Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Philippe Buchet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Philippe Buchet. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 maja 2012

#1026 - Armada tom 14: Ostateczna rozgrywka

Początki „Armady” sięgają najbardziej zamierzchłych czasów Klubu Świata Komiksu. Pierwszy tom serii Jean Davida Morvana i Phillipe Bucheta ukazał się w 2000 roku. Przez ponad dekadę niepokorna Navis "przeżywała swoje przygody w kosmosie" i rozkochiwała w sobie co bardziej wrażliwych komiksiarzy. 

W "Armadzie" to człowiek jest obcym. Navis, ostatnia przedstawicielka naszego gatunku, do tej pory żyła w rousseauwskim stanie natury. Porwana ze swojej rodzimej planety staje się członkiem międzygalaktycznej społeczności zwanej Armadą. Porzucając swoje dotychczasowe życie musi przystosowywać się do życia w zupełnie nowych warunkach, a przy okazji staje się niezwykle ważnym pionkiem w grze prowadzonej przez na samych szczytach władzy. Szczególnie, że bardzo szybko stanie się jedną z najskuteczniejszych agentek Armady.

W brzydkim stylu żegnamy się z piękną, jak zawsze Navis. Morvan sięga po najbardziej ograne chwyty, jakie tylko można sobie wyobrazić. Najpierw naprędce ucina wątki konfliktu Ehmte-Ciss-Ronna z Radą Armady, który ciągnął się od kilku ostatnich tomów. Wraz dokręconym na siłę retconem pojawiają się również Atsukau (wraz ze swoim ludzkim podopiecznym) i zrehabilitowany Rib-Wund. Grubymi nićmi szyta konspiracyjna intryga sięgająca najwyższych kręgów władzy streszczona zostaje na kilku kadrach, dotychczasowi wrogowi stają się przyjaciółmi i na kilku stronach pokonuje „tych złych”. Potem, Navis musi się zmierzyć z niemożliwym do pokonania przeciwnikiem, sportretowanym na okładce, którego oczywiście pokonuje, a wszystko to wieńczy sielski happy end. Sprawiedliwości staje się za dość – tajemny spisek zostaje udaremniony, skorumpowani politycy zatrzymani, a Navis z Bobo i Snivelem żyli długo i szczęśliwie…

Bleh! Ma się to zupełnie nijak do tej „Armady”, którą znam i lubiłem. Nie ma pomysłowej kreacji świata przedstawionego („Niestały świat”), nie ma naprawdę dobrze skonstruowanej intrygi z twistem, który może zaskoczyć („W trybach rewolucji”). Nie ma łamania space-operowych klisz, nie ma dość głębokiej niejednoznaczności poszczególnych bohaterów, słowem – brakuje wszystkiego tego, co wyróżniało pracę Morvana i Bucheta wśród nawału innych przygodowych komiksów sci-fi. Broni się tylko Navis, ale choć znajduje się jak zwykle w świetle reflektorów, jest katalizatorem kluczowych wydarzeń i trudno jej nie lubić, to jej rolę napisano bez pomysłu. Charakteryzatorka również się nie popisała w kwestii jej uczesania.

Zwykle, pisząc o „Armadzie”, chwaliłem robotę, jaką wykonywał Philippe Buchet. Różnie bywało z Morvanem, ale oprawa graficzna stała na wysokim poziomie. I właściwie teraz też tak jest, ale coś mi w rysunkach jednak nie gra. Buchet jakoś mniej uwagi poświęca drugim planom. Brakuje tych kilku kadrów, które zapierały dech w piersiach, brakuje tego błysku, który oddziela prace rzemieślników od komiksowych artystów. Już sama okładka powinna niepokoić. Schematyczna, dziwnie skomponowana, pozbawiona dramatyzmu, który powinien cechować starcie Navis z śmiercionośnym Yiarhu-Kahem.

Finał „Armady” mnie srodze rozczarował. Smutne to było pożegnanie. Ale czy to koniec serii? Być może, choć Morvan zostawił sobie kilka wątków, które mogłyby mu posłużyć za wyjściowe punkty kontynuacji (spin-offów? Sequeli?), ale wydaje mi się, że (przynajmniej na razie) na nic takiego się nie zanosi. Czuć, że formuła tego komiksu się już po prostu wyczerpała.

czwartek, 23 czerwca 2011

#790 - Kroniki Armady (po raz drugi)

Wraz z komercyjnym sukcesem "Armady" wydawcy serii autorstwa Phillipe`a Bucheta i Jeana Davida Morvana postanowili naciągnąć czytelników na cykl odpryskowy. To powszechna praktyka po obu stronach oceanu. "Kroniki Armady" to antologia krótkich, dosłownie kilkustronicowych obrazkowych etiud w komplecie napisanych przez tandem Buchet-Morvan, z rysunkami przygotowany przez zaproszonych do projektu twórców.

Spodziewałem się, że "Kroniki" będą miały klasyczną, antologijną formę drobnych opowieści, rozwijając świat Armady. Utrzymanych w różnorodnych stylach graficznych, nawiązujących do zróżnicowanych estetyk. Dostałem natomiast szereg historyjek w większości bardzo ściśle powiązanych z tomami oryginalnej serii. Tak ściśle, że aby móc je czytać trzeba mieć poszczególne albumy pod ręką i co chwila zerkać, do czego odnoszą się kolejne szorciaki. Buchet i Morvan zdecydowali się dopisać kilka wątków do fabuł, które stworzyli wcześniej. Niekiedy dodają epilog, czasem pokazują historię z innej perspektywy, skupiając się na innej, niż Navis postaci. Mnie taka forma nie przekonuje. Dodanie trzech epizodów do "W trybach rewolucji" nie sprawiło, że jeden z najlepszych tomów serii stał się jeszcze lepszy. Dopowiadanie niedopowiedzianego niekiedy warto pozostawić odbiorcy. I tak też jest w tym przypadku.

Rozumiem, że Morvan i Buchet dbają, aby świat wykreowany na kartach "Armady" był spójny i koherentny, ale w porównaniu z choćby uniwersum Gwiezdnych Wojen (które w tym względzie może uchodzić za wzór) nie jest to chyba najlepsze rozwiązanie. Opowieści z galaktyki George`a Lucasa nie są tylko fragmentami większej całości, ale sprawdzają się również, jako samodzielne opowieści. Tego samego nie można powiedzieć, że komiksach z "Kronik". Często bez odpowiedniego tomu pod ręką satysfakcjonująca lektura nie jest możliwa. I nawet wyjaśnienia Bobo, który pełni rolę narratora i przewodnika po wątkach tego zbiorku, niewiele są w stanie pomóc.

Oczywiście trafiają się wyjątki od tej reguły i to właśnie one należą do najmocniejszych stron albumu. Do te grupy trzeba zaliczyć pocieszne "Polowanie na trawie" znane już czytelnikom "Świata Komiksu", znakomicie narysowane przez Jose Luisa Munuerę, "Hayo i bliskie spotkania trzeciego stopnia" z ilustracjami Severine Lefebvre i przyprawiający o napady spazmatycznego śmiechu "Trafiony prezent", który pomimo swoich związków z niepublikowanym w Polsce albumem "Le Collectionneur", umiejętnie broni się swoim humorem. Kosmiczni piraci, jako żywo kojarzących się ze swoimi odpowiednikami znanymi z kart "Asteriksa", są zresztą prawdziwą ozdobą "Kronik". Każde ich pojawienie się jest warto zauważenia.

Pod względem oprawy graficznej komiks jest bardzo zróżnicowany. Od dokładnej, wycyzelowanej kreski charakterystycznej dla głównonurtowych pozycji spod znaku science-fiction (Steven Lejeune czy Pierre-Mony Chan) przez dość swobodny, rozedrgany styl (Chang), aż po estetykę ciążącą ku cartonoowi mniej (Julien Lois, Bengal, Francis Porcel) lub bardziej (Thomas Labourot, Severine Lefebvre czy wręcz mangujący Benoit Springer). Za wyjątkiem Sylvaina Savoi wszyscy twórcy prezentujące swoje talenty w "Kronikach" są mi nieznani, ale pokazali się naprawdę z dobrej strony. Wizualnie rzecz biorąc antologia prezentuje się naprawdę solidnym poziomie, żaden twórca nie odstaje od pozostałych.

Na rynku francuskim "Kroniki Armady" zaczęły się ukazywać od 2004 roku i do tej pory światło dzienne ujrzało w sumie sześć tomów. W każdym znajduje się pięć historyjek, co daje w sumie liczbę 30 komiksów. W polskiej edycji zebrano w sumie czternaście opowiadań. W komplecie przetłumaczono dwa pierwsze albumy i wzbogacono je epizodami z woluminów numer 4 i 6. Wypada mieć nadzieję, że w drugich "Kronikach Armady" zebrane zostaną pozostałe szorciaki.

środa, 22 czerwca 2011

#789 - Kroniki Armady (po raz pierwszy)

Wraz z Gierą zdecydowaliśmy się na mały trójkącik z Navis. Czysto recenzencki, oczywiście. Dzisiaj on weźmie na swój warsztat "Kroniki Armady", natomiast jutro ukaże się tekst mojego autorstwa. (KO)

Na wstępie muszę coś wyznać. Czas najwyższy, abym się wreszcie przed kimś, nie tylko przed samym sobą, do tego przyznał. Dłużej już nie wytrzymam, ciężko żyć z takim sekretem, ukrywać go, dusić w sobie, dbać o to, aby się żadnym słowem czy gestem nie zdradzić. Przez prawie 10 lat nikomu o tym nie mówiłem. Więc w końcu wypada, abym to głośnio wszem i wobec powiedział: Kocham Navis!

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jestem jedyny, że nie tylko ja się w niej kocham. Jest wielu mężczyzn, których porusza do głębi jej tarzańska żywiołowość i upór, jej waleczność i niezgoda na zło świata, w którym przyszło jej żyć, zło "Armady" – ekspansywny kolonializm, korupcję, małostkowość, pragnienie władzy. Jest wielu mężczyzn, którym nie jest obojętny jej urok, czar i powab. Są i tacy, którzy mają kosmate myśli, gdy oglądają rysunki ją przedstawiające. Dla nich wszystkich (dla nas wszystkich) Wydawnictwo Egmont opublikowało "Kroniki Armady".

Oryginalne, francuskie wydanie "Les chroniques de Sillage" to zestaw sześciu albumów. W każdym albumie znajduje się pięć ośmiostronicowych opowiadań. Szkoda, że polski wydawca nie zdecydował się opublikować całości. Album, który się ukazał kilka tygodni temu, jest wyborem i składa się na niego czternaście historii, czyli niecała połowa. W antologii przygód Navis zamieszczone zostały wszystkie historie z dwóch pierwszych tomów oraz po dwa z tomu czwartego i szóstego, nie zamieszczono żadnego opowiadania z zeszytu trzeciego i piątego. Dlaczego tak? Nie mam pojęcia.

Zaprezentowane w "Kronikach Armady" historie nie układają się w jakąś spójną całość, która uzasadniałaby dokonanie takiej a nie innej selekcji. Co prawda opowiadania ujęte są w klamrę, pierwsze z nich przedstawia Navis jako małego szkraba, biegającego z procą po sawannie, a ostatnie jako starą, ale nadal kochającą Clemente’a Vildieu, kobietę. Tym co łączy wszystkie przedstawione w tym albumie historie, jest narracja prowadzona przez Bobo, wieloletniego towarzysza i wiernego przyjaciela Navis. I gdyby nie ten zabieg wprowadzenia narratora, który spisuje kronikę życia swojej przyjaciółki, całość rozpadałaby się na luźne, nie powiązane ze sobą epizody. A tak zostają wypełnione białe plamy w jej biografii, opowiadanej w głównym cyklu przygód nieustraszonej agentki.

Scenariusze do wszystkich opowieści zostały napisane przez Philippe’a Buchetta i Jeana Davida Morvana. Natomiast za rysunki i kolory odpowiadają różni artyści. Widać, nie tylko czytelnicy kochają się w Navis, ale także rysownicy i koloryści, wielu artystów. Stąd ogromna różnorodność grafik i rysunków. Niektóre z nich są bardzo intrygujące i ciekawe. Inne, te odwołujące się do konwencji gier komputerowych czy też kreskówek typu "Atomówki", są mało atrakcyjne, a nawet irytujące. Zaproszenie różnych artystów do współtworzenia "Kronik Armady" należy uznać za duży plus całego projektu. Jest co oglądać. Wizualnie najbardziej spodobały mi się następujące epizody: "Oczy" (rys. Ignacio Noé), "Późne przebudzenie" (rys. Pierre-Mony Chan), "Szpieg na mrozie" (rys. Sylvain Savoia), "Cena komfortu" (rys. Javier N.B. {właśc. Javier Barrengo Nawarro}).

Z zupełnie innych powodów podoba mi się historia "Nieudana symulacja", bo czasem również mam kosmate myśli z Navis w roli głównej.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

#781 - Armada tom 13: Poślizg kontrolowany

"Armada" , jako jeden z nielicznych seriali mainstreamowych, przetrwał na trudnym polskim rynku, gdzie poległo już wiele innych pozycji, przeznaczonych z założenia dla tak zwanego "przeciętnego czytelnika". Pomimo kolejnych przesileń, postępującego kryzysu na komiksowym poletku, rosnących cen i malejących nakładów seria autorstwa Jeana Davida Morvana i Phillipe`a Bucheta ukazuje się nieprzerwanie od 2000 roku. Niewiele pozycji z tego samego segmentu może pochwalić się takim wyczynem.

Co więcej, komiks sprzedaje się na tyle dobrze, że wciąż publikowany jest w wersji albumowej. Gdyby tak nie było, Egmont zdecydowałby się pewnie na bardziej ekonomiczny wariant wydawania "Armady", na przykład w edycjach integralnych, zbierających po kilka tomów w jednym.

W czym tkwi tajemnica powodzenia "Armady" ? No cóż, to po prostu dobry komiks jest. Morvan potrafi wycisnąć ostatnie soki z sensacyjnej opowieści w futurystycznych scenografiach, umiejętnie flirtując z czytelnikiem tajemnicą pochodzenia głównej bohaterki i dbając, aby scenariusze kolejnych albumów nie wymagały zbyt dużego zawieszenia niewiary. Więcej – potrafi naprawdę pomysłowo i zaskakująco rozegrać fabułę, co udowodnił już wielokrotnie, zgrabnie odwołując się do różnych estetyk (steampunk, post-apo, fantasy) i zręcznie unikając banału. Słowem – wszystko trzyma się kupy, a do tego trzyma w napięciu. Nie było by sukcesu "Armady", gdyby nie Buchet, który za pomocą swojej kreski ożywia fantastyczne światy, zamieszkałe przez najróżniejsze rasy obcych. Całość doprawiona jest szczyptą erotyzmu. Nie ma chyba takiego albumu w całej serii, w którym główna bohaterka nie prezentowałaby swoich wdzięków. Ale oprócz zgrabnego tyłka i krągłych cycków Navis ma również niewyparzoną gębę i twardy kręgosłup, utrudniający jej zginanie się przed przełożonymi. Jedyna przedstawicielka ludzkiej rasy przebywająca w armadzie statków mknących przez galaktykę to jedna z najsympatyczniejszych kreacji kobiecych w popkulturze.

Navis po prostu nie potrafi trzymać się z dala od kłopotów. Szantażowana przez terrorystów żądających wydania swojej starej znajomej, Kerhe-Dizzo, musi wystartować w serii nielegalnych wyścigów. Jeśli odmówi, mecenas Ehmte-Ciss-Ronn zostanie zabity. Oprócz bezwzględnej walki na torze, Navis wikła się również w intrygę, w którą zamieszany jest Przewodniczący Rady. Na scenie pojawia się także kierowany obsesją na punkcie Navis konsul Enshu Atsukau, a w cieniu przewija się jeszcze jeden gracz, znany z poprzednich tomów. Na planszy pojawia się również nowy, zupełnie niezwykły pionek, który w przyszłych tomach może mieć do odegrania ciekawą rolę. Na rozwikłanie tego splotu machinacji, podchodów i gry pozorów trzeba będzie poczekać do następnego tomu. Wydaje mi się, że Morvan nieco przedobrzył, próbując zmieścić w komiksie nieco za dużo wątków, przez co żaden z nich nie doczekał się zadowalającego rozwinięcia.

Tradycyjnie komiks narysowany jest wybornie. O ile Morvanowi zdarzają się lepsze i gorsze momenty, o tyle Phillipe Buchet niezmienne utrzymuje się w znakomitej formie artystycznej. Podczas lektury "Poślizgu kontrolowanego" zwróciłem uwagę, jak znakomicie udaje mu się łączyć dynamizm scen akcji (na przykład pościgów po futurystycznych autostradach w godzinach szczytu) z pietyzmem w odwzorowywaniu szczegółów (choćby pojazdów biorących udział w wyścigach). Efektowny styl Bucheta jak zwykle cieszy czytelnicze oko, choć gwoli ścisłości – scenariusz trzynastego tomu serii nie przewidywał zbyt wielu momentów, w których rysownik mógłby się popisać.

Po lekturze 12. tomu z dużym optymizmem zabierałem się do lektury "Poślizgu kontrolowanego", spodziewając się, że Morvan utrzyma się na fali wznoszącej. Wydawało się, że po wraz z Wolną Strefą seria łapie swój drugi oddech. Niestety, scenarzysta nie chce porzucić starych wątków, przez co ciągną się one niemiłosiernie z albumu na album.

czwartek, 26 sierpnia 2010

#543 - Urlop na Kolorowo #3 - Wolverine: Saudade

Po zachmurzonej Anglii i gorącym, acz niebezpiecznym Meksyku, nadeszła pora na odrobinę niczym nieskrępowanej rozrywki. Dlatego dzisiaj Kolorowe Zeszyty zabierają Was do ojczyzny fiesty i (nie zawsze) doskonałych canarinhos. Panie i panowie! Zapraszamy do Brazylii.... (JT)
Nawet Wolverine, którego mutacyjną zdolnością jest występowanie od kilku do kilkunastu serii komiksowych równocześnie, musi czasami trochę odpocząć i wziąć sobie urlop. Zostawiając swój kolorowy trykot w szkole Xaviera, wyrusza wygrzać swoje stare, adamantowe kości na piaszczystych, brazylijskich plażach, mając w planach zakosztowanie w lokalnych specjałach. Niestety, Logan nie potrafi się trzymać z dala od kłopotów i z miejsca pakuje się w miejscowe porachunki między lokalnym gangiem a… grupką dzieciaków.

W południowej części Ameryki nie wszyscy wiedzą, że Wolvie jest "najlepszy w tym co, robi", a "to co robię do przyjemnych nie należy". Bo gdyby wiedzieli, to nie ruszaliby motoru należącego do mutanta o szponach z niezniszczalnego metalu, dysponującego niezwykle czułymi zmysłami i czynnikiem samogojącym. Ale sam Logan również nie bardzo wie, w jaką kabałę się pakuje pomagając kilku dzieciakom z najbiedniejszych dzielnic Fortalezy.

Autorami one-shota "Wolverine: Saudade" są dwaj europejscy twórcy. Scenarzysta Jean-David Morvan i rysownik Philippe Buchet są znani w Polsce przede wszystkim ze swojej bestsellerowej serii "Armada". W ich pracy nad komiksem w typowo amerykańskim formacie pomagał im Larry Hama, scenarzysta znany z pracy nad solowymi przygodami Wolverine'a. W przeciwieństwie do regularnych przygód naszego ulubionego Rosomaka, Morvan i Bouchet nie byli krępowani żadnymi ograniczeniami wiekowi. Oznacza to, że francuskie wcielenie Logana nie musi chować swoich pazurów przed zadaniem śmiertelnego ciosu. I nie chowa – "Saudade" jest komiksem brutalnym, ale nie przez lejącą się strumienia krew, wypruwane flaki i rozszarpane mięśnie.
Pod piórem Morvana z Wolverine'a naprawdę wychodzi zwierzę. Koleś, który nie cacka się z tymi, którzy z nim zadarli. Mściwy, zawsze doprowadzający do końca sprawy, które tego wymagają. Nie waha się podejmować moralnie śliskich decyzji, nie boi się wziąć spraw w swoje ręce. To nie jest typowy komiks superhero, w którym w ostatniej chwili pojawi się Cyclops albo profesor Xavier i powstrzymają Logana, przed zrobieniem czegoś naprawdę złego i głupiego. Korci mnie bardzo, żeby zdradzić nieco więcej z fabuły i naprawdę szokującego zakończenia, ale nie chce popsuć zupełnie (bo trochę już popsułem) dość niespodziewanej przyjemności z lektury "Saudade". Szczerze przyznam, że oczekiwałem czegoś na poziomie zwykłej, choć poprawnie napisanej mutanckiej młócki, a dostałem coś więcej. A scenarzysta znakomicie sportretował głównego bohatera swojej opowieści, wydobywając z niego na tych 48 stronach wszystkie najważniejsze cechy. W dodatku bardzo przekonująco odmalował problemy społeczne brazylijskich dzielnic biedy zwanych potocznie fawalami.

Morvan spisał się bardzo dobrze, podobnie zresztą, jak i Phillipe Bouchet. Jego kreska wydaje się być stworzono do produkcji amerykańskich. Z przyjemnością zobaczyłbym jak sobie radzi, w roli regularnego grafika w "X-Men" na przykład. Jego dokładna kreska, dopracowana w najdrobniejszym szczególe poraża niesamowitą energią, dynamizmem i siłą wyrazu.

Pomimo bardzo kolorowej powierzchowności, kiczowatej superbohaterskiej estetyki i wakacyjnego nastroju "Wolverine: Saudade" jest komiksem bardzo gorzkim w smaku. Przepełnione tytułowym, bardzo kunderowskim uczuciem melancholijnego smutku, po utracie czegoś, czego się na dobrą sprawę nigdy nie miało.

piątek, 14 maja 2010

#452 - Armada #12: Wolna strefa

Po ostatnim, jedenastym tomie "Armady", jak pies do jeża podchodziłem do kolejnego epizodu przygód pięknej Navis. Rozczarowany "Niestały światem" przypuszczałem, że seria autorstwa Jean-David Morvana (scenariusz) i Phillppe'a Bucheta (rysunki) osiągnęła już swój szczyt i teraz powoli będzie obniżać swój poziom. Na szczęście, po lekturze udało mi się odetchnąć z ulgą.
W przeciwieństwie do mocno przegadanego poprzedniego tomu, "Wolna strefa" ani na chwilę nie traci dynamicznego tempa. Wraz z powrotem moich ulubionych bohaterów - zdymisjonowanego i skompromitowanego generała Rib'Wunda i Rammasza, obecnego zwierzchnika sił zbrojnych floty, komiks odżywa. Na tego pierwszego poluje jeden z najskuteczniejszych łowców nagród, który staje się celem Navis. Główna bohaterka serii po zwolnieniu z pracy dla wywiadu, przekwalifikowała się na prawe ramię mecenasa Ehmte-Ciss-Rona. Pomiędzy myśliwym i zwierzyną staną nieporadni agenci Rammasza, a w końcu generał we własnej osobie. Efekt jest co najmniej wybuchowy i zaskakujący... W komiksie dzieje się dużo, szybko i efektownie. Sensacyjna akcja, zakulisowe intrygi i kilka konspiracyjnych tropów odnośnie do treści kolejnych tomów stanowią razem świetny przepis. Morvan udowodnił, że z "Armady" da się jeszcze coś wycisnąć, modyfikując nieco formę serii.

Wizualnie komiks prezentuje się znakomicie. W tym przypadku od ostatniego albumu nic się nie zmieniło. Philippe Buchet w swojej klasie nie ma sobie równych. Dysponuje bogatą w szczegóły i bardzo przyjemną dla oka kreską. Radzi sobie równie dobrze ze statycznymi ilustracjami bogatymi w detale, przedstawiającymi obce planety i zapuszczone porty kosmiczne, jak i z dynamicznymi scenami pościgów czy strzelanin. Tych drugich w "Wolnej strefie" jest jakby więcej, przez co rysownik nie ma tak wielkiego pola do popisu, jak miało to miejsce w poprzednich częściach.

O ile o formę Buchet można być spokojnym, tak bardzo cieszy wysoka dyspozycja Morvana. Szczególnie w perspektywie kolejnych tomów "Armady", która należy do jednych z najpopularniejszych serii zarówno, na rynku frankofońskim, jak i w Polsce. W swojej recenzji poprzedniego tomu zastanawiałem się czy "Armada" nie skończyła się po "Strefie nadzoru". Po skończonej lekturze dwunastego tomu nie mam już takich wątpliwości. Teraz, mam nadzieję, że seria na nowo "zacznie się" właśnie po "Wolnej strefie".

poniedziałek, 27 lipca 2009

#208 - Armada #11: Niestały świat

„Armada” należy do jednego z najpopularniejszych cyklów science-fiction wydawanych na polskim rynku. Najlepszym dowodem jej niesłabnącego powodzenia wśród czytelników, jest regularne wznawianie pierwszych tomów serii Jean David Morvana i Philippe`a Bucheta, obok regularnego publikowania bieżących odcinków. Do tej pory taki zaszczyt spotyka tylko absolutnych klasyków, jak „Thorgal”, a na przykład taki „Sandman”, niekwestionowany przebój, doczekał się reedycji dopiero po wydaniu ostatniego tomu. Czy w przypadku space-opery autorstwa tandemu Morvan-Buchet popularność przekłada się na jakość?

Niestety, po lekturze jedenastego albumu nie mogę odpowiedzieć twierdząco na to pytanie. Najnowsza „Armada” utrzymuje poziom ostatnich, nieco słabszych tomów. Na łamach „Niestałego świata” scenarzysta Jean-David Moran otwiera nowy rozdział w życiu głównej bohaterki komiksu. Za niewykonanie rozkazów Rady Armady zadziorna Navis utraciła swój status agentki, straciła pracę i znalazła się na bruku. Jak się okaże nie na długo, bowiem jej unikalne zdolności zostaną docenione przez mecenasa Ehmte-Ciss-Rona. Ostatnia przedstawicielka ludzkiej rasy znowu stanie się śmiercionośną bronią w czyichś rękach, tym razem prywatnych. Skuszona możliwością spotkania się ze swoim starym przyjacielem, prolsem Bobo, uda się na pierwszą misję, na planetę Ribehn, słynącą z eksploatacji niezwykle cennego surowca. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa, nic nie pójdzie tak, jak zaplanowano…

Zgodnie z niepisaną tradycją każdy kolejny album „Armady” nawiązuje do jakiejś popularnej estetyki bądź konwencji. Był już steampunk, fantasy, wariację a temat „Terminatora” i „Obcego”, a tym razem padło na samurajską Japonię. Morvan przesadził jednak z inspiracjami, bowiem fabuła, jako żywo przypomina tą z „Ostatniego Samuraja”. W tragiczny konflikt między szlachetną, ale odchodzącą w przeszłość tradycją a nieubłaganą, ale niedoskonałą modernizację zostaną wplątani przypadkowo Navis i Bobo, zmuszeni do dokonania dramatycznych wyborów. Może i brzmi to nieźle, ale narracji brakuje jednak lekkości, cała historia jest przeładowana dialogami i pozbawiona dramatyzmu swojego „oryginału”. Momentami pretensjonalna, momentami zbytnio uproszczona.

Być może „Niestały świat” dlatego jest tak przegadany, aby czytelnik mógł dłużej zatrzymywać swój wzrok na znakomitych kadrach autorstwa Phillipe`a Bucheta? W porównaniu z wahaniami formy scenarzysty, rysownik ciągle trzyma naprawdę wysoki poziom, do którego przyzwyczaił nas już w poprzednich tomach. Już wielkie wrażenie robi jego warsztat, a wręcz dech zapiera odwzorowanie świata przedstawionego. W każdym najmniejszym detalu, od stołowej zastawy, przez pismo i stroje, architekturę i technologię Ribehn został odwzorowany pracochłonnie, oryginalnie, i z pomysłem.

Jedenasty tom „Armady” jest komiksem słabym, co jest o tyle gorsze, że otwierający drugą dziesiątkę „Niestały świat” miał być przełomem dla Navis. Chcąc nie chcąc, miłośnicy skądinąd sympatycznej ex-agentki z tym albumem zapoznają się niejako z rozpędu. Inni powinni omijać go szerokim łukiem i pozostać przy najlepszych momentach, jakie miała ta seria. W oczekiwaniu na kolejny odcinek pewnie poznamy odpowiedz na inne pytanie – czy „Armada” skończyła się po „Strefie Nadzoru”?