sobota, 6 kwietnia 2013

#1271 - Biały orzeł (integral)

„Pierwszy polski superbohater” doczekał się swojego pierwszego (nie mnie superbohaterskiego) trejda. Premierowa opowieść „Pierwszy lot” prezentuje początek jego heroicznej kariery i zamyka pierwszy rozdział jego historii. Wraz z zeszytem czwartym i Rexem Lokusem bracia Kmiołkowie otwierają kolejny…

W pierwszej historii jest wszystko, co być powinno w genezie rasowego superherosa. Czające się w cieniu nemezis, motyw utraconego rodzica, tajemnica z przeszłości i pierwsze kroki w kolorowym kostiumie. Maciej Kmiołek bardzo sprawnie przeplata wątki z przeszłości Aleksa Poniatowskiego z jego obecnymi przygodami. Szkoda tylko, że całość wydaje się potraktowana nieco skrótowo – „Pierwszy lot” zamknął się w zaledwie trzech zeszytach i czuć w nim pewną skrótowość. Kiedy dotarłem do ostatniej strony chciałem, żeby historia jeszcze trwała. Szczególnie, że zaczynająca się w czwartym numerze nowa, dwuczęściowa historia zatytułowana „Wielka draka w stolicy”, prezentuje się znacznie mniej okazale.

W Warszawie pojawiają się dwie niezwykle potężne istoty – Pan Pyta i Pan Odpowiada. Dwie siły, które od zarania dziejów kształtowały dzieje całego wszechświata. I właśnie przybyły do naszego kraju, a wraz z nimi inwazja dziwacznych stworów, zwanych zalewiakami. Fabuły służy właściwie przedstawieniu dwóch kolejnych herosów – Obywatela (kopia Punishera) i Syreny (kopia Fathom) – i sprowadza się koniec końców do klasycznego schematu team-upu. Nic specjalnego.

Materiałów dodatkowych w wydaniu zbiorczym jest tyle, co kot napłakał. Galeria postaci, garść szkiców, studium kolorów przed i po, kolekcja okładek, korespondencja „Tomka Janiszewskiego” i wstęp Krzysztofa Paplińskiego – niewiele. Nic, czym można by kupić czytelników, którzy posiadają komplet pierwszych trzech zeszytów. I do nich Wizuale nie kierują te edycji - ten zgrabny trejdzik ma kusić w Empiku nowych odbiorców. Nęci niską ceną (mniej niż 20 złotych) i pełnowartościową (z początkiem i końcem) historią, przystępną dla zielonych w temacie. I szkoda tylko, że okładka jakaś tak niezbyt zachęca do wyłożenia kasy na ladę…

Nowością w czwarty zeszycie są kolory nałożone przez Rexa Lokusa. O jego pracy trzeba wypowiadać się wyłącznie w superlatywach. Wydobyły one z kreski Adama Kmiołka wszystko, co najlepsze. Porównując edycję zeszytową z wydaniem zbiorczym gołym okiem widać, że zarobkujący w Ameryce artysta znakomicie zna się na swoim fachu. Przed rysownikiem „Orła” jeszcze sporo pracy, zanim z czystym sumieniem można będzie powiedzieć o nim, że to solidny wyrobnik. Najgorzej wychodzą mu chyba postacie kobiece, niekiedy ma problem z twarzami i oddaniem mimiki (ale to chyba schorzenie większości rysujących w estetyce superbohaterskiego mainstreamu rysowników), ale umie rysować stopy, więc nie jest z nim źle. Jego styl określiłbym, jako wypadkową inspiracji Jimem Lee i Robem Liefeldem.

Problem z „Białym Orłem” polega na tym, że nie ma w tym komiksie nic, co mogłoby mnie do niego przyciągnąć na dłużej. Zupełnie nie przekonuje mnie „swojskość” tego komiksu, zlokalizowanie jego akcji w naszym kraju, uczynienie go „polskim”, w takim sam sposób, jak taki Kapitan Ameryka jest komiksem „amerykańskim”. Nie kupiłem odwzorowania „lokalnego kolorytu” w stylu Tomka Janiszewskiego czy przygłupich dresiarzy, co więcej – momentami mnie to strasznie raziło. To tylko (albo aż?) solidna mainstreamowi robota, ale niestety nic ponad to. Fabuła jest dość zgrabnie ułożona (w pierwszej historii lepiej, w drugiej już gorzej), nie ma żadnych podstaw, aby przyczepić się do warstwy formalnej, a pod względem wizualnym, choć nie zachwyca, lektura przebiega bez większych zgrzytów. Takich komiksów za Oceanem wydaje się na kopy. Własnym sumptem, przez Kickstartera, w barwach niewielkich, niezależnych wydawnictw, sprzedając na konwentowym stoliku lub próbując się załapać do sieci dystrybucyjnej Diamonda. I w tym morzu historyjek o ubranych w trykoty herosach każdy chce się wyróżnić. Komiks braci Kmiołków wyróżnia się na razie tym, że jest… polski.

piątek, 5 kwietnia 2013

#1270 - "Interesujacy komiks w dobrej cenie" - wywiad z Wojciechem Szotem

Wydawnictwo Komiksowe ma wszystkie dane, aby na długo zagościć na naszym rynku, a nawet stać się wiodącym edytorem. Wsparcie jednego z największych komiksowych sklepów internetowych w połączeniu z doświadczeniem głównodowodzącego całego projektu, czyli Wojciecha Szota, to ciekawa kombinacja. I właśnie jego postanowiłem przepytać jak to wszystko ma wyglądać. Porozmawialiśmy o Abiekcie, komiksie dla dzieci i rocznikach win z tego samego zbocza...

Było kiedyś takie wydawnictwo Abiekt.pl. Publikowało nie tylko komiksy, ale również książki i albumy. Ich wspólnym mianownikiem była przynależność do kultury LGBT. W połowie 2011 Abiekt zamknął swoją działalność. A szefował mu Wojciech Szot...
I teraz ten pedalski wydawca odważa się podnieść rękę na komiksy pod nowym logiem. Mam z tego trochę ubawu, że co bardziej konserwatywna część klientów może mieć z tym jakiś problem (obym się mylił). Abiekt.pl wydał kilka tytułów, bardzo różnorodnych. Największym hitem był „Fun Home” Alison Bechdel, wydany do spółki z Timofem. To była olbrzymia praca zakończona sukcesem. Wydaliśmy również dwa komiksy Ralfa Koeniga, które mimo moich obaw znalazły odbiorcę i nie pogrążyły nas za bardzo. Inne pomysły, jak album z nową polską sztuką gejowską, nie były najlepszymi wyborami. Ale cóż – człowiek uczy się na błędach.
Wydawnictwo okazało się ważne dla środowiska, do którego było w dużej mierze skierowane, ale jak to w wydawnictwach niekiedy bywa – najlepszą sprzedaż osiągnęliśmy w momencie likwidacyjnej wyprzedaży.

Jak komiksowo zareagowało na komiks gejowski?
Przełknęło... Wbrew pozorom nie było to takie straszne, tzn. homofobicznych komentarzy pojawiło się mało, ale niektórzy chyba bali się kupić taki komiks. Inna sprawa, że to było pięć lat temu, a w tej kwestii wszystko się dość szybko zmienia.

Czy nie było trochę tak, że to wydawnictwo miało idealistyczne założenia trochę na zasadzie „a to pokaże temu naszemu zaściankowi gejowskie komiksy, takie z ruchaniem w dupala!”. Bo wydaje mi się, że w działalności Abiektu było dużo przekory, młodzieńczych marzeń, a mniej ekonomicznej kalkulacji… 
Zaściankiem można też nazwać niewyemancypowane środowisko gejowsko-lesbijskie w Polsce, które na widok komiksu tego typu trochę uciekało. Fakt, że kalkulacja ekonomiczna była gorsza, ale to nie znaczy, że jej nie było wcale. A przekory – ja mam w sobie raczej brak pokory, niż przekorność, stąd takie książki i stąd taki styl komunikacji.

Jak według Ciebie wygląda sytuacja kultury LGBT w Polsce? Mnie wydaje się tego typu dyżurne kontrowersyjne tylko w dyskursie medialnym wciąż budzą jakieś niezdrowe emocje, bo już na przykład środowisko akademickie czy przeciętny konsument kultury z dużego miasta całkiem sprawnie wchłonęło te gender-bender nowinki wszelkiej maści…
Wchłonęło i niewiele z tego wynika chyba. W Polsce nie ma kultury LGBT i dobrze – to kolejna klisza, od której lepiej uciekać. Cała nasza współczesna kultura jest biseksualna, bym powiedział – a przynajmniej do tego zmierza. Fakt bycia gejem czy lesbijką nie sprawia, że od razu trzeba obowiązkowo chodzić na filmy o gejach i lesbijkach. Na tym można się przejechać. Ja też z takiego fundamentalnego patrzenia na orientację seksualną przeszedłem na pozycję osoby, która nie ma najmniejszej ochoty nikogo wtłaczać w wymyślone przez siebie/innych ramy. Dlatego może kultura LGBT to nie jest coś, co szczególnie obecnie poważam. Ot – kolejny sposób na emancypację.

Czym zajmowałeś się po zamknięciu Abiektu? 
To nie była działalność etatowa, więc tym samym, czym w trakcie działania wydawnictwa – działalnością pozarządową i pracą.

Komiksami? Książkami? Wydawaniem?
Raczej działaniami w organizacjach pozarządowych, organizacją kampanii "Miłość nie wyklucza". Napisałem  w tym czasie  dwie książki, ale na ich wydanie muszą chwilę poczekać. Około-historyczne.

Z Abiektem startowałeś, bo wiedziałeś, że jeśli nie Ty, to nikt inny Ralfa Koniga nie wyda. Skąd w ogóle wziął się pomysł na założenie wydawnictwa komiksowego przy sklepie Gildii?
Mamy jeden z największych, jeśli nie największy w Polsce, sklep z komiksami, znamy rynek i możemy sobie pozwolić na oryginalne pomysły i odważną próbę. Pomysł był od dawna, tylko nie było komu się za to zabrać. Ja lubię pracę nad wydawaniem książek, więc po roku prowadzenia sklepu stwierdziłem, że trzeba uzupełnić rynek. Myślę, że tytuły, które proponujemy i zaproponujemy, będą właśnie takim uzupełnieniem rynku komiksu.

Uzupełnieniem? Mnie wydaje się, że od lat cierpimy na klęskę urodzaju na rynku i wybór nowych i archiwalnych pozycji jest ogromny!
Gdyby była klęska urodzaju to bym w to nie wchodził. Jest urodzaj na pewien typ komiksu. My spróbujemy wydawać na tyle różnorodnie, aby mieć szerokie spektrum odbiorców.

Zmartwiłeś mnie tym, co mówiłeś o Stypendium Gildii i polskich komiksiarzach. Zawsze wydawało mi się, że mamy sporo utalentowanych debiutantów, którzy często po wydaniu jednego, dwóch albumów rezygnują z dalszego komiksowania. Ty pozbawiłeś mnie złudzenia, że mamy "zdolną młodzież". Jest aż tak źle?
Może mamy utalentowaną młodzież komiksową, ale jakoś niewiele jej się zgłasza. Stypendium wymaga sporego nakładu pracy gdyż z góry trzeba mieć przygotowany pomysł na dość spory album, a to może być najtrudniejsze. Mamy wiele osób, które świetnie sobie radzą z małymi formami, ale ludziom coraz trudniej przychodzi napisanie ciekawej opowieści. Ta sztuka ginie trochę wraz z testową edukacją. Wbrew pozorom to ma przełożenie na jakość komiksów. W tym roku zobaczymy, co się wydarzy, może znowu jakaś Wawryniuk się pojawi. Nigdy nie tracę nadziei.

… ale wydacie na przykład „Rycerza Ciernistego Krzewu”, który na komiks, który mógłby zostać dofinansowany z Gildii nie wygląda.
„Rycerza...” bym nazwał eksperymentem formalnym. Twórcy szukali wydawcy, a mi się spodobał pomysł i ich zapał. Uważam, że takie trzeba wspierać niezależnie od rachunku ekonomicznego. A na temat walorów formalnych niech się wypowiedzą recenzenci/recenzentki i czytelnicy/czytelniczki.

Czy w planach Wydawnictwa Komiksowe jest otworzenie imprintu z ofertą przeznaczoną dla dzieci. To nisza, która jest ostro penetrowana przez innych edytorów...
Żadnych komiksów dla dzieci. Nie ma mowy. Do tego potrzeba innych kanałów dystrybucyjnych, innych pomysłów, to całkiem inny rynek, na który nie chcę wchodzić, bo nie zatrudniam handlowców, którzy będą odwiedzali księgarnie specjalizujące się w literaturze dziecięcej. Nie mam też absolutnie wrażliwości potrzebnej w tego typu działalności.

Czy nie kusi Cię, aby w ramach Wydawnictwa Komiksowego wydać coś, czego nie udało Ci się opublikować w Abiekcie? 

Nie. To jest całkiem inne wydawnictwo i chyba nic z tego, co było w Abiekcie, oprócz „Fun Home”, tu nie pasuje. Oczywiście wykorzystuję trochę kontakty z czasów Abiekta, ale na pewno mam całkiem inne myślenie o programie wydawniczym.

Kultura Gniewu stroi komiksem szczególnym, Mucha - trykotami w twardych okładkach, a Taurus - łatwo przyswajalnym euro-mainstreamem (no i "Trupami"). A z czym z miejsca będzie kojarzyło się Wydawnictwo Komiksowe? Jaki macie pomysł na zdobycie swojej pozycji w niszy?
Mam nadzieję, że z interesującym komiksem w dobrej cenie. Oby z ciekawymi pomysłami, bo tytuły, które proponujemy w tym roku w zasadzie wchodzą w „kompetencje” każdego z wydawców w Polsce. Negocjujemy tytuły zbliżone do Marvela, będą komiksy w typie Taurusa, jak np. doskonała „Krucjata”, czy „Bar u starego Francuza” („Le Bar du vieux Français”) Stassena i Lapiere’a, rozbuchany i genialny „Fotograf”, a nawet około-mangowe „A drifting life” Tatsumiego. Będzie też jedna autorka odziedziczona po Timofie...
Również niektóre tytuły to starsze dzieła komiksowe, które funkcjonują, jako coś, co każdy by chciał wdać ale nigdy nie miał na to czasu, bo przecież jest tyle nowości. Ja się o nowości jakoś szczególnie starać nie będę – komiksy sprzed 20 lat też mają u mnie szanse. Nie widzę się w wydawnictwie, które próbuje wydawać np. tylko tytuły francuskie, czy tylko tytuły amerykańskie. Umarłbym z nudów.
To, z czym będziemy się zapewne kojarzyć, to pewna nadreprezentacja tytułów dot. Żydów. Ale to efekt tego, że jest to jeden z najciekawszych tematów komiksowych i do tej pory mimo wszystko nieobecny w Polsce.

Nie będziesz cierpiał na swoiste rozdwojenie jaźni prowadząc sklep i wydając komiksy konkurencyjnych wydawnictw?
Może się wydawać, że konkurujemy z wydawcami, bo mamy sklep komiksowy. Przykro mi – z niektórymi wydawcami współpracujemy niekiedy nawet bardzo blisko, nawet tak aby wydawać na przykład te tytuły, których oni nie zmieszczą w swoim katalogu, choćby chcieli. Sklep jest narzędziem użytecznym, ale nie będziemy go wykorzystywać przesadnie z jednego powodu – nasze komiksy mają też sprzedawać inne sklepy komiksowe, na których propozycje jesteśmy bardzo otwarci.

Jak się czujesz trzymając w rękach pierwszy album, wydany pod szyldem Wydawnictwa Komiksowego? Jak wypadają pierwsze czytelnicze reakcje na "Ostatnie dni Stefana Zweiga"? Jesteś zadowolony z jakości edytorskiej - wszystkie jest na tip-top?
Wydawca nigdy nie będzie w pełni zadowolony z produktu. To trochę jak z winem - niby to samo zbocze, a roczniki się między sobą różnią. Mam nadzieję, że wydaliśmy dobry rocznik.  W "Ostatnich dniach Zweiga"  strona redakcyjna nie jest najładniejsza, a okładka  "Dawnego Komiksu"  też mogła być lepsza.
Z drugiej strony – papier w "Dawnym Komiksie " mnie zachwyca i cały środek dla mnie jest bardzo dobry. Odzew Czytelników i Czytelniczek jest dla mnie bardzo ważny i dlatego podjęliśmy współpracę z bardzo dobrym biurem projektowym by zrobić kolejne okładki. Czasem trzeba zainwestować więcej niż się sądziło, by efekt był jednak jak najlepszy.

czwartek, 4 kwietnia 2013

#1269 - The Walking Dead

Jeszcze w poświąteczno-śniegowym nastroju kwiecień inaugurujemy miesiąc kwiecień gościnnym występem Piotra Lipa. Powinniście go kojarzyć z blog "Coś z zupełnie innej beczki", na łamach którego co tydzień mierzy się tradycyjną, amerykańską zeszytówką. Ale akurat na naszych łamach nie o zeszytach, ani nawet nie o komiksach będzie...

Pamiętam gdy pierwszy raz zasiadłem do tej gry. Początkowa scena "The Walking Dread" podczas której poznajemy głównego bohatera (w drodze do więzienia) kompletnie mnie nie zainteresowała. Dotrwałem jakoś do pierwszej walki z zombie i wyłączyłem grę. Nie znalazłem nic, co miałoby mnie przytrzymać na dłużej przed ekranem. Cała sekwencja mająca być wprowadzeniem do fabuły strasznie mi się dłużyła. Dodatkowo mechanika typowej gry point-and-click narzuciła mi jej obraz, jako liniowej i monotonnej przygodówki.

Szczerze przyznam, nie pamiętam, co mnie zachęciło, aby powrócić do tego tytułu. Zapewne ogólna medialna wrzawa i okrzyki zachwytu, które w pewnym momencie napływały dosłownie z każdej strony. Znowu odpaliłem grę, pograłem godzinkę i wyłączyłem. Takim tempem powoli brnąłem do przodu. Tak to wyglądało mniej więcej do trzeciego epizodu, który swoją fabułą i zwrotami akcji pochłonął mnie bez reszty. Później już tylko pędziłem jak szalony, aby jak najszybciej poznać dalsze losy bohaterów.

Jak wspomniałem na samym początku, gry przygodowe rządzą się swoimi prawami i nie inaczej jest też tutaj. Gracz ma ograniczone pole manewru, w ramach którego się porusza, przez co na każdym kroku widać odgórnie narzucone ograniczenia. Również zagadki w grze nie są szczególnie finezyjne. Klasycznie zmusza się gracza by użył konkretnego przedmiotu w przypisanym do tego z góry ustalonym miejscu. Nic skomplikowanego. W zależności od osoby, może to być uznane za plusy lub minusy. Trzeba jednak przyznać, że studio Telltele, dzięki temu, że sam gatunek narzucił im już jakieś ramy, mogło się skupić na fabule, postaciach i relacjach między nimi panującymi. Przyznam, nie mogę sobie przypomnieć innego tytułu, który wywiązałby się z tego zadania równie dobrze.

Fabuła opowiada losy kliku przypadkowych osób, które postawione w sytuacji ekstremalnej starają się jakoś przeżyć. Każda z postaci posiada inny charakter, ma własne cele i zależy jej na ich realizacji. Dzięki temu pierwszy raz od bardzo dawna siedząc przed komputerem interesował mnie los bohaterów gry. Jednych lubiłem i robiłem wszystko by przeżyły jak najdłużej. Inni za to mnie denerwowali i zastanawiałem się jak ich się pozbyć. Jest w grze kilka takich momentów, w których szybko trzeba zadecydować, której z postaci udzielić pomocy i przyznam, że kilka razy miałem z tym problem. Raz nawet zastanawiałem się, czy nie zacząć jednego epizodu od początku, tylko po to, aby uratować jedną z bohaterek.

W ogóle granie na emocjach, wyszło twórcom genialnie. Przez cały drugi epizod towarzyszył mi niepokój związany z miejscem, w którym działa się akcja. Na początku ostatniego epizodu zrobiło mi się wręcz słabo. Jednak moim zdaniem najciekawsze i najbardziej przejmujące są wszystkie sceny z dziećmi, co najbardziej widać od końcówki trzeciego epizodu. Wywołał we mnie olbrzymi smutek i nie mogłem uwierzyć w to co widzę na ekranie. Dwóch rodziców, umierające dziecko, wynikające z tego pewne konsekwencje oraz główny bohater, który decyduje się na niewyobrażalne poświęcenie. Muszę przyznać, że wzruszyłem się podczas tego fragmentu. Następnie makabryczna scena podczas, której para głównych bohaterów znajduje małego chłopca na poddaszu i jej konsekwencje na podwórku za domem. Nie przychodzi mi na myśl żadna inna gra, która tak silnie by na mnie oddziaływała, na tak wiele różnych sposobów. Oczywiście nie można zapomnieć również o samym końcu gry, który jest kolejnym przykładem umiejętnego wykorzystania potencjału drzemiącego w dziecięcych postaciach. Ogólnie rzecz ujmując, to od trzeciego epizodu smutek już mnie nie opuszczał, co najwyżej na chwilę ustępował miejsca strachowi lub lekkiemu obrzydzeniu.

Tak, ten tytuł momentami jest niesmaczny i dość mocno dołujący, co z pewnością sprawia, że nie jest to pozycja dla wszystkich. Jednak nie mówię tutaj o krwistych scenach, które wynikają z samej fabuły i żywych trupów. Jest to gra, która w dość sugestywny sposób porusza drażliwe i trudne tematy takie jak: kanibalizm, walka o przetrwanie, zastraszanie, morderstwa. Równocześnie gracz nie pozostaje biernym obserwatorem, lecz jest zmuszany do uczestniczenia w rozwiązaniu problemu. Musi podejmować trudne decyzje, którego z bohaterów poświęcić w imię dobra dla ogółu (to nigdy nie jest prosty wybór). Jednak najbardziej zszokowany byłem początkiem ostatniego epizodu, gdy moim zadaniem był pomoc głównemu bohaterowi w operacji. Była ona dość sugestywnie przedstawiona, do tego swą mechaniką zmusza gracza do bardzo aktywnego uczestnictwa. To wszystko sprawiło, że powróciły wspomnienia z dzieciństwa spędzonego w szpitalach i zrobiło mi się wręcz słabo. Ciało bolało mnie jeszcze kilka godzin po skończeniu gry.

Podsumowując wszystko co napisałem powyżej, śmiało mogę powiedzieć, że "The Walking Dead" to najlepsza gra w jaką miałem okazję zagrać w 2012 roku. Jest to wciągająca opowieść, pełna ciekawych i co najważniejsze „żywych” bohaterów. Dzięki temu bardzo mocno zakorzeniła się gdzieś w mojej świadomości i pomimo tego, że przestałem w nią grać już kilka miesięcy temu, to ciągle gdzieś tam siedzi w mojej głowie i nie chce odejść. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to gra dla każdego z powodu tematyki i przemocy. Jednak trzeba pamiętać, jest to tylko nieodłączna część opowieści o zombie. Natomiast jeśli damy jej szansę to już po pierwszej godzinie zapomnimy o potworach, zanurzymy się w opowieść, relacje między bohaterami i dzięki temu przeżyjemy jedną z najbardziej przejmujących opowieści jakie wypuściła branża gier komputerowych. Bez wątpienia byłoby grzechem to ominąć.

sobota, 30 marca 2013

#1268 - Goliat

Zdumiewająca reinterpretacja jednej z najpopularniejszych przypowieści biblijnych. Komiks, który śmiało podrzucać możemy znajomym zainteresowanym opowieściami obrazkowymi tak bardzo, jak losem much w Argentynie. Nawet ich powinien przekonać, tak wartościowe i przystępne jest to cholerstwo.

Tom Gauld postawił na minimalizm, ale nie od dziś wiadomo, że skrajna prostota nie wyklucza niejednoznaczności i drzemać w niej może prawdziwie imponujące bogactwo treści. W Polsce śmiało dowodziły tego choćby komiksy Jasona - przede wszystkim poruszające "Stój..." - acz stawianie tych artystów zbyt blisko siebie byłoby dla nich krzywdzące. Pomimo pewnych istotnych podobieństw, do których zaliczyć należałoby także slalom smutku i humoru oraz zamiłowanie do absurdu i zabawy utartymi wzorcami, posiadają oni odmienne style. Bynajmniej nie tylko za sprawą zgoła różnej, w obu wypadkach tak samo specyficznej, oprawy wizualnej.

W "Goliacie" nie uświadczymy typowej dla słynnego Norwega żonglerki gatunkowej, ponieważ jego szkockiego kolegę po fachu interesuje rewizjonizm. Centralną postacią swojej historii Gauld czyni olbrzyma, który nie jest, jak wynika z pełnej fałszu i sprzeczności Biblii, potężnym wojownikiem, a fajtłapowatym pacyfistą, który nigdy muchy by nie skrzywdził. Jego postura jest jednak dla jego przywódcy wystarczająca, ażeby to właśnie go odziać w zbroję i wysłać na rzekomo skazaną na powodzenie "wojnę psychologiczną" z Izraelitami. Mało tego, samo wybranie go na reprezentanta wojska filistyńskiego uczyni go w oczach jego ziomków mocarnym żołnierzem, a ubranie go w efektowną zbroję i zmuszenie do wzięcia udziału w (mającym nie mieć nigdy miejsca) pojedynku - istotą wręcz nadludzką. Taką, która żywi się kamieniami i krzesi ogień spojrzeniem.

Autor inteligentnie posługuję się prawidłami socjologii, aby niejako od podszewki przedstawić nam proces budowania mitu, okazujący się być równoznacznym zwykłemu powstawaniu plotki. Równie chętnie przedstawia też zrzucanie spopularyzowanej jednostki z piedestału, co kojarzyć się może z ciemną stroną peerelowskiego przodownictwa pracy. Ale cóż, wszystkie mity i legendy przynależne są sferze wyobraźni i w tym akurat kontekście ważniejsze jest to, co Goliat może symbolizować, niż to, kim mógłby być w rzeczywistości. Niemniej jednak kontekst całości jest znacznie szerszy i to drugie interesuje szkockiego artystę dużo bardziej. Realistyczne ujęcie przypowieści skonfrontowane z jej sztucznym podkolorowaniem pozwala mu zaś uwypuklić absurdalność egzystencji i bezsens wojny, a także bardzo przekonująco skrytykować nazbyt żądną wszelkich wrażeń naturę ludzką. "Tylko parę rundek z niedźwiedziem. Nie pożałujesz" - zaproponuje powszechnie znanemu już bohaterowi pewien żołnierz. - "(...) Mógłbyś się nieźle obłowić. Podzielimy kaskę na pół. A 'Olbrzym kontra niedźwiedź' brzmi nieziemsko."

Kolejne dni upływają tu zwykle pod znakiem monotonii oraz kontemplacji, co - wespół z do bólu ascetycznymi rysunkami, na których oprócz dwóch wiadomych barw pojawia się ledwie jeden kolor (brąz) - szybko przywodzi na myśl kino Jima Jarmuscha. I tak jak słynny reżyser, tak i Gauld okazuje się prawdziwym mistrzem "fabularnej nudy". Miejsce ciasnych pomieszczeń, charakterystycznych dla wczesnych, kręconych na czarno-białej taśmie filmów Amerykanina, zajmuje w "Goliacie" otwarta, a jednak jakby niewoląca bohatera przestrzeń. Nie bez wpływu na odbiór całości pozostaje też wszystko to, co możemy na niej odnaleźć. 

Funkcję bębna wybijającego rytm opowieści pełnią obserwacje skąpej i surowej przyrody. Za nią kryje się być może nieubłagany, starotestamentowy Bóg, który wybrał bohatera na konieczną do poświęcenia ofiarę. Wszak kolejne wschody i zachody słońca nieuchronnie zbliżają go do spotkania ze słynnym pasterzem, a i zresztą sposób, w jaki słońce jest przedstawiane, sprawia wrażenie jakby było stałym obserwatorem kolejnych wydarzeń; wreszcie pojawiająca się przed finałem wichura prezentuje się niczym zapowiedź apokalipsy. Ogromna ilość miejsca, które owa przyroda otrzymuje, czyni ją kolejnym, po naszym prawie-wojowniku i jego dziewięcioletnim giermku, bohaterem. Jej rola, tak jak i części innych elementów tej odświeżającej historii, nie jest jednak jasna, gdyż Gauld bawi się językiem medium, czasem celując w przejrzystość i klarowność, a czasem w sugestywność i niedopowiedzenia poszerzające pole interpretacji.

Co może zasługuje na największą pochwałę, brak możliwości większego zaskakiwania czytelnika Szkot uczynił swoim walorem. Bezsensowność ozdabiania takiego akurat scenariusza ostrymi punktami zwrotnymi nie wyklucza przecież porządnej dramaturgii. Jej podstawą okazuje się specyficzny suspens oraz, co z nim nierozerwalnie związane, coraz większa sympatia, jaką darzymy poczciwego Filistyna. To nasza nad-wiedza, wynikająca ze znajomości przypowieści, oraz fakt, iż autor każe bohaterowi z pokorą pełnić swoją nonsensowną rolę (zarazem dając mu nadzieję, iż do żadnego starcia nie dojdzie), czynią historię dramatyczną. A że tempo opowiadania to przyspiesza, to zwalnia, i przy tym nie otrzymujemy informacji odnośnie tego, ile czasu już minęło, to nie mamy zielonego pojęcia, kiedy wreszcie do słynnego pojedynku dojdzie.

Na pozór Gaulda nie interesuje budowanie jakiegokolwiek napięcia, woli uciekać się w - na zmianę - poezję i satyrę, a fragmenty refleksyjne i melancholijne przeplatać prostymi, lecz nierzadko rozbrajającymi gagami. Ale przecież, biorąc też pod uwagę nasze nieustanne oczekiwanie i konsekwentne wzmacnianie więzi z bohaterem, właśnie w ten sposób napięcie buduje. Im dłużej czekamy - smucąc się i śmiejąc po drodze - tym bliżej go jesteśmy, a im bliżej go jesteśmy, tym bardziej cenimy sobie jego towarzystwo. Efektem tego nie chcemy, żeby ginął, kibicujemy mu i mamy nadzieję, że w tej wersji przypowieści Dawid wcale nie istnieje. Tyle że wtedy, niestety, nie miałaby ona sensu.

piątek, 29 marca 2013

#1267 - Dawny Komiks Polski tom 1

Od lat powtarza się, że komiks to nie tylko miałka rozrywka dla dzieci i literatura o charakterze eskapistycznym, podkreślając artystyczne walory opowieści obrazkowych. Ale pamiętać trzeba, że u podstaw współczesnych, wyrafinowanych „graphic novels” przeznaczonych dla wyrobionego czytelnika legła właśnie obrazkowa pulpa. Publikowana na łamach gazet, przeznaczona dla masowego czytelnika, schlebiająca niskim gustom, kiczowata i zabawna.

Co ciekawe, o ile amerykańskie „sunday stripes” czytały głównie dzieciaki, o tyle polskie „filmy obrazkowe” z podobnego okresu adresowane były często (częściej?) dla dorosłych. Nie tylko dlatego, że obecne w nich był sceny dość śmiałe obyczajowo, ale przede wszystkim poruszały tematy obyczajowo-społeczne, a nierzadko były mocno zaangażowane politycznie. Prasa dwudziestolecia międzywojennego roiła się od komiksów i protokomiksów. Do dziś właściwie żadne z tych pozycji nie doczekały się wznowień przybliżających czytelnikom korzenie polskiego komiksu, ale przecież także rysunku satyrycznego i szeroko pojętej grafiki, pokazując pewne źródła i ciągłość rodzimych tradycji prasowej karykatury. Nowopowstałe Wydawnictwo Komiksowe postawiło sobie ambitne zadanie przybliżenia najwybitniejszych pozycji tamtego okresu i wraz z najwybitniejszym znawcą tej materii, Adamem Ruskiem, wystartowało z cyklem Dawny Komiks Polski. Na jego łamach mają być prezentowane najciekawsze osiągnięcia międzywojennych „filmów obrazkowych”. Na pierwszy ogień poszła Warszawa roku 2025 i Pan Hilary i jego przygody.

Pierwszy odcinek tej pierwszej serii ukazał się 27 listopada 1924 roku na łamach „Szczutka”, lwowskiego tygodnika satyryczno-politycznego. Paradoksalnie, przedstawia satyryczny obraz nie Lwowa, lecz właśnie tytułowego miasta, w którym to autorzy komiksu – Aleksander Świdwiński i Benedykt Hertz – mieszkali. Osadzona w ówczesnych realiach, pełna aluzji i postaci znanych powszechnie większości warszawiaków opowieść obrazkowa dziś bez odpowiednich komentarzy i wyjaśnień jest wręcz nieczytelna (Rusek na szczęście służy przypisem). Środowiskowa satyra pozbawiona niemal w całości mocniejszych akcentów politycznych broni się jednak uniwersalnym humorem, opartym na prostych, ale nie prostackich, konceptach. Aby przetrwać reformę monetarną rządu Władysława Grabskiego główny bohater imieniem Piotr i jego bezimienna małżonka zapadają w stuletni sen. W roku 2025 budzą się w Warszawie, której zupełnie nie poznają, a nieporozumień i śmiechu z nich wynikających jest tyle, co komentarzy do ówczesnego życia stolicy.

Natomiast Pan Hilary i jego przygody to opowieść o z wolna wymierającym, ale w okresie dwudziestolecia wciąż jeszcze liczącym się społecznie bogatym ziemiaństwie. Komiks autorstwa Kamila Mackiewicza i Antoniego Bogusławskiego to rzecz utrzymana w gawędziarskim nieco stylu, a sam pan Hilary z fizjonomii przypomina Zagłobę z Trylogii. To typowy szlachciura o sarmackim rodowodzie, przepuszczający resztki swojego majątku na hulanki, niepotrafiący gospodarzyć, naiwny, głupi i arogancki. Jego wyprawa do Warszawy w celu uzyskania „dolarowej pożyczki” zamienia się w serię zabawnych wypadków, podlaną absurdalnym sosem. Pan Hilary i jego przygody ukazywał się na łamach „Tygodnika Ilustrowanego” od połowy lipca 1929 do połowy kwietnia roku następnego. Podobnie jak Warszawa, także ten „film obrazkowy” jest znakomitym obrazem zarówno epoki, jak i literatury groszowej tamtego okresu.

Pod względem wizualnym Pan Hilary prezentuje się znacznie okazalej. Dopracowana, szczegółowa, ale karykaturalna kreska Mackiewicza w niczym nie odbiegała od światowego poziomu tego typu produkcji. Myślę, że do dziś wielu polskich twórców może wiele nauczyć się od wiekowego rysownika. Co innego Świdwiński – jego rysunki są bardzo proste, niedokładne, niekiedy trudno się zorientować, co przedstawiają. Warsztatowo może nie jest tak mocny, jak Mackiewicz, ale w jego kadrach widać więcej improwizacji, luzu i jakieś dezynwoltury.

Przypuszczam, że prezentowane w cyklu Dawny Komiks Polski pozycje nie staną się rynkowymi przebojami. Nieatrakcyjne pod względem graficznym, posługujące się archaiczną narracją raczej nie trafią do masowego odbiorcy (o ile w ogóle o takim można mówić w przypadku środowiska komiksowego) ani do przypadkowych odbiorców, którzy aby sięgnąć po komiks, muszą go zobaczyć w kiosku albo w telewizyjnej reklamie. To rzecz raczej dla koneserów, fanów i kolekcjonerów.

czwartek, 28 marca 2013

#1266 - Comic Book Confidential

Z dzisiejszej perspektywy „Comic Book Confidential” (rok produkcji – 1988) mocno się zestarzał. I nie chodzi mi tylko o to, że w opisie historii amerykańskiego komiksu Ron Mann dochodzi mniej więcej do końcówki lat osiemdziesiątych, tylko o pewną optykę. Film kończy się bowiem w chwili narodzin nowoczesnej sztuki komiksowej. Na momencie przełomu, dzięki któremu, dzisiejszy komiks wygląda tak, a nie inaczej.

Trudno dziś wyobrazić sobie losy historyjek komiksowych z pominięciem Alana Moore`a (którego nieobecność w tym filmie wydaje się wręcz znamienna), bez brytyjskich najeźdźców, z Neilem Gaimanem i Grantem Morrisonem na czele, po przybyciu, których mainstream nigdy nie był już taki sam. Na współczesny kształt rynku komiksowego ogromny, wręcz decydujący wpływ miał sukces i upadek masowego rynku zeszytów superbohaterskich i pojawienie się twórców niezależnych, będących niejako spadkobiercami podejścia Willa Eisnera i myślenia Arta Spiegelmana, a wcześnie Roberta Crumba i rzeszy twórców undergroundowych. O Danielu Clowesie czy Chrisie Ware (o Charlesie Burnsie już wspomniano) dopiero usłyszymy. Można powiedzieć, że z pieczołowitością godną sumiennego dokumentalista Mann dał obraz komiksowego „wczoraj” zatrzymując się tuż przed nastaniem „dziś”.

Historia przemysłu komiksowego zaczyna się od tandetnej rozrywki, od tych zabawnych historyjek obrazkowych drukowanych w gazetach kosztujących kilkanaście centów. Tam właśnie zaczną pojawiać się superbohaterowie, tam zadebiutują wojenne propagandówki i ckliwe romanse, pulpowe sci-fi i pełne makabrycznych scen horrory. Wzlot komiksów do popularność nie został zahamowany słynnym Comics Code Authority, lecz z pewnością opóźnione zostało jego wejście w dorosłość, a jego łatka medium infantylnego, skonwencjonalizowanego, przeznaczonego dla dzieci mocno się umocniła. To przecież czas, gdy do głosu dochodzi Stan Lee ze swoimi klasycznymi superbohaterskimi kreacjami, popularnymi, niewątpliwie kultowymi (także i dla mnie), ale bardzo "komiksowymi". Z takim stereotypem komiksu już wkrótce zaczną walczyć twórcy antysystemowi. Undergroundowe pokolenie roku 68 wypowiedziało wojnę nie tylko cenzurze, ale również przemysłowi komiksowemu. W drugim obiegu zaczęły ukazywać się komiksy polityczne niepoprawne, wulgarne, ostro komentujące ówczesną rzeczywistość. I choć komiks mainstreamowy dominuje to do głosu zaczyna dochodzić twórcy o zupełnie innej mentalności, innych oczekiwaniach, z artystycznymi ambicjami albo po prostu z chęcią wywrócenia tego wszystkiego do góry nogami…

W roli jaskółki, zapowiadającą zupełnie nowe erę wystąpił Frank Millera ze swoim "Powrotem Mrocznego Rycerza". Album, mocno kontestował ówczesną amerykańską rzeczywistość, choć był już częścią „systemu”. To z punktu widzenie Manna, obok kombinowania z narracją i konwencją, uciekania form typowych dla narracji superbohaterskich i nie ograniczanie się tylko do gatunkowych klisz, było najważniejsze. Z dzisiejszej perspektywy ważniejsze wydaje się to, że w przypadku "DKR" możemy mówić o realizacji autorskiego konceptu w ramach bardzo silnie skonwencjonalizowanego gatunku. Zresztą, chyba nie przez przypadek Eisner prezentowany jest jako twórca nieszablonowego „Spirita”, a nie jako pionier „graphic novel”, Spiegelman (wraz z żoną) występuje jako wydawca magazynu „Raw”, a nie autor „Mausa”. To pokazuje jak inna była optyka lat osiemdziesiątych i jak rożni się od dzisiejszej perspektywy.

W „Comic Book Confidential” uderzyło mnie to, w jaki niezwykły sposób komiks sprężony jest z amerykańskimi dziejami. Mann w serii bezpośrednich rozmów z jednymi z najwybitniejszych artystów komiksowych patrzy na jego historię przez pryzmat przemian społeczno-obyczajowych, często w kontekście mocno politycznym. „Wielka historia” miała niebagatelny wpływ na rozwój medium obrazkowego, a i komiks pewnie też nie pozostał dłużny w tej materii. Od konserwatywnej cenzury ogarniętej gorączką polowania na „czerwonych” do eksplozji wolnej miłości i liberalnych swobód, od prostego narzędzia propagandowego przez pulpową, związaną z biznesowo-kulturowym establishmentem rozrywkę, aż do artystycznych poszukiwań, łamiących rynkowe schematy – jednego (historii) od drugiego (komiksu) oddzielić się nie da. Dziś, gdy słowo kryzys odmieniane jest na wszystkie możliwe sposoby warto przyjrzeć się temu aspektowi.

Od kilkudziesięciu lat mainstreamowy komiks amerykański zamknął się we własnej niszy. Adorowany przez grupkę gorliwych akolitów nie wychyla nosa poza swoje getta. Niemal całkowicie niewrażliwy na zmiany zachodzące we współczesnym świecie, ogranicza się ewentualnie do zaaranżowania spotkania Baracka Obamy ze Spider-Manem. Postoją, przybiją piątkę w blasku fleszy, pokażą się na okładce i rozejdą. Tyle. Komiks w masowym wydaniu jest bardzo konserwatywny w swojej formie i treści, z rzadko pozwala sobie na jakieś eksperymenty. Często brakuje mu języka, aby powiedzieć coś świeżego, coś ciekawego, coś nie byłoby jedynie mieleniem ogranych klisz. I wcale nie ma ochoty, aby się zmieniać… 

środa, 27 marca 2013

#1265 - Komix-Express 178

Mucha Comics po rozstaniu z Marvelem szuka pocieszenia w ramionach wielkiego konkurenta Domu Pomysłów, DC Comics. Duńsko-polskie wydawnictwo raz za razem prezentuje tajemniczo brzmiące zapowiedzi na swoim facebookowym profilu – tyle wiadomo, że chodzi o Batmana. Ale nie tego z Nowej 52, tylko wcześniejszego. I ma pojawić się we wszystkich planowanych przez Muchę komiksach, choć niekonieczne w ich tytułach będzie widniała miano Mrocznego Rycerza. No i w sumie mają te nowe komiksy pojawiać się z zabójczą regularnością, bo raz na pół roku. Premiera pierwszego została zapowiedziana Międzynarodowy Festiwal w Łodzi. Już możecie spekulaować. „Long Halloween” Jepoha Loeba i Tima Sale`a? „Year 100” Paula Pope`a? „Gotham Central” Rucki i Brubakera? A może „Justice”, które swego czasu znajdowało się w zapowiedziach Manzoku?

Centrala zapowiedziała swoje premiery i ofertę filmową festiwalu Ligatura (przypominamy – Poznań, 18-21 kwietnia). Na imprezie będzie można zobaczyć trzy filmy poświęcone sztuce komiksu. Będą to „Comic-Con Epizod V: Fani kontratakują”, premierowy „Wonder Woman: Nieopowiedziana historia amerykańskich superbohaterek” oraz znany i lubiany „Comic Book Confidential”. Projekcja kolejnych obrazów zaplanowana jest na kolejne dni konwentu. „Comic-Con” pokazany zostanie 18 kwietnia 2013, o godzinie 21.30, w kinie Muza, przy ul. św. Marcin 30 (bilet kosztował będzie 5 złotych). Projekcję „Wonder Woman” przewidziano na 19 kwietnia 2013, na godzinę 22.00 (cena – 10 złotych), natomiast „CBC” uświetni ostatni dzień festiwalu o godzinie 14:00 (bilet – 10 złotych). „Wonder Woman! The Untold Story of Amercian Superheroines” to całkiem świeża produkcja, bo z 2012 roku. Wyreżyserowana została przez Kristy Guevara-Flanagan i tak przedstawia się jej opis:

Film „Wonder Woman: Nieopowiedziana historia amerykańskich superbohaterek” przedstawia fascynującą ewolucję oraz spuściznę komiksów o Wonder Woman. Począwszy od narodzin tej komiksowej superbohaterki w latach 40. XX w. po powstanie współczesnych dzieł, które stały się prawdziwymi hitami, "Wnder Woman!" przygląda się, w jaki sposób popularne silne postaci kobiece często odzwierciedlają społeczny niepokój związany z wyzwoleniem kobiet. Twórcy „Wonder Womana” rozmawiają z Lyndą Carter, Lindsay Wagner, twórcami komiksowymi oraz prawdziwymi superbohaterkami, m.in. Glorią Steinem i Kathleen Hanna, które w pouczający i zajmujący sposób prezentują swoją pozycję w zdominowanym przez mężczyzn gatunku.

Inauguracja Galerii Komiksu i Ilustracji "Tymczasem we Wrocławiu" będzie miała miejsce 5 kwietnia o godzinie 19:00 w Centrum Kultury "Zamek". Premierową wystawą będzie "Nierealny świat" Przemysława Truścińskiego. Galeria powstaje aby przedstawiać twórczość najciekawszych artystów krajowych i zagranicznych. Na ścianach galerii zaprezentujemy smakowite grafiki, ilustracje i plansze komiksowe. Charakterystyczna twórczość Truścińskiego jest pełna dynamiki i mrocznego klimatu. Artysta używa różnych konwencji, aby kreować światy podlegające onirycznej deformacji. Perfekcyjnie skonstruowane, doskonałe narracyjnie grafiki artysty budują nastrój, w który łatwo można się zanurzyć. Na ekspozycję składają się prace z różnych okresów twórczości Truścińskiego. Zarówno wczesne, z lat dziewięćdziesiątych, jak i najnowsze rysunki.

Trwa podróż (czy raczej dobiega końca) Tony`ego Sandovala po Polsce. Promujący swój nowy komiks „Doomboy” rozpoczął zwiedzanie naszego pięknego kraju od stolicy. W Warszawie zawitał 22 marca. Potem zdążył już odwiedzić Bydgoszcz przy okazji Bydgoskiej Soboty z Komiksem (co miało miejsce 23 marca), potem wpadł do Łodzi (dzień później, 24 marca), aby trafić do Krakowa na Krakowski Festiwal Komiksu (25.03). 26 pojawił się w Gdańsku w Pracowni Komiksowej WiMBP, a dzień później zaliczy ostatni przystanek na swojej trasie, czyli ponownie Warszawę (Dom Kultury TuPraga). Oby jego wątroba wytrzymała!

Szymon Holcman nominowany przez TVP Kultura. Głowa wydawnictwa Kultura Gniewu ma szanse zdobyć nagrodę Gwarancje Kultury w kategorii Menadżer Kultury. Doceniony został za za osiągnięcia wydawnictwa KG, które skutecznie wprowadza literaturę komiksową do głównego nurtu naszej kultury, popularyzuje klasykę światowego komiksu oraz odważnie publikuje twórczość polskich autorów. Wśród innych nominacji można znaleźć Romana Gutka i Violettę Łabanow. Wyniki zostaną przedstawione 13 kwietnia bieżącego roku. Gratulujemy Szymonowi (właściwie całej ekipie Kultury, której należy się ta nominacja) i trzymamy za niego kciuki.

Szybki Lester - znany z produktowej serii „Pokolenia” - powraca! Michał Jałoszyński (scenariusz) oraz Michał Lasota (rysunek) na łamach autorskiej serii przedstawiają przygody lubującego się w białym proszku bohatera, u boku którego znajdziecie równie znanego ze wspomnianej serii Lewara. Pierwszy z planowanych pięciu zeszytów to materiał znany już niektórym z cyfrowej odsłony. Na papierze, w zremasterowanej wersji oraz z fantastyczną okładką Anny Heleny Szymborskiej, daje przedsmak tego, co znajdzie się w kolejnych częściach. Natomiast połączenie narkotyków, seksu i filozofii oznacza, że produkt ten powinien trafić wyłącznie w ręce dojrzałych czytelników. Pierwszy numer miał swoją premierę miał 23 marca podczas Bydgoskiej Soboty z Komiksem 2013. Został on wydany przez Wydawnictwo ATY. Liczący sobie 24 strony zeszyt kosztuje 7 złotych.

Andy Diggle nie będzie scenarzystą „Action Comics”. Znany z między innymi „Daredevila”, „Loosers”, „Swamp Thinga” czy „Thunderbolts” twórca nie zdecydował się na przejęcie schedy po Grancie Morrisonie i wzięcie udziału w fetowania 75. urodzin Człowieka ze Stali. Czemu? „Powody zawodowe”, jak odpowiada. Cóż miałaby znaczyć taka deklaracja – nie wiadomo. Oczywiście w oficjalnych oświadczeniach czytamy, że wraz z Mattem Idelsonem, redaktorem linii serii z Supermanem, rozstaje się w pełnej zgodzie i ma nadzieję, że w przyszłości, jeszcze podejmie z nim współpracę, ale jak piszesz niczego nie żałuje. Zapewnia że była to dobra decyzja. „AC” zostaje na lodzie, z Tony`m Danielem, jako rysownikiem i scenarzystą w jednym.

piątek, 22 marca 2013

#1264 - Criminal vol.1 Coward

Leo Patterson to prawdziwy mistrz kieszonkostwa, aczkolwiek doświadczenie ma i w przestępstwach większego kalibru. Jedni bardzo cenią sobie jego rzemiosło i profesjonalizm, drudzy natomiast postrzegają go jako zwykłego tchórza. Bo tak samo dobry jest w kradzieżach i planowaniu skoków, co w unikaniu przemocy i błyskawicznych ucieczkach w razie zagrożenia. O czym jednak wielu nie wie, wszystko to wynika z zasad, którymi postanowił się w życiu kierować. I, niespodziewanie, niektóre z nich przyjdzie mu na naszych oczach złamać. "Tym, czego potrzebowałem, była maszyna do podróży w czasie, żebym mógł wrócić i nie popełnić tych wszystkich błędów" - wspominać będzie w pewnym momencie. - "Ale z drugiej strony wtedy prawdopodobnie popełniłbym inne i byłoby tak samo źle."


"Coward", pierwsza opowieść składająca się na (rozgrywany w fikcyjnym Center City) cykl "Criminal", to już od pierwszej strony wyraźny ukłon w stronę tradycji noir. Rzecz do samego końca bardzo klasyczna, ale wyraźnie zakotwiczona we współczesności i unikająca popadania w sztampę, swoją siłę czerpie przede wszystkim z miłości, jaką scenarzysta darzy gatunek, oraz empatii, z jaką wespół z rysownikiem portretuje swoje postaci. Fabuła okazuje się być zresztą bardziej podyktowana charakterami bohaterów, niż związaną z pewnym napadem intrygą. Ci najważniejsi z nich okazują się zaś tak przekonujący, jakby komiks stanowił dokumentalny zapis żywotów prawdziwych ludzi.

Motorem napędowym opowieści jest narracja subiektywna. Napisana niezwykle lekko, bardzo prostym, ale też pięknym, czasem wręcz - za sprawą okazjonalnej aluzyjności i metafor - poetyckim językiem, lekturę dzieła czyni błyskawiczną. Na szybkość czytania niewątpliwie wpływa też prostota samej historii, choć ta jest bardziej przewrotna i niejednoznaczna, niż to się początkowo wydaje. Wszystko to za sprawą wcale przemyślanej konstrukcji scenariusza, opartej na niewidocznych początkowo niedopowiedzeniach oraz skokach czasowych. Te pierwsze służą oczywiście skutecznemu zaskakiwaniu czytelnika, te ostatnie zaś najpierw tylko dynamizują opowieść, a następnie też, poprzez nagłe retrospekcje do czasów dawno minionych, zbliżają nas jeszcze bardziej do bohatera. Czynią całość coraz to bardziej emocjonującą, aż do iście wybuchowego finału.

Narracja słowna kapitalnie uzupełnia tą obrazkową, miejscami zmierzającą w jakby zupełnie inne rejony, jak gdyby rozchodziło się o komiksowy odpowiednik kontrapunktu wizualno-dźwiękowego. Najlepszym tego przykładem jest zresztą sam początek opowieści, kiedy to z jednej strony obserwujemy nieudany, brutalnie kończący się napad na bank, a z drugiej "słuchamy" wspomnień bohatera o czasach jego dzieciństwa, jego nieżyjącym już, będącym legendą lokalnego półświatka, ojcu, a wreszcie przemyśleń na temat reguł służących bezpiecznemu życiu przestępcy. Być może największym plusem "Coward" jest jednak jego filmowość, niewątpliwie wynikająca także z faktu, iż rzecz początkowo pomyślana była właśnie jako scenariusz filmowy.


W trakcie lektury do głowy przychodziło mi niemało tytułów reprezentujących mniej czy bardziej "czarno-kryminalne" oblicze X Muzy. Cokolwiek absurdalne rysy wybranych wydarzeń w połączeniu z tematyką napadu przywodziły na myśl "Zabójstwo" Stanleya Kubricka; przygotowania do tegoż skoku w połączeniu z oddzielającymi kolejne rozdziały, wzmacniającymi dramaturgię informacjami o tym, w którym miejscu historii obecnie się znajdujemy, przypomniało mi z kolei o "Drugim oddechu" Jean-Pierre'a Melville'a. Leo okazujący się być postacią trochę inną niż wszyscy - w tym czytelnicy! - myślą, to koncept a la "Zabójstwo chińskiego bukmachera" Johna Cassavetesa, oparty o makabryczną zbrodnię punkt zwrotny, który pod koniec zmienia tory historii skojarzył mi się z "Dajcie mi głowę Alfredo Garcii" Sama Peckinpaha, a wreszcie za sprawą samego finiszu narracyjny punkt wyjścia okazał się przypominać nieco ten z "Bulwaru Zachodzącego Słońca" Billy'ego Wildera.

Sam Brubaker ujawnia zresztą swoją kinofilię wprost, kiedy ukazuje nam bohaterów bawiących się w odgadywanie cytatów filmowych. Unika przy tym jednak łopatologii i rzuca tytułami reprezentującymi zupełnie inne, niż szeroko pojmowane crime flick, gatunki (a dokładniej sexploitation i spaghetti western). Zabieg ten zdaje się też wskazywać na coś więcej - brak jakiegoś konkretnego wzorca. Nie, żeby brakowało jakichkolwiek inspiracji, acz wśród nich nie znalazł się ani jeden tytuł, o którym bym pomyślał. Przypomina to sytuację z głośnym "Drive" Nicolasa Windinga Refna, który posiłkował się głównie baśniami braci Grimm, kinem samurajskim i młodzieżowymi komediodramatami romantycznymi, podczas gdy recenzenci doszukiwali się wpływów westernu czy kina sensacyjnego lat 80. I wcale się nie mylili, skoro pewne wzorce dalekie są sobie tylko na pozór. Wystarczy nie ograniczać się odwiecznymi regułami. "Myślę, że historie tworzące 'Criminal' to ostateczne efekt wszystkich moich inspiracji" - wyjaśniał w jednym z wywiadów słynny komiksiarz. - "Połączone są z tym, co, jak mam nadzieję, jest moim własnym głosem, oraz z motywami, które zwykłem ciągle eksplorować."

Sean Phillips starał się z kolei unikać jakichkolwiek inspiracji, jeśli tylko nie liczyć tego, iż chciał, aby "Criminal" było bardziej europejskie niż amerykańskie. Śmiało rozbudowywał obmyśloną wcześniej przez scenarzystę stronę wizualną. Dodawał kolejne panele, ażby, niczym reżyser czy montażysta, rozciągać w czasie pewne sytuacje, tym samym pozwalając mocniej wybrzmieć tkwiącym w nich emocjom. Przy tym forma, choć imponująca, ani na moment nie rzuca cienia na treść. Wprost przeciwnie, jest jej na każdym kroku podporządkowana. Tyczy się to zarówno przepełnionych niemałą ilością tuszu rysunków Phillipsa (rysunków, jak trafnie opisywał je Brubaker, tyleż subtelnych, co sugestywnych), jak i kolorów nałożonych na nie przez Vala Staplesa. Te z jednej strony uwypuklają rodowód historii, ale z drugiej, jakkolwiek dziwacznie by to nie brzmiało, nie pozwalają jej uciec od realizmu, będącego jedną z największych zalet całości.

"Coward" jest nie tylko pozycją, którą świetnie się czyta. To jedna z tych rzeczy, które nawet dłuższy czas po lekturze siedzą w głowie odbiorcy, a ochota na pozbycie się jej wcale nie przychodzi. Oby tak samo było ze zbliżającą się powoli jej filmową adaptacją. Ale hej, za jej scenariusz także odpowiedzialny jest Brubaker, a więc szykuje się kawał porządnego kina. Znowu, ale tym razem na ekranie.

czwartek, 21 marca 2013

#1263 - Komix-Express 178

Komiksowo solidarne ubolewa nad decyzją wierchuszki MFKiG (o czym wkrótce szerzej postaram się napisać), a tymczasem gdzieś w Polsce pojawił się kioskowy „Thorgal” w wersji Hachette. Podobnie, jak w przypadku „Wielkiej kolekcji komiksów Marvela” jest to nakład testowy, dzięki któremu wydawnictwo zbada głębokość potencjalnego rynku. Pierwszym tomem w cyklu jest „Zdradzona czarodziejka”, do której dołożono plakat (przedstawiający rysunek zdobiący okładkę tomu „Barbarzyńca”) i osiem stron bonusów. Zapowiedziano również kolejne dwa albumy - „Wyspę lodowych mórz” i „Trzech starców z krainy Aran”. Za wydany w twardej okładce i pomniejszonym formacie tomik trzeba zapłacić 9.90 złotych. To cena promocyjna – regularna będzie wynosiła 29.99, a jako prezent dla prenumeratorów przewidziano „wspaniały portret Thorgala”. Tłumaczeniem komiksu zajął się oczywiście Wojciech Birek. Już można zamawiać prenumeratę, hehehe.

W zapowiedziach poznańskiej Centrali znalazł się nowy komiks tandemu Bartosz Sztybor-Piotr Nowacki. „It's Not About That” swoją premierę będzie miało dosłownie na dniach, 25 marca 2013 roku, a prapremierowo komiks będzie można kupić podczas Bydgoskiej Soboty z Komiksem. Cena okładkowa – 30 złotych bez 10 groszy, 74 strony, na miękko. Tak wygląda opis tej pozycji:

Śniadanie, obiad, kolacja, podlanie ogródka, wysprzątanie domu, przycięcie żywopłotu. To codzienność dla robota 150186 i jemu podobnych. Nudna, ale przyjemna codzienność, bo do emerytury zostało już tylko kilka dni. Ale gdyby nagle coś się zmieniło, coś poszłoby nie tak, a wszystko inne okazałoby się kłamstwem? Co wtedy zrobi 150186, by ocalić swoją nudną codzienność?

A tymczasem dwie kolejne pozycje z katalogu Centrali ujrzały światło dzienne. „Pustelnik” Martina Ernstsena inauguruje Centralkę, linię komiksową przeznaczoną dla młodszych czytelników. Komiks ten zdobył pierwszą nagrodę w międzynarodowym konkursie na najlepszy komiks dla dzieci ABECEDEX - Poznań 2012 podczas Ligatury. Jest sugerowany dla dzieci, które skończyły piąty rok życia. Jego cena okładkowa wynosi 34.90 zł. Całość liczy sobie 56 stron, a tak przedstawia się opis:

„Pustelnik” Martina Ernstsena to opowieść o chłopcu, który spędza wakacje u babci na północy Norwegii. Historia przedstawia rozwój przyjaźni między dwojgiem bohaterów. Autor podejmuje też problem odróżniania przez małe dziecko fantazji od rzeczywistości. Dzięki nastrojowym kolorom komiks prezentuje wiarygodny i fascynujący obraz środowiska i czasu, w którym toczy się akcja.

Drugą premierą jest wydanie dość długo odkładanych (i jakby niespecjalnie promowanych) „Powrotów” Katarzyny Kaczor. Rzecz to niewielka, bo licząca sobie tylko 28 stron (cena też nie największa – 14.90 zł). I jakby niewiele da się powiedzieć o tym zeszycie.

Młoda autorka z wielkopolskiego Złotowa w swym debiucie opowiada uniwersalną historię o rozstaniach i powrotach. „Powrotach” ze spotkań z chłopakiem w innym mieście, do szarej codzienności, w której żyć można jedynie wspomnieniami i oczekiwaniem na kolejne spotkanie z Nim, na powrót do Niego. W swojej noweli graficznej Katarzyna Kaczor czekanie wpisuje w nadzieję, ponieważ w każde rozstanie wpisana jest możliwość „powrotu”.

Najważniejszą jednak informacją związaną z Centralą jest to, że podczas 4. edycji międzynarodowego festiwalu kultury komiksowej Ligatura otwarta zostanie pierwsza galeria komiksu. „Cheap East”, bo takie miano będzie nosiło to przedsięwzięcie, promować się będzie periodykiem pod takim samym tytułem. Dostaniemy więc magazyn komiksowy którego pierwszy numer ukaże się już w kwietniu. Gazeta licząca kilkanaście stron i zawierająca wyłącznie plansze komiksowe autorstwa znanych rysowników z Polski i zagranicy będzie dostępna bezpłatnie w kinach, galeriach, kawiarniach, na uczelniach, butikach itp. największych miast Polski. Nakład 1 numeru to 10 000 egzemplarzy. Ponadto, na stronie internetowej udostępniona zostanie elektroniczna wersja czasopisma. Jego celem będzie poszerzanie horyzontów światopoglądowych oraz kulturalnych mieszkańców miast, promowanie czytelnictwa w Polsce oraz promocja i prezentacja ambitnych projektów komiksowych z Polski i zagranicy. „Cheap East” ma trafiać do osób o szerokich zainteresowaniach artystycznych, literackich, muzycznych itp., aktywnych uczestników życia kulturalnego miasta oraz osób kreatywnych i otwartych na nowe zjawiska.

W dniu 15 marca 2013 ruszył preorder na pierwszy zeszyt serii komiksowej zatytułowanej „Statek namiętności”. Przedpremierowo zamawiać go można na stronie sklep.timof.pl. Jego premiera przewidziana jest na Festiwal Komiksowa Warszawa 2013. Warunkiem publikacji jest osiągnięcie 200 zamówień w preorderze. Wydawcą komiksu jest Dolna Półka, imprint wydawnictwa timof i cisi wspólnicy. Pierwszy zeszyt będzie miał 48 stron kolorowych, a w środku znajdzie się kompletna historia komiksowa oraz między innymi oryginalne opowiadanie, które stało się kanwą dla komiksu, galeria gościnna, szkice robocze. Cena? W przedsprzedaży 25 złotych, na okładce – 29.90. Komiks (oczywiście) przeznaczony jest dla czytelników dorosłych.

Po wydaniu w sumie 23 albumów pod szyldem „Strefy Komiksu” zawierających wyłącznie komiksy, Wydawnictwo Roberta Zaręby zdecydowało się na eksperyment. Kolejny numer pisma, oprócz komiksów, będzie zawierał publicystykę komiksową. Obok przedruków z „Magazynu Fantastycznego” (poprawionych i uzupełnionych) znajdą się w nim materiały premierowe. Dokładny spis treści zostanie podany za jakiś czas, a na razie dostępna jest okładka autorstwa Tomasza Bińka. Jeśli pomysł spodoba się czytelnikom (inaczej rzecz ujmując, nie odnotowany zostanie jakiś dramatyczny spadku sprzedaży), od czasu do czasu ten manewr będzie powtarzany z naciskiem na materiały premierowe. Dla mnie koncept wydaje się dość ciekawy – chętnie sięgnę po publicystykę komiksowa, która w inny sposób (bo przecież nie będę kompletował biblioteczki „MF”) jest dla mnie niedostępna.

Znany jest temat nowego numeru „Zeszytów Komiksowych” - Michał Błażejczyk i Michał Traczyk ogłosili, że wątkiem przewodnim „szesnastki” będą lata dziewięćdziesiąte w polskim komiksie. Jest to również zapowiedz zmiany formuły pisma, która odchodząc od formy monograficznej będzie skłaniać się bardziej ku sprawom bieżącym, aktualnym. Ekipa „ZK” zapowiada przybliżenie lat dziewięćdziesiątych poprzez przypomnienie twórców, czasopism, publikowanych wówczas komiksów, dotarcie do ludzi próbujących wówczas budować rynek komiksowy. Zapowiada się smakowicie. Teksty związane z tematem numeru należy przesyłać na adres redakcji do końca czerwca 2013, pozostałe teksty można przesyłać na bieżąco, przez cały rok.

Już w tym tygodniu odbędzie się druga edycja Krakowskiego Festiwalu Komiksowego. Impreza organizowana jest przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną w Krakowie, Instytut Francuski w Krakowie oraz Krakowskie Stowarzyszenie Komiksowe. W Mieście Polskich Królów pojawią się między innymi Tomasz Bereźnicki, Tony Sandoval i Anouk Ricard, której komiks „Kukułki Bouzona” został nagrodzony „polskim Angouleme”. Konwent odbędzie się w Artetece Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie (ul. Rajska 1 Kraków), w dniach 24-25 marca br. Program dostępny jest na stronie MSK. Zapraszamy!

środa, 20 marca 2013

#1262 - Mój dom

„Mój dom” to niepozorna książka dla dzieci wydana w ubiegłym roku przez małe, warszawskie Wydawnictwo Entliczek, które swojej ofercie ma w łącznie cztery książki. Minimalistyczna okładka, na niej tytuł, nazwisko autorki oraz nazwa wydawnictwa. Poniżej pośrodku pustynnego (albo letniego) krajobrazu stoi dom, właściwie domek, mały, maciupeńki, bez okien, ale z drzwiami i gdyby nie strzałka, która na niego wskazuje, to istnieje niebezpieczeństwo przeoczenia go.

Przewracam kartkę – znów ten sam domek, tym razem w scenerii zimowej, u dołu strony dopisek: „Mój dom wygląda niepozornie”. Ciężko się z nim nie zgodzić. Przewracam kolejną kartkę. Tło się zmienia, nastała jesień, na dwóch stronach nadal nic się nie dzieje, sam domek jakby trochę większy, ale niewiele, są kolejne dopiski, informacje: „Mój dom nie rzuca na kolana, naprawdę nic specjalnego. Zapraszam”. Przewracam kolejną stronę i się zaczyna!

Właściwie, co się zaczyna? Początkowo trudno powiedzieć. W książce Delphine Durand wszystko dzieję się razem, od razu, wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi. Na stronach panuje wizualny chaos, można dostać oczopląsu od kolorów, od ilości postaci, od szczegółów, dużych i małych napisów. Dużo, dużo bohaterów. Którzy z nich są głowni, a którzy poboczni? Jak się nie zgubić w plątaninie imion i pseudonimów? I w końcu do kogo należy tytułowy „dom”? Dodatkowo sekwencje zdarzeń powstawiane zostały w komiksowe klatki/kadry, ale nie da się ich czytać jeden po drugim, nie ma między nimi wynikania przyczynowo-skutkowego. Trzeba ugryźć sprawę inaczej. Postarać się odpowiedzieć na proste i znaczące pytania: jest jakaś akcja, czy jej nie ma? Co jest, a czego nie ma?

„Tylko spokojnie, oddychaj głęboko”, mówię do siebie. I otwieram książkę jeszcze raz, a potem kolejny i kolejny. I już nie mogę się oderwać. Początkowe wrażenie, że wszystkiego jest w nadmiarze, znika. Uświadomiłem sobie, że oto autorka, która zilustrowała już nie jedną książkę dla dzieci, oprowadza wycieczkę po swoim domu. Jednakże owego „domu” nie należy rozumieć dosłownie, jako fizycznego miejsca w czasie i przestrzeni zamieszkanego przez autorkę, a raczej jako wniknięcie w jej wyobraźnię. To takie oprowadzanie po umyśle, po wyobraźni, jak mówi Indianin Dugo na ostatniej stronie książki: „Przecież to nie jest wcale prawdziwy dom!” To oczywiście jedynie maleńkie ziarno prawdy o książce „Mój dom”.

Książka Delphine Durand to swoisty rejestr sensów, spis inwentarza. Wspomniany powyżej chaos jest, poprzez różnego typu zestawienia, porządkowany, nazywany i układany w odpowiednich pokojach i szufladach. Np. w domu „jest takie specjalne miejsce, gdzie się chowa wszystko, co to nie wiadomo, gdzie na razie wsadzić”, w tym pomieszczeniu jest szuflada na rzeczy, które nie istnieją, na pomysły, na które nikt jeszcze nie wpadł czy na antymaterię. Dom zamieszkują różne zwierzęta, takie dziwne (jak glucie czy potwory), ale także bardziej realne (jak króliczki, psy, koty, żyrafy czy słonie). Galeria postaci, która przewija się na kartkach książki jest ogromna, wymienię tylko moich ulubionych bohaterów: Johnny Zgroza, Mustafa, Berenika Kiełbasa, Szymon Salceson, Antoni Kiszka, Potarganiec, pan Cowieto, Kundzia.

Trudno tę książkę zaszufladkować. Dla mnie książka „Mój dom” jest komiksem. Przypuszczam jednak, że wiele osób może mieć problem z jednoznacznym określeniem, czy i w jakim stopniu jest to komiks. Choć bohaterzy często wypowiadają się „w dymkach”, są klatki kadrów, ale „brakuje” logicznej, następującej po sobie sekwencyjności zdarzeń, konsekwentnego i swobodnego przechodzenia od jednego do kolejnego kadru, który następuje po poprzednim. Chociaż sekwencyjność istnieje, wymaga tylko spostrzegawczości i aktywności: panu Bławatkowi zginął kot, szuka go, możemy szukać razem z nim - ignorując inne „historie”, przewracać kartki i wyłapywać tylko pana Bławatka, aby się przekonać czy kota znajdzie, czy nie. Tego typu „historii” jest kilka. Podobny zabieg zastosowali Aleksandra i Daniel Mizielińscy w serii „Mamoko”.

Warstwa wizualna pełni w książce Delphine Durand nadrzędną rolę, a czytelnik sam może nadawać dodatkowe sensy w warstwie narracyjnej. Zachęca do tego także autorka, która pod koniec umieściła rozdział, gdzie „można robić to, co się komu żywnie podoba”, czyli rysować po książce. Otwarte zaproszenie, do dorysowania ciągów dalszych dla niektórych „historii” opowiedzianych na poprzednich stronach, jest pewnie bardzo atrakcyjne dla dzieci lub dla osób, które potrafią rysować. Ja nie potrafię, więc jedynie dopowiedziałem sobie, co pan Bławatek mówi do swego cudem odnalezionego kota, czy i jak pies pozbędzie się ze swego grzbietu Plucia, etc. Bez wątpienia „Mój dom” jest książką, którą czyta się (i ogląda) kilka razy. Trudno się z nią nudzić. Polecam.

czwartek, 14 marca 2013

#1261 - „Nie chcesz zrobić komiksu dla dorosłych?” - wywiad z Tomaszem Samojlikiem

Tomasz Samojlik może uchodzić za symbol współczesnego komiksu dla dzieci. Zaczynał od wydawanych niemal własnym sumptem albumów, a teraz jego komiksy wydawane są w imprintach Kultury Gniewu i Centrali. O jego najnowszym projekcie, o żubrze Pompiku i o Hajnówce przeczytacie w wywiadzie przeprowadzonym przez Dominikę Węcławek i Macieja Gierszewskiego.

Komiksy takie jak "Ryjówka przeznaczenia" z miejsca urzekają młodych czytelników i nie odstraszają dorosłych. Jak pracujesz nad zawartością: masz taki dar, robisz ostrą selekcję materiału, testujesz wszystko na własnych dzieciach?
Wszystko naraz (tylko z tym darem nie jestem pewien). Wymyślam historię, która sama w sobie ma być ciekawa. I to dla mnie przede wszystkim. Jeśli mnie historia nie wciąga, to dlaczego miałbym ją rysować? Już na tym etapie robię selekcję pomysłów. Te, które są zbyt skomplikowane, czy z innego powodu nie nadają się dla małego czytelnika, wypadają lub podlegają modyfikacji. Cały czas staram się pamiętać, że ma być w komiksie jakaś wartość dodana, a więc tu i ówdzie poutykane rodzyneczki w postaci informacji przyrodniczych lub innych. Pierwszą wersję, taką do czytania, ale jeszcze bez kolorów i czasem nawet bez gotowego zakończenia testuję na moich dzieciach i daję do przeczytania znajomym specjalistom przyrodnikom. Ich uwagi pomagają mi uniknąć wpadek merytorycznych, pozwalają też poprawić jakieś gorsze, mniej zrozumiałe, czy nudniejsze momenty, wreszcie dopasować do całości jedną z wymyślonych przeze mnie wersji zakończenia.

W tym roku jeszcze jedna Twoja książka, tym razem w Centrali, będzie to "Bartnik Ignat i skarb puszczy”, czy mógłbyś przybliżyć tę publikację?
„Bartnik Ignat...” będzie moim powrotem do historii białowieskich. Tym razem fabuła komiksu obracać się będzie wokół autentycznych wydarzeń z 1795 i 1796 roku, kiedy to ważyły się losy Puszczy Białowieskiej. Po trwającym kilkaset lat okresie jej ochrony jako własności wielkich książąt litewskich i polskich królów, puszcza, po przejściu pod rosyjskie władanie, z dnia na dzień straciła swój status. Osocznicy, ludzie od pokoleń zajmujący się chronieniem puszczy, utracili wszelkie przywileje i stali się chłopami pańszczyźnianymi. Puszcza została praktycznie bez ochrony i jej losy wisiały na włosku. To, co mogło się z nią stać, najlepiej obrazuje przykład jednej z trzynastu części, na którą Puszcza Białowieska była wówczas podzielona. Straż Kraśniczańska, bo tak się ta część nazywała, trafiła w ręce rosyjskiego feldmarszałka Piotra Rumiancewa i w ciągu kilku lat została kompletnie pozbawiona drzew (do dziś na mapie puszczy widać w tym miejscu charakterystyczne trójkątne wcięcie).
Na tym tle rozgrywać się będzie opowieść o Ignacie, starym bartniku (a więc człowieku, który zakłada w lesie barcie i zajmuje się mieszkającymi w nich pszczołami, korzystając z produkowanego przez nie miodu i wosku), który za wszelką cenę chce ocalić puszczę i dawne puszczańskie tradycje przed zniszczeniem.

Mam wrażenie, że książka będzie adresowana dla tych trochę starszych młodych ludzi?
Myślę, że z „Bartnikiem” będzie podobnie jak z „Ostatnim żubrem” – fabuła na swoim podstawowym poziomie będzie czytelna dla 7-latka, starszy czytelnik będzie mógł wyciągnąć z niej więcej. Tradycyjnie, komiks opatrzony będzie przypisami. Moją ambicją jest stworzenie ciekawej, przygodowej fabuły, a jednocześnie przekazanie czytelnikom wiedzy o tradycyjnym użytkowaniu lasów sprzed kilkuset lat, o kompletnie dziś już zapomnianym związku człowieka z puszczą, w którym człowiek nie był elementem destrukcyjnym. Nie obędzie się oczywiście bez pościgów, zwrotów akcji i dramatycznych momentów!

Nie myślisz nad komiksem dla dorosłych? Masz może jakiś pomysł, który chciałbyś kiedyś narysować?
Hmm, to o tyle trudne pytanie, że pojęcie „komiks dla dorosłych” można różnie rozumieć. Jeśli ktoś za taki komiks uznaje dzieło „dorosłe” tylko dlatego, że błyska w nim golizna, rzuca się mięchem w dialogach i wyprutym flakiem w warstwie graficznej, to ja raczej czegoś takiego nie zrobię. Jednym z powodów jest oczywiście fakt, że nie umiem rysować dobrej golizny i flaków (co każdy może sprawdzić w „Wiedźmunie”), ale przede wszystkim takie „dorosłe” komiksy mnie nie bawią. Jeśli natomiast za wyznacznik dorosłości komiksów uznamy skomplikowaną, „trudną” fabułę czy eksperymenty narracyjne, to ja się jak najbardziej piszę. Jeden z pomysłów, jaki mam, dotyczy historii warszawskiego ZOO podczas okupacji hitlerowskiej. To materiał na mocną, wielowątkową, opowieść, dodatkowo związaną poniekąd z moimi zainteresowaniami badawczymi. Na pewno jednak nie zabiorę się za to w najbliższym czasie.

Mieszkasz w Białowieży? Jak to jest mieszkać daleko od dużego miasta? Jakieś pozytywy mógłbyś podać?
Uściślając – w Białowieży pracuję, mieszkam zaś w „bramie do Puszczy Białowieskiej”, czyli w Hajnówce. A jak to jest mieszkać daleko od dużego miasta? Dobrze jest. A nawet bardzo dobrze, przez większość czasu. Mniejszość to sytuacje, gdy trzeba się dostać do lekarza specjalisty albo pójść do kina (było tu kino „Leśnik”, dziś jest market spożywczy i salon meblowy). A ta większość jest związana ze zjawiskiem, które obserwują moi znajomi i którego ja sam doświadczam, gdy wracam do domu z jakichś wojaży. Gdy pociąg wjeżdża w podlaskie lasy i mija rzadko porozrzucane osady, człowiek ma wrażenie, że znalazł się w jakiejś bańce czasowej, w której czas płynie wolniej, nie ma fejsbuka (i niekiedy zasięgu komórek), za to są rzeczy jakby żywcem wyjęte z przeszłości. Nie chcę, żeby to zabrzmiało, jakbym mieszkał w skansenie. To raczej miejsce z niezwykłym, wyczuwalnym na każdym kroku klimatem, z prastarą puszczą na wyciągnięcie ręki, z ciekawą, skomplikowaną historią pogranicza Korony i Wielkiego Księstwa Litewskiego... Ciężko mi wyobrazić sobie przeprowadzkę do dużego miasta, tutaj na każdym kroku coś mnie inspiruje.

Jako pracownik Instytutu Biologii Ssaków masz inne pozakomiksowe i pozadomowe praktyki związane z uczeniem dzieci?
Od początku mojej pracy w Instytucie (a to już 10 lat!) bardzo zależało mi na popularyzowaniu tego, co robię. Najpierw były to wykłady i artykuły popularne, ale dla dorosłego odbiorcy, dopiero kiedy pojawiły się moje smyki, wpadłem na pomysł robienia rzeczy dla dzieci. Pierwsza była książka o żubrze Pompiku - wynik mojej złości po przeczytaniu nie wiem już jak wielkiej liczby pięknie wydanych, ale pełnych koszmarnych błędów i wręcz bzdur przyrodniczych książeczek dla dzieci. Po pierwszym Pompiku powstały trzy następne, a odbiór tych książeczek zaskoczył mnie samego. Dostałem mnóstwo zaproszeń na spotkania z maluchami i miałem szansę zobaczyć na własne oczy, jak chłoną te leśne historie. Potem, pewnego razu, zaproszono mnie na spotkanie z gimnazjalistami. I tu się zaczęły schody. O Pompiku nawet nie ma co im opowiadać, bo się obrażą, spróbowałem więc o poważnych badaniach, historii Puszczy Białowieskiej, wykopaliskach, starych dokumentach w archiwach - też pudło. Wtedy uznałem, że potrzebuję czegoś także dla tej grupy wiekowej. Tak zrobiłem komiks "Ostatni żubr" o wyginięciu żubrów w Puszczy Białowieskiej, ale nie tylko o tym. Czyli moje działania popularyzatorskie skierowane do dzieci i młodzieży to nie tylko komiksy, choć dzięki nim jestem szerzej kojarzony.

A jest jakiś komiksowy ideał, do którego dążysz?
Oczywiście: ucząc bawić, wedle maksymy Tytusa de Zoo. Wychowałem się na Tytusie, Kajku i Kokoszu oraz przygodach Kleksa. Do dziś przechowuję list, który dostałem od Pani Szarloty Pawel po tym, jak przesłałem jej modelinową figurkę Kleksa. Bardzo bym chciał, by moje dzieci tak samo chłonęły komiksy jak ja kiedyś. Oczywiście sam widzę, że to raczej niemożliwe, inaczej teraz wszystko funkcjonuje, maluchy są wobec komiksu często nieufne. Niedoścignionym wzorem w budowaniu historii, gagów, klimatu jest Janusz Christa. Może nawet dziś już nie wszystko mnie tak śmieszy jak kiedyś, ale doskonale pamiętam zrywanie boków przy jego komiksach. Bardzo bym chciał, by ktoś zrywał boki przy moich, a jednocześnie, by dowiedział się czegoś, o czym wcześniej nie miał pojęcia. Bo czy Ty, Dominiko, wiedziałaś wcześniej, że rzęsorek rzeczek ma w ślinie jad? Że w ogóle mamy w Polsce takie kapitalne stworzenia jak ryjówkowate? (śmiech). A graficznie to ja nie tyle dążę do ideału, co staram się nie załamywać moim pokracznym rysowaniem. Pocieszam się, że przynajmniej historie mam w miarę ciekawe... I jest ich coraz więcej.

Twój ulubiony komiks dla dzieci, to...? (I dlaczego?)
Tylko jeden? Rany... A może być pierwsza dwójka? „Dzień Śmiechały” Christy, pierwszy świadomie kupiony w księgarni komiks, czytany setki razy. Wydaje mi się, że pamiętam zapach farby drukarskiej zaraz po jego zakupie. „Tytus, Romek i A’Tomek. Księga IX”. Podobne motywy – wielki sentyment, kapitalne gagi, odkrycie Papciowego stylu rysowania.
Współczesne – „Łauma” KRLa i „Robot dreams” Sary Varon. Pierwszy to mała, piękna perełka, drugi to smutna i śmieszna opowieść o przyjaźni narysowana tak fajnie, że każdą stronę chciałoby się przytulić.

Twój ulubiony komiks dla dorosłych, to...? (I dlaczego?)
Wszystko, co narysował Guy Davis, bo go uwielbiam (choć rysuje dużo flaków). Wszystko, co rysuje Lewis Trondheim, bo też go uwielbiam (choć i on nie stroni od flaków). „Scott Pilgrim” Bryana Lee O’Malleya, bo czekanie na kolejne tomy było jak kiedyś czekanie na kolejne Kajki i Kokosze. Dzienniki z kolejnych podróży Guya Delisle, bo to lepsze od większości powieści podróżniczych... Mogę tak jeszcze długo...

Dziękujemy za rozmowę.

[Rozmawiali Dominika Węcławek i Maciej Gierszewski]

poniedziałek, 11 marca 2013

#1260 - Thorgal: Młodzieńcze lata t.1 - Trzy siostry Minkelsonn

Dla wikingów nastały ciężkie czasy. Sroga zima utrudnia zdobywanie pożywienia. Wódz, Gandalf Szalony, wciąż nie wraca z wyprawy na saksońskie wybrzeże. Ludowi północy zaczyna doskwierać głód. Piastujący obowiązki władcy pod nieobecność swojego ojca Bjorn, żywiący urazę do Thorgala, podburza wioskę przeciw niemu. Wpada na pomysł złożenia w ofierze skalda, dzięki której bogowie znów staną się przychylni. Na szczęście dla głównego bohatera w płytkiej zatoczce przy wiosce pojawiają się trzy wieloryby. Tak zaczyna się jego nowa przygoda...

Seria „Młodzieńcze lata” ma wypełnić lukę w biografii Thorgala Aegirssona, która powstała pomiędzy albumami „Aaricia” i „Zdradzona czarodziejka”, nim bohater został przykuty do morskich skał przez Gandalfa. Opowieść wydaje się być skierowana do nieco młodszego czytelnika, uderzająca w bardziej baśniowe struny (choćby poprzez mocniejsze wyeksponowanie motywów nadprzyrodzonych) co samo w sobie nie wydaje się niczym złym. Przecież wspomniana „Aaricia”, czy „Gwiezdne dziecko” należą do jednych z najlepszych w historii serii. Autorzy „Trzech sióstr Minkelsonn”, scenarzysta Yann i rysownik Roman Surżenko, podążają podobnym tropem, co w innym spin-offie, „Louve”. Szkoda tylko, że w przeciwieństwie do Van Hamme i Rosińskiego nie potrafią uniknąć przy tym nieznośnej infantylności.

Scenarzysta opowiadając o młodzieńczej wyprawie dzielnego skalda powiela najbardziej oczywiste rozwiązania i do bólu ograne schematy obecne na łamach serii od wielu lat. Magiczna wyprawa, przykucie do skał, aby przebłagać bogów, knowania Bjorna – wszystko to już było. Ale Yann sięga także do chwytów, które zastosował w „Louve”. Thorgal, podobnie, jak jego córka w „Raissie”, wyrusza w podróż, która pewnikiem stanie się dla niego elementem inicjacji w dorosłość. Jej początek wydaje się być obiecujący, ale im dalej w las (czy też – w fiordy) tym gorzej. Im bliżej finału, tym więcej niespodziewanych zwrotów akcji, postaci pojawiających się znikąd i innych akcentów godnych miałkiego fantasy, a nie serii, która miała nieco większe ambicje. A wszystkiemu temu brakuje treści, wszystko wydaje się wysilone, przegadane. Nie ma fabularnego mięsa, lektura zostawia niedosyt.

Boli, w jak banalny sposób przedstawiono całą trójkę bohaterów. W przypadku Thorgala, który zawsze był uosobieniem cnót wszelakich (choć w rękach Van Hamme`a i Rosińskiego ta kreacja choć momentami irytująca, przekonywała), akurat najmniej, ale pokazanie Bjorna, jako despotycznego villaina, przynosi na myśl wyczyny Doktora Dooma czy Kanga w komiksowych latach sześćdziesiątych. Także Aaricia grająca rolę „damy w opałach” wypada nieprzekonująco. Na Yannicka le Pennetiera mógłbym narzekać jeszcze długo, ale warto pochwalić go za dwie rzeczy. Po pierwsze za umiejętne puszczenia oczka do fanów. Po drugie – za radosne dworowanie sobie nordyckiej mitologii. Zawołania Hierulfa „na tuzin krzywych bozonów boga Higgsa!” i „na zatrute jabłko boga Thuringa!” ubawiły mnie do łez.

Roman Surżenko dzielnie zmaga się z dziedzictwem jednego ze współczesnych klasyków komiksu europejskiego. Rosyjski artysta czuje zarówno mainstreamową estetykę, jak i graficzną konwencję komiksu, dzięki czemu jego prace przypominają prace wczesnego Rosińskiego i kojarzą się z tym, co w „Thorgalu” było najlepsze. Pośród wszystkich współtworzonych przez Surżenkę albumów ze „Światów Thorgala” ten jest najlepiej narysowany – być może dlatego, że on sam, a nie Graza, nakładał kolory? Niemniej, zachwyty nad jego kreską uważam za przesadzone. Nie mam wątpliwości, że to grafik sprawny, z solidnym warsztatem (choć wciąż przytrafiają mu się błędy – ma problem z różnicowaniem twarzy poszczególnych bohaterów i oddawaniem ich emocji), ale to nie ta klasa, co Ros za swoich najlepszych czasów. Brakuje błysku, brakuje czegoś co oddziela najlepszych, od tych, którzy mogą tylko aspirować do tego miana. Co nie zmienia faktu, że jest on jednym z najmocniejszych punktów thorgalverse. W przeciwieństwie do Yanna...

Oczywiście da się się czytać „Trzy siostry...” bez zgrzytania zębami. Twardogłowi thorgl-fani nie powinni być zawiedzeni, bo losy młodszej wersji ich ulubionego bohatera są lepsze od tego, co wpycha nam Yves Sente w głównej serii. Ale uczciwie przyznać trzeba, że nie jest to dobry komiks. Ale czy to tak naprawdę ważne? Cel został zrealizowany – kolejny album, będący odcinaniem kuponów od kultowej marki został zrobiony, słupki sprzedaży się zgadzają, jedziemy dalej. Kogo obchodzą narzekający na niespójny obraz mitologii wikińskiej, chronologię kulejącą tu i ówdzie albo czytelnicy, którzy dostają marny produkt thorgalopaodobny?