Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Norm Breyfogle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Norm Breyfogle. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 maja 2010

#448 - Batman: Birth of the Demon

W ostatnim tygodniu zrobiło się trochę szumu wokół przyjazdu Norma Breyfogle'a na tegoroczną MFK'ę. Wszystko za sprawą petycji do Egmontu z prośbą o wydanie "Birth of the Demon" na przyjazd amerykańskiej gwiazdy. Nie chcę jednak w tym miejscu komentować tego "przedsięwzięcia", ponieważ rozchodzi mi się o zupełnie inną sprawę. A mianowicie o opinie na temat samego komiksu. "Ukoronowanie przyjazdu Breyfogle'a", "najlepszy komiks Norma" - te i wiele podobnych ocen można było ostatnio napotkać w trakcie "dyskusji" o petycji. Ocen, które wprawiły mnie odrobinę w zdumienie, ponieważ "Birth of the Demon" czytałem dawno temu i do dzisiaj prawie o nim zapomniałem. Jednak kierowany ciekawością ponownie zabrałem się za lekturę, by na świeżo przekonać się o co chodzi z całym tym szumem...

W dniu wydania "Birth of the Demon" Ra's al Ghul znany był czytelnikom już od ponad dwudziestu lat. W tym czasie stał się nie tylko jednym z najpotężniejszych przeciwników Batmana, ale co ważniejsze wyrósł na bardzo ciekawą postać wymykającą się schematom tamtych lat. Bez wątpienia wpłynęło to na oczekiwania wobec Dennisa O'Neila i Norma Breyfogle'a. Niestety komiks broni się tylko połowicznie.

Co najbardziej rzuca się w oczy w trakcie lektury to banalny fakt, że "mało jest Batmana w tym Batmanie". Jego postać pełni raczej funkcję klamry kompozycyjnej dla opowieści o początkach i "narodzinach" Ra's Al Ghula. Nie oznacza to jednak, że z tego powodu jest to słaby komiks. Choć trzeba przyznać, że fabuła nie należy do najoryginalniejszych, to jest ona przejmująca z powodu "pierwotnych emocji”, które w tej historii grają pierwsze skrzypce. O'Neil fantastycznie rozrysowuje przed naszymi oczami nienawiść spowodowaną śmiercią żony bądź matki, bezmyślne okrucieństwo wypływające z odrealnienia i przekonania o własnej nieomylności, czy chęć powstrzymania zabójcy i terrorysty tak silną, że trawiącą niczym narkotykowy głód. Wszystkie te uczucia, tak podobne do tych z komiksów Franka Millera, sprawiają, że "Birth of the Demon" czyta się jednym tchem. Niestety jego przewidywalność nie pozwala wysoko umieścić tej opowieści w rankingu nietoperzych komiksów.

Na szczęście, mimo że Dennis O'Neil nie pokazał w pełni na co go stać, Norm Breyfogle wykorzystał pełnie swoich możliwości. "Birth of the Demon" to ponad sto stron malowanych kadrów, które zachwycają na każdym kroku. I choć, jak już wspomniałem, mało w tej historii jest powodów do podziwiania Batmana w "ciemnych uliczkach Gotham" (choć te kilka stron na samym początku jest doskonałe), to pustynia według Breyfogle'a jest równie fascynująca. Dzięki sprawnemu kadrowaniu olbrzymie przestrzenie samego piasku nie są monotonnym tłem, ale terenem wiecznie smaganym przez wiatr i słońce. Miasto i obozy natomiast tak sprawnie oddają nastrój arabskich opowieści, że można odnieść wrażenie, jakby rysownik tworzył takie historie na co dzień. Jednak wszystko to jest tylko tłem, które uatrakcyjnia jeszcze lepszy pierwszy plan. Norm nie pozwala czytelnikowi nawet na chwilę "wytchnienia". Strona po stronie podziwiamy najpierw sugestywne sny Ra's al Ghula, z bardzo ciekawym kadrowaniem (a raczej jego brakiem), a potem finałowy pojedynek pełen dynamicznych ujęć i fantastycznych splash-page'y. Najlepsze jednak są Jamy Łazarza, które na każdej stronie aż kipią życiodajną siłą i szaleństwem zarazem, wymykając się wszelkim próbom określenia ich dwuwymiarowymi rysunkami.

Na wielką pochwałę zasługują również kolory, osobiście położone przez Breyfogle'a. Nie tylko pogłębiają świetne grafiki, ale co ważniejsze fantastycznie współgrają z opowiadaną historią. Dynamiczne sceny, w których postaci opanowane są przez szaleństwo bądź pożądanie pełne są czerwieni, a w chwilach wytchnienia i "wyciszenia fabularnego" dominują niebieskie odcienie. Ale znowu najlepsze są Jamy Łazarza i wszechogarniająca zieleń - od "uzdrawiającego" płyny, przez ubrania do oczu bohaterów. Dzięki temu zabiegowi historia bardziej przemawia do czytelnika i ułatwia wczucie się w opowieść.

Po ostatniej lekturze "Birth of the Demon" nadal nie jestem w stanie wypowiedzieć się o nim jednoznacznie. Nie da się ukryć, że ciężko znaleźć lepszy materiał do "autografu Breyfogle'a", ale fabularnie jest to komiks co najwyżej przeciętny. Jeśli nastawisz się na artbook Norma, nie będziesz zawiedziony. W innym razie jest to lektura "na jeden raz"...

czwartek, 11 lutego 2010

#370 - Sentymentalnie o TM-Semicu, cz. 1

Ostatnio odwiedził mnie Kuba. A ponieważ była to jego pierwsza wizyta w moich skromnych progach, chciał zobaczyć to, co jeden komiksiarz chce zobaczyć u innego komiksiarza. Półkę z komiksami. I muszę szczerze napisać, że zawód na Jego twarzy był tak przejmujący, że i mi się on udzielił. Skutek tego był taki, że po raz pierwszy od dawna przejrzałem gruntownie swoją "kolekcję" komiksów i mając w rękach tych kilka starych, "doświadczonych" TM-Semiców, które mi się uchowały, przypomniałem sobie, że kiedyś nie miałem gdzie tego trzymać. A jednak pozbyłem się większości tych komiksów i to wcale nie z powodu, że "byłem na to za stary". Po prostu tamte historie przestały mnie bawić. Ale co z tymi wyjątkami, które uchowały się u mnie do dnia dzisiejszego zapytacie? No właśnie. Przeglądając je teraz, byłem pod wrażeniem, że te kilkanaście lat temu robiąc porządki w mojej szafie, zostawiłem sobie (nie zawsze świadomie) te komiksy, które dzisiaj moim zdaniem są najlepsze z czasów monopolu Marcina Rusteckiego.

Tak więc, po tym przydługawym wstępie, zapraszam na subiektywny TOP komiksów TM-Semica....

Na pierwszy ogień wybrałem kwintesencje tamtych komiksowych lat, czyli zeszyty. A konkretniej te z Batmanem w roli głównej, moim ulubionym "trykociarzu". Nie zaprzeczę, że na fakt posiadania części tych komiksów w swojej kolekcji, ma wpływ fakt, że są one w stanie "agonalnym". Ale w tym przypadku cieszę się, że papier jest tak delikatny. Gdyby nie to zapewne nie miałbym tych zeszytów, które należą do mojego kanonu historii o Batmanie.

Zabójczy Żart (Batman 1/91)
scenariusz: Allan Moore
rysunek: Brian Bolland


Jak można pisząc o Batmanie wydanym w Polsce nie wspomnieć o "Zabójczym Żarcie"? I choć zaczynać od tego komiksu jest strasznym banałem, to pozwolę sobie na to tylko z powodu, że na jego okładce widnieje "Nr 1/91", tak więc chronologia mnie ratuje. Zazwyczaj mówi się o tym komiksie w kontekście scenariusza, który ustalił pewien standard postrzegania Jokera. Jednak dla mnie bardziej "zapadające" w pamięć okazały się rysunki, które są integralną częścią mojego wyobrażenie tej postaci. Smukła, wysportowana sylwetka z żółtym znakiem na piersi oraz długą, "masywną" peleryną to elementy, które do dnia dzisiejszego kojarzą mi się z "Zabójczym Żartem". Dość powiedzieć, że ostatni kadr z szóstej strony polskiego wydania do dnia dzisiejszego uważam za jeden z najlepszych rysunków Batmana. No i nie sposób nie wspomnieć o "staromodnym" Batmobilu, który w dobie wozów bojowych Nolana, urzeka swoją bezpretensjonalnością. A scenariusz? Zachwyca narracja, która małymi kroczkami nakręca spiralę szaleństwa mieszając przeszłość z teraźniejszością. No i nie sposób nie wspomnieć o specyficznym "związku", który istnieje między Batmanem i Jokerem. Relacji, która była i jest omawiana przez wielu autorów, a którą Moore tak sprawnie zawarł w klamrze kompozycyjnej "Było raz dwóch szaleńców w domu wariatów...". Do dnia dzisiejszego zadziwia mnie, że właśnie ta historia została wybrana na "debiut" Batmana w TM-Semicu. Nazwisko Moore'a nie było wtedy tak znane jak dziś, a historia choć naprawdę rewelacyjna nie jest kwintesencją przygód Batmana. Zaskakujący wybór, ale bardzo pozytywny.

Anarch w Gotham (Batman 4/91)
scenariusz: Alan Grant
rysunek: Norm Breyfogle, Steve Mitchell


Batman z "Zabójczego Żartu" zbudował fundament mojej wizji tego bohatera, ale to Norm Breyfogle jest moim zdaniem dla Batmana tym, czym Jerzy Wróblewski dla kapitana Żbika. To właśnie on pokazał mi nie Bruce'a Wayne'a przebranego w kostium, lecz Batmana, który nad ranem musiał się "przebierać". Ciężko tak naprawdę napisać coś o samym "Anarchu w Gotham" nie wspominając o innych zeszytach duetu Grant/Breyfogle, które traktują o gangach motocyklowych czy bezdusznym kapitalizmie. Te historie są świetną ilustracją czym zajmuje się Batman między złamanym kręgosłupem a kolejnym "ratowaniem świata" z resztą "trykociarzy" z DC. Alan Grant fantastycznie opisuje "przeciętne" - na miarę komiksowych realiów oczywiście - problemy i wplata w nie Batmana. Dodajmy do tego rysunki Breyfogle'a, który opowiada dynamicznie i mrocznie, a otrzymujemy komiksy do których powrót jest prawdziwą przyjemnością. Proste historie, które jak mało co przetrwały próbę czasu.

Idiota (Batman 7/93,8/93)
senariusz: Peter Milligan
rysunek: Norm Breyfogle, Jim Aparo


Przyznam się, że dopiero teraz przeglądając ten komiks zorientowałem się, że napisał go Peter Milligan. Nie zmieniło to co prawda mojego podejścia do samego komiksu, ale wyjaśniło mi jego abstrakcyjność. Właśnie ten świat absurdu zafascynował mnie już podczas pierwszej lektury. "Korzeń idioty", "strefa idioty" - ta opowieść jest w zabawny sposób monotematyczna, i właśnie to sprawia, że komiks ten czyta się tak dobrze. Człowiek czuje się "jak idiota", że czyta taką abstrakcje i o to w tej historii chodzi. Całość na dodatek jest narysowana ponownie przez Breyfogle'a i komiksową legendę - Jima Aparo. I choć jego rysunki nigdy mnie nie urzekły to zwyczajnie należy znać jego kreskę. "Idiota" w 1993 roku był dla mnie czymś nowym. Nie była to "kolejna" historia o Batmanie skaczącym z dachów, lecz przemyślana koncepcja świata, w której postaci grały drugoplanowe role.