczonego Królestwa. Po sukcesie mini-serii „Wisdom” scenarzysta w 2007 roku miał pisać „Excalibura”, wskrzeszając najbardziej rozpoznawalną brytyjską markę w Stanach, ale nowa inkarnacja serii (pod tytułem „New Excalibur”) bardzo szybko zmieniła swój profil. Dopiero rok później, dzięki „Captain Britain and MI: 13” odkurzono nieco ten zapuszczony i zaniedbany zakątek Marvela.

Pierwsze cztery numery serii były tie-inem do „Secret Invasion”, w którym Wielka Brytania jest celem kosmicznej inwazji Skruli. W obronie Królowej staje tytułowy Kapitan Brytania, przez Cornella bardzo sprawnie odświeżony, oraz Pete Wisdom, dowodzący specjalną komórką MI: 13. Wspomagani przez innych brytyjskich herosów (wampirzycę Spitfire, byłego Avengera Black Knighta i debiutującą doktor Faizę Hussein) odpierają atak za cenę podpisania paktu z siłami piekielnymi, powracającymi całkiem szybko, bo już w drugiej historii. W „Hell Comes to Birmingham” wystąpią również Blade oraz Captain Midlands. Ostatnia, trzecia i zdecydowanie najlepsza opowieść pod tytułem „Vampire State” to kolejna napaść na Zjednoczone Królestwo, któremu tym razem przewodzi hrabia Dracula, pragnący zrobić z Wysp państwo wampirów. Atrakcji turystycznych w „Captain Britain and MI: 13” jest co niemiara – Londyn połączony z Avalon dzięki Siege Perilous (które hardkorowi fani X-Men powinni kojarzyć), Birmingham opanowane przez jednego z piekielnych lordów czy księżyc zamieszkały przez pijące krew monstra.

Oprawa graficzna nie prezentuje się dobrze. Stanowi jakiś dowód na to, że szefostwo Marvela nie wiązało zbyt wielkich nadziei z tym tytułem, nie desygnując nikogo z nazwiskiem do pracy z Cornellem. Leonard Kirk to rysownik przeciętny, a o wspomagających go w kilku numerach innych twórcach (Pat Ollife, Mike Collins, Adrian Syaf) nawet tego powiedzieć nie można. Natomiast Paul Cornell to cholernie sprawny scenarzysta, umiejący napisać porządną, wciągającą i całkiem oryginalną historię. Fantastycznie wychodzą mu cliffhangery i niespodziewane zwroty akcji. Gdyby „Guns of Avalon” mógł rozpisać na sześć, a nie cztery zeszyty, jestem pewien, że stworzyłby najbardziej epicki i porażający rozmachem komiksowy event od czasów „Sinestro Corps War”. Potrafi pięknie wymieszać w pulpowej konwencji fantastykę z science fiction, elementy horroru z estetyką superhero. Robi komiks dla geeka, którego cieszą kosmiczne galeony, cybernetyczne pułapki na duchy, mash-upy średniowiecznych rycerzy z agentami w służbie jaj królewskie mości, skrullowaty John Lennon czy futurystyczne maszyny napędzane zaklęciami. A całość pikantnie doprawia czarnym humorem.

W Stanach seria została bardzo entuzjastycznie przyjęta. Recenzenci rozpływali się w zachwytach nad najlepszą nową serią superbohaterską (CBR), namaszczając Paula Cornella na scenarzystę formatu Bendisa czy Johnsa (Newsarama), który poprowadzi nowe natarcie z angielskich wysp na Amerykę. Niestety, po czwartym numerze, „Captain Britain” nie sprzedawał się już tak dobrze. Właściwie sprzedawał się na tyle kiepsko, że zaczęły chodzić pogłoski o skasowaniu tytułu. Marvel długo je rozwiewał, aby w końcu zamknąć serię. W momencie, kiedy była nominowana do nagrody Hugo za trejd „Vampire State”. Na domiar złego Joe Quesada puścił Cornella do konkurencji, gdzie przywitano go z otwartymi ramiona kusząc lukratywnym kontraktem i oferując „Action Comics” na dobry początek. Nie mam wątpliwości, że brytyjski scenarzysta będzie świetnym nabytkiem dla DC Comics i z pewnością wysmaży kilka smakowitych komiksów. W tym wszystkim najbardziej szkoda Britanica, Wisdoma i reszty ekipy z MI: 13, których dalszych losów nigdy już nie poznamy (nie licząc kilku popierdółek przy okazji „Heroic Age”).