piątek, 20 sierpnia 2010

#539 - The Batmans: Track 53 - Paweł Kłudkiewicz

Dzisiaj na naszych łamach gościmy Pawła Kłudkiewicza. Warszawski twórca zaczął zajmować się komiksem stosunkowo późno, bo dopiero w wieku 26 lat. Debiutował na łamach piłkarskiej antologii Kultury Gniewu "Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o piłce..." w 2005 roku. Wydany nakładem Egmontu "Miś Misza" jest jego pierwszym, pełnometrażowym projektem. Popularny "Pawka" z wykształcenia jest architektem, a pracuje jako rysownik i ilustrator. Jego prace były publikowane na łamach między innymi "Focusa" i "Lampy". Jego ilustracje można było oglądać na wystawach podczas Międzynarodowego Festiwalu Komiksowego w Łodzi (tam po raz pierwszy pojawił się Misza) oraz na wystawach indywidualnych w Warszawie i Olsztynie. (KO)Prawidłowej odpowiedzi "z przyzwyczajenia" udzielił nie kto inny tylko Maciej Pałka, który od wieeeeeeeeeeeeelu tygodni zostawia w tyle swoich konkurentów! Serdeczne gratulacje dla Maćka!

"Skinąłem głową. W ciągu tych lat spotkałem się z tym wielokrotnie. W końcu jest się człowiekiem, który wszystko może załatwić. A oni wyobrażają sobie, że skoro potrafisz załatwić baterie do ich tranzystorów, kartony luckies czy puszki trawki, to możesz skontaktować ich z facetem, który używa noża." - powyższy fragment opowiadania "Skazani na Shawshank" Stephena Kinga nie ma absolutnie nic wspólnego z Batmanem, fragmentem grafiki po prawej czy jej twórcą. Dlatego też serdecznie zapraszam wszystkich do zabawy! (ŁM)

czwartek, 19 sierpnia 2010

#538 - Urlop na Kolorowo #2 - Komiksowy Meksyk

W naszych komiksowych wakacjach opuszczamy dzisiaj deszczową Anglię i kierujemy się na zachód - do Ameryki Północnej. Nie będziemy jednak "zwiedzać" Stanów Zjednoczonych, stolicy kontrowersyjnych zeszytówek, lecz zapuścimy się na tereny, gdzie tequila, tortilla i palące słońce to codzienność. Zapraszam do komiksowego Meksyku, kraju o którym śpiewają fantastyczne piosenki...


Naszą wycieczkę zacznijmy od małej podróży w czasie, i przyjrzyjmy się początkom Meksyku. Pomoże nam w tym "Hernan Cortes i podbój Meksyku" autorstwa Stefana Weinfelda (scenariusz) i Jerzego Wróblewskiego (rysunki). Ten komiks, w iście sprinterskim tempie (od roku 1518 do 1547 w czterdzieści osiem stron), przeprowadza czytelnika przez historię ziem przyszłego Meksyku. Szlak tej podróży wytycza hiszpański szlachcic - Hernan Cortes, który wraz z sześciuset żołnierzami, przybył na te ziemie w poszukiwaniu legendarnego złota Azteków. Podczas tej wyprawy zobaczymy Orizabe - najwyższy szczyt Meksyku, będący jednocześnie czynnym wulkanem, podobnie jak Popocatepetl i Iztaccihuatl, które "towarzyszyły" Hiszpanom w drodze do stolicy Azteków - Tenochtitlan. Miasto te, położone na terenach aktualnej aglomeracji Meksyku, w czasach świetności liczyło (wedle komiksu) trzysta tysięcy mieszkańców i było ówcześnie jednym z największych miast świata. Jednak najlepszą atrakcją, jaką zafundują nam Weinfeld i Wróblewski, nie są "meksykańskie widokówki", ale możliwość poznania starych prekolumbijskich cywilizacji - Tolteków, Totonaków i Azteków. Na stronach komiksu możemy przekonać się, że były to, z jednej strony, ludy wykształcone i silne gospodarczo, ale z drugiej strony wzajemnie skłócone, a przez to łatwe do manipulacji. To właśnie rękoma rdzennych mieszkańców Cortes podbił Azteków. Wewnętrzne waśnie doprowadziły nie tylko do utraty niepodległości, ale i śmierci tysięcy mieszkańców. A jedynym pocieszeniem w tej krwawej historii jest fakt, że zwyczaje i język miejscowej ludności przetrwały w tańcach i wierzeniach. Cała reszta zamieniła się w kolonie hiszpańską ze stolicą - Meksykiem właśnie - wybudowaną na ruinach Tenochtitlan.

Zakończmy jednak ten smutny etap naszej wycieczki i skierujmy się do swoistego skansenu, przedstawiającego niepodległy już Meksyk z przełomu XIX i XX wieku. Wszystko to za sprawą "Tortilli dla Daltonów" - jednego z tomów przygód Lucky Luke'a - Goscinnego (scenariusz) i Morrisa (rysunki). Tym razem odwiedzimy okolice Rio Grande, a dokładniej małą wioskę Xochitecotzingo. W tej sennej, skąpanej słońcem mieścinie dowiemy się jak wyglądał zwyczajny dzień z życia przeciętnego Meksykanina. A wypełniony był on pikantnym jedzeniem (tortille, nadziewane tamale i fasolka frijoles), mocną tequilą, walkami kogutów i nieustającą sjestą. Poznamy również przedstawicieli najpopularniejszych zawodów w Meksyku. Emilio Espuelas i jego bandyci pokażą jak ciężką pracą jest porywanie ludzi dla okupu. Przy ranczerze don Doroteo Priesto zobaczymy ile sprytu i odwagi trzeba mieć by chronić swojego dobytku, a bracia Daltonowie udowodnią nam, że aby zostać śpiewającym serenady Mariachim trzeba mieć nie tylko mnóstwo talentu muzycznego i naturalnej gracji, ale również i odwagi.

A po zapoznaniu się z meksykańską codziennością, Mike Mignola (scenariusz) i Richard Corben (rysunki) wraz z zeszytem "Hellboy in Mexico" zaproszą nas na nastrojowy spacer z cyklu "Meksyk nocą". I choć przechadzka ta może być świetnym momentem wytchnienia od palącego słońca, to ostrzegam, że nie należy ona do najbezpieczniejszych. A to dlatego, że meksykańskie bezdroża pełne są wampirów, wilkołaków i wiedźm czyhających na nieświadomych zagrożenia turystów. Warto jednak nie odpuszczać tego punktu programu i podjąć ryzyko godne diabelskiego potomka, ponieważ to właśnie tutaj możemy zobaczyć jak wyglądają meksykańskie zabawy. A są one huczne, alkohol leje się tu strumieniami i trwają do samego rana. Dodatkową atrakcją jest możliwość zobaczenia walki prawdziwych meksykańskich zapaśników - zamaskowanych luchadores.

Na koniec naszej podróży Mike Benson (scenariusz) wraz z Jefte Palo (rysunki) opowiedzą nam o problemach współczesnego Meksyku w historii "Moon Knight: Down South". I choć nie są to sprawy zaskakujące, bo mowa tu będzie o rzeczach uniwersalnych, jak handel narkotykami, przemoc i chciwość, to warto spojrzeć na nie z perspektywy Ameryki Łacińskiej, by mieć pełniejszy obraz komiksowego Meksyku. I tak już na samym początku przyjrzymy się nielegalnym walkom bokserskim, by po chwili dowiedzieć się o skorumpowanej policji, która ma swój udział w porwaniach ludzi. Wszystko to jednak blednie, kiedy poznamy bezwzględnego dilera narkotyków, który gotów jest zabić swą córkę, byle tylko dowieść swej lojalności rosyjskim współpracownikom. Gdy do tych zimnokrwistych bandytów dodamy tajemniczą Zjawę brutalnie mordującą gangsterów na ulicach, to otrzymamy obraz, który będzie w stanie zniechęcić nawet najbardziej zapalonych wczasowiczów do zwiedzania na własną rękę. Ten "rysunek" ratują jednak po części Bracia Zapato. Ta dwójka zamaskowanych zapaśników, z pozoru będących bezwzględnymi zabójcami do wynajęcia, okazuje się być ludźmi honoru, dla których słowo ważniejsze jest od pieniędzy. I właśnie o takich ludziach warto pamiętać, kiedy po powrocie z Meksyku będziemy opowiadać naszym najbliższym o tamtejszych ludziach.

I to już niestety koniec dzisiejszej wyprawy. Autor powyższego tekstu, pełniący jedynie funkcję skromnego pilota tej wycieczki, zastrzega sobie, że nie odpowiada za nieścisłości i przekłamania, w stosunku do stanu faktycznego, zawarte we wspomnianych komiksach...

środa, 18 sierpnia 2010

#537 - Z muzyką w tle

W ostatnim czasie na naszym rynku pojawiło się kilka komiksów, w których ważną rolę pełni muzyka, tworzona przez bohaterów. Jakoś tak się dzieje, że w przeważającej większości są to tytuły zagraniczne. A jako, że wielkimi krokami zbliża się publikacja następnego, wraz z premierą filmowej wersji – mówię tu oczywiście o komiksie "Scott Pilgrim" Bryana Lee O’Malleya, postanowiłem pokrótce rzucić na nie okiem.

Myślę, że dużo z nas miało w swoim życiu (lub wciąż ma) okres gdy próbowało ze znajomymi, bądź samotnie tworzyć i nagrywać utwory, po cichu pewnie marząc o zostaniu gwiazdą i zarabianiu na życie graniem muzyki. I na ogół niewiele z tego wynikało. Ale hej! Patrząc wstecz z perspektywy lat przecież nie o to chodziło! Ważniejsza była swoista więź z członkami kapeli, radość ze spotykania się, grania, śpiewania, wywrzaskiwania do mikrofonu swoich frustracji i żali i poczucie jakiejś tam wyjątkowości. Uczucia, którego pewnie w "dorosłym", zabieganym życiu wielu z nas brakuje.

I mniej więcej o tym traktują takie komiksy, jak "Bend" Mawila czy "Sala Prób" Gipiego. Młodzi ludzie, którzy mimo różnych trudności jak choćby brak dobrych instrumentów, brak wielkich umiejętności spotyka się by móc się wyszaleć, by móc być sobą, by w pewien sposób spełniać swoje marzenia. Oczywiście muzyka nie jest jedynym tematem tych komiksów, bowiem autorzy pokazują także różne osobiste zawirowania dotyczące członków zespołów a jak wszyscy doskonale wiemy życie nastolatka w takie zawirowania obfituje. Myślę, że warto zwrócić uwagę jak Mawil i Gipi pokazują młodych muzyków w momencie grania. Główny bohater "Bendu" raz jest wesoły innym razem z całej jego postury bije frustracja spowodowana niewiarą we własne umiejętności. Natomiast u Gipiego, gdy zespół daje czadu, to ten czad jest mocno odczuwalny dla czytelnika. Włoskiemu twórcy udało się narysować muzykę i uniesienie jej towarzyszące. Gdy chłopaki grają to są prawdziwie wolni – cokolwiek to znaczy.

"Solanin" Inio Asano to historia nieco innego typu. Tutaj nie ma już nastolatków, którzy bawią się muzyką w czasie wolnym od szkoły. Tutaj muzyka jest dla bohaterów odskocznią od codziennej dorosłości. Frustrujące prace, zawiłości związków i wszystkie inne problemy z jakimi borykają się młodzi ludzie, którzy kończąc edukację nagle muszą zacząć na siebie zarabiać i radzić sobie z problemami, do rozwiązywania których nie przygotowuje żadna szkoła. Jednak te krótkie momenty, gdy Taneda z kolegami może grać, to jedyne chwile prawdziwej beztroski, zresztą wystarczy spojrzeć na zawarte w komiksie sceny z koncertów. Zakompleksieni, niepewni siebie ludzie na scenie zmieniają się nie do poznania.

Aż szkoda, że nie doczekaliśmy się jeszcze polskiego komiksu, w którym wątek zespołu byłby tak istotny. A przynajmniej ja się takiego nie doczekałem bądź do niego nie dotarłem. Z rodzimych dzieł podejmujących temat muzyki warto zwrócić na pewno uwagę na krótką nowelkę "Jazz" ze scenariuszem Tomasza Kontnego i rysunkami Daniela Gutowskiego, zawartą w antologii "Opowieści Tramwajowe" (można ją także przeczytać na stronie scenarzysty). Autorzy podejmują tu intrygujący temat wielkości artysty i kompleksów marzącego o takiej wielkości. Choć podana w anegdotycznej i metaforycznej formie, refleksja jest zaiste bardzo celna. Marek Turek w cyklu "Fastnachtspiel" również przedstawia muzykę. W historii "Opera mundi" pokazuje w bardzo ekspresyjny sposób sam akt "grania", zaś w pełnej czarnego humoru nowelce "Śpiewacze" sugeruje, że muzyka ma różne mocno "alternatywne" skutki. Zresztą gra z muzyką ma miejsce nawet w jednej z finałowych, bardzo przewrotnych scen cyklu.

Wkrótce polski czytelnik dzięki wydawnictwu Kultura Gniewu będzie się mógł zapoznać ze wspominanym już bardzo popularnym cyklem "Scott Pilgrim", w którym wątek zespołu również się pojawia. Myślę, że najbliżej mu do sposobu, w jaki granie przedstawia Asano, aczkolwiek w komiksie O’Malleya nad wszystkim dominuje bardzo charakterystyczne poczucie humoru. A zresztą, ci którzy nie znają jeszcze tego cyklu niedługo będą mogli się o tym sami przekonać. Osobiście czekam na polski album, podejmujący temat młodocianych zespołów. Kto wie? Może będzie to nostalgiczna autobiograficzna historia, wesoła komedia, a może bardzo poważne dzieło? Ja oczekuje na komiksowy odpowiednik filmu "Wszystko co kocham", pokazujący radość towarzyszącą szaleństwom z instrumentami, ale jednak opisujący także naszą bardzo specyficzną rzeczywistość.

A Wy? Chcielibyście coś takiego przeczytać?

wtorek, 17 sierpnia 2010

#536 - Komiks po polsku - polemika

Na łamach Kolorowych Zeszytów gościmy dzisiaj Szymona Holcmana, który podejmuje polemikę z felietonem Olgi Matuszewskiej - „Komiks po polsku”, zamieszczonym w serwisie Comix Grrrlz. Wszystkie grafiki w tekście pochodzą z komiksu grupy Ścięta Głowa Marii Antoniny, zgłoszonego do konkursu MFK w 2008 roku. Cała praca dostępna jest pod linkiem na końcu tekstu. Zapraszamy do lektury.

„Przestań! To jak kłótnia z pięciolatkiem” - Krzysztof Ostrowski

Tak skomentował moją chęć napisania polemiki z tekstem „Komiks po polsku” Olgi „Osy” Matuszewskiej „znany komiksiarz, a zarazem wokalista znanego zespołu Cool Kids of Death”. I trudno nie przyznać mu racji. Dlaczego więc to robię? Bo nie mogę zaakceptować oczywistych bzdur, a przede wszystkim kłamstw, jakich świadomie dopuszcza się autorka. Przy milczącej akceptacji redakcji portalu Comix Grrlz, niestety. Choć całkiem możliwe, że kieruje mną po prostu chamska samcza chęć dopieprzenia kobiecie. Wszak wiadomo, że jest to pierwsze, o czym myśli mężczyzna po przebudzeniu.
Zacznę od samego końca tekstu „Osy”, bo najlepiej pokazuje on jej autorską strategię. Przed festiwalem [MFK w Łodzi – przyp. SH], w marcu 2008 roku, próbowałyśmy jeszcze swoich sił w konkursie „Autobiografia: dojrzewanie, dzieciństwo, wczesna młodość” organizowanym przez „Gutek Film” i „Wysokie Obcasy”. [...]. W jury zasiadały podobne osoby, co w jury festiwalu łódzkiego – pisze „artfeministka”. Naprawdę nie trzeba wiele trudu, żeby te jurorskie składy sprawdzić. Otóż w jury konkursu „Autobiografia” zasiadały panie Paulina Reiter, Agata „Endo” Nowicka oraz panowie Wojciech Orliński, Przemysław „Trust” Truściński. Natomiast w jury konkursu na festiwalu MFK w Łodzi panowie Wojciech Birek, Tomasz Majewski, Maciej Reputakowski, Paweł Timofiejuk i Witold Tkaczyk. Na 9 jurorów, 9 różnych osób. Rozumiem więc, że pisząc o „podobnych osobach” autorka miała na myśli przynależność do gatunku ludzkiego? No bo trudno traktować mi stwierdzenie Mają one swój typ komiksu, który uprawiają i lubią. Szczególnie, gdy jest w nich waleczny człowiek – rycerz, który zmaga się ze światem za ten wyznacznik podobieństwa. Podobnie jak trudno mi zgodzić się z tezą, że w konkursie „Autobiografia” było miejsce jedynie dla historii relacji z mamą i tatą. Jest to zdanie tak samo prawdziwe jak to, że „obrońcy krzyża” reprezentują postawę wszystkich katolików w Polsce. Zresztą przyczepienie się do wyników „Autobiografii” samo w sobie jest kuriozum w ustach feministki. Wśród 22 wyróżnionych w nim prac 12 jest autorstwa, bądź współautorstwa kobiet. Chyba, że te panie to w oczach „Osy” kobiety nieprawomyślne.

Z tego ostatniego akapitu „Komiksu po polsku” można w zasadzie wyciągnąć każde zdanie i na jego podstawie napisać skecz. Najlepszy oczywiście zrobiły same członkinie grupy Ścięta Głowa Marii Antoniny z fragmentu o opowieści o dojrzewaniu do życia nocnego, o czym traktowała nasza zwięzła historyjka, ale o tym na końcu.

Po co kłamać w tak banalnej sprawie, jak skład jury dwóch zupełnie różnych konkursów? Bo tak! Bo służy to SPRAWIE. Bo prawda nie ma najmniejszego znaczenia, gdy liczy się IDEOLOGIA. A tam gdzie pojawia się IDEOLOGIA zdrowy rozsądek musi ustąpić (co zbliża autorkę do Henryka Goryszewskiego i jego Nie jest ważne, czy w Polsce będzie kapitalizm, wolność słowa, czy będzie dobrobyt – najważniejsze, aby Polska była katolicka). Bo wyższa racja jest po naszej, – artfeministycznej, queerowej, LGBT, etc. - a nie ich – konserwatywnej, mieszczańskiej, zakłamanej, etc. - stronie. Na takich właśnie argumentach opiera się większość tez „Osy” z tekstu „Komiks po polsku”. I to m.in. one (obok takich pereł dowcipu jak: Myślałyśmy, że skoro Sasnalowi udało się z „niekomiksowymi” codziennymi historiami, my się przebijemy z feministycznym hardcorem, czy Gdy twój przekaz jest spychany z głównego kanału komunikacji, który pozwala także zarabiać pieniądze, działa to na ciebie frustrująco) sprawiły, że jego lektura sprawiła mi masę radości, bo każdy fanatyzm szybciej niż później zamienia się we własną karykaturę.

Jedyny fragment, z którym mogę się zgodzić z autorką dotyczy nieobecności komiksu grupy Ścięta Głowa Marii Antoniny na konkursowej wystawie. Trudno mi zrozumieć decyzję o jego pominięciu, przecież na ścianach Łódzkiego Domu Kultury wisiały już prace równie tragiczne i bardziej pornograficzne. No i wyjątkowo celne jest ostatnie zdanie tego akapitu: Poczułyśmy się mocno nie na miejscu, jak osoby, które mimo braku talentu wokalnego kłócą się o swoje z jury programu „Idol”. 100% racji.
Nie będę roztrząsał każdej bzdury z tekstu „Osy”, nie będę piętnował całkowitej ignorancji z jaką do komiksu podchodzą artystki z grupy ŚGMA i ubolewał nad ich brakiem dystansu do siebie i swojej sztuki, który nie pozwolił im docenić jakże trafnego i wysublimowanego performance'u „znanego komiksiarza, a zarazem wokalisty znanego zespołu Cool Kids of Death”. Wszystko to średnio rozgarnięty czytelnik sam wyczyta z materiału zamieszczonego na Comix Grrlz. Chciałbym tylko odnieść się krótko do fragmentu, który dotyczy mnie i wydawnictwa kultura gniewu. Bo to ja byłem redaktorem [który] dał nam wykład na temat pseudo-lewicowości naszej postawy, kawiarnianej rewolucyjności i feministycznej paranoi. Cieszę się, że czasowa perspektywa pozwoliła członkiniom (a w tej sytuacji może lepiej waginiom?) ŚGMA docenić mój ówczesny wywód, a na tendencyjnie zadane pytanie ciekawe, czy takie nauki dawał również chłopcom tworzącym komiksy odpowiem: nie, bo żaden z tworzących komiksy chłopców nie zamęczał mnie takimi bzdurami na licealnym poziomie refleksji (i to tylko z tego mógł wynikać mój protekcjonalny ton, a nie z płci rozmówcy). No i żaden nie był tak zauroczony postacią Sławomira Sierakowskiego (otoczonego – jeśli dobrze pamiętam tamtą rozmowę – bandą karierowiczów i cwaniaków).

Natomiast jeśli chodzi o kulturę gniewu stwierdzenie „Osy” - Jak się okazało, „Kultura Gniewu” jest Kulturą-określonego-typu-Gniewu. Gniew riot grrrl nie jest tym słusznym Gniewem - jest całkowicie słuszne. W kulturze gniewu nie uznajemy „jedynego słusznego” gniewu, chyba że jako „jedyny słuszny” traktować gniew na wysokim (artystycznym, komiksowym, itd.) poziomie. Wtedy tak. Takiego gniewu komiksy ŚGMA nie prezentują.

I kończąc – tekst Olgi „Osy” Matuszewskiej to niegroźne gorzkie żale i jako takie powinien być potraktowany milczeniem. To co smuci mnie w nim najbardziej, to wstęp jakim został opatrzony przez Sylwię „Louise” Kaźmierczak, redaktorkę portalu Comix Grrlz i szefową działu recenzji „Alei Komiksu”. Przeczytać w nim możemy, że autorka odsłania absurdy jakimi rządzi się polski światek komiksowy. [To] Materiał, który obala tezę, że kobiety nie są dyskryminowane. Jedynym absurdem w tym tekście jest on sam. Sylwia Kaźmierczak odmówiła zamieszczenia mojej polemiki na Comix Grrlz, a na moją sugestię, żeby chociaż zamieściła jako komentarz do tekstu wspominane w „Komiksie po polsku” prace grupy ŚGMA, tak nieelegancko potraktowane w ŁDK, już nie odpowiedziała. A moja prośba wynikała tylko z tego, że są one najlepszą polemiką z tezami tekstu, jaką można sobie wyobrazić.
Zapraszam zatem do ich lektury (tak, to ten skecz, o którym wspominałem na początku): http://sgma.art.pl/Komiks.html

Szymon Holcman

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

#535 - Tajna Wojna

Pomysł na fabułę „Tajnej Wojny” Brian M. Bendis zaczerpnął z opowieści byłego agenta amerykańskich służb wywiadowczych, którą usłyszał w dzieciństwie. Przynajmniej on sam tak twierdzi, a rozważanie czy tak rzeczywiście było, to już kwestia drugorzędna. Szczególnie, że udało mu się znakomicie wpleść paranoiczny nastrój rozgrywek szpiegowskich na globalną skalę, w historię, w której faceci ubrani w obcisłe kostiumy okładają się pięściami i strzelają promieniami z dupy.
Aby przybliżyć, o czym „Secret War” opowiada, nie sposób nie zdradzić nieco z jego fabuły. Dyrektor marvelowskiej agencji wywiadowczej S.H.I.E.L.D., Nick Fury, prowadzi dochodzenie w sprawie dziwnych działań trzecioligowych superprzestępców. Zastanawia się skąd podrzędne szumowiny mają dostęp do superzaawansowanej technologii. Jak się okaże, ich ataki sponsorowane są przez królestwo Latverii. Dla mniej zorientowanych w geografii – Latveria jest fikcyjnym państwem w Europie, sąsiadującym z Węgrami, Rumunią, Chorwacją i (równie wyimaginowaną) Symkarią. To ostatni bastion totalitaryzmu na Starym Kontynencie, do niedawna rządzony żelazną pięścią przez arcyłotra Marvela, Doktora Dooma. Wybryki bandy zamaskowanych psychopatów na amerykańskiej ziemi można więc potraktować, jako akty terroru, wymagające podjęcia odpowiednich działań. Niestety, Fury ma związane ręce. Rząd amerykański utrzymuje bowiem bardzo zażyłe kontakty dyplomatyczne z administracją Lucii Von Bardas. Nowa latveriańska pani premier podjęła się trudu demokratyzacji swojej ojczyzny, wydatnie korzystając przy tym z pomocy finansowej USA. Fury przypuszcza, że pieniądze brane z kieszeni amerykańskich podatników wcale nie są przeznaczane na światłe reformy, tylko na futurystyczny program zbrojeniowy. Nie waha się długo z zebraniem oddziału zaufanych herosów (Kapitan Ameryka, Spider-Man, Daredevil, Luke Cage i Wolverine) i wypowiedzeniem małej, tajnej wojny Latverii.

Czytając niektóre z ostatnich komiksów autorstwa Briana M. Bendisa zdążyłem zapomnieć, jaki jest z niego cholernie dobry scenarzysta. Miło jest sobie to przypomnieć. Przede wszystkim świetnie czuje formę amerykańskiego zeszytu, w przypadku „Tajnej Wojny”, liczącego nieco więcej, niż standardowe 24 strony. Misternie przeplata wątki, rozgrywające się w różnych momentach trwania fabuły, pozostawiając czytelnikowi przyjemność poskładania ich razem, przez co gdzieś na końcu języka kołacze się porównanie go z Guy`em Ritchie. Nie sposób również nie wspomnieć o bendisowskiej ręce do pisania dialogów i operowania cliffhangerami. Na rynku komiksowym Bendis zabłysnął znakomitymi kryminałami i przyznam, że nie spodziewałem się po nim tak ciekawie pomyślanej (jak na standardy super-hero, oczywiście) opowieści sensacyjnej. Gęsto podlanej szpiegowskim sosem, z delikatną, geopolityczną nutką. W „Tajnej Wojnie” poprzez wplątanie w agenturalne układy, ubrani w kolorowe kostiumy nadludzie, mutanci, kosmici i innej maści dziwolągi zyskują nieco na realizmie. Na tej operacji najlepiej wyszły postaci trudniące się groteskowym zawodem superprzestępcy.

Z komiksami „malarskimi” zawsze jest problem. Niekoniecznie to, co pięknie prezentuje się oprawione w ramy i powieszone na ścianie, musi sprawdzić się w komiksie. Trudno odmawiać kunsztu Alexowi Rossowi, ale jego statyczny i hiperrealistyczny styl nie zawsze pasuje do komiksowej poetyki opowiadania obrazem. Na szczęście z rysunkami Gabriele Dell`Otto, który odpowiada za oprawę wizualną „Tajnej Wojny”, nie ma tego problemu. Styl włoskiego grafika przynosi na myśl bardziej ułożonego Simona Bisleya. Mniej zdeformowany, ale w porównaniu ze wspomnianym Rossem, brudniejszy i bardziej ekspresyjny. Nie ma wątpliwości, że Dell`Otto jest bardzo mocnym atutem "Tajnej Wojny".
Pierwszy numer mini-serii „Secret War” ukazał się w kwietniu 2004 roku, a na ostatni zeszyt amerykańscy czytelnicy musieli czekać aż do grudnia 2005. Tytuł cierpiał na potworne opóźnienia i tyle dobrze, że w Polsce ukazuje się od razu w wersji albumowej. Szkoda tylko, że polskie wydanie zbiorcze zostało bardzo brutalnie okrojone z prawie stu stron dodatków. Nie wiadomo jeszcze, z jakich, bo nie trzymałem w rękach rodzimej edycji, ale w oryginale znajdowało się mnóstwo bonusowego materiału. Odautorskie komentarze, mnóstwo szkiców, projektów i niewykorzystanych grafik, galeria Dell`Otto, kartoteka przestępców występujących na kartach komiksu i wreszcie uzupełniające fabułę raporty agentów Woo i Stilwella.

Do końca roku jeszcze trochę pozostało, ale ja pokusiłbym się już o stwierdzenie, że „Tajna Wojna” Briana M. Bendisa i Gabriele Dell`Otto to najciekawsza pozycja nurtu superhero, jaka wyszła w 2010. A już z pewnością jedna z najlepszych, choć w tym roku wybór był dość mizerny.

niedziela, 15 sierpnia 2010

#534 - Trans-Atlantyk 100

Superherosi istnieją naprawdę. Może nie mają supermocy i nie ratują świata, ale ubierają kolorowe kostiumy i pracują na rzecz lokalnych społeczności w Ameryce. W Nowym Jorku, w Atlancie, Utah czy w Vancouver pomagają bezdomnym, patrolują ulicę i asystują seniorom. "The Real Life Superhero Project" to kolekcja fotografii, krótkich filmów i plakatów dokumentujących i promujących ich działania. Ich autorem jest Peter Tangen, fotograf mieszkający w Los Angeles, mający na swoim koncie prace przy kampaniach promocyjnych „Batman Begins” i „Spider-Man”. Z prawdziwymi herosów poznał w sieci i postanowił przygotować o nich materiał. W Vancouver spotkał 63-letniego Thanatosa, rozdającego żywność bezdomnym. Co ciekawe, jego pomoc nie przynosiła efektów, kiedy robił to bez maski, bez komiksowego sztafażu. Dopiero, kiedy ubrał kolorowy kostium, jego praca zaczęło przynosić o wiele lepsze efekty. Ludzie, żyjący na ulicach dostrzegli, że jest ktoś, kto o nich dba, do kogo mogą zwracać się, jak do powracającego przyjaciela. Tangen zaprosił Thanatosa i innych herosów na sesję zdjęciową w LA. W sumie pojawiło się dziewiętnastu zamaskowanych bohaterów i była to dla nich pierwsza okazja, by móc się poznać. Przybyli między innymi Life z Nowego Jorku, którego strój przypomina nieco kostium "Spirita", pojawił się KnightVigil z Tampa Bay, pomagający emigrantom, czy ubrany w zbroję Citizen Prime. Jeśli chcecie się dowiedzieć nieco więcej o projekcie i jego herosach, zapraszam na odpowiednią stronę. (KO) 

Przygoda Petera Milligana z Batmanem choć krótka, była bardzo znacząca, jak się okazuje. "Mroczny Rycerz, Mrocznego Miasta" wciąż zalicza się do najlepszych komiksów z długouchym strażnikiem Gotham w roli głównej. Najbardziej kontrowersyjny obecnie scenarzysta bat-serii, Grant Morrison zapowiedział, że zamierza wykorzystać w jednej ze swoich fabuł demona Barbathosa, wymyślonego przez Milligana właśnie. Jak się również okazuje, zanim autor "Skina" opuścił pokład "Detective Comics", aby realizować swoje autorskie projekty, opowiedział o kilku niewykorzystanych pomysłów Denny`emu O`Neilowi. Rozmowa ta okazała się na tyle inspirująca, że jeden z wspomnianych konceptów przybrał wkrótce kształt mini-serii "Batman: Miecz Azraela". A już we wrześniu ukaże się wznowienie "Batman: The Bat And The Beast". Historii, którą Milligan stworzył razem z rysownikiem Andy`m Clarkiem, kiedy pisał "Batman: Confidential". (KO) 
 
Do scenarzysty Scotta Snydera, który wkrótce przejmie "Detective Comics" dołączył rysownik Jock ("The Losers", "Green Arrow: Year One"). Jak się okazuje, twórca znany ze skryptów do "American Vampire" bardzo chciał współpracować akurat z artystą, który kiedyś, za kadencji Grega Rucki zajmował się oprawą graficzną tego tytułu. Pomimo tego, że Jock jest obłożony robotę, bez dłuższego namysłu zgodził się na propozycję Snydera. Rysownik ma nadzieję, że tym razem popracuje nieco dłużej z Batmanem, ponieważ jego ostatnia przygoda z "Detective Comics" trwała niecałe trzy numery (w pracy nad ostatnim bardzo pomógł mu Scott Kolins). Pierwszą wspólną historię autorstwa tandemu będzie "Black Mirror" i oprócz tego, że będzie to „mroczna i ekscytująca rzecz”, wiele nie można powiedzieć. W pracy nad oprawą wizualną "DC" Jocka wspomoże kolorysta Dave Baron. (KO)
  
Marvel nie ustaje w teaserowym szaleństwie. Najnowsza z graficznych zapowiedzi "tego, co ma nadejść" w listopadzie dotyczy Daredevila i finału "Shadowland". W zeszłym tygodniu ujawniono listę potencjalnych następców Człowieka bez Strachu, a w tym zaprezentowano inny obrazek. Jak widać na nim, finał crossovera może okazać się równocześnie końcem Matta Murdocka... Ale równie dobrze tytuł "The End" może nawiązywać do linii komiksów, w których Dom Pomysłów przedstawia "ostatnie historie" swoich bohaterów w alternatywnej rzeczywistości. Brian M. Bendis dobre kilka lat temu pracował nad taką właśnie historią (o czym swego czas pisałem na łamach TA), ale nigdy nie było mu dane jej skończyć. Ciekaw jestem, co Joe Quesada postanowił zrobić z jedną z najrówniejszych i chyba najlepszą serią regularną swojego wydawnictwa. (KO) 
 
W listopadzie dojdzie do spotkania dwóch, niezwykle ciekawych bohaterów z Marvela. Henry "Hank" Pym, który obecnie, jako Wasp, jest jednym z instruktorów w Akademii Avengers, dzięki Danowi Slottowi awansował do ścisłej czołówki herosów Domu Pomysłów. Eric O`Grady, który zadebiutował na łamach własnej mini-serii pisanej przez Roberta Kirkmana, pokazał się, jako amoralny drań, wykorzystujące możliwości kostiumu Ant-Mana dla własnych korzyści. Nieco gamoniowaty członek Secret Avengers spotka się z herosem, który zasłynął z bicia własnej żony, w trzyczęściowej mini-serii "Ant-Man & the Wasp". Duet potrafiących kontrolować własne rozmiary bohaterów zmierzy się z terrorystyczną organizacją AIM w klasycznej opowieści przygodowej utrzymanej w stylu komiksów Stana Lee i Jacka Kirby`ego, doprawionym solidną dawką humoru. Pym, samozwańczy Scientist Supreme, spotka swojego odpowiednika po drugiej stronie barykady, Monikę Rappacciani. Scenariuszem i oprawą graficzną zajmie się Tim Seeley ("Realm of Kings: Inhumans" "WildCats"). (KO)
  
Lanfeust podbija Nowy Świat. Jedna z najpopularniejszych europejskich serii komiksowych, doskonale znana również w Polsce, będzie wydawana na rynku amerykańskim. Prawa do "Lanfeust of Troy" zakupi prawdopodobnie DC Comics, co jest posunięciem o tyle zaskakującym, że do tej pory większość tytułów z oferty Soleil (i innych francuskich edytorów) było publikowanych przez Marvela. Tak było między innymi ze "Sky Doll". Podobno w negocjacje włączył się sam Jim Lee, który chętnie widziałby tytuły ze świata Troy w swoim autorskim imprincie Wildstrom. (KO) 
  
Invaders, po swoim powrocie do uniwersum Marvela na łamach crossovera "Avengers/Invaders" i mini-serii "The Torch" znowu w akcji. Grupa bohaterów wprost ze Złotej Ery wystąpi w kolejnym komiksie pod tytułem "Invaders Now!". Będzie to pięcioczęściowa przygoda tych staroszkolnych herosów w czasach Heroic Age. W komiksie scenarzysty Christosa Gage`a ("Thunderbolts", "Stormwatch: PHD") i rysownika Caio Reissa znowu zobaczymy między innymi oryginalnego Human Torcha, pierwszego Visiona, Namora, Toro, Steve`a Rogersa, Bucky`ego Barnesa i reprezentantów Wysp Brytyjskich – Spitfire i nowego Union Jacka. Weterani II Wojny Światowej spotkają swoich dawnych przeciwników – Arnima Zolę, Master Mana i Warrior Women oraz zupełnie nowego villaina, wymyślonego przez Aleksa Rossa, Iron Crossa. Okładki do pierwszych dwóch numerów przygotują prawdziwe komiksowe legendy – Sal Buscema i John Romita Senior. Komiks powstanie we wspólne koprodukcji Marvela i Dynamite Entertainment. (KO) 
 
Kolejnym po "The Shooot" Warrena Ellisa i Phila Jimeneza, tytułem, który ukaże się w ramach cyklu Vertigo Ressurected będzie "The Extremist". Pierwotnie, czteroczęściowa mini-seria autorstwa scenarzysty Petera Milligana ("Skin") i rysownika Teda McKeevera (znanego z "Machin", które ukazały się w polskim "Batmanie") ukazała się w we wrześniu 1993 roku. Do tej pory nie doczekała się wydania zbiorczego. I choć wszystko na to wskazuje, nie wiadomo czy się doczeka, bowiem w zapowiedzi nie jest stwierdzone wprost, że wznowienie będzie miało formę właśnie trejda. Znana jest natomiast data publikacji - komiks określany jako "erotyczny thriller" ma ukazać się w listopadzie. Polską recenzję "Ekstremisty" pióra Dominika Szcześniaka można znaleźć na blogu Ziniola. (KO) 
 
Wracamy do zarzuconej dawno, dawno temu mini-kolumny filmowej w TA. Jak dobrze pójdzie to w każdym wydaniu powinien znaleźć się jeden, obowiązkowy news filmowy. W zeszłym tygodniu w Nowym Orleanie zakończono zdjęcia do celuloidowej adaptacji komiksu "Green Lantern". Filmu, który jest wielką nadzieję DC Comics i Warnera na wygrzebanie się z kinowego dołka. Producenci tak mocno wierzą w powodzenie tego tytułu, że już teraz zapowiedzieli, że powstaną w sumie trzy filmy o Zielonej Latarni. Jeśli wierzyć plotkom, zanim pierwszy obraz pojawi się na ekranach, ruszą zdjęcia do jego kontynuacji. Ich premiery wstępnie zaplanowano na sezon letni lub Gwiazdkę 2012 (w zależności od premiery "Flasha") i bliżej nieokreśloną datę 2013 roku. Scenarzystą dwójki zostanie prawdopodobnie Michael Goldenberg, mającego w swojej filmografii, takie tytuły, jak "Harry Potter i Zakon Feniksa", "Piotruś Pan" i Kontakt"). (KO)
 

sobota, 14 sierpnia 2010

#533 - Komix-Express 50

Epilog do dyskusji o komiksie kobiecym nieco mimochodem dopisali Przemek "Gonzo" Pawełek i Maciej Pałka. Ten pierwszy w odmętach sieci odnalazł odrzucony przez organizatorów wystawy konkursowej na eMeFce komiks, którego tak zacięcie broniła Olga "Osa" Matuszewska w swoim w swoim pełnym gniewu i świętego oburzenia felietonie na Comix Grrrlz. Udało mi się go przeczytać dzięki Pałce, który pokazał go gawiedzi na FB. Nie jestem pewien, czy twór Ściętej Głowy Marii Antoniny został słusznie nie pokazany w ŁDKu przez łódzkich jurorów, bo według mojej wiedzy regulamin gwarantuje (gwarantował?), że każda z nadesłanych prac, spełniających wymogi formalne, na wystawie się pojawi. Natomiast zupełnie mnie nie dziwi, że Kultura Gniewu nie kwapiła się z wydaniem pracy ŚGMA pod swoim szyldem. Polecam jego uważna lekturę w kontekście tego, co się wyrabiało w związku z "komiksem kobiecym". (KO)

Jeszcze w sezonie urlopowym odbędzie się kolejna komiksowa wystawa w warszawskiej Kawangardzie. Już w poniedziałek, 16 sierpnia, o godzinie 18:00 będzie miał miejsce wernisaż "Fabryki ilustracji", czyli prezentacji prac Daniela Grzeszkiewicza. W większości (o ile nie w całości) będę to ilustracje zdobiące okładki książek z wydawnictwa Fabryka Słów (w której nota bene udziela się bardzo wielu rodzimych komiksiarzy). Ekspozycję w mitycznym miejscu spotkań komiksowej masonerii na Wilczej 32 będzie można oglądać do 4 września. Jej kuratorem jest Dariusz Cybulski. (KO)

Wydawnictwo Timof Comics, jako pierwsze wśród rodzimych edytorów, zaprezentowało swoje zapowiedzi na 21. Międzynarodowy Festiwal Komiksu (i Gier) w Łodzi. Trzeba przyznać, prezentuje się naprawdę bogato. Już wcześniej anonsowano dwie polskie premiery - "Sprane dżinsy i sztamę" Pawła i Jarosława Płócienników, opowieść o grupie dorastających warszawiaków i pamiętnym lecie 1980 roku oraz "Sceny z życia murarza", antologię pod redakcją Macieja Pałki, będąca kontynuacją wątków znanych ze "Szminki" Jerzego Szyłaka i Joanny Karpowicz. Do tych dwóch tytułów dołączył trzeci, wydany z okazji Polskiego Dnia Darmowego Komiksu i będzie to znakomity "Samolot" Daniela Gizickiego i Marka Lachowicza. Jeśli idzie zaś o pozycje zagraniczne, na MFKa swoją premierę będzie miał nowy komiks Flixa "Dziewczyny" oraz portugalska (a może hiszpańska?) "Latarnia" Paco Roccy. Komiks amerykański będzie reprezentowany przez Alexa Robinsona i jego "Zbyt cool by dało się zapomnieć". Oprócz tego w Łodzi ukaże się dziewiąty również numer "Ziniola", tym razem w dużej mierze poświęcony komiksowi greckiemu. (KO)

Mroja Press natomiast zaprezentowała swój wstępny plan wydawniczy na rok 2011. W ofercie timofowego imprintu znalazły się wreszcie długo oczekiwane "Zagubione Dziewczyny" (polski tytuł "Lost Girls") Alana Moore`a i Melindy Gebbie. Drugi integral entuzjastycznie przyjętego "Profesora Bella" będzie zawierał tym razem aż trzy, kolejne albumy serii. Bardzo cieszy zapowiedz "Strefy bezpieczeństwa Gorazde", dzięki której rodzimy czytelnik zapozna się z twórczością cenionego na zachodnich rynkach Joe Sacco. Polskim rodzynkiem w tym gronie jest "Scientia Occulta" Roberta Sienickiego i Łukasza Okólskiego. Ceny i terminy premier poszczególnych pozycji nie są jeszcze znane. (KO)

Zapewne niewielu czytelników pamięta jeszcze o "Dogmacie", polskiej serii komiksowej, której pierwszy tom ukazał się w 2004 roku i przeszedł raczej bez echa wśród czytelników i krytyków. "Prolog" powstał do scenariusza Łukasza Chmielewskiego, publicysty znanego z łam "Produktu", a oprawą wizualną zajął się Piotr Białczak. Nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek ukaże się jego kontynuacja, a tu proszę. W zeszłym tygodniu zaprezentowano animowany trailer części drugiej, nie mającej jeszcze tytułu. Wydawca komiksu, czyli Studio Domino/Andrzej Baron zapowiada, że już wkrótce zostaną zaprezentowane strony przykładowe i okładka. Album jest już gotowy. Jego premiera ma się odbyć jeszcze w tym roku, prawdopodobnie w Łodzi. (KO)

30 września swoją premierę będzie miał czwarty, ostatni tom westernu "Loveless". Historie z zatytułowanego po polsku albumu "Oko za oko" ukazały się pierwotnie, jako część trejda "Blackwater Falls", wydanego w 2008 roku. Mucha Comics zatem podzieliła elegancko finał na dwie części. Seria autorstwa Briana Azzarello ("100 Naboi", "Batman: Rozbite miasto") z rysunkami Danijela Zezelaj, Werthera Dell’Edera i Marcela Fruisina została skasowana przez Vertigo, choć wszystkie trzy (w Polsce - cztery) tomy stanowią zamkniętą fabułę. Azzarello liczył, że będzie mu dane nieco dłużej popracować nad tym tytułem, lecz niestety - nie udało się. Polskie wydanie będzie liczył 148 stron i kosztować 49 złotych. (KO)

W zeszłym tygodniu, we wtorek, 10 sierpnia obchodziliśmy dziewiętnastą rocznicę śmierci Jerzego Wróblewskiego, bydgoskiego mistrza komiksu. Urodzony 7 sierpnia 1941 roku w Inowrocławiu artysta debiutował już w 1959 roku, w bydgoskiej popołudniówce "Dziennik Wieczorny", jeszcze jako uczeń słynnego bydgoskiego liceum plastycznego. W polskiej historii komiksu zapisał się jako jeden z rysowników "Żbika" (współtworzył w sumie 30 odcinków), westernem "Binio Bill", "Figurkami z Tilos" czy "Skradzionym Skarbem". Z tej okazji na blogu poświęconym Wróblewskiemu pojawił się kolejny fragment książki Macieja Jasińskiego poświęconej jego twórczości. Tym razem traktujący o kulisach pracy nad jednym z ostatnich projektów Mistrza, a mianowicie... komiksowej reinterpretacji "Biblii". (KO)

piątek, 13 sierpnia 2010

#532 - The Batmans: Track 52 - Rafał Bąkowicz

Twórcą odpowiedzialnym za dzisiejszego Batmana jest Rafał Bąkowicz. Niedawno zapowiedziano, że pochodzący z Łodzi komiksiarz zastąpi Janusza Wyrzykowskiego na stanowisku rysownika drugiego tomu "Pierwszej Brygady", zatytułowanego "Tokijski Łącznik". Bąkowicz triumfował w II. ogólnopolskim konkursie na komiks o Powstaniu Warszawskim "Powstanie '44 w komiksie", a jego praca znalazła się w pokonkursowej antologii (pierwszej, wydanej przez Egmont). Oprócz tego ma na swoim koncie publikacje na łamach "Strefy Komiksu" - jego komiksy pojawiły się w albumie "Tod Robot", a także dwóch tomach antologii "Apokalipsa". Obecnie pracuje nad krótką historią, która ukaże się w zbiorze "Scen z życia murarza". Zapraszamy na bloga Rafała Puste Niebo. (KO)
  

Maciej Pałka dopisał kolejne oczko, powiększając swoją przewagę nad resztą uczestników.
 
Ponieważ Łukasz udał się na krótki, ale zasłużony urlop, padło na mnie, aby napisać te kilka zdań poprzedzających piątkową zagadkę. Korzystając z okazji chciałbym zaprosić wszystkich rysowników (niekoniecznie komiksowych) do wzięcia udziału w naszej zabawie. Powoli, powolutku domykam listę twórców, których zaprosiłem do muzycznej interpretacji Mrocznego Rycerza. Wszyscy chętni, do których się jeszcze nie zgłosiłem, a chcieliby coś zmalować, proszeni są o kontakt mailowy. Albo na moją skrzynkę (drugiejszansy na gmail.com), albo do naszego "sekretariatu" (kolorowezeszyty na gmail.com). Na deklaracje czekamy do końca sierpnia. (KO)

#531 - Wywiadówka: "Życie bez dymka" - rozmowa z Grzegorzem Januszem

W drugiej, nieco luźniejszej części wywiadu z Grzegorzem Januszem rozmawiamy o kolejnych odcinkach przygód Ottona i Watsona, konkursach i paleniu papierosów.
 Tomasz Kontny: Zebrałeś chyba wszystkie poważniejsze nagrody, które mają do zaoferowania polskie festiwale i konkursy komiksowe. Co dalej? Zamierzasz spocząć na laurach i pozwolić wyżyć się mniej utytułowanym, samemu zajmując się pisaniem albumów, czy jeszcze na to nie pora?
Grzegorz Janusz: Konkursy wciąż mnie bardzo ekscytują. Są pretekstem do napisania nowych historyjek i sprawiają, że zajmuję się tematami, o jakich sam z siebie nigdy bym nawet nie pomyślał. Poza tym bardzo lubię krótką formę, więc o rezygnacji z konkursów nie mam mowy. 
 
W miarę upływu lat spędzonych na wymyślaniu fabuł, kolejne teksty pisze Ci się coraz łatwiej, czy coraz trudniej?
Trudno powiedzieć. Pomysłów mam jakby trochę mniej niż kiedyś, ale są one raczej lepsze niż te stare i łatwiej zamienia mi się je na gotowe scenariusze.
 
Był czas, kiedy nie byłeś tak znany w komiksowym środowisku jak teraz, chociaż ukazywało się sporo komiksów do Twoich scenariuszy. Co było przełomowym momentem w Twojej karierze, czyżby zwycięstwo „Esencji” w konkursie francuskiego wydawnictwa Glénat i telewizji arte? Czy w ogóle uznajesz jakieś wydarzenie za przełomowe?
Tamten konkurs (2004 r.) był oczywiście bardzo ważny, ale za przełom uznałbym raczej antologię „44” z 2007 roku. Wcześniej nie przypuszczałem nawet, że mógłbym napisać coś o Powstaniu Warszawskim, a do antologii ni z tego, ni z owego dałem cztery historie i nagle dotarło do mnie, że moje poprzednie teksty były dosyć ograniczone, skupione na kilku raczej oklepanych tematach. Horyzonty i zainteresowania znacznie mi się wtedy poszerzyły.
 
Parafrazując popularne pytanie: czy z pisania scenariuszy komiksowych da się wyżyć?
Z samych scenariuszy komiksów to nie, ale w ogóle z pisania to prawie, prawie... Gdyby nie te siarczyste mrozy i nieplanowane wydatki z tym związane, nie byłoby najgorzej.
 
Czy Grzegorz Janusz uległ aktualnej modzie na seriale telewizyjne? Idąc dalej – czy masz w planach serial komiksowy? Chętnie poczytałbym (na przykład) zeszytowe przygody Ottona i Watsona w cyklu kwartalnym…
Bardzo chętnie zająłbym się czymś cyklicznym, zmusiłoby mnie to do regularności, z którą mam wielki problem. Dawno temu były plany, żeby trzecia część „Ottona & Watsona” poszła w odcinkach w „Nowej Fantastyce”, ale na planach się skończyło.
 
W komiksowe postaci w cyklu „Przebiegłe dochodzenie Ottona i Watsona” wcielają się m. in. Maciej Parowski i Paweł Dunin-Wąsowicz. Kto decyduje o takich „występach gościnnych”? Czy sobowtóry mogą liczyć na specjalne względy w komiksie?
O występach postaci z życia wziętych decydował rysownik. W zasadzie każda postać z komiksu ma swój rzeczywisty pierwowzór, znacznie ułatwia to rysowanie, ale również charakterystykę psychologiczną. W „Romantyzmie” wystąpili również Robert Adler, Tomasz Niewiadomski, Ernesto Gonzales. O specjalnym traktowaniu nie mam mowy: wszyscy zginęli w komiksie.
 
Szczur Watson jest jednym z bardziej charakterystycznych niemych bohaterów komiksowych. Dlaczego padło akurat na szczura? Stoi za tym spisek wielbicieli gryzoni, a może jakaś anegdota?
W początkowym etapie pracy nad „Esencją” uświadomiłem sobie, że muszę niezbyt rozgarniętemu detektywowi dopisać jakiegoś pomocnika, w przeciwnym razie główny bohater zginie marnie na trzeciej góra planszy komiksu. Od razu pomyślałem o tresowanym zwierzęciu. Najpierw miał to być pies, potem gadająca papuga, ale wreszcie stanęło na szczurze, gdyż bohater pół życia spędza w kanałach.
 
Czy i ewentualnie kiedy możemy się spodziewać kontynuacji przygód dwójki wspaniałych detektywów Ottona i Watsona? (autor: Kubidło) 
Scenariusze dwóch kolejnych tomów („Antyromantyzm” i „Heroizm”) są od dawna gotowe. Natomiast nie wiem, niestety, kiedy zostaną zrealizowane.
 
Jak długo palisz papierosy? Próbowałeś rzucić, czy jakoś nigdy nie ciągnęło Cię do życia bez dymka?
Właśnie obliczyłem, że dłużej jestem palaczem (20 lat) niż byłem niepalącym (19 lat). Owszem, rzucałem, ale na krótko. Wiem, że to trucizna, ale mam tez niestety świadomość, że zawdzięczam nikotynie sporo niezłych pomysłów.

czwartek, 12 sierpnia 2010

#530 - Urlop na Kolorowo #1 - Captain Britain and MI: 13

Dzisiaj na Kolorowych Zeszytach zaczynamy małą wakacyjną zabawę!
W tekstach z cyklu "Urlop na Kolorowo" będziemy chcieli zabrać Was na komiksowe wycieczki po krajach, które z różnych względów doskonale nadają się na urlop. Część z Was powie zapewne "sierpień już, wakacje u schyłku; dlaczego tak późno?" A ja odpowiem Wam, że lipiec był dla nas miesiącem wytężonej pracy - pełnym podróży, fotografowania i skrupulatnego robienia notatek, by teraz najlepiej jak to możliwe przedstawić owoc naszych wakacyjnych wojaży. Mamy nadzieję, że będziecie zadowoleni!
Tyle więc tytułem wstępu. Zapraszając do Wielkiej Brytanii, oddaje głos Kubie.... (JT)

Captain Britain and MI: 13” była serią, która wystartowała przy okazji „Secret Invasion”, wielkiego letniego eventu Marvela w 2008 roku. Na jej łamach, w czteroczęściowej historii „Guns of Avalon” scenarzysta komiksowy i telewizyjny - Paul Cornell, najlepiej znany ze skryptów do najnowszej inkarnacji serialu „Doctor Who” miał pokazać, jak brytyjscy herosi radzą sobie z najazdem zmiennokształtnych Skruli na swoją ojczyznę.

Wyspiarski oddział Domu Pomysłów, założony w 1972, był przez długi czas bardzo ciekawym zakątkiem na komiksowej mapie Europy. Oprócz przedrukowywania pozycji zza Oceanu wykreował galerię oryginalnych łotrów i herosów, wylansował kilka, dużych nazwisk w branży (między innymi Alana Moore`a, Dave`a Gibbonsa, Johna Wagnera, Steve`a Dillona czy Granta Morrisona) i opublikował sporo, własnych komiksów („Digitek”, „Knights of the Pendragon”). Angielskiej oficynie udało się również wykreować unikalne uniwersum pełne nie tylko ubranych w trykoty herosów, ale również dziwacznych stworzeń znanych z baśni, mitów arturiańskich, folklorystycznych podań i twórczości Szekspira.

Paul Cornell od dłuższego czasu przymierzał się do stworzenia serii traktującej o superbohaterach ze Zjednoczonego Królestwa. Po sukcesie mini-serii „Wisdom” scenarzysta w 2007 roku miał pisać „Excalibura”, wskrzeszając najbardziej rozpoznawalną brytyjską markę w Stanach, ale nowa inkarnacja serii (pod tytułem „New Excalibur”) bardzo szybko zmieniła swój profil. Dopiero rok później, dzięki „Captain Britain and MI: 13” odkurzono nieco ten zapuszczony i zaniedbany zakątek Marvela.

Pierwsze cztery numery serii były tie-inem do „Secret Invasion”, w którym Wielka Brytania jest celem kosmicznej inwazji Skruli. W obronie Królowej staje tytułowy Kapitan Brytania, przez Cornella bardzo sprawnie odświeżony, oraz Pete Wisdom, dowodzący specjalną komórką MI: 13. Wspomagani przez innych brytyjskich herosów (wampirzycę Spitfire, byłego Avengera Black Knighta i debiutującą doktor Faizę Hussein) odpierają atak za cenę podpisania paktu z siłami piekielnymi, powracającymi całkiem szybko, bo już w drugiej historii. W „Hell Comes to Birmingham” wystąpią również Blade oraz Captain Midlands. Ostatnia, trzecia i zdecydowanie najlepsza opowieść pod tytułem „Vampire State” to kolejna napaść na Zjednoczone Królestwo, któremu tym razem przewodzi hrabia Dracula, pragnący zrobić z Wysp państwo wampirów. Atrakcji turystycznych w „Captain Britain and MI: 13” jest co niemiara – Londyn połączony z Avalon dzięki Siege Perilous (które hardkorowi fani X-Men powinni kojarzyć), Birmingham opanowane przez jednego z piekielnych lordów czy księżyc zamieszkały przez pijące krew monstra.

Oprawa graficzna nie prezentuje się dobrze. Stanowi jakiś dowód na to, że szefostwo Marvela nie wiązało zbyt wielkich nadziei z tym tytułem, nie desygnując nikogo z nazwiskiem do pracy z Cornellem. Leonard Kirk to rysownik przeciętny, a o wspomagających go w kilku numerach innych twórcach (Pat Ollife, Mike Collins, Adrian Syaf) nawet tego powiedzieć nie można. Natomiast Paul Cornell to cholernie sprawny scenarzysta, umiejący napisać porządną, wciągającą i całkiem oryginalną historię. Fantastycznie wychodzą mu cliffhangery i niespodziewane zwroty akcji. Gdyby „Guns of Avalon” mógł rozpisać na sześć, a nie cztery zeszyty, jestem pewien, że stworzyłby najbardziej epicki i porażający rozmachem komiksowy event od czasów „Sinestro Corps War”. Potrafi pięknie wymieszać w pulpowej konwencji fantastykę z science fiction, elementy horroru z estetyką superhero. Robi komiks dla geeka, którego cieszą kosmiczne galeony, cybernetyczne pułapki na duchy, mash-upy średniowiecznych rycerzy z agentami w służbie jaj królewskie mości, skrullowaty John Lennon czy futurystyczne maszyny napędzane zaklęciami. A całość pikantnie doprawia czarnym humorem.

W Stanach seria została bardzo entuzjastycznie przyjęta. Recenzenci rozpływali się w zachwytach nad najlepszą nową serią superbohaterską (CBR), namaszczając Paula Cornella na scenarzystę formatu Bendisa czy Johnsa (Newsarama), który poprowadzi nowe natarcie z angielskich wysp na Amerykę. Niestety, po czwartym numerze, „Captain Britain” nie sprzedawał się już tak dobrze. Właściwie sprzedawał się na tyle kiepsko, że zaczęły chodzić pogłoski o skasowaniu tytułu. Marvel długo je rozwiewał, aby w końcu zamknąć serię. W momencie, kiedy była nominowana do nagrody Hugo za trejd „Vampire State”. Na domiar złego Joe Quesada puścił Cornella do konkurencji, gdzie przywitano go z otwartymi ramiona kusząc lukratywnym kontraktem i oferując „Action Comics” na dobry początek. Nie mam wątpliwości, że brytyjski scenarzysta będzie świetnym nabytkiem dla DC Comics i z pewnością wysmaży kilka smakowitych komiksów. W tym wszystkim najbardziej szkoda Britanica, Wisdoma i reszty ekipy z MI: 13, których dalszych losów nigdy już nie poznamy (nie licząc kilku popierdółek przy okazji „Heroic Age”).

środa, 11 sierpnia 2010

#529 - Wywiadówka: Jazda obowiązkowa z Grzegorzem Januszem

Tomek Kontny zdążył się już pochwalić. Teraz, chwalimy się i my. Kolorowe Zeszyty i Wywiadówka łączą swoje siły! Wywiady z rodzimymi scenarzystami będę publikowane równocześnie na Kolorowych i na stronie autorskiego projektu Tomka. W oczekiwaniu na premierowy materiał, rozpoczniemy od przypomnienia rozmów, które już się odbyły. Na pierwszy ogień idzie Grzegorz Janusz.

Tomasz Kontny: Jak zaczęła się Twoja przygoda z komiksem? Co pchnęło cię do pisania scenariuszy komiksowych? I dlaczego akurat komiksowych, a nie filmowych czy teatralnych?
Grzegorz Janusz: Początki były trudne. Bardzo chciałem pisać scenariusze komiksów, ale rysownicy w ogóle się do mnie nie zgłaszali. Byłem wówczas pewien, że najpierw powstają obrazki, a scenarzysta dopiero potem wypełnia dymki.
A co mnie pchnęło? Po prostu bardzo lubię komiksy (a może więcej). Ale zdarzyło mi się napisać coś do filmu i nawet do teatru.
 
Które dzieła wywarły na Ciebie największy wpływ, kto jest Twoim pisarskim wzorem? Opowiedz o swoich inspiracjach, również tych pozakomiksowych.
Absolutne mistrzostwo to "Simpsonowie" i "Futurama". Wszystkiego nauczyłem się (czy wręcz zerżnąłem) z tych seriali.
 
Trzy najlepsze komiksy, które przychodzą Ci do głowy zawsze, kiedy ktoś budzi Cię w nocy i zadaje takie głupie pytanie?
"Pixy", "Najgorsza kapela świata", "La nouvelle pornographie" (obudzony w środku nocy nie wymieniłbym tego ostatniego tytułu, gdyż nie wiem, jak się go wymawia).
 
Pamiętasz swój pierwszy scenariusz? O czym był, jak oceniasz go z perspektywy czasu?
Mój pierwszy scenariusz to "Ratman spotyka Van Gogha" (Nowa Fantastyka 4/1995, rys. Tomasz Niewiadomski) opowiadający o spotkaniu szczuropodobnego stwora ze słynnym malarzem. Do dziś cenię ten komiks, chociaż mniej niż kiedyś podobają mi się obrazy Van Gogha. Drugi scenariusz to "Rzeka z podwójnym dnem" (Nowa Fantastyka 7 / 1995, rys. Krzysztof Gawronkiewicz) opowiadający o wędkarstwie. Też go wciąż lubię. Co ciekawe, w przypadku "Rzeki" najpierw powstały obrazki, a potem tekst. Trzeci scenariusz to "Jedynak" (Czas komiksu 2, rys. Krzysztof Gawronkiewicz) i wolałbym o nim nie mówić.
 
Pierwsze scenariusze pisałeś intuicyjnie, czy opierając się o teoretyczną, książkową wiedzę?
Nie ma książek o pisaniu scenariuszy komiksowych. Nie ma nawet, co dziwne, komiksów poświęconych temu ważkiemu zagadnieniu. Zdarza mi się czytać poradniki pisania scenariuszy filmowych, ale nie trzymam się kurczowo zawartych w nich reguł, a czasem robię wszystko na odwrót...
 
Masz jakieś własne, specyficzne metody pracy nad scenariuszem? Opowiedz o kolejnych etapach pisania.
Nie potrafię wyróżnić i nazwać poszczególnych etapów. Nie wiem, jak to się dzieje. Za każdym razem, gdy próbowałem to zaobserwować, natychmiast przestawałem pisać.
 
Masz jakieś ulubione cechy, którymi zwykłeś obdarzać wymyślone postacie, ulubione motywy, do których wracasz w kolejnych scenariuszach?
Pewnie tak, ale ktoś z zewnątrz musiałby to zbadać, ja się nie podejmuję, jestem kiepskim teoretykiem. Po długim namyśle przychodzi mi do głowy, że lubię wplatać do scenariuszy stare kawały.
 
Piszesz scenariusze w postaci luźniejszych opowiadań czy precyzyjnie rozpisanych kadrów? Opracowujesz storyboardy czy tylko sugerujesz rozmiar kadrów?
Zasadniczo staram się rozbić opowieść na plansze i kadry, ale ostateczna decyzja należy do rysownika. Moje opisy nie są zbyt szczegółowe, gdyż zazwyczaj pracuję z artystami, do których mam pełne zaufanie.
 
Częściej planujesz całą historię w głowie, a dopiero potem siadasz do rozpisywania jej na kadry, czy pozwalasz jej żyć, rozwijać się wraz z każdą kolejną stroną bez całościowego planu?
Najpierw dokładnie planuję, sporządzam szczegółowe notatki, wykresy i szkice, a potem w trakcie pisania bezlitośnie łamię wszelkie plany, umowy i obietnice.
 
Jakie rozwiązania scenopisarskie – w stylu bohatera budzącego się na ostatniej stronie i stwierdzający, że wszystko było snem – wyjątkowo grają Ci na nerwach?
Przebudzenie (w szerokim znaczeniu tego słowa) jako pointa nie musi być wcale takie złe i banalne, czego przykładem są filmy "Podziemny krąg", "Harry Angel" czy "Otwórz oczy". Sen to sprawdzona, ale niewyczerpana metafora. Chodzi mi po głowie pomysł, żeby napisać coś kończącego się w ten sposób. A najgorsze rozwiązanie: w finale bohaterowie spotykają Pana Autora. Chyba tylko Baranowski umiał tym się bawić.
 
Ciężko określić ilość czasu, którą spędza się pracując nad scenariuszem. Pamiętasz jakieś ekstremalne sytuacje, kiedy pisanie tekstu trwało bardzo krótko lub wyjątkowo długo?
Właśnie jestem w trakcie takiego niepoważnego przedsięwzięcia. Pod koniec listopada zlecono mi przygotowanie 40 krótkich tekstów i dano czas do końca ubiegłego roku. Aktualnie (5 stycznia, a więc już sporo po terminie) pracuję nad tekstem nr 37.
Z kolei nad scenariuszem zatytułowanym roboczo "Zakazane piosenki II" siedzę już z dziesięć lat.
 
Czas leci, a scenariusz się nie klei – co robisz? Masz jakieś sposoby na radzenie sobie z pisarską blokadą?
Otwieram na przypadkowej stronie słownik ortograficzny lub sennik egipski. Ale to nie działa.
 
Gotowy scenariusz starasz się traktować jako zamkniętą całość, czy raczej poprawiasz go do samego końca prac nad komiksem?
Ciągle poprawiam. Nie potrafię przestać. Chętnie pozmieniałbym pewne rzeczy w zrealizowanych komiksach.
 
Który moment komiksowej kariery wspominasz najlepiej?
Niniejszy.
 
Jakie masz plany na przyszłość?
W przyszłości planuję poeksperymentować. Mam w planach napisać historię, która obędzie się bez słów i bez obrazków [jak "La nouvelle pornographie" i jak "A" (załączony, rys. Tomasz Niewiadomski)] oraz dopracować scenariusz komiksu, na planszach którego widnieją wielkie numery stron na środku i malutkie obrazki w stopce.

wtorek, 10 sierpnia 2010

#528 - Piłka w kadrze

Ostatnio rozmawialiśmy z Danielem o komiksie kobiecym, teraz czas na coś odrobinę bardziej męskiego. A jak męskiego to oczywiście piłka nożna, toteż o komiksach futbolowych będzie dziś mowa. Nie będę tutaj czarował i przyznam się bez bicia, że ten tekst miał się pojawić na łamach Kolorowych Zeszytów sporo wcześniej. Najpierw na dzień przed otwarciem Mistrzostw Świata w RPA, potem na parę dni przed samym finałem. Trochę mi jednak ten sprytny plan nie wyszedł. Oh well. Obecnie okazjami, do której można podciągnąć to zestawienie są inauguracja Ekstraklasy oraz katastrofalne występy polskich drużyn w eliminacjach do europejskich rozgrywek. Nie sądziłem, że dożyję chwili, gdy ekipy z Malty i Azerbejdżanu okazują się wymagającymi rywalami dla naszych kopaczy. Tak czy owak, w redakcji Kolorowych Zeszytów jest paru kibiców, piłka nożna jest nam bliska, stąd też krótkie zestawienie komiksów o tematyce futbolowej.
Moja własna pamięć, podparta wnikliwym i długotrwałym internetowym researchem oraz konsultacjami ze znawcami historii komiksowych wydawnictw w Polsce - pozwoliła mi dojść do (nie do końca) szokujących wniosków. Otóż, komiksy w których główną rolę odgrywa futbol są... niebywałą rzadkością. Twórcy komiksowi nieczęsto sięgają po ten temat, sami fani komiksu (to określenie ostatnio ryzykowne do używania) również zdają się niezbyt zainteresowani tym zagadnieniem. W zasadzie prawie wszystkie produkcje, jakie pojawiają się w tym zestawieniu, powstały na zamówienie i przeznaczone były/są dla szerszej publiczności, która niekoniecznie zajmuje się historiami obrazkowymi na co dzień. A szkoda, bo zdawałoby się, że futbol, z całą swoją bitewną esencją i pozaboiskową otoczką to dobry temat na artystyczne rozważania. Być może jednak dynamizm meczu piłkarskiego nie do końca przystaje do statycznych komiksowych kadrów. Być może komiksiarze są w większości za dużymi nerdami by się emocjonować czymś takim prostackim jak futbol - chociaż w środowisku jest sporo fanów piłki nożnej. Być może znowu chrzanię od rzeczy, więc przejdę od razu do zestawienia.

Trzeba było zeskrobywać z dna, trochę tytułów udało się jednak uzbierać, przede wszystkim z polskiego podwórka. Skoncentrowałem się przede wszystkim na albumach i seriach w pełni poświęconych piłce nożnej, darowałem sobie zatem krótkie formy i np. Tytusy i Kajki, gdzie futbol był od czasu do czasu wzmiankowany. Zresztą, taki sympatyczny przegląd piłkarskich epizodów w komiksach zrobiła kiedyś chociażby moja macierzysta „Esensja”. Oni nie poszli na łatwiznę, ja niestety tak. No to, jak to mawiał jeden z wybitnych polskich szkoleniowców kiełbasy w górę jedziemy z tym koksem:

* Od Walii do Brazylii - legendarny komiks Grzegorza Rosińskiego (ponoć, bo niepodpisany przez mistrza), dokumentujący drogę polskich orłów do trzeciego miejsca na zachodnioniemieckich mistrzostw świata w 1974 roku. Doczekał się niechlubnej, miażdżącej recenzji w książce Stanisława Barańczaka "Książki najgorsze", która dokumentowała peerelowski kicz. Znakomity poeta krytyk literacki wykpiwał drewniane, nierealistyczne dialogi boiskowe w stylu "Ależ ten Polak gra! A jaką bramkę nam strzelił", powykrzywiane gęby graczy przeciwnych drużyn, mocny szowinizm narodowy w scenariuszu. Faktycznie, "Od Walii do Brazylii" arcydziełem nie jest, ale koniec końców to dość sympatyczne czytadło.

* Biało-Czerwoni - kolejny komiks okolicznościowy. W tym wypadku wydaniem komiksu uczczono już sam awans na Mistrzostwa Świata w Korei w 2002. To wydawnictwo ze wszech miar niezwykłe - cartoon, w którym polscy piłkarze nie przypominają samych siebie, trener Engel staje na głowie (i to dosłownie), jeszcze wtedy wielbiony prezes Listkiewicz z wiceprezesem Bońkiem tańczą na stole w nocnym klubie (bez spodni!), Jolanta Kwaśniewska wciąż ma fryzurę na Shazzę, zaś urywki z meczowych akcji są totalnie nierealistyczne. Dodatkowo, daje się tu wyczuć lekką protekcjonalność wobec Emanuela Olisadebe (żeby nie powiedzieć głośno - "rasizm"). Wydano „część pierwszą”, która przedstawiała zwycięskie eliminacje, roztropnie kończąc fabułę tuż przed meczem z Białorusią (przegranym 1:4 w Mińsku). Jak wynika z zapowiedzi na ostatniej stronie, autorzy planowali część drugą, przedstawiającą ewentualną wiktorię polskich piłkarzy w Korei. Życie jednak zweryfikowało te śmiałe plany i druga część nie miała już po co się ukazywać.

* Kazimierz Górski. Piłka jest okragła, a bramki są dwie - ósmy odcinek komiksowej serii "Słynni polscy olimpijczycy" wydawanej przez Agorę w 2008 roku, z okazji igrzysk olimpijskich w Pekinie. Rysownikiem tego albumu był Sławomir Kiełbus, zaś tematem - poza medalami polskich piłkarzy na igrzyskach olimpijskich w Monachium i Montrealu również historia występów polskich reprezentacji piłkarskich na pozostałych igrzyskach. Seria miała popularyzować legendy polskiego sportu i przy okazji może też i polskich twórców, spotkała się jednak z mieszanymi uczuciami fanów komiksu.

* Wszystko co chcielibyście wiedzieć o piłce nożnej - antologia Kultury Gniewu, wydana w okolicach Mistrzostw Świata w Niemczech w 2006 roku. Notabene ostatnia antologia opublikowana przez tę oficynę ever. W projekcie wzięła udział śmietanka polskich twórców komiksowych, zaś koncept albumu został oparty na przebiegu meczu piłkarskiego - pierwsza połowa, przerwa, druga połowa, dogrywka, karne. Dotykano różnych aspektów piłki nożnej, nie tylko boiskowych, chociaż po latach w pamięci mam głównie "Porady Trenera Kazimierza".

* Captain Tsubasa - serial na Polonii 1 znali chyba wszyscy, o istnieniu japońskiej mangi słyszał prawie każdy fan "Kapitana Hawka". Jej autorem jest Yoichi Takahashi, w różnych wersjach i edycjach ukazuje się ona w Japonii z przerwami od 1980 roku. Komiksowy tasiemiec przedstawia historię młodego piłkarskiego geniusza, Tsubasy Ozory i jego drogę na futbolowy szczyt – od gry w prowincjonalnej ekipie aż po karierę w Europie i trofea zdobywane z japońską drużyną młodzieżową, co było chyba wybitnie życzeniowym myśleniem jeżeli chodzi o japoński futbol w latach 80. Plus sporo odniesień do rzeczywistych piłkarzy i klubów. W ogóle Japończycy mają całkiem sporo piłkarskich mang, m.in.: „Whistle!”, „Ganbare, Kickers!”, „Giant Killing” albo „Aoki Densetsu Shoot!” Jak widać większość z obowiązkowymi wykrzyknikami w tytułach.

* Supa Strikas – komiksowy serial produkcji południowoafrykańskiej, sprzedawany w wysokich nakładach w kilkunastu krajach Afryki, Ameryki Południowej i Europy. Podobno to opowieść o drużynie najlepszych piłkarzy świata z najlepszej drużyny świata i ich zmaganiach z innymi pretendentami do tytułu najlepszych piłkarzami świata. Komiksowi towarzyszy również serial animowany, emitowany również w Polsce. Komiksu w Polsce się raczej nie uświadczy, bo to cykliczna zeszytówka. Niewielka to strata chyba, bazując na opisie tego tytułu.

* piłkarski komiks braci Minkiewiczów - to akurat wydawnictwo nieistniejące, aczkolwiek swego czasu zapowiedziane na łamach dziesiątego "WILQ'a". Miało być podobno jak najbardziej serio, poważnie i realistycznie, jako że twórcy to wielcy kibice piłkarscy. Do tej pory jednak nic nie ukazało się w temacie. Szkoda.





Mistrzostwa Europy 2012 - no dobrze, tutaj w zasadzie nic nie powstało jeszcze. Przypuszczam jednak, że i to wydarzenie zaowocuje wysypem komiksów. Czy to będzie komiks okolicznościowy na kształt "Od Walii do Brazylii", czy kolejny konkurs na zadany temat, a może jakaś przewrotna zinowa antologia albo też powieść graficzna stworzona parę lat po tym wydarzeniu - zobaczymy. Na pewno czymś tam obrodzi.



Gwizdek, kończymy. Dziękuję państwu za uwagę, dobranoc.