czwartek, 19 grudnia 2013
#1458 - Comic Book Confidential
środa, 22 maja 2013
#1295 - Alfabet z dymkiem: C (część druga)
Dziś ponownie tylko część.
czwartek, 28 marca 2013
#1266 - Comic Book Confidential
Trudno dziś wyobrazić sobie losy historyjek komiksowych z pominięciem Alana Moore`a (którego nieobecność w tym filmie wydaje się wręcz znamienna), bez brytyjskich najeźdźców, z Neilem Gaimanem i Grantem Morrisonem na czele, po przybyciu, których mainstream nigdy nie był już taki sam. Na współczesny kształt rynku komiksowego ogromny, wręcz decydujący wpływ miał sukces i upadek masowego rynku zeszytów superbohaterskich i pojawienie się twórców niezależnych, będących niejako spadkobiercami podejścia Willa Eisnera i myślenia Arta Spiegelmana, a wcześnie Roberta Crumba i rzeszy twórców undergroundowych. O Danielu Clowesie czy Chrisie Ware (o Charlesie Burnsie już wspomniano) dopiero usłyszymy. Można powiedzieć, że z pieczołowitością godną sumiennego dokumentalista Mann dał obraz komiksowego „wczoraj” zatrzymując się tuż przed nastaniem „dziś”.
Historia przemysłu komiksowego zaczyna się od tandetnej rozrywki, od tych zabawnych historyjek obrazkowych drukowanych w gazetach kosztujących kilkanaście centów. Tam właśnie zaczną pojawiać się superbohaterowie, tam zadebiutują wojenne propagandówki i ckliwe romanse, pulpowe sci-fi i pełne makabrycznych scen horrory. Wzlot komiksów do popularność nie został zahamowany słynnym Comics Code Authority, lecz z pewnością opóźnione zostało jego wejście w dorosłość, a jego łatka medium infantylnego, skonwencjonalizowanego, przeznaczonego dla dzieci mocno się umocniła. To przecież czas, gdy do głosu dochodzi Stan Lee ze swoimi klasycznymi superbohaterskimi kreacjami, popularnymi, niewątpliwie kultowymi (także i dla mnie), ale bardzo "komiksowymi". Z takim stereotypem komiksu już wkrótce zaczną walczyć twórcy antysystemowi. Undergroundowe pokolenie roku 68 wypowiedziało wojnę nie tylko cenzurze, ale również przemysłowi komiksowemu. W drugim obiegu zaczęły ukazywać się komiksy polityczne niepoprawne, wulgarne, ostro komentujące ówczesną rzeczywistość. I choć komiks mainstreamowy dominuje to do głosu zaczyna dochodzić twórcy o zupełnie innej mentalności, innych oczekiwaniach, z artystycznymi ambicjami albo po prostu z chęcią wywrócenia tego wszystkiego do góry nogami…
W roli jaskółki, zapowiadającą zupełnie nowe erę wystąpił Frank Millera ze swoim "Powrotem Mrocznego Rycerza". Album, mocno kontestował ówczesną amerykańską rzeczywistość, choć był już częścią „systemu”. To z punktu widzenie Manna, obok kombinowania z narracją i konwencją, uciekania form typowych dla narracji superbohaterskich i nie ograniczanie się tylko do gatunkowych klisz, było najważniejsze. Z dzisiejszej perspektywy ważniejsze wydaje się to, że w przypadku "DKR" możemy mówić o realizacji autorskiego konceptu w ramach bardzo silnie skonwencjonalizowanego gatunku. Zresztą, chyba nie przez przypadek Eisner prezentowany jest jako twórca nieszablonowego „Spirita”, a nie jako pionier „graphic novel”, Spiegelman (wraz z żoną) występuje jako wydawca magazynu „Raw”, a nie autor „Mausa”. To pokazuje jak inna była optyka lat osiemdziesiątych i jak rożni się od dzisiejszej perspektywy.
W „Comic Book Confidential” uderzyło mnie to, w jaki niezwykły sposób komiks sprężony jest z amerykańskimi dziejami. Mann w serii bezpośrednich rozmów z jednymi z najwybitniejszych artystów komiksowych patrzy na jego historię przez pryzmat przemian społeczno-obyczajowych, często w kontekście mocno politycznym. „Wielka historia” miała niebagatelny wpływ na rozwój medium obrazkowego, a i komiks pewnie też nie pozostał dłużny w tej materii. Od konserwatywnej cenzury ogarniętej gorączką polowania na „czerwonych” do eksplozji wolnej miłości i liberalnych swobód, od prostego narzędzia propagandowego przez pulpową, związaną z biznesowo-kulturowym establishmentem rozrywkę, aż do artystycznych poszukiwań, łamiących rynkowe schematy – jednego (historii) od drugiego (komiksu) oddzielić się nie da. Dziś, gdy słowo kryzys odmieniane jest na wszystkie możliwe sposoby warto przyjrzeć się temu aspektowi.
Od kilkudziesięciu lat mainstreamowy komiks amerykański zamknął się we własnej niszy. Adorowany przez grupkę gorliwych akolitów nie wychyla nosa poza swoje getta. Niemal całkowicie niewrażliwy na zmiany zachodzące we współczesnym świecie, ogranicza się ewentualnie do zaaranżowania spotkania Baracka Obamy ze Spider-Manem. Postoją, przybiją piątkę w blasku fleszy, pokażą się na okładce i rozejdą. Tyle. Komiks w masowym wydaniu jest bardzo konserwatywny w swojej formie i treści, z rzadko pozwala sobie na jakieś eksperymenty. Często brakuje mu języka, aby powiedzieć coś świeżego, coś ciekawego, coś nie byłoby jedynie mieleniem ogranych klisz. I wcale nie ma ochoty, aby się zmieniać…
piątek, 30 września 2011
#868 - Black And White. Niepoprawny komiks i animacja - relacja z wystawy
Pół-komiks, pół-graffiti Dana Perjovschiego, rumuńskiego komiksiarza, wypełnia całą ścianę przy wejściu. Kryzys w Grecji, upadek muru berlińskiego, śmierć projektanta mody – połączyć je może sąsiedztwo w tym komiksowym szkicowniku o niestandardowych wymiarach. Perjovschiego interesuje bowiem wszystko, co dzieje się na pograniczu kultury i polityki. Słynie z satyrycznych komentarzy do rzeczywistości, przeplatanych rysunkami budynków i wież o fallicznych kształtach. Może nie wszystkie kreski prowadzą do seksu – ale z łatwością by mogły.

Z sąsiednich ścian krzyczy do nas Robert Crumb. „Hey, I am Dying Here!”– imprezujący, szczerzący zęby tłum uzbrojony w kieliszki i cyniczny dystans nie zwraca jednak najmniejszej uwagi na mężczyznę przybitego do ściany. Nic nie widzący poza wyznaczonym sobie celem będą też mszczący się na białych czarnoskórzy Amerykanie, kiedy przejmą kontrolę nad USA („When the Niggers Take Over America!”).

Zero współczucia dla innych ma również „zgniły kapitalista” – bohater animacji „Mine” Williama Kentridge’a. Tęgi mężczyzna z wyniosłą, surową miną wyleguje się w łóżku. Służący przynosi mu do łóżka śniadanie. Kiedy on pije kawę podparty poduszkami, daleko poniżej szarpią się już z ciężką pracą jego robotnicy – ci, których rękoma i nogami porusza za pociągnięciem niewidzialnych, ekonomicznych sznurków. Jakby niechlujne, ale pełne mrocznej wymowy klisze rysowane węglem, potężną jak głos kapitalisty krechą, działają na wyobraźnię. Tym bardziej, że kawiarka staje się tu tunelem do podziemia, a kołdra – placem zabaw dla miniaturki nosorożca.
Przez życie jak przez plac zabaw idą też kowboje-kościotrupy, ożywione w cyklu animacji Phila Mulloya. Czarne gibkie postaci jak z makabreski jedzą, piją, kopulują rubasznie się śmiejąc z siebie nawzajem, zwłaszcza gdy się potkną. Realia saloonu, w których dreptają, przypominają pierwszy lepszy pub – z wesołkowatością jako rodzajem maski lub, co gorsza, jedyną dostępną, z dawna przyuczoną emocją.

Postaci „Guernici” Aya Ben Rona też wyglądają na zadowolone. Narysowane cienkimi i precyzyjnymi liniami, płynnie przyjmują do wiadomości, że stały się rozsypanymi puzzlami. W przeciwieństwie do Picassa, Izraelczyk ukazuje uśmiechnięte sylwetki z nogami w gipsie nijak mające się do wykrzywionych bólem czy strachem pierwszego obrazu. Czy wymiar cierpienia stał się bardziej płaski? Czy cierpienie, tak jak wiele innych słów, stało się stępiałym wytrychem? Może w czasach gdy co drugie zjawisko kwituje się „masakra”, Guernica maleje – do rozmiarów układanki, którą zakończy powszedni happy end bez wzruszeń.

Jest w tych czarno-białych rysunkach coś niepokojącego. Są jak brud za paznokciami, do którego nie chcemy się przyznać sami przed sobą.
Oprócz opisanych, na wystawie były jeszcze prace wielu innych artystów – przyznam jednak, że po upływie tego krótkiego czasu, jaki dzieli moją wizytę w muzeum od pisania tego tekstu, nie pamiętam ich zbyt dokładnie. Nie mam też zrobionych do nich notatek. Bez wrażeń.
Wystawa jako całokształt jednak bardzo mi sie podobała – nie tyle jako zbiór różnorodnych czarno-białych czy kontrowersyjnych prac, co jako mnogość spojrzeń na ogólną sflaczałość społeczeństw: ni to tolerancyjnych, ni to krytycznych, ni to siakich owakich. Wszystko można i nic nie wolno. Najbezpieczniej nie mieć poglądów, tylko spopielać się w codzienności.
-
„Black and White. Niepoprawny komiks i animacja”
Muzeum Sztuki Nowoczesnej
15 lipca – 18 września 2011










