Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dan Raspler. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dan Raspler. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 sierpnia 2011

#836 - Batman: Sanctum

Recenzja sentymentalna. Mając jakieś 10 lat dostałem ten komiks od kolegi z klasy w ramach wymiany. Nie pamiętam już co ja mu dałem, ale pamiętam, że bardzo mu na tym zależało. Proponując mi "Sanctum" obiecywał, że nie będę zawiedziony, bo to coś, co przebija wszystko. Wydało mi się to jednak dosyć podejrzane - skoro tak bardzo to chwali, to czemu tak chętnie się tego pozbywa? Postanowiłem zaryzykować, a po pierwszej lekturze nie miałem wątpliwości, że się zwyczajnie sfrajerowałem.


"Co za śmierdziel z tego Tomka" - powtarzałem plując sobie w brodę. - "Co to ma w ogóle być? To jest jakieś dziwne." Poczułem więc ogromną ulgę, gdy jakiś czas później zostawiłem "Sanctum" w pewnym antykwariacie. Minął miesiąc, kiedy ponownie się w nim zjawiłem. Wpadałem tam regularnie po kolejne porcje zniszczonych komiksów, które kupić można było za jakieś grosze. Przeglądając dziesiątki kolejnych tytułów, przez godzinę zastanawiając się, które z nich sobie teraz sprawić - czym tradycyjnie doprowadzałem stale towarzyszącą mi w takich wyprawach mamusię do wściekłości - trafiłem na mój egzemplarz "Sanctum", charakteryzujący się oderwaną tylną okładką. Postanowiłem go odkupić, ale po następnym miesiącu znowu go tam zostawiłem. Jednak już przy kolejnej wyprawie ponowne odzyskanie go było moim priorytetem. Nie wiem jak to się stało, że kilka lat później straciłem go na dobre. Przecież to był mój ulubiony komiks o Batmanie.

Osią fabuły jest wizyta Mrocznego Rycerza na pewnym starym cmentarzu, gdzie trafia podczas pościgu za obłąkanym przestępcą. W trakcie bójki z nim, przypadkiem go morduje, co prowadzi do dosyć nieoczekiwanych konsekwencji . Oto chwilę później krypta, na której stoi zszokowany własną zbrodnią, rozpada się. Bohater ląduje kilka metrów pod ziemią, a następnie w rzeczywistości koszmaru sennego, gdzie przyjdzie mu zmierzyć się z pewnym upiorem. Od początku do końca "Sanctum" znacznie różni się od zdecydowanej większości nietoperkowych opowieści wydanych przez nieśmiertelne TM-Semic w latach 90-tych. Z reguły były to przecież niskogatunkowe moralitety. Nie, żeby i wśród nich nie było nic wartego przeczytania, ale poza kiczem i łopatologią przeważnie wiele znaleźć w nich nie można. Zresztą drugą połowę tego właśnie zeszytu stanowi opowieść tego typu, mianowicie "Amerykański brzydal", całkowite przeciwieństwo dzieła Mignoli i Rasplera.

"Sanctum" to mroczna i psychodeliczna ballada o zbrodni, w wielu miejscach przypominająca rasowy horror. Nic w tym dziwnego, jeśli weźmie się pod uwagę pozakomiksowy kontekst - była to ostatnia robota Mignoli przez spłodzeniem opowieści o Hellboy`u. I właściwie posiada większość cech serii o Piekielnym Chłopcu - makabreska, oniryzm, okultyzm, wreszcie groza inspirowana dokonaniami E.A Poe i H.P. Lovecrafta. Brakuje tylko pewnej dawki przebojowości (aczkolwiek za nią akurat tutaj nie tęsknię) oraz charakterystycznych ciętych ripost wypowiadanych przez głównego bohatera. Ale bez problemu Batmana można by wymienić na Hellboy`a, tak jak jego przeciwnika na zmartwychwstałego Rasputina. To pierwsza przygoda Piekielnego, tylko jeszcze bez samego Piekielnego.


Ale, jak to niestety zwykle bywa, komiks po latach nie sprawia mi już takiej frajdy, jak kiedyś, kiedy to w oczy nie rzucała się naiwność kilku fabularnych rozwiązań, czy strasznie dosadne (czasem wręcz zupełnie zbędne) dialogi. Scenariusz Mignola napisał z niejakim Danem Rasplerem i winę za te potknięcia pozwolę sobie zrzucić właśnie na niego. Bo przecież niewątpliwie to, co tu najbardziej hellboy`owe, a co właśnie najlepsze, to zasługa Mike'a. Do tego to Raspler podpisany jest jako autor wszystkich dialogów; a niektóre z nich w kilku miejscach skutecznie psują kapitalny nastrój opowieści. "A miało być tak pięknie" - chciałoby się napisać, gdyby nie to, że mimo minusów i tak jest to, moim zdaniem, jedna z najbardziej wartościowych pozycji ze świata Mrocznego Rycerza wypuszczonych na nasz rynek przez TM-Semic. Nie tak dobra, jak choćby "Zabójczy żart" Alana Moore'a, jednak i tak w ścisłej czołówce.

Zawsze zdecydowanie najważniejsze są dla mnie scenariusze komiksów, ale tu za największy atut uważam oprawę wizualną. Nie jest to jeszcze szczyt możliwości Mignoli - ten przyjdzie gdzieś w okolicach "Wilków ze Świętego Augusta" - ale natychmiast widać, jak bardzo utalentowanym rysownikiem jest. I niezwykle charakterystycznym, rzecz jasna. Jego Batman przypomina demona, a rzeczywistość, w jakiej się znalazł - piekło. Autor kapitalnie operuje cieniami, niczym magik mający nad nimi całkowitą władzę (wybaczcie pretensjonalność, czasem ciężko się powstrzymać). Tła kolejnych kadrów robią zawsze duże wrażenie, zarówno te pełne szczegółów, jak i te całkiem oszczędne, ograniczające się do niezbędnego minimum; swoją drogą zawsze imponowało mi u Mignoli to specyficzne wyczucie. Postaci wyglądają groteskowo, a czasem makabrycznie, dzięki czemu "Sanctum" jeszcze bardziej zbliża się do horroru. Ale zaraz, właściwie to jest horror. Bardzo klasyczny, by nie powiedzieć archaiczny, bo - jak wyżej wspominałem - sięgający po twórczość Poe i Lovecrafta. A więc dzisiaj niekoniecznie straszny, ale tak to już z tego typu grozą bywa. Ważne, że zadziwia, niepokoi i jest w stanie zauroczyć. Oraz że wrzucony w nią został właśnie Batman. Pasuje przecież jak ulał. Nawet, jeśli nie jest Hellboyem.