środa, 17 sierpnia 2011

#836 - Batman: Sanctum

Recenzja sentymentalna. Mając jakieś 10 lat dostałem ten komiks od kolegi z klasy w ramach wymiany. Nie pamiętam już co ja mu dałem, ale pamiętam, że bardzo mu na tym zależało. Proponując mi "Sanctum" obiecywał, że nie będę zawiedziony, bo to coś, co przebija wszystko. Wydało mi się to jednak dosyć podejrzane - skoro tak bardzo to chwali, to czemu tak chętnie się tego pozbywa? Postanowiłem zaryzykować, a po pierwszej lekturze nie miałem wątpliwości, że się zwyczajnie sfrajerowałem.


"Co za śmierdziel z tego Tomka" - powtarzałem plując sobie w brodę. - "Co to ma w ogóle być? To jest jakieś dziwne." Poczułem więc ogromną ulgę, gdy jakiś czas później zostawiłem "Sanctum" w pewnym antykwariacie. Minął miesiąc, kiedy ponownie się w nim zjawiłem. Wpadałem tam regularnie po kolejne porcje zniszczonych komiksów, które kupić można było za jakieś grosze. Przeglądając dziesiątki kolejnych tytułów, przez godzinę zastanawiając się, które z nich sobie teraz sprawić - czym tradycyjnie doprowadzałem stale towarzyszącą mi w takich wyprawach mamusię do wściekłości - trafiłem na mój egzemplarz "Sanctum", charakteryzujący się oderwaną tylną okładką. Postanowiłem go odkupić, ale po następnym miesiącu znowu go tam zostawiłem. Jednak już przy kolejnej wyprawie ponowne odzyskanie go było moim priorytetem. Nie wiem jak to się stało, że kilka lat później straciłem go na dobre. Przecież to był mój ulubiony komiks o Batmanie.

Osią fabuły jest wizyta Mrocznego Rycerza na pewnym starym cmentarzu, gdzie trafia podczas pościgu za obłąkanym przestępcą. W trakcie bójki z nim, przypadkiem go morduje, co prowadzi do dosyć nieoczekiwanych konsekwencji . Oto chwilę później krypta, na której stoi zszokowany własną zbrodnią, rozpada się. Bohater ląduje kilka metrów pod ziemią, a następnie w rzeczywistości koszmaru sennego, gdzie przyjdzie mu zmierzyć się z pewnym upiorem. Od początku do końca "Sanctum" znacznie różni się od zdecydowanej większości nietoperkowych opowieści wydanych przez nieśmiertelne TM-Semic w latach 90-tych. Z reguły były to przecież niskogatunkowe moralitety. Nie, żeby i wśród nich nie było nic wartego przeczytania, ale poza kiczem i łopatologią przeważnie wiele znaleźć w nich nie można. Zresztą drugą połowę tego właśnie zeszytu stanowi opowieść tego typu, mianowicie "Amerykański brzydal", całkowite przeciwieństwo dzieła Mignoli i Rasplera.

"Sanctum" to mroczna i psychodeliczna ballada o zbrodni, w wielu miejscach przypominająca rasowy horror. Nic w tym dziwnego, jeśli weźmie się pod uwagę pozakomiksowy kontekst - była to ostatnia robota Mignoli przez spłodzeniem opowieści o Hellboy`u. I właściwie posiada większość cech serii o Piekielnym Chłopcu - makabreska, oniryzm, okultyzm, wreszcie groza inspirowana dokonaniami E.A Poe i H.P. Lovecrafta. Brakuje tylko pewnej dawki przebojowości (aczkolwiek za nią akurat tutaj nie tęsknię) oraz charakterystycznych ciętych ripost wypowiadanych przez głównego bohatera. Ale bez problemu Batmana można by wymienić na Hellboy`a, tak jak jego przeciwnika na zmartwychwstałego Rasputina. To pierwsza przygoda Piekielnego, tylko jeszcze bez samego Piekielnego.


Ale, jak to niestety zwykle bywa, komiks po latach nie sprawia mi już takiej frajdy, jak kiedyś, kiedy to w oczy nie rzucała się naiwność kilku fabularnych rozwiązań, czy strasznie dosadne (czasem wręcz zupełnie zbędne) dialogi. Scenariusz Mignola napisał z niejakim Danem Rasplerem i winę za te potknięcia pozwolę sobie zrzucić właśnie na niego. Bo przecież niewątpliwie to, co tu najbardziej hellboy`owe, a co właśnie najlepsze, to zasługa Mike'a. Do tego to Raspler podpisany jest jako autor wszystkich dialogów; a niektóre z nich w kilku miejscach skutecznie psują kapitalny nastrój opowieści. "A miało być tak pięknie" - chciałoby się napisać, gdyby nie to, że mimo minusów i tak jest to, moim zdaniem, jedna z najbardziej wartościowych pozycji ze świata Mrocznego Rycerza wypuszczonych na nasz rynek przez TM-Semic. Nie tak dobra, jak choćby "Zabójczy żart" Alana Moore'a, jednak i tak w ścisłej czołówce.

Zawsze zdecydowanie najważniejsze są dla mnie scenariusze komiksów, ale tu za największy atut uważam oprawę wizualną. Nie jest to jeszcze szczyt możliwości Mignoli - ten przyjdzie gdzieś w okolicach "Wilków ze Świętego Augusta" - ale natychmiast widać, jak bardzo utalentowanym rysownikiem jest. I niezwykle charakterystycznym, rzecz jasna. Jego Batman przypomina demona, a rzeczywistość, w jakiej się znalazł - piekło. Autor kapitalnie operuje cieniami, niczym magik mający nad nimi całkowitą władzę (wybaczcie pretensjonalność, czasem ciężko się powstrzymać). Tła kolejnych kadrów robią zawsze duże wrażenie, zarówno te pełne szczegółów, jak i te całkiem oszczędne, ograniczające się do niezbędnego minimum; swoją drogą zawsze imponowało mi u Mignoli to specyficzne wyczucie. Postaci wyglądają groteskowo, a czasem makabrycznie, dzięki czemu "Sanctum" jeszcze bardziej zbliża się do horroru. Ale zaraz, właściwie to jest horror. Bardzo klasyczny, by nie powiedzieć archaiczny, bo - jak wyżej wspominałem - sięgający po twórczość Poe i Lovecrafta. A więc dzisiaj niekoniecznie straszny, ale tak to już z tego typu grozą bywa. Ważne, że zadziwia, niepokoi i jest w stanie zauroczyć. Oraz że wrzucony w nią został właśnie Batman. Pasuje przecież jak ulał. Nawet, jeśli nie jest Hellboyem.

38 komentarzy:

Anonimowy pisze...

czułem się jakbym czytał historie jakiegos schizofrenika

Anonimowy pisze...

"poza kiczem i łopatologią przeważnie wiele znaleźć w nich nie można"

Uwielbiam wynurzenia powyższego sortu :) Tym bardziej, że zazwyczaj formułują je chłopcy aspirujący do miana recenzentów.

Proponuję jeszcze raz przyjrzeć się tym opowieściom (nie grając przy tej okazji w PlayStation)i dopiero wówczas snuć podobne, niczym nie podparte teoryjki.

Marcin Zembrzuski pisze...

To uogólnienie. Większość tm-semikowych Batmanów, jakie poznałem, tym się właśnie charakteryzowała.
Niestety nie mam już Playstation. Ale bardzo chciałbym mieć. Jak dobrze pójdzie, to za jakiś czas kupię sobie PS3. Cieszysz się?

godai pisze...

Nie karm trolla.

A "Sanctum" jest zajebistym komiksem w zalewie tandety, szczególnie Knightfall to było dno.

Anonimowy pisze...

Nie znasz się godoiu

Maciej Pałka pisze...

Knightfall był świetny :)

Marcin Zembrzuski pisze...

Też mi się Knightfall podobał. Aczkolwiek dziś już nic z niego nie pamiętam.

godai pisze...

"Knightfall" to dla mnie był upadek tej postaci. Od tamtej pory na palcach bym policzył dobre produkcje z Gackiem, a na koniec był ten zjeb ze Szkocji i Batman Spółka z o.o. Aż żal dupę ściska.

Grant Morrison pisze...

nie karmić tego pieprzonego trolla...

Anonimowy pisze...

obrazasz kurwa polskich fanow Granta Morissona przepros natychmiast

Anonimowy pisze...

Godai na swoim podcaście napisałeś że Knightfall to "Pozycja obowiązkowa"

godai pisze...

Anonimowy - doczytaj, kto recenzował "Knightfall" - bo akurat nie ja, tylko Wojtek.

Anonimowy pisze...

Rozumiem, że takie opowieści jak "Mroczny Rycerz Mrocznego Miasta", "Śmieci", "Demoni", "Nikt", "Golem w Gotham", "Saga o Idiocie", "Maszyny", "Maski", "Komornik", "Black Spider" i cały rocznik 1998 z takimi opowieściami jak "Faces" to nic nie warte wypociny...

Zatem pozostaje mi życzyć panom ekspertom wszystkiego dobrego oraz licznych, emocjonujących lektur...

godai pisze...

Z tego, co wyliczyłeś "Golem", "Idiota", "Maski" i "Komornik" były mierne. I nikt nie powiedział, że WSZYSTKO prócz "Sanctum" było słabe, tylko tacy trolle jak ty zawsze lubią radykalne i nieprawdziwe wnioski, wyciągane naprędce.

A teraz albo miej odrobinę odwagi podpisać się, albo kiś się dalej w swoim nieuzasadnionym poczuciu wyższości.

Anonimowy pisze...

Jakimi kryteriami kierowałeś się podczas swoich wyliczeń godoiu? Skąd ocena "mierna" - zwłaszcza wobec "Golema" i "Idioty"? Nie odpowiadają ci rysunki Breyfogle'a i Aparo (zbyt zachowawcze)? Konstrukcja fabularna tych opowieści jest zachwiana? Pomysł wątły fabularnie? Więcej konkretów.

Maciej Pałka pisze...

Zaraz tam "mierne". Przynajmniej rysunki były w nich fajne. Na przykład w Komorniku - Giarriano rysujący w manierze Bisleya. Spoko sprawa.

Anonimowy pisze...

Muszę przyznać, że Giarrano również zrobił na mnie dobre wrażenie - także za sprawą opowieści "The Human Flea" bodajże z "Batmana" nr 3/1995. Jak dla mnie w "Komorniku" bardzo udanie ujmował drapieżność nowego Batmana, ale też i sam tytułowy Komornik wypadał zupełnie odmiennie od większości dotychczasowych oponentów Wayne'a.

Maciej Pałka pisze...

Giarrano szukałem innych komiksów ale najwyraźniej zaginął w akcji. Gdy wcześniej pracował dla Marvela rysował zupełnie inaczej. W gościnnym występie w Doom Patrol nawet go nie rozpoznałem.
Tych kilka odcinków publikowanych przez TM-semic bardzo mi się podobało.

Anonimowy pisze...

A przecież na tym twórcy nie kończy się lista rysowników o unikalnym stylu. Shawn McManus, Kelley Jones, Bret Blevis, Ted MacKeever to tylko część z całkiem pokaźnego grona zdolnych plastyków udzielających się w polskim "Batmanie". Scenariuszowo też nie było tak źle - zwłaszcza jak na tytuły realizowane w trybie miesięcznym.

Dlatego właśnie uważam, że teksty typu "poza kiczem i łopatologią przeważnie wiele znaleźć w nich nie można" są krzywdzące i nieprawdziwe, a tłumaczenie się uogólnieniem świadczy niekorzystnie o recenzencie.

Kuba Oleksak pisze...

Anonimku drogi, którego racja jest zawsze najmojsza - tak trudno przyjąć Ci jest do wiadomości, że dla kogoś szczytem komiksowego artyzmu taki "Komornik" może nie być? Że może ktoś mierzy zeszytówki z Batmanem, które w różnie poradziły sobie z upływem czasu, inaczej niż szanowny Anonimek?

Pomijam już paskudne manipulacje typu wyciąganie cytatów kontekstu, złośliwe przekręcanie ksywek, żałosne próby ośmieszania etc etc.

Ja tam nie dziwię się Marcionowi, że dla niego większość pozycji z Batkiem (WIĘKSZOŚĆ, nie wszystkie przecież!) rażą kiczem i łopatologią.

Anonimowy pisze...

Po raz kolejny nie łapiesz istoty problemu szanowny Kubo. Zresztą jako osoba również lubująca się w uogólnieniach - często zresztą w sprawach co do których wykazujesz powierzchowną znajomość tematu - pobrzmiewasz co najmniej nieprzekonująco...

Proponuję dokładniej przyjrzeć się temu co miał do zaoferowania "Batman" TM-Semic i dopiero wówczas formułować teksty typu "kicz" czy "papka"

Grant Morrison pisze...

"A teraz albo miej odrobinę odwagi podpisać się, albo kiś się dalej w swoim nieuzasadnionym poczuciu wyższości."

"Anonimku drogi, którego racja jest zawsze najmojsza"

sorry, ale dla mnie to jest żałosne. większość argumentów, jak ktoś się nie zgadza z waszymi tekstami, czy argumentami, jest taka że nie ma racji, bo jest anonimem. sorki, ale wasze ksywki, czy nawet imiona i nazwiska nic mi nie mówią. i z całym szacunkiem, ale w większości wypadków rację mają dla mnie te anonimowe osoby. ale żyjcie sobie dalej w tym swoim świecie "nieanonimowców", zbijajcie piątki między sobą i torpedujcie wszystkie wypowiedzi anonimowością...

"Pomijam już paskudne manipulacje typu wyciąganie cytatów kontekstu"
- w tamtej wypowiedzi nie było wyciągnięcia z kontekstu, zwłaszcza że sam się do niej później odniosłeś.
"Ja tam nie dziwię się Marcionowi, że dla niego większość pozycji z Batkiem (WIĘKSZOŚĆ, nie wszystkie przecież!) rażą kiczem i łopatologią."

"złośliwe przekręcanie ksywek"
takie jak przekręcenie imienia recenzenta przez Ciebie w przytoczonej wyżej wypowiedzi?

"żałosne próby ośmieszania etc etc."
rozumiem, że dotyczy to także wypowiedzi odnośnie Morrisona. bo przecież można było napisać, że jego run w Batmanie był słaby, ale po co. można go nazwać zjebem. w końcu autor wypowiedzi nie jest anonimem i mu wolno...

Kuba Oleksak pisze...

Człowieku...

"wykazujesz powierzchowną znajomość tematu - pobrzmiewasz co najmniej nieprzekonująco..."

LOL

pizdylion razy przeczytałem całego Batman z Semika

i jakieś 80% materiału w nim zawartego to kicz i niemożebna tandeta


Anonimku drugi drogi - gdzie padł jakiś argument, że ja z anonima nie dyskutuje? Dyskutuje jeśli jest z czym dyskutować, natomiast w Twoim przypadku z tanią erystką nie mam zamiaru.

A jeśli nie wiesz co jest sednem w tym, że podpisujemy swoje teksty imieniem i nazwiskiem to boję się, że nie będę potrafił Ci tego wytłumaczyć.

Anonimowy pisze...

Do rzeczowej polemiki ksywka czy nazwisko nie są konieczne. Wystarczą celne kontrargumenty.

A co do stwierdzeń, że coś jest czy nie jest tandetą to wybacz, ale akurat twoje opinie jak dla mnie - skromnego anonima - są z reguły chybione i niekompetentne (co ma swój przejaw w licznych błędach wielokrotnie wypunktowywanych przez czytelników).

Niestety tendencja do nieprzemyślanych uogólnień jest wśród tworzących blog zaraźliwa...

Marcin Zembrzuski pisze...

Ależ kicz leży już u samych podstaw postaci Batmana, nazwijmy rzeczy po imieniu. Nie uważam tym samym, by było to coś złego, sam bardzo lubię kicz. Pytanie tylko jaki jest, ile go jest i wreszcie dlaczego jest. Czy jest świadomy czy nie, czy jest narzędziem czy celem samym w sobie.
Choćby dlatego nie mogło się w recenzji obejść bez uogólnienia. W przeciwnym razie musiałby to już być artykuł, którego "Sanctum" byłby w najlepszym wypadku tylko punktem wyjścia. Jednym z wielu omówionych tytułów.
Ale i nie widzę w tym uogólnieniu nic krzywdzącego, skoro sam je podkreśliłem - nie napisałem "wszystkie", lecz "większość", nie napisałem "zawsze", lecz "przeważnie". Zaznaczyłem też, że i wśród tych, teoretycznie mniej wartościowych tytułów znaleźć można niezłe rzeczy.
Nie popadajmy wiec w skrajności. Anonimie, wyciągasz zbyt daleko idące wnioski.
Nigdzie nie rzuciłem hasła w stylu "nic nie warte wypociny".
W każdym razie w 'polskim Batmanie' długo dominowały historie choćby takiego Alana Granta. To nazwisko już zawsze będzie mi się kojarzyć z 'dydaktycznymi opowiastkami z morałem'. "Demoni" to dobry przykład.
Lepiej było z rzeczami typu "Golem" czy "Mroczny rycerz Mrocznego Miasta", bo tam już było ciekawe czerpanie z wczesnej grozy i zajebista dramaturgia, szczególnie w tym drugim. Ale to nie zmienia faktu, że i tam bez kiczu i łopatologii się nie obyło. Czy to źle czy dobrze, to już zależy od samego odbiorcy. Jak dla mnie najważniejsze są proporcje.
A "Machiny" są oczywiście świetne, ale to już zupełnie inna bajka. Postawiłbym je obok "Sanctum", nie rzeczy typu "Śmieci".

Anonimowy pisze...

Acha, i jeszcze jedno: od zawsze fascynuje mnie jak osobnicy twego pokroju (a przy okazji tego typka z Batmanem w awatarze) potrafią wyliczyć procentowe miary tandety, chłamu, zajebistości itd.

Pytam szczerze, bez cienia sardonizmu - czy dysponujecie jakąś sekretną formułą np. chaldejskich astrologów dzięki której jesteście w stanie wysnuć taką ocenę? Osobiście nieco obawiałbym się tego typu kabały...

Anonimowy pisze...

„Ależ kicz leży już u samych podstaw postaci Batmana”
T
ego typu sformułowanie z powodzeniem można zastosować do niemal wszystkich przejawów kultury popularnej . Pytanie tylko na ile twórcom kontynuującym pierwotny zamysł udaje się przepoczwarzyć w jakość wyzbytą kiczu, bądź też przynajmniej w znacznym stopniu go ograniczającą. Zaryzykuję twierdzenie, że akurat Alan Grant czy Peter Milligan (etatowi twórcy skryptów „Batmana” w czasach TM-Semic) wyszli z tej próby obronną ręką.

„W przeciwnym razie musiałby to już być artykuł, którego "Sanctum" byłby w najlepszym wypadku tylko punktem wyjścia.

Może zatem lepiej unikać tego typu uogólnień za sprawą których możesz wprowadzić w błąd potencjalnego czytelnika?

„Ale i nie widzę w tym uogólnieniu nic krzywdzącego, skoro sam je podkreśliłem - nie napisałem "wszystkie", lecz "większość „

Wybacz, ale jak dla mnie wymowa tekstu była jednoznacznie negatywna i semantyczne żonglerki nic tu nie wskórają. Ponadto wydaje mi się, że trzeba brać poprawkę na czas w jakim powstał „Golem” i „Demoni”. Mimo, że upłynęło niewiele ponad 20 lat od chwili ich powstania, to jednak sposób pisania tego typu komiksów uległ znacznej zmianie (nie koniecznie na lepsze – osobny temat) i warto brać to pod uwagę, a nie szermować daleko idącymi określeniami. Kierując się podobną logiką za kicz musielibyśmy uznać wczesne Tarzany, Flasha Gordona, czy wczesnego Batmana. Tyle że taki prezentyzm wiedzie wprost na manowce.

Maciej Pałka pisze...

Znam ludzi, dla których każdy komiks bez wyjątku jest gównem zasługującym jedynie na spuszczenie w kiblu. A my to tu sobie tylko koprofilsko dyskutujemy nad lepszością kupsztala z zatwardzenia nad rzadką sraką.

Grant Morrison pisze...

"Do rzeczowej polemiki ksywka czy nazwisko nie są konieczne. Wystarczą celne kontrargumenty."
nie dla wszystkich, anonimku. niektóry mają fetysz czyjejś tożsamości. bez tego nie potrafią prowadzić rozmowy.

"Anonimku drugi drogi - gdzie padł jakiś argument, że ja z anonima nie dyskutuje?"
Anonimku Oleksak (sorry, ale nic mi to nie mówi), już wielokrotnie przy wytknięciu błędu w jakimś tekście rozmowa schodzi na temat anonimowości. nic to nie wnosi, robi offtop. ale jak brak argumentów, to jest troll, albo anonimek. samemu rzucając "zjebami", etc. ale cóż tam. wszak pod nickiem, toteż można.

"w Twoim przypadku z tanią erystką nie mam zamiaru."
gdzie Ty tam masz erystykę? pomijając ten tekst, o przeinaczeniu imienia recenzenta. to był tylko żart, ukazujący jednak, że można przeinaczyć imię, ksywkę niechcący, bez złośliwości.
większą erystykę widzę w tekstach typu: "LOL", "pizdylion razy" jako potwierdzenie, 80% materiału w nim zawartego to kicz i niemożebna tandeta.

"poza kiczem i łopatologią przeważnie wiele znaleźć w nich nie można"
"Ależ kicz leży już u samych podstaw postaci Batmana, nazwijmy rzeczy po imieniu. Nie uważam tym samym, by było to coś złego, sam bardzo lubię kicz."
czyli te kiczowate komiksy są dobre, czy nie? bo nie rozumiem. pytam poważnie, bez złośliwości...

Anonimowy pisze...

INNY ANONIM

Jak czytam wypowiedzi Pana Oleksaka w formie komentarzy pod tekstem, zaczynam się zastanawiać czy to na pewno ten sam Pan Oleksak, który potrafi ciekawie pisać o superhero...

Generał, to byłą jeszcze bardzo fajna historia i ta, w której Batman spotyka Potwora z Bagien i Szczurołap i długo by tu jeszcze wymieniać:)

Maciej Gierszewski pisze...

przepraszam, ale zupełnie nie rozumiem tej dyskusji.
założenie, że Marcin nie ma prawa do swego zdania, jest dla mnie co najmniej dziwne, jeśli nie przerażające.

Anonimowy pisze...

Macieju

Nie w tym sedno, że nie ma prawa, bo ma. Podobnie jak czytelnicy, którzy dostrzegli zagalopowanie się autora recenzji w ogólnikowości. Czyli w sam raz dobry początek do rzeczowej dyskusji na rzecz oceny "Batmanów" z lat 90.

A to, że niektórzy eksperci zwykli przy takich okazjach wyzwać komentujących od trolli i zjebów to już zupełnie inna sprawa...

Grant Morrison pisze...

"czyli te kiczowate komiksy są dobre, czy nie? bo nie rozumiem. pytam poważnie, bez złośliwości..."
cofam pytanie. nie doczytałem wcześniejszego postu do końca. biję się w pierś...

Marcin Zembrzuski pisze...

Z reguły negatywnie postrzegam tytuły, które poza (nieświadomym) kiczem i łopatologią nie mają nic do zaoferowania. Ale chodzi tu wyłącznie o tzw. wartości artystyczne. Bo niektóre z takich tytułów mają w sobie sporo uroku (na zasadzie kina klasy B*, które ja bardzo lubię).

Faktycznie mogłem wprowadzić w błąd, ale tylko, jeśli chodzi o mój prywatny stosunek do kiczu. Z tekstu wynikać może, że jestem jego przeciwnikiem, a tak zdecydowanie nie jest.
Natomiast nie uważam, abym mógł wprowadzać w błąd ewentualnego czytelnika, jeśli chodzi o ilość kiczu zawartą w tm-semikowych Batmanach.

Co do kultury pop - kicz jest z nią nierozerwalnie związany. Myślę, że w obecnych czasach jest to bardziej widoczne/odczuwalne niż kiedykolwiek wcześniej.

Weźmy też poprawkę na to, że to, co kiedyś nie było kiczowate niekoniecznie dalej takie nie jest. Niezależnie od wartości historycznej danych tytułów czas nadwyręża jakość większości z nich. To oczywiście odnośnie tworów Granta i Milligana. Oczywiście bywa też na odwrót, pewne dzieła zyskują na wartości (zostają docenione) dopiero po wielu latach. Ale to inna bajka. Nie oceniam danych tworów z perspektywy czasu, w którym powstały, ale z perspektywy dnia dzisiejszego. Kontekst historyczny usprawiedliwia niedostatki, ale nie poprawia jakości.

* Znowu uogólnienie:) Niektóre z najbardziej tandetnych be-klasowców mają dużo do zaoferowania.

Grant Morrison pisze...

"przepraszam, ale zupełnie nie rozumiem tej dyskusji.
założenie, że Marcin nie ma prawa do swego zdania, jest dla mnie co najmniej dziwne, jeśli nie przerażające."
jasne, że ma prawo. tak jak czytelnik do swojego zdania, jeśli nie zgadza się z artykułem. szkoda, że cała rozmowa nie mogła wyglądać tak, jak ostatni post Marcina. wtedy pewnie szybciej by się skończyła, ale trwała dłużej tyle że przybrała ciekawszy obrót. zamiast tego musiały polecieć trolle, anonimy, zjeby, etc.
szkoda

Grant Morrison pisze...

miało być "albo trwała dłużej" zamiast "ale"...

Marcin Zembrzuski pisze...

A no szkoda. Niepotrzebna spina.

Maciej Gierszewski pisze...

dokładnie, szkoda.

Każdy ma prawo wyrażać swoje zdanie i opinię, jestem za tym!
zarówno autor tekstu jak i czytelnik - dlatego nie są wyłączone komentarze.

Jednakże, Panowie, wszelkie inwektywy są niewskazane.