Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzegorz Rosiński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzegorz Rosiński. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 czerwca 2025

#2498 - 4000 znaków... O dziedzictwie Grzegorza Rosińskiego

Miałem pecha (lub szczęścia), że nie zostałem skażony sentymentem do "Thorgala". Opus magnum Grzegorza Rosińskiego i inne jego komiksy odkrywałem już po moim szczenięcym zachłyśnięciu się komiksem amerykańskim. Już po tym, jak uznałem, że w wieku nastoletnim jestem już stanowczo zbyt dorosły na te niepoważne historyjki z superbohaterami. Po tym, jak do komiksu przywrócił mnie "Produkt".  

Miałem więc szczęście (lub pecha), że "Thorgala" odkrywałem w tym samym czasie, co bieżącą twórczość Śledzia, Myszkowskiego, KRL`a, braci Minkiewiczów czy Weatherspoona, co wielkich klasyków, jak "Mausa" Arta Spiegelmana i "DKR" Franka Millera, co "Slaine`a" i "Cygana", którzy byli bohaterami o wiele bardziej interesującymi niż dość, umówmy się, miałki w swojej szlachetnej prostolinijności Thorgal Aegirsson. Szczególnie dla młodego edgelorda, którym zapewne w tamtym czasie byłem. 


sobota, 23 kwietnia 2022

#2446 - Komix-Express 438

Tematem numer jeden dzisiejszego wydania Komix-Expressu jest zapowiedź Festiwalu Komiksowa Warszawa. Dziesiąta edycja stołecznej imprezy odbędzie się tradycyjnie w majowym terminie, a konkretnie w dniach 26-29 maj 2022. Lokalizacja imprezy pozostaje bez zmian od zeszłego roku i będzie nią Plac Defilad przed Pałacem Kultury. Za bilety nie zapłacimy ani złotówki, ponieważ wstęp na imprezę pozostaje wolny. Na miesiąc przed FKW`22 poznaliśmy już kilka punktów programu festiwalu i są one naprawdę potężne. Pierwszym zapowiedzianym zagranicznym gościem okazał się Paco Roca. Nie będzie zbytnią przesadą napisanie, że do Polski zawita gwiazda współczesnego europejskiego komiksu. W 2021 roku na naszym rynku ukazały się dwie znakomite pozycji autorstwa Francisco Martíneza Rocki, bo tak brzmi jego prawdziwe nazwisko - "Koleje losu" (Timof Comics) oraz nagrodzony Eisnerem w 2020 "Dom" (Kultura Gniewu) - i w zasadzie z miejsca zdobyły uznanie tak krytyków, jak i czytelników. Przełomem w karierze hiszpańskiego twórcy okazał się komiks zatytułowany "Zmarszczki", który nie tylko spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem krytyków (w jego rodzimym kraju osiągnął status komiksowego bestsellera), ale w 2011 roku został zekranizowany, a film na jego podstawie otrzymał nominacje m.in. do Europejskiej Nagrody Filmowej oraz do nazywanej "animowanym Oscarem" nagrody Annie. 

poniedziałek, 16 listopada 2015

#1997 - Grzegorz Rosiński. Monografia

Autorem poniższego tekstu jest Michał Traczyk i powstał on we współpracy z Fundacją Instytutu Kultury Popularnej.

"Grzegorz Rosiński. Monografia" to ważna książka i maleńkie oszustwo. Ważna przez wzgląd nie tylko na tych, dla których Rosiński i jego dzieła należą do lekturowego kanonu, ale również – i przede wszystkim – przez wzgląd na komiks w ogóle i niekończącą się batalię o ugruntowanie należnego mu miejsca w świadomości Polaków (takich książek powinno ukazywać się u nas zdecydowanie więcej). Oszustwo, gdyż słowo "monografia" obiecuje czytelnikowi coś innego niż ten w rzeczywistości dostaje.


wtorek, 5 sierpnia 2014

#1693 - Thorgal znowu sierotą

Zmiana na stanowisku scenarzysty "Thorgala" stała się faktem - "Kah-Aniel" będzie ostatnim tomem serii rysowanej przez Grzegorza Rosińskiego, który wyszedł spod pióra Yvesa Sente. Dyrektor wydawniczy Le Lombard od 2007 roku, od premiery albumu "Ja, Jolan", jest autorem skryptów do przygód kruczowłosego wikinga oraz spin-offu z Kriss de Valnor w roli głównej.




środa, 29 grudnia 2010

#655 - Świętoszek i sadystka

Coś się kończy, coś się zaczyna. Wraz z 32. albumem serii "Thorgal" pierwsza opowieść Yvesa Sente dobiegła swojego finału w tytułowej "Bitwie o Asgard". Premierowy album spin-offa "Kriss De Valnor" zatytułowany "Nie zapominam o niczym" jest pierwszym z wielu zapowiadanych tytułów osadzonych w uniwersum wykreowanym przez Jeana Van Hamme i Grzegorza Rosińskiego.Nie ulega wątpliwością, że Yves Sente jest scenarzystą gorszym od Jeana Van Hamme'a, nawet z jego słabszego okresu pracy nad "Thorgalem" (może z wyjątkiem niesławnego "Królestwa pod piaskiem"). W "Bitwie o Asgard", finałowym akcie questu godnego kiepskiego erpega, pierworodny Dziecka z Gwiazd wypełnia zadanie, które było niemożliwego do wykonania. Jolan mieszając szyki bogom mieszkającym w Asgardzie, przeszedł ostateczną próbę i stał się godnym dziedzictwa Thorgala. Sente korzysta z najbanalniejszych chwytów, jakie tylko można sobie wyobrazić, sprowadzając fabułę do prostackiej bajeczki fantasy bazującej na motywie inicjacji w dorosłość. Bajeczki przewidywalnej, nieciekawej, idealnie obojętnej dla czytelnika, z miejsca narzucającej oczywiste rozwiązania, bo czy przygoda Jolana mogłaby się skończyć się inaczej? W starym "Thorgalu" jak ognia unikano ogranych schematów i między innymi to czyniło serię spółki Van Hamme-Rosiński komiksem tak wyjątkowym. Wyraźnie widać, że po przejęciu tytułu przez Jolana, seria drastycznie zmieniła swój charakter, szukając nowych czytelników wśród młodszych odbiorców. W tym świetle nie dziwi, że surowy nastrój północnych fiordów został zastąpiony przez kolorowy, radosny klimat lekkiego fantasy.

Pierwszy tom zaplanowanej, jako trylogia odpryskowej serii "Kriss De Valnor" poniekąd również opowiada o dojrzewaniu głównej bohaterki. Stojąca przed obliczem bogini Freyji Kriss, aby ratować swoje życie (duszę?) musi zrekonstruować koleje swojej pokręconej biografii. Zupełnie nie mogę pojąć dlaczego album "Nie zapominam o niczym" zebrało tak wiele pozytywnych recenzji, jak sieć długa i szeroko, skoro historia ma charakter nieporadnie napisanego fanfika. Jest równie melodramatyczna i szablonowa, co "Bitwa o Asgard". Sama Kriss w swoim okrucieństwie została przerysowana do zupełnie niewiarygodnego, komiksowego poziomu. W kreacji bohaterki pierwszego thorgalowego spin-offa Sente zupełnie zapomniał o jakichkolwiek niuansach psychologicznych. Podobnie zresztą było w przypadku przejaskrawionemu w swojej nieskazitelnej szlachetności Jolana. Thorgal Aegirsson, jako wzór cnót wszelakich był postacią wiarygodną, przemyślaną i mimo wszystko intrygującą. Tego o jego synu powiedzieć nie można. Jolanek nie potrafi porozumiewać się inaczej niż za pomocą moralizujących komunałów. Mdli w swojej papierowej cnotliwości, aż do wyrzygania. Z trójki głównych bohaterów wciąż najlepiej trzyma się Thorgal, który w albumie ma swoją rolę do odegrania. Jego podróż w poszukiwaniu Aniela będzie głównym tematem kolejnego tomu zatytułowanego "Le Bateau-sabre" ("Statek-miecz").Pomysł podzielenia "Bitwy o Asgard" na dwie części, z których jedna poświęcona jest ojcu, a druga synowi, uważam za pomysł chybiony. Obie przeplatające się narracje zostały potraktowane skrótowo, co pogłębiło niemiłe wrażenie przepełzania wątków z tomu, na tom. Nie jestem przekonany, czy snucie wielowątkowej opowieści, zaplanowanej na kilka (kilkanaście?) albumów to dobry pomysł. Niech już lepiej Jolan startuje z własnym spin-offem, a Thorgal ciągnie swój tytuł tak długo, jak to tylko będzie się opłacało wydawcy.

Wśród wielu rzeczy, które w swoim skrypcie pokpił Sente, najbardziej boli mnie zbyt dosłownie wykorzystanie bogów w fabule. Koncept ludzi z gwiazd został już zarżnięty, teraz przyszła kolej na elementy mitologiczne. Za kadencji Van Hamme otoczeni grozą mieszkańcy Asgardu pozostawali siłą losu, która ludźmi interesowała się od wielkiego dzwonu (choć pod koniec runu Van Hamme jakby częściej). W "Bitwie" wyglądają jak swarliwie półgłówki, którzy potrzebują Jolana, aby móc się pogodzić.

Oprawa graficzna "Thorgala" upewnia mnie w przekonaniu, że malarskie poszukiwanie Grzegorza Rosińskiego nie były spowodowane artystycznymi pobudkami. 32. tom w większości sprawia wrażenie narysowanego na szybko, żeby nie powiedzieć na kolanie. Choć można znaleźć kilka kadrów robiących wrażenie – scena łóżkowa z Jolanem najlepszym przykładem. Mistrz ze Stalowej Woli szczyt swoich możliwości ma już wyraźnie za sobą. Styl Giulio de Vita od biedy może przypominać wczesnego Rosa, operującego nieco bardziej uproszczoną krechą. Więcej o rysunkach włoskiego rysownika nad to, że rysuje solidnie, powiedzieć nie można.Le Lombard będzie doił "Thorgala" tak długo, jak będzie się to opłacało, niespecjalnie przejmując się tym, że przy okazji niszczy kultowy komiks dla polskiego pokolenia przełomu ustrojów. Jolan dostanie własny tytuł, bohaterami swoich serii zostaną również Louve (Yann Le Pennetier zajmie się skryptem, a Roman Surżenko – oprawą graficzną) oraz Aniel i Aaricia. W planach jest także seria traktująca o młodości kruczowłosego wikinga, a bohaterowie drugoplanowi dostaną swoje one-shoty. Pierwszy będzie dotyczył… Alinoe. W ciągu roku komiksy ze świata "Thorgala" będą ukazywać się z częstotliwością dwóch, trzech sztuk. W takim tempie da się wyprodukować sporo materiału, którym Egmont mógłby zapchać kilka numerów "Fantasy Komiks". Poziomem od produkowanej taśmowo papki tam serwowanej odstawać nie będzie.

środa, 17 listopada 2010

#616 - Western

Westernów już się w Hollywood nie kręci. Na nic zdały się próby rewizji skostniałego modelu opowieści o kowbojach wypracowanego w drugiej połowie zeszłego wieku. Dziki Zachód odstawiono do lamusa. Jednak w świecie komiksu western wciąż jest żywy i to po obydwóch stronach Oceanu. W Ameryce swoją drugą młodość przeżywa "Jonah Hex", po gatunek sięgają tacy twórcy, jak Garth Ennis ("Kaznodzieja") czy Brian Azzarello ("Loveless"). A w Europie, oprócz wciąż żywych klasyków pokroju "Blueberry'ego" czy "Lucky Luke'a", do tematyki nawiązali Jean Van Hamme i Grzegorz Rosiński w wydanym w 2001 roku "Westernie".
Potentat hodowli bydła Ambrosius Van Deer po wielu latach bezowocnych poszukiwań wreszcie odnalazł swojego bratanka. Rodzina małego Eddiego została zamordowana prze Indian, kiedy miał zaledwie kilka lat. Porwany przez czerwonoskórych i nieświadomy swojego pochodzenia był wychowywany na jednego z nich. Nikt nie spodziewa się, że szczęśliwy powrót czternastoletniego chłopaka na łono rodziny stanie się przyczyną tragedii…

"Western" Van Hamme'a i Rosińskiego nawiązuje do tradycji antywesternów, w których nie ma już bohaterskich szeryfów stojących na straży prawa, dzielnych traperów karczujących drogę postępowi i cywilizacji białego człowieka, a Indianie mają do odegrania rolę albo szlachetnych wojowników, albo bezlitosnych barbarzyńców. Odbrązowiony Dziki Zachód to świat w którym za garść dolarów strzela się w plecy, takie pojęcia jak honor, sprawiedliwość i uczciwość to tylko frazesy ze Starego Kontynentu, a racja stoi zawsze po stronie silniejszego.

Jean Van Hamme świetnie się sprawdza, jako scenarzysta opowieści sensacyjnych. Dobrze czuje się w komiksie, w którym dzieje się dużo, akcja gna na złamanie karku, a fabuła osnuta jest wokół szpiegowskiej lub kryminalnej intrygi. Dowodami jego kunsztu są serie "XIII" i "Largo Winch". Niezgorzej daje sobie radę z poczciwą fantasy, czego "Thorgal" jest najlepszym przykładem. Przynajmniej przez pierwsze dwadzieścia klika tomów, bo przecież każda formuła musi się kiedyś wyczerpać. Równie dobrze poradził sobie z formułą obyczajowej sagi rodzinnej, dzięki czemu "Władcom Chmielu" nieco bliżej jest tradycji europejskiej powieści realistycznej, niż harlequinowym tasiemcom. Mówiąc najogólniej, znakomicie radzi sobie z literacką konfekcją. Potrafi wiele wykrzesać z najbardziej ogranych i sztampowych motywów, długo utrzymując wysoką jakość swoich prac.

Wyjątkową pozycją w jego bibliografii stanowi trylogia "Szninkiel", rzecz wybitna i aspirująca do jednego z najważniejszych dzieł w najnowszej historii komiksu europejskiego. "Western" stworzony również w kooperacji z Grzegorzem Rosińskim, miał być w swoich założeniach czymś podobnym. Projektem niezwykłym, oderwaniem się od ciężkiej harówy nad, między innymi, "Thorgalem". I niestety nie udało się. Van Hamme pewnie potrafiłby napisać znakomitą opowieść o Dzikim Zachodzie, w którym dzielni kowboje staczaliby pojedynki w samo południe, bandyci napadaliby na banki i pociągi, a Indianie bronili swoich ziem przed białym najeźdźcą. Dramatyczna opowieść o powikłanej ludzkiej doli wyszła mu o wiele gorzej. W rękach innego scenarzysty, z "Westernu" dałoby się wycisnąć poruszająca, niemal antyczną tragedię o bezlitosnym Losie, którego wyrokom nie sposób się sprzeciwiać. A tak, powstał nie dramat, tylko wyrób melodramatyczny. Ckliwa historia o rozdzielonej rodzinie, przypominającej bardziej telenowelę, w której kochanek okazuje się bratem, a dawno uważana za zmarłą stryjeczna ciotka jednak przeżyła lotniczą katastrofę i przez siedem ukrywała się w amazońskiej dżungli.Na początku nowego wieku, kiedy Grzegorz Rosiński szukał nowego stylu, sięgał po nowe środki wyrazu pracując właśnie nad "Westernem". Porzuciwszy klasyczny warsztat komiksowego rysownika, postanowił wrócić do farb. Przeskok od "Thorgali" nie jest jeszcze tak radykalny, jak miało to miejsce w przypadku "Zemsty Hrabiego Skarbka", ale według mnie "Western" pod względem wizualnym prezentuje się znacznie lepiej od dwuczęściowej opowieści o polskim malarzu-emigrancie. Zamiast kiczowatej, pseudo-impresjonistycznej estetyki Ros postawił na surowe, ziarniste, wyprane z kolorów ilustracje, przynoszące na myśl fotografie z początku zeszłego wieku. Taka grafika jak ulał pasuje do opowiadanej historii, a dodatkowym atutem komiksu są fantastyczne wielkoformatowe "obrazy" wplecione w historię i odgrywające rolę specyficznych interludiów.

Graficznie rzecz biorąc opowieść o Edwinie Van Deerze, obok najlepszych odcinków "Thorgala", to mój ulubiony Rosiński, świetnie panujący nad materią komiksu i popisujący się swoim artystycznym kunsztem. Wielka szkoda, że Van Hamme (tym razem) nie potrafił się dostosować do jego poziomu.

wtorek, 3 listopada 2009

#290 - Skarga Utraconych Ziem

Wraz z reedycją "Skargi Utraconych Ziem", zbierającą w jednym, opasłym tomie komplet czterech albumów serii, Egmont startuje z nową kolekcją ekskluzywnych wydań komiksów Grzegorza Rosińskiego. Jeszcze w tym roku, w grudniu, zostanie wydany kultowy "Szninkiel" w jedynej, słusznej, to jest czarno-białej wersji (Egmont wznowił już ten komiks w 2001 roku, z kolorami nałożonymi przez Grażynę Kasprzak, czyli Grazę), a w 2010 roku ukażą się "Zemsta hrabiego Skarbka" (w maju, ze scenariuszem Yves'a Sente) i "Western" (w październiku, ze scenariuszem Jeana van Hamme'a).

Nie ulega żadnym wątpliwościom, że Rosiński jest jednym z najwybitniejszych polskich rysowników komiksowych. Udało mu się przebić na Zachodzie dzięki "Thorgalowi", a sukces odniesiony na europejską skalę zawdzięcza niepokojącym ilustracjom z "Wilczycy", efektownemu kadrowaniu z "Łuczników" czy zapierającej dech w piersiach swoim rozmachem trylogii Qa. W tych, i w wielu innych albumach, pokazał się, jako mistrz realistycznej kreski. Niestety, z tamtego, starego Rosińskiego w "Skardze" pozostało niewiele. O ile jeszcze pierwsze dwa albumy ("Sioban" i "Blackmore") trzymają jakiś poziom, to o dwóch kolejnych, dopisanych, jako ciąg dalszy zamkniętej w poprzednich tomach historii ("Pani Gerfaut" i "Kyle z Klanach") nawet tego nie można powiedzieć. Mnóstwo kadrów wykonanych jest niedokładnie, pospiesznie i wręcz niedbale, bez zwyczajowej staranności o szczegóły. Rosiński wydaje się zmęczony, zarówno konwencją fantasy, jak i techniką, czego chyba najlepszym dowodem jest eksperymentalna pod względem grafiki "Zemsta hrabiego Skarbka". Widać, że w rysunkach Rosa brakuje serducha, które zostawił w "Thorgalu" czy "Szninklu", a radość z tworzenia przekładała się na radość z lektury. Pasję, zastąpiła rutyna.

Wydaje mi się również, że brakło nieco twórczej chemii w współpracy Rosińskiego ze scenarzystą "Skargi Utraconych Ziem" Jeanem Dufauxem. Przybycie do Eruin Dulei Rycerza Łaski, Seamusa, wprawia w ruch historię, w której wyjaśnione zostaną rodowe tajemnicę władców tej krainy. Główną bohaterką "Skargi" jest księżniczka Sioban, która będzie musiała udźwignąć brzemię dziedzictwa rodu Sudenne'ów i wsłuchać się w tytułowy lament zaginionych włości. Jednak zamiast epickich bitew spodziewajcie się raczej stopniowego odkrywania dualistycznego konceptu – "czy zło mieszka w sercu miłości, czy też miłość mieszka w sercu zła?". W kolejnych tomach główne postacie tego dworskiego dramatu będą odsłaniać rodzinne koligacje, które ich łączą. O ile w przypadku pierwszego dyptyku owe motto było adekwatne do fabuły, skądinąd całkiem niezłej, o tyle w drugim cyklu wydaje się być przyczepione na siłę. Kontynuacja, w której Sioban rządzi Eruin Duleą i szuka męża wypada znacznie słabiej od oryginału, także pod względem scenariusza, co podkreśla fatalne i bezsensowne deus ex machina na zakończenie.

Jeśli chodzi o jakość edytorską to Egmont właściwie stanął na wysokości zadania. Komplet czterech tomów na kredowym papierze i w twardej okładce zawiera sporo szkiców Rosińskiego z komentarzami Dufuaxa odnośnie pracy nad komiksem. Miłym dodatkiem jest również załączony rysunek Rosa oraz zakładka. Pewnie nie wszystkim przypadnie do gustu design nowej serii zaprojektowany przez Piotra Rosińskiego, gdyż prezentuje się co najwyżej przeciętnie.

Reedycja "Skargi Utraconych Ziem" będzie znakomitą propozycją dla tych, którzy kompletują twardookładkową reedycję "Thoragala" z autografami ich twórców. Świetnie razem będą prezentowały się na półce. Inni, czyli nie-hardcore'owi fani Rosińskiego i posiadacze pierwszego wydania mogą spokojnie odpuścić sobie pierwszy tom kolekcji GR, który nie jest komiksem rewelacyjnym, delikatnie mówiąc.