piątek, 23 lipca 2010

#511 - The Batmans: Track 49 - Marek Lachowicz

Do narysowania kolejnego z naszych Batmanów postanowiliśmy namówić Marka Lachowicza, jednego z najpłodniejszych rysowników, którzy wypłynęli na szerokie wody dzięki nieodżałowanemu "Produktowi". Twórca, który za dnia pracuje jako księgowy, w nocy staje się szalonym rysownikiem komiksów, powołującym do życia budzących najwyższy niepokój bohaterów. Zaczynał od niewielkiego albumiku "Przygody Pana W. / Gang Wąsaczy", który ukazał się w 2005 roku. Później, Marek regularnie dostarczał kolejne tomiki swojego autorstwa - najpierw z garmażeryjnym herosem w roli głównej ("Człowiek-Paroovka vs. Grand banda" oraz "Człowiek-Paroovka Dorysuj mu wąsy"), a później z koneserami polskiej muzyki rozrywkowej ("Gang Wąsaczy - Ruchome Paski"). Jakby tego było mało, prace Lachowicza były publikowane w zinie "Mięso" oraz w dwóch antologiach - "Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o piłce..." i "75 lat Koziołka Matołka". Dwukrotny laureat nagrody na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu w Łodzi za przygodę bohaterek "Grand Banda" i za rysunki do komiksu "Samolot" do scenariusza Daniela Gizickiego. Nowe prace Marka Lachowicza można podziwiać w każdym kolejnym numerze magazynu "Karton" w którym prezentowane są przygody wyżej wymienionych bohaterów z paroovkowego uniwersum - Kolorowe Zeszyty polecają! (KO)Po dłuższym czasie bez wygranej, ponownie zabłysnął Maciej Pałka, który w szybkim czasie odgadł dzisiejszego twórcę, Marka Lachowicza! Maćkowi gratulujemy i dopisujemy kolejny, dziesiąty już punkt na jego koncie!

Dzisiejsza zajawka Mrocznego Muzycznego Batmana może się wydać nieco enigmatyczna, ale starałem się wybrać taki fragment, który nie aż tak bardzo zdradzi z jakim twórcą mamy do czynienia tym razem - chociaż mam wrażenie, że prawidłowa odpowiedź padnie bardzo szybko. Na jej udzielenie są standardowo 24 godziny! W weekend (a i po nim też) natomiast można się spodziewać wysypu newsów z trwającego San Diego Comic Con oraz (w końcu) relacji z BFK, która prawie miesiąc temu miała miejsce w Gdańsku. Na razie jednak zapraszamy do zgadywania twórcy dzisiejszego Batka! (ŁM)

czwartek, 22 lipca 2010

#510 - 4000 znaków... O tęsknocie za zeszytem

Jeszcze w kwietniu, gremium największych rodzimych wydawców podczas Komiksowej Warszawy wspólnym głosem zapewniało, że koniunktura na opowiastki obrazkowe jest dobra. Albumy sprzedają się lepiej niż przyzwoicie, a ich nakład często jest wręcz niedoszacowany. Wtedy fani zeszytówek, jednej z odmian "czytelników komiksów", skandowali: "Skoro jest tak dobrze, to niech wrócą tanie komiksy za (przysłowiowego) piątka, co miesiąc, w każdym kiosku, w Twoim mieście". Teraz, w połowie 2010 roku, z różnych powodów sytuacja nie jest tak różowa, a ci samy wydawcy twierdzą, że mamy bessę i spowolnienie, znowu są zakrzykiwani przez fanów zeszytówek nawołujących "Skoro jest tak źle, to niech wrócą tanie komiksy za (przysłowiowego) piątka, co miesiąc, w każdym kiosku, w Twoim mieście". Nadymają się pewnością, że to uratuje nasz wciąż skarlały i podatny na najmniejsze nawet drgnięcia rynek opowieści obrazkowych.

A krzyczą wbrew jakiejkolwiek logice, zdrowemu rozsądkowi i elementarnej kalkulacji biznesowej, bo chyba jak najbardziej zasadnym jest twierdzenie, że skoro nikt nie wziął się za wydawanie "kolorowych zeszytów", to można przypuszczać, że jest to po prostu nieopłacalne. Podnoszą głos wbrew rzeczywistości, nie pamiętając tych edytorów, którzy na takiej formule się srodze przejechali i musieli zwinąć interes. Ale i na to mają szereg gotowych odpowiedzi. Bo przecież w sumie te "dobre" tytuły sprzedawały się całkiem dobrze, tylko te "złe" ciągnęły je na dół (przecież to takie proste!). Bo w Stanach osiągają wielotysięczne nakłady, bo przecież Semik tyle lat je publikował, bo przecież to taki fajny format… I powołują się na przykłady "Kaczorów Donaldów", które od lat goszczą w kioskowych witrynach, a ich popularność nijak nie przekłada się na inne segmenty rynku. Nie wspominając o tym, że ich sprzedaż regularnie maleje. Wyciągają z rękawa jeszcze świeże "Fantasy Komiks", wciąż pozostające na etapie eksperymentu z pewnymi nadziejami na powodzenie i powołują się na "Star Wars Komiks", argument koronny. "No, bo skoro "Gwiezdnym Wojnom" się udało, to czemu superbohaterom miałoby się nie udać!" myślą, jakby zupełnie zapominając, że za bezprecedensowym sukcesem tego tytułu stoi potężna machina promocyjna Lucasa, funkcjonująca dobre dwadzieścia pięć lat, doskonale potrafiąca zadbać o wypromowanie swoich produktów, wieloletnie doświadczenie kilku wydawców (Semika, Amberu, Mandragory, Egmontu) i wsparcie jednego z największych fandomów w naszym kraju. Fanom zeszytówek to jednak nie przeszkadza w budowaniu analogii.

Są święcie przekonani, że to akurat importowane masowo zza Oceanu, robione na akord opowiastki superbohaterskie zdobędą serca polskich czytelników. I wypadałoby spytać – dlaczego akurat one? Czemu nie komiks spod znaku "powieści graficznej"? To nie "Marvels" (którzy nawiasem mówiąc sprzedali się bardzo dobrze) doczekało się dodruków, tylko "Berlin", "Fun Home" i "Blankets". To tytuły takie, jak "Osiedle Swoboda", "Trzy Cienie", "Przybysz" czy "Łauma" sprzedały się dosłownie na pniu, w przeciwieństwie do zeszytowych "X-Menów", "Venomów", "Spider-Manów", które kończyły na wyprzedażach.

Komiks przebija się w mediach, wśród konsumentów i "zwykłych ludzi" nie dzięki peleryniarskiej pulpie, tylko za sprawą "ambitniejszych rzeczy". Czemu zatem nie spróbować sprzedać komiksu wśród książek, jako produktu przeznaczonego dla dojrzałego i poszukującego odbiorcy kultury. Jasne rynek trochę mniejszy, potencjalny klient chyba biedniejszy, ale nie trzeba konkurować z rozrywkowymi produktami dla dzieciarni, czyli na przykład z grami. Z nimi komiks ma raczej małe szanse. Za taką opcją przemawia chociażby podstawowa i najważniejsza argumentacja – ekonomiczna. Pewnie, że w ten sposób nie zbuduje się masowego rynku komiksowego w Polsce, ale ja coraz bardziej wątpię, że w dzisiejszych czasach jest to w ogóle możliwe. A mówię to z perspektywy osoby, która amerykańskiej rąbanki sprowadza zza Oceanu całkiem sporo i czasem o uszy obija się to i owo odnośnie "tajnego lipcowego szczytu wydawców". I naprawdę rozumiem tych, którzy tęsknią za latami młodości, kiedy w każdym kiosku za rogiem mogłem dostać nowy numer "Spidera", ale mam świadomość, że powrót tych czasów pozostaje w sferze pobożnych życzeń.

środa, 21 lipca 2010

#509 - Metacom

Komiksowa twórczość Jacka Widora nie jest powszechnie znana. To jeden z wielu zapomnianych komiksiarzy z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, który został przypomniany dopiero teraz, dzięki wydawnictwu Ongrys. Pochodzącego z Krakowa Widora od zawsze interesowała sztuka filmowa. Nie mogąc jednak realizować swoich pomysłów na celuloidowej taśmie, wybrał komiks, jako najbliższy ekwiwalent filmu.
Jednym z jego pierwszych projektów był właśnie "Metacom". Komiks pierwotnie publikowany w odcinkach, na łamach "Świata Młodych" w 1986 roku, opowiada historię buntów indiańskich pod wodzą tytułowego Metacoma z plemienia Wampanoagów. Koncept wydaje się świetnym materiałem na nieco romantyczną historię przygodową o walce szlachetnych czerwonoskórych w obronie ziemi, na której żyją i wartości, jakie wyznają. Jacek Widor miał jednak inne ambicje. Walki rdzennych mieszkańców Ameryki z europejskimi najeźdźcami z końca XVII wieku potraktował, jako świetny materiał na komiks paradokumentalny. "Metacom" stara się być tak bliski faktom, jak to tylko możliwie. W latach osiemdziesiątych Widor miał jednak bardzo ograniczony dostęp do jakichkolwiek opracowań i źródeł historycznych, które teraz są powszechnie dostępne. Jak skromnie przyznaje dzisiaj, w jego młodzieńczym utworze jest mnóstwo niedopatrzeń, brakuje wielu faktów i postaci, a prawda historyczna okazuje się znacznie bardziej skomplikowana. Pewne wątki wymagają dopowiedzenia, a ówczesna obyczajowość Indian szerszego nakreślenia.

Ja nie byłbym dla "Metacoma" tak surowy. Pomimo wszystkich zastrzeżeń, jakie autor zgłasza do swojego dzieła, udało mu się stworzyć bardzo przekonującą kronikę indiańskiego buntu, która w dodatku jest zajmującą lekturą. Spora ilość materiału historycznego została podana w strawnej, obrazkowej formie, która w porównaniu do dzisiejszych komiksów historycznych, prezentuje się naprawdę dobrze. Brakowało mi jedynie jakiejś dramatycznej osi, efektownie spinającej całość. Mógłby to być jakiś fikcyjny wątek lub ujęcie tematu w szerszą perspektywę (np. moralną), która zresztą pojawia się w zakończeniu.
Oprawa graficzna nie wygląda źle, więcej – prezentuje się całkiem nieźle. Oczywiście, oprawa wizualna często zdradza pewne niedostatki warsztatowe Widora, takie jak problemy z perspektywą czy kulejący dynamizm, ale nie sposób odmówić jej uroku. Po ilustracjach widać ogrom pracy, jaki włożył w nie autor, pieczołowicie odwzorowując koloryt epoki, opracowując sceny batalistyczne. Mimo pewnej archaiczności, "Metacom" może się podobać. Nie można mieć również żadnych zastrzeżeń do jakości edycji. Komiks został wydany w wysokim standardzie, a co najważniejsze – w całkiem przystępnej cenie

Ongrys przypomniał ciekawy epizod z historii polskiego komiksu z czasów, kiedy na rynku królowały komiksy o zupełnie innym charakterze. Ukazywało się mnóstwo pozycji dla dzieci, o charakterze humorystycznym, publikowano historie przygodowe, sensacyjne czy science-fiction, często zapatrzone w amerykańskie lub europejskie wzorce, trafiały się też fabuły historyczne, poświęcone głównie polskiej historii. Komiks-dokument Jacka Widora to rzecz zupełnie osobliwa na tym tle.

wtorek, 20 lipca 2010

#508 - "Ciągle odnajduję świeże inspiracje" – wywiad z Andrzejem Janickim

Pewnie Andrzej Janicki będzie krzywił się na określanie go mianem klasyka rodzimego komiksu, który trwale zapisał się w dziejach polskiej literatury obrazkowej swoją pracą w "Awanturze" czy współtworzeniu "Produktu". Jak się również okazało, Andrzej jest również świetnym rozmówcą, który zajmująco opowiada o zamierzchłych komiksowych dziejach - o Bydgoszczy, współpracy z Jackiem Michalskim, przygodzie z amerykańskim komiksem i wielu, wielu innych rzeczach. Zapraszamy do lektury!
Kolorowe Zeszyty: Skąd w Twoim życiu wziął się komiks? Jak to się stało, że zainteresowałeś się literaturą obrazkową?
Andrzej Janicki: Komiks trafił w moje pulchne łapki za sprawą rodziców. "Dziennik Wieczorny", nieistniejąca od wielu lat, ale niegdyś niezwykle popularna bydgoska popołudniówka publikowała regularnie opowieści rysunkowe Wróblewskiego. Moi rodzice skrzętnie kolekcjonowali wszystkie odcinki i nawet je zszywali w zgrabne książeczki. Niestety, do dzisiaj zachowało mi się ich tylko osiemnaście. Mama kupowała mi także bajki w języku rosyjskim, ze świetnymi ilustracjami. Z dzieciństwa kojarzę również Klossa, Żbika i "Świat Młodych". Szybko połknąłem obrazkowego bakcyla i doskonale pamiętam, jak kilka lat później biegałem po kioskach i księgarniach za "Relaksem", "Janosikiem" i "Alfą"... Wysiłek, jaki trzeba było włożyć w "zdobywanie" komiksów sprawiał, że miały one dodatkową wartość emocjonalną. W poszukiwaniu historyjek komiksowych lub ilustracji kojarzących się z takim klimatem kupowałem najróżniejsze gazety i magazyny zagraniczne. Sporo się nakombinowałem żeby uzbierać trochę pieniędzy od dziadków i mamy. Miałem w kolekcji tak różne tytuły jak "Daily Mirror", "Krokodyl", "Punch", węgierską "Alfę", jakieś francuskie i włoskie magazyny o piłce nożnej, ze świetnymi karykaturami. Na przestrzeni lat to wszystko gdzieś się ulotniło.

Jesteś absolwentem popularnego bydgoskiego "plastyka" (czyli Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych). Z murów tej szkoły wywodzi się sporo rysowników komiksowych, między innymi Śledziński, Michalski, Maciejewski, Różański czy Simiński. Jak to się stało, państwowa szkoła zaszczepiła komiksowego bakcyla tak sporej grupie młodych ludzi? Jak wspominasz tamte czasy?
Jako "smark" rysowałem przy każdej okazji, często milicjantów na motocyklach, ale w szkole podstawowej nie byłem orłem na zajęciach plastycznych. Na innych zresztą także (cholerna matematyka!). Pani od plastyki zachęciła mnie bym jednak chodził na kółko plastyczne organizowane w PLSP. Bardzo chciałem nauczyć się rysować, ale te zajęcia mnie nudziły. Mając możliwość oglądania rysunków Jacka Michalskiego, który był przyjacielem mojego kuzyna, chciałem rysować tak, jak on. Najchętniej przerysowywałem jego historyjki do swoich zeszytów, w tym jakąś wariację na temat serialu "Kosmos 1999". Jacek będąc już uczniem "plastyka" namawiał mnie żebym poszedł w jego ślady, ale uczciwie uprzedził, bym nie spodziewał się rysowania statków kosmicznych i facetów z laserowymi spluwami. Nauczyciele przedmiotów zawodowych w PLSP nie byli może wybitnymi artystami, jednak zostawili w mojej głowie trochę wiedzy. Nie tylko takiej o malowaniu sztucznych owoców w koszyku na tle czerwonej szmaty. Najważniejsze, że nie pukali się w czoło, kiedy mówiłem, że chcę w przyszłości robić ilustracje i komiksy.

"Magia" bydgoskiego PLSP polegała chyba na tym, że spotykało się tam "bratnie dusze". Tylko w mojej klasie miałem dwóch kumpli, z którymi mogłem wałkować komiksowe, fantastyczne, filmowe i muzyczne tematy. W równoległej klasie był Krzysztof Różański, a nieco wyżej Jacek Michalski, który już wtedy był dla nas komiksową gwiazdą. Przerwy między zajęciami często wypełniały nam pogaduszki o komiksach. Niemal wszystko w naszym licealnym życiu kręciło się wokół komiksów. Nasz rocznik w PLSP obrodził także talentami innego rodzaju, jak słynny performer Cezary Bodzianowski i Anna Baumgart, jedna z bardziej znanych współczesnych polskich artystek. Może podobnie to wyglądało kilka lat później, kiedy uczniami tej szkoły byli Śledziu, Simson, Jacek Przybylski, Krzysztof Wyrzykowski, Łukasz Ciaciuch.
Na komiksowej mapie Polski Bydgoszcz zaznaczyła się bardzo wyraźnie, także dzięki Studiu Komiks Polski, którego byłeś współzałożycielem. Czy mógłbyś przybliżyć jego losy?
Studio Komiks Polski było naszym sposobem na funkcjonowanie w nowej rzeczywistości, zmierzchu PRLu. Chcieliśmy być firmą produkująca komiksy i ilustracje według własnych pomysłów i na zamówienie. Planowaliśmy organizowanie spotkań komiksowych, warsztatów itp. To był wariacki pomysł, nawet w dzisiejszych realiach trudno byłoby takiej firmie działać w Polsce. No cóż, początek lat dziewięćdziesiątych był czasem przebudzenia, my byliśmy młodzi i głupi, nie mieliśmy rodzin na utrzymaniu, więc mogliśmy ryzykować. Z mnogości fantastycznych idei udało nam się zrealizować właściwie tylko jedną – "Awanturę". Jednak i w tym wypadku ledwie posmakowaliśmy, czym jest robienie magazynu komiksowego a już musieliśmy przełknąć porażkę i to niekoniecznie z własnej winy i nieudolności. W końcu musieliśmy rozwiązać spółkę.

Bydgoszcz jest obecna na komiksowej mapie Polski od chwili, kiedy zamieszkał w niej Jerzy Wróblewski i nic nie zapowiada, żeby coś miało nas wykluczyć z obiegu. Nie wiem, czy obecnie w bydgoskim "plastyku" dojrzewa następna fala komiksiarzy, ale jest "Grupa Trzymająca Pędzle" i parę osób skrywających się jeszcze w cieniu... Póki co my wszyscy, których nazwiska są obecne na komiksowej giełdzie mamy wciąż co nieco do zaprezentowania. Bywa, że nam się nie chce, jak dawniej. Bywa, że łupie nas w krzyżu, bywa, że narzekamy i tłumaczymy się depresją lub mamy inne obowiązki, ale póki bladym świtem kostucha nie zastuka kosą do naszych drzwi...

Chciałem zapytać o Twój debiut, bo przygotują się do tego wywiadu, nic nie mogłem znaleźć na ten temat…

W zasadzie debiutów miałem kilka. Pierwszy, to historyjka "Sniper", opublikowana w naszym licealnym zinie "Supernova". Drugim, profesjonalnym (umowa, pieniądze etc.), choć nie zwieńczonym publikacją, mogła być adaptacja jednego ze scenariuszy serialu animowanego "Zaczarowany ołówek". Niestety łódzki oddział KAW, który miał być wydawcą był o krok od likwidacji i zrezygnował z owego tytułu. Rzutem na taśmę debiut albumowy w tym wydawnictwie zaliczył Romek Maciejewski, który opublikował w 1991 roku komiks "Władcy Wielkich Nizin". Trzeci, właściwy debiut, to historyjka "Marzenie" w "Awanturze". Po drodze realizowałem jeszcze dwa komiksy, z których jeden "Alderan" dosłownie otarł się o druk, za sprawą Tomka Marciniaka. Drugi był zadaniem niezwykle ambitnym i miała to być - uwaga!!! – "Ewangelia wg św. Jana", z bardzo odważnym, symbolicznym wizerunkiem Jezusa.

Samo zaistnienie w światku komiksowym miało miejsce jeszcze przed tym pełnoprawnym debiutem w "Awanturze". W Szczecinie, w roku 1989, na imprezie "Światy Fantastycznych Komiksów" Studio Komiks Polski pojawiło się z wystawą komiksową i nawet sprzedawaliśmy nasze kserowane plakaty i broszurki. Najważniejszą sprawą, jaką pamiętam z tego wypadu było zawarcie znajomości z Jurkiem Szyłakiem oraz wpatrywanie się z zachwytem w prace Sławka Wróblewskiego i Marka Wdziękońskiego. Chyba nie przesadzę, jak powiem, że to wszystko miało kolosalny wpływ na nasze myślenie o komiksie i kolejne działania. Mam wrażenie, że również Jurek był bardzo szczęśliwy z faktu spotkania nowych maniaków i twórców komiksu. Czuliśmy, że coś zaczyna się dziać, że nadchodzący czas będzie dla komiksu łaskawszy. Jeszcze wcześniej poznałem korespondencyjnie Witka Tkaczyka, co również miało poważny wpływ na moje komiksowe losy.

Na początku lat dziewięćdziesiątych komiks polski próbował się odnaleźć w nowych warunkach rynkowych. Próbowano z różnymi formułami, szukano sposobów, jak dotrzeć do czytelnika z rodzimymi produkcjami. Ty do tych starań i poszukiwań dołożyłeś swoją cegiełkę, byłeś bowiem redaktorem naczelnym "Awantury", której losy były dość burzliwie. Mógłbyś opowiedzieć, jak skończyła się awantura z "Awanturą"?
Od pierwszych rozmów dotyczących SKP wiedzieliśmy, że naszym podstawowym celem jest założenie "Awantury" i to się udało. Mam wielką słabość do magazynów komiksowych od czasów "Relaksu" i "Alfy". Wydaje mi się, że na naszym rynku bardzo brakuje silnego, odważnego, opiniotwórczego pisma. Zdaje sobie sprawę, że tak u nas, jak i na świecie bywa z tym różnie, w ogóle z magazynami (w dobie internetu) bywa ciężko, ale moja świadomość komiksowa kształtowała się na legendzie magazynów: "Metal Hurlant", "Heavy Metal" i innych. "Awantura" miała być kompilacją tych wzorców z dziedzictwem "Relaksu". Głęboko wierzę, że to przedsięwzięcie mogło się udać i przetrwać długie lata. Nie bawię się w analizy rynku, bo nie mam o tym pojęcia, ale mam niespełnione jeszcze do końca marzenie. Zaryzykowałbym wiele gdyby tylko pojawiła się inicjatywa stworzenia magazynu komiksowego, odpowiadającego moim wyobrażeniom. Nie powstrzymałoby mnie wspomnienie o wydawcy "Awantury", od którego niemal siłą wyciągaliśmy zaległe honoraria i który w końcu uciekł za granicę.
W latach dziewięćdziesiątych rysowałeś dla właściwie wszystkich liczących się komiksowych periodyków - "AQQ", "Czasu Komiksu", "Komiks Forum", "Qriozum", żeby wymienić tylko kilka. Jak wspominasz tamte czasy, kiedy nasz rynek był zdominowany przez zeszyty serwowane przez wydawnictwo TM-Semic z perspektywy polskiego twórcy komiksowego?
TM-Semic oferował obcowanie z komiksem, którego prawie nie znaliśmy i odbierałem jego istnienie, jako oznakę normalizacji rynku. Nie zapałałem ślepą miłością do bohaterów w trykotach, ale kupowałem wiele serii i obserwowałem, co mają do pokazania amerykańscy rysownicy. Propozycja tego wydawnictwa była dla mnie świetną okazją na poznawaniem nowego świata. Jestem wdzięczny Semikowi, że przybliżył mi takich rysowników jak: Portacio, Romita Jr., Bisley, Kelley Jones, Bolland, Larsen...

Moje myśli i plany koncentrowały się jednak na magazynach, które wymieniłeś, bo tam mogłem publikować, a w księgarniach wypatrywałem z utęsknieniem komiksów z europejskim rodowodem. Niestety wiele z nich dociera do nas zbyt późno a jeszcze więcej nie zagości w naszych księgarniach już nigdy.

Na "Produkt" przeznaczyłem osobne pytanie, bo ten magazyn odegrał niezwykłą rolę w rozwoju polskiego komiksu. Jak wspominasz okres współtworzenia tego, było nie było, kultowego magazynu i jego rynkowy sukces? Czułeś, że dzięki Wam polski komiks udało się reanimować?
Wspominam czas "Produktu" bardzo dobrze, chociaż uczestniczyłem aktywnie tylko w pierwszej fazie jego tworzenia. Początkowo pomysł Śledzia wydawał mi się szokujący, a przynajmniej bardzo niekonwencjonalny. W którymś momencie zdałem sobie sprawę, że jest czymś w rodzaju głosu pokolenia, nie mojego pokolenia i między innymi, dlatego później byłem tylko honorowym członkiem zespołu. "Produkt" odegrał niezwykłą, niepowtarzalną rolę w dotychczasowej historii polskiego komiksu. Był stymulatorem nowych trendów i zdarzeń. Sprawił, że underground stał się mainstreamem. Pod względem historycznego znaczenia, stawiam "Produkt" w jednym rzędzie z "Relaksem" a tuż obok "Świat Młodych" i "Fantastykę" (z komiksową mutacją).

Za sprawą "Produktu" polski komiks nabrał nowych kolorów, ale nie odbieram tego jako reanimacji, bo nie uważam żeby to, co robili twórcy komiksów "przed Śledziem" umarło. Odbiorcy i autorzy się zmienili, ale wciąż jest duża przestrzeń do zagospodarowania dla starej gwardii. Dobry przykład to chociażby Tomek Tomaszewski, który jest ciągle aktywny i konsekwentnie trzyma się swojego komiksowego świata.
W swoim życiorysie masz również akcent amerykański i chyba nie pomylę się bardzo, nazywając Andrzeja Janickiego pierwszym Polakiem, który publikował w Ameryce....
Mam również tzw. epizod litewski, ale ten amerykański jest zdecydowanie ciekawszy. Publikację w małym wydawnictwie Comics Conspiracy sprowokował Krzysztof Mirowski, który w ramach Produkt Crew zajmował się między innymi kontaktami zagranicznymi (jak to profesjonalnie brzmi!). Krzycho wymienił kilka maili z obecnie nieżyjącym Dougiem Miersem, który napisał, że byłby zainteresowany okazjonalnym rysunkiem i być może dalszą współpracą, z którymś z produktowych autorów. Krzycho natychmiast pomyślał o mnie, ja się zgodziłem na wynagrodzenie w postaci piętnastu egzemplarzy autorskich i poszło. Ot, przygoda, ale w CV ładnie wygląda.

Mógłbyś rozwinąć kwestię epizodu litewskiego...
Tomek Marciniak, jako prezes Studia Komiks Polski, próbował rozsławiać markę polskiej twórczości komiksowej poza granicami naszego kraju i zawarł znajomość z Rolandasem Maskoliunasem, znaną postacią w litewskim światku miłośników fantastyki. Rolandas był jednym z redaktorów magazynu fantastycznego "Kaukas". W premierowym numerze pisma, w 1991 r. poświęcił trochę miejsca informacji o "Lenkijos Komikso Studija" oraz zamieścił moją i Tomka czterostronicową historyjkę "Geneza". Magazyn miał nakład 40 000 egz., ale na szczęście do Polski trafiło ich zaledwie kilka. Na szczęście, ponieważ już wtedy uważałem ten komiks za wyjątkowo paskudny. Materiał, o SKP ilustruje za to plansza z mojej znacznie lepiej narysowanej, ale starszej o dwa lata opowiastki "Quo Vadis, Leono?". Bezcenną pamiątka po tej publikacji są nasze nazwiska w litewskim zapisie: Tomašo Marciniako i Andžejaus Janickio.

Jak z Twojej perspektywy wygląda obecnie polski rynek komiksowy? Czy młodym twórcom jest teraz łatwiej, czy trudniej się przebić, niż w Twoich czasach, kiedy na rynku co i rusz pojawiały się i znikały magazyny komiksowe?
Sądząc po przykładzie dziewiętnastoletniego Marcina Podolca i jego debiucie w oficynie z dobrą marką, jest o niebo łatwiej. Nawet wydanie własnym sumptem profesjonalnego od strony edytorskiej zinu wydaje się nie być ogromnym wysiłkiem np. dla grupy twórców, a o możliwościach zaistnienia w internecie w ogóle nie ma co gadać. Mamy także sporo konkursów komiksowych powiązanych z publikacjami, są imprezy i festiwale. Z pewnością można się pokazać w różnych miejscach, wliczając w to media.

Jest też druga strona medalu. Polski komiks, to małe nakłady, kulawa dystrybucja, marne wynagrodzenia dla twórców - rynek właściwie nie istnieje. SF, fantasy, kryminał, sensacja, horror, komiks dla dzieci... Tak naprawdę, żaden z gatunków u nas nie funkcjonuje w publikacjach. Nasz rynek, to komiksy "w służbie" - historii, prezydentów miast, instytucji i reklamy, oraz pomysły mniej lub bardziej undergroundowe i humorystyczne. Reszta jest ugorem, na którym bardzo rzadko wyrastają kwiatki pokroju "Łaumy", czy "Mikropolis". Mam wrażenie, że autorów nic nie popycha do kreowania nowych światów, bohaterów, wciągających opowieści, ciekawej wizji plastycznej, poszukiwań w obrębie języka komiksu, nie mają twórczego natchnienia. Oczywiście, do tego potrzebna jest również inicjatywa wydawnictw. Wola poszukiwania takich projektów, jakaś forma zachęty z ich strony, aby twórcy dostrzegli szansę, uchylone drzwi i nie chowali swoich konceptów w szufladzie lub po prostu zaczęli coś fajnego rysować.

No tak, pomarudziłem sobie jak zgorzkniały dziad. Chyba na MFK nikt nie będzie chciał się ze mną napić…
Nie masz może wrażenia, że jesteś reprezentantem trochę przegranego, polskiego pokolenia? W normalnych warunkach i na normalnym rynku, bibliografia takich twórców jak Ty, Jerzy Ozga, Przemek Truściński powinna pękać od serii i albumów. Nie jest tak - czy przez to czujesz się twórcą w jakimś stopniu niespełnionym?
Marzyło mi się zarabianie na rysowaniu świetnych komiksów i spokojna egzystencja, może okraszoną szczyptą zainteresowania i popularności. Obecnie komiksy rysuję rzadko i nie sądzę by weszły one do kanonu literatury obrazkowej. Mimo tego, czułbym się niespełniony gdybym był postacią zupełnie anonimową. Mogę zatem mówić tylko o pewnym rozczarowaniu. Myślę, że autorzy, których wymieniłeś i jeszcze kilku innych miewają podobne odczucia. Każdego z nas stać na więcej. Nie widać tego z wielu powodów, ale warunki pracy odgrywają istotną rolę.

Ja potrzebuję także innego napędu, impulsu. Mógłbym publikować więcej, ale nie chcę rysować byle czego i byle jak. Rezygnuję z różnych propozycji, bo gdy zapoznaję się z ich szczegółami, skrzydła mi natychmiast opadają. Niestety, czasami nie ma wyjścia i trzeba coś mało interesującego narysować, dla kasy. Gdy zarobek jest symboliczny lub żaden chciałbym, aby to, co robię było przynajmniej ciekawe, miało jakąś wartość i znaczenie lub mnie samego bawiło w trakcie mazania ołówkiem, szukam odpowiedniej motywacji. Może gdybym rysował szybciej, w jakimś luzackim, "śledziowym" stylu, gdyby tworzenie nie było dla mnie dużym wysiłkiem, traktowałbym to inaczej. Tak nie jest, więc wolę po raz sto dwudziesty czwarty obejrzeć "Blade Runnera" i czekam na kolejną okazję.

Jako autor w swojej karierze nie współpracowałeś ze zbyt wieloma scenarzystami. Z czego to wynikało?
Początkowo wszyscy staraliśmy się być samowystarczalni i oczywiście, realizowanie własnych pomysłów pozwala na większą swobodę. Korzystanie z cudzych scenariuszy oznaczało przeważnie ciągłe kompromisy. To akurat jest mi bliskie, jako zodiakalnej Wadze, ale bywa obciążeniem. Poddaje się dyktatowi scenariusza, kiedy realizuję jakieś zlecenie, lub sam nie mam nic do powiedzenia w danym temacie, a zadanie muszę wykonać. Jednak zawsze staram się wtrącić do pomysłu coś od siebie... By rysowało się lepiej. Chętnie poczytałbym jakieś scenariusze, ale wolę nic nie obiecywać, bo najpierw muszę w takim tekście znaleźć coś, co sprawi, że będzie mi się chciało rysować, choćby jedną scenę. Właśnie zdałem sobie sprawę, że chyba nie jestem łatwy we współpracy.

Inna rzeczą jest współpraca z Jackiem Michalskim, bo wespół ze swoim bydgoskim rodakiem masz na koncie sporo publikacji. Możesz opowiedzieć, jak doszło do założenia Waszej dwuosobowej spółki autorskiej? Jak wyglądała współpraca, które z komiksów, które razem zrobiliście wspominasz najlepiej?
Wspominałem już, że Jacka znam od dzieciństwa i to nie z biegania za piłką po boisku, choć i to zdarzyło się kilka razy, ale właśnie od strony komiksowej. Zawsze fascynowały mnie jego możliwości rysunkowe i swobodne podejście do komiksowej planszy. Czasami wybierałem któryś z jego ołówkowych lub długopisowych szkiców, znajdując w nich coś interesującego i brałem na swój tuszowo – farbkowy warsztat, a Jacek się godził, bo uważał, że ten bazgroł do niczego się nie nadaje. Bywało, że Jacek "wypalał" się na etapie ołówkowym i nie miał ochoty ciągnąć pomysłu dalej, a mi chodziło po głowie wykorzystanie owego obrazka do jakichś celów. Innym razem oferowanie współpracy Jackowi było sposobem na zachęcenie go do zajęcia się projektem. Ostatnio ("1981: Kopalnia Wujek" i "Doczekać świtu" w antologii "11/11= Niepodległość"), współpracowaliśmy z czysto praktycznych względów, by komiks powstał w terminie, chociaż muszę wspomnieć, że namawiani byliśmy do tego przez Witka Tkaczyka, któremu nasze wspólne rysowanie bardzo odpowiada. Za szczytowe osiągnięcie naszej spółki uznaję komiks "Aurora - W przebraniu" (Czas Komiksu). Świetnie mi się tę historyjkę wymyślało, potem inkowało i co najważniejsze odbiór warstwy rysunkowej był znakomity.

Komiksiarze związani ze środowiskiem bydgoskim zwykle bardzo cenią sobie twórczość Jerzego Wróblewskiego. Ty, bezpośrednio zaangażowałeś się w propagowanie spuścizny tego zmarłego klasyka polskiego komiksu. Mógłbyś powiedzieć nieco więcej o tej inicjatywie oraz o tym jak wyglądało to ze strony praktycznej, jak i o swoim stosunku do Wróblewskiego?
Moje zainteresowanie Jego twórczością miało wzloty i upadki. Były chwile, że pociągały mnie skrajnie różne komiksy i kreska, lecz miałem to szczęście, że poznałem Jerzego Wróblewskiego i nawet współpracowałem z nim przez (zbyt krótki) moment. Poznałem też córkę i syna. W ten sposób, po jego śmierci, zostałem kimś w rodzaju ich łącznika z komiksowym światem. Zaczęło się od pracy magisterskiej Marcina Jaworskiego, poświęconej twórczości Wróblewskiego. Kilka lat później poznałem Macieja Jasińskiego, któremu w pewnym momencie wykiełkował w głowie pomysł napisania książki o "Mistrzu z Bydgoszczy". Przekonywanie Magdy, córki Jerzego Wróblewskiego, że Jasiński nie jest złodziejem, naciągaczem i oszołomem zajęło nam trochę czasu. W końcu mógł się dobrać do archiwum rodzinnego i przetrząsnąć je po wielokroć. Nie ma teraz na świecie osoby, która wiedziałaby więcej o życiu i twórczości Pana Jerzego, niż Maciej. Nawet jego najbliżsi nie mają tak pełnej i usystematyzowanej wiedzy w tym temacie.

Konsekwencją naszych spotkań były także plany dotyczące wykorzystania spuścizny po zmarłym. Maciej pomógł Magdzie uporządkować wszystkie kwestie prawne i można było zacząć realizować któryś z możliwych do wykonania pomysłów. Nie jest łatwo, bo nasz rynek komiksowy to wielce nieprzyjazny grunt, ale być może małymi krokami, przy dużej cierpliwości Magdy, uda się podtrzymywać pamięć o Jerzym Wróblewskim. Tradycja komiksowa w Polsce nie przytłacza swoim bogactwem, dlatego powinniśmy dbać o budowę fundamentów dla naszych komiksowych oczekiwań i marzeń (czysty patos, prawda?).
Dysponujesz bardzo charakterystyczną kreską, którą nie sposób pomylić z nikim innym. Jakie są Twoje komiksowe (i nie tylko!) inspiracje. Jacy twórcy, graficy, dzieła wywarły na Tobie wpływ?
W moich pracach można odszukać wiele wpływów, ale cieszę się, że rysując w różnych konwencjach udaje mi się zachować pewną rozpoznawalność. Jest grupa rysowników, których robota budziła mój zachwyt od pierwszego spojrzenia: Saudek, Moebius, Bilal, Bisley, McMahon, Barry Windsor Smith, Bolland, Mignola, Hewlett, Toppi... Są autorzy, których kreskę pokochałem niemal wyłącznie za pośrednictwem internetu: Carlos Gimenez, Palacios, Alex Nino... Ci, których cenię za niektóre komiksy: Miller, Kelley Jones, McKeever, Druillet... Jest cała rzesza klasyków amerykańskiego komiksu i ilustracji: Frazetta, Wrightson, Mort Drucker, Jack Davis, Kurtzman, Leyendecker... Ciągle odnajduję jakieś świeże inspiracje, wciągam jak gąbka. Na naszym gruncie również mam swoich faworytów - od Wróblewskiego, Baranowskiego i Rosińskiego, przez Gawronkiewicza, Rebelkę i Śledzia po malarstwo Beksińskiego, Dudy-Gracza oraz grafiki Starowieyskiego i Kobylińskiego. Lista jest naprawdę bardzo długa.

Mógłbyś zdradzić tajniki swojego warsztatu? Wcześniej wspominałeś o potrzebie impulsu, ale jak to w praktyce wygląda? O jakiej porze pracujesz? Jakich narzędzi używasz?
Wypróbowałem przez lata wiele narzędzi do rysowania – długopisy, pędzelki retuszerskie, bambusowy patyk, rapitografy, ArtPeny, piórka (najchętniej) i od kilku lat (pod wpływem Śledzia) różne pisaki. Najczęściej używam permanentów (Faber – Castell, Stabilo i Pentel), które mocno wsiąkają w papier i dzięki temu kreska nie zanika po gumkowaniu (gumka Pentel Hi – Polymer, wyłącznie), a szkicuję miękkimi ołówkami, dosyć mocno i naprawdę jest co ścierać. W kwestii papieru nie jestem szczególnie wybredny, moim ulubionym jest zwykły blok techniczny Canson, format A3.

Kiedy zacząłem swoje rysunki obrabiać w komputerze nie tylko moja kreska się zmieniła, ale także przestałem przywiązywać szczególną wagę do tego, czym i na czym rysuję. Coraz częściej zdarza mi się pomijać etap "tuszowania" i finalny rysunek powstaje na bazie skanowanego ołówkowego szkicu wykonanego na byle kartce, chociaż używam wysłużonego tabletu firmy Pentagram. Kolor nakładam wyłącznie w komputerze, już nie pamiętam, kiedy ostatnio malowałem "analogowymi" farbkami. Nie mam wypasionego stanowiska pracy, często rysuję "na kolanie".

Pracuję w różnych porach, chociaż nocek staram się nie zarywać. Jeżeli mi bardzo zależy, lub termin goni, to rysuję/dłubię w Photoshopie nawet w niedziele i święta, od 9 do 24, z przerwami na posiłki i spacery z pieskiem. Niestety systematyczna praca nie jest moją mocną stroną, poddaje się nastrojowi chwili. Największą zaletą bycia rysownikiem komiksów jest to, że za pracę można uznać czytanie i oglądanie komiksów oraz filmów.

Czy w zaciszu domowego studia pracujesz nad jakimś projektem, przygotowujesz jakieś nowe przygody dla wymyślonych przez siebie bohaterów, Aurory na przykład?
Nie... Aktualnie mam doła i próbuję to swoje rysowanie jakoś inaczej poukładać.

Andrzej Janicki - rysownik i scenarzysta komiksowy, urodzony 8 października 1966 w Bydgoszczy. Absolwent Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Bydgoszczy. Współtwórca i redaktor naczelny magazynu "Awantura" (1990-1991). Jego prace publikowano w licznych periodykach komiksowych - "Czas Komiksu", "AQQ", "Komiks Fantastyka", "Komiks Forum", "Zeszyty Komiksowe" i "Produkt" - żeby wymienić tylko te najważniejsze. Autor ilustracji w albumach "1981: Kopalnia Wujek (2006), "Solidarność - 25 lat: Nadzieja zwykłych ludzi" (2005), jego pracę można również znaleźć w antologii "Człowiek z próbówce" (2004).

poniedziałek, 19 lipca 2010

#507 - John Constantine: Hellblazer - Łajdak u piekła bram

"John Constantine: Helblazer" jest najdłużej, nieprzerwanie wydawanym serialem komiksowym pod szyldem Vertigo, imprintu DC Comics prezentującego komiksy przeznaczone dla dojrzałego czytelnika. Jego premierowy zeszyt ukazał się pierwszego stycznia 1988, a tytuł dziś powoli dobija do trzeciej setki (w sierpniu ma ukazać się 268. numer). "Hellblazer", przy którym pracowały takie komiksowe tuzy, jak Garth Ennis, Warren Ellis, Brian Azzarello, Grant Morrison, Neil Gaiman, Peter Milligan czy Paul Jenkins, jest jedną z najważniejszych pozycji w historii amerykańskiego komiksu. W czasach, kiedy historyjki obrazkowe zaczęły opowiadać o czymś innym, niż tylko ubranych w kolorowe trykoty superherosach, antybohater w przybrudzonym prochowcu i papierosem w kąciku ust miał do odegrania ważną rolę.
John Constantine, wymyślony przez Alana Moore'a na potrzeby "Swamp Thinga", to komiksowa matryca antybohaterstwa. Czerpiący z najlepszych noirowych wzorców swoim wyglądem przypomina bohaterów książek Hammeta czy Chandlera – w startym prochowcu, jeśli nie jest pijany, to leczy kaca, ćmiący swoje ulubione "Silk Cuty". To typowy "facet z przeszłością". John jest jednym z najpotężniejszych mistyków na ziemi, ale wcale nie korzysta ze swoich możliwości by strzec ludzkości przed magicznymi zagrożeniami z innych wymiarów. Ma sporo własnych problemów na głowie. Popaprane związki, nierozwiązane problemy, mniejsze i większe grzeszki. Constantine lubi dobrze się zabawić, wypić, wdać w bójkę w barze. To cham, cynik i łajdak, który w swojej arogancji zrobił durnia z samego diabła. W "Łajdaku u piekła bram" rogacz, czy raczej Pierwszy Wśród Upadłych powraca, by się zemścić. Aby dopiąć swego jest gotów rozpętać małe piekło na ziemi, ale John ma nieco inne plany…

Zanim Garth Ennis zmierzył się z szeregiem amerykańskich mitów w "Kaznodziei", szlifował swój warsztat pisząc o pewnym gburowatym Angolu. Przy okazji przemycał, głównie dzięki Kit, wielkiej miłości Constantine'a, nieco wątków dotyczących jego rodzimej Irlandii. Tej ze stolicą w Belfaście. Małym, zapyziałym państewku rozdzieranym kolejnymi zamachami terrorystycznymi, zamieszkami na tle rasowym, której największą atrakcją turystyczną są puby, a towarem eksportowym Guinness. Tam wręcz nie wypada być trzeźwym. Trudno więc się dziwić, że "Hellblazer" (mimo, że dzieje się we właściwie wszystkich większych miastach Wielkiej Brytanii) pełen jest gniewu, złości, pijackiej agresji, rodzinnych tragedii i życiowych rozbitków. Obraz rodzimego kraju (i w ogóle Wysp) kreślony przez Ennisa jest jednym z najciekawszych elementów komiksu. Obok, rzecz jasna, jego tytułowego bohatera.

Fabularnie komiks nie prezentuje się rewelacyjnie. Pióru Ennisa brakuje lekkości, fabuła momentami zgrzyta, ale nie brakuje naprawdę mocnych, świetnie rozpisanych scen. Moment, w którym John zmierza na spotkanie z Diabłem po schodach starej kamienicy naprawdę budzi grozę.

Rysownik Steve Dillon jest etatowym współpracownikiem Gartha Ennisa. Czy pracowali przy "Preacherze", czy "Punisherze", zwykle cały splendor spływał na scenarzystę. O grafiku ledwo, co się wspominało, a jak już to robiono, to bagatelizowano, a nawet krytykowano jego wkład. Rzeczywiście, Dillon do wirtuozów ołówka się nie zalicza, ale jako ilustrator opowieści Ennisa sprawdza się doskonale. Daleko mu do rozbuchanych i kolorowych grafik rodem z najnowszych produkcji Marvela czy DC, ale ze swoim surowym, prostym i na swój sposób realistycznym stylem, doskonale nadaje się do ilustrowania brudnych uliczek Belfastu i zakazanych ryjów typów po nich przemykających.

Na zakończenie warto chyba zastanowić się, jaki będzie dalszy los Constantine'a w naszym kraju. W oficjalnych zapowiedziach Egmontu na ten rok brak jakichkolwiek informacji na ten temat. Z runu Gartha Ennisa polski edytor opuścił album "Bloodlines" (podobnie zresztą, jak zrobił to wydawca amerykański), a całość współpracy Irlandczyka z Constantinem zamyka (nie licząc występu w albumie "Rare Cuts", w towarzystwie prac Delano i Morrisona), "Son of Man". Na chłopski rozum wydawałoby się, że któraś z tych dwóch pozycji powinna ukazać się jako następna, ale nie zdziwiłbym się gdyby na rynku pojawiły na przykład albumy autorstwa Ellisa lub Azzarello (uznawanego za najlepszego z hellblazerowych pisarzy). Niech tylko jakieś się ukażą, bo pojawiły się plotki, że Egmont zamierza zrezygnować z "Hellblazera"...

niedziela, 18 lipca 2010

#506 - Trans-Atlantyk 96

Początek tygodnia upłynął pod znakiem dobrej i złej wiadomości - obie one miały coś wspólnego z imieniem Harvey. Zacznę od tej dobrej: kilka dni temu ogłoszono nominacje do tegorocznych Harvey Awards, które od 1988 roku przyznawane są twórcom komiksowym przez twórców komiksowych w 22 kategoriach, a do każdej nominowanych jest pięciu lub sześciu komiksiarzy / komiksów. Polskiego czytelnika mogą zaciekawić nominacje dla Roberta Kirkmana jako Najlepszego Scenarzysty za wydawaną i u nas przez Taurus Media serię "Żywe Trupy", Roberta Crumba jako Najlepszego Artysty za "Book of Genesis" czy Mike'a Mignoli jako Najlepszego Twórcy Okładek. Ponadto wspomniane "Żywe Trupy" są jedną z sześciu serii, które ubiegać się będą o tytuł Najlepszej Serii Kontynuowanej / Mini-Serii, gdzie jednym z konkurentów dla Ricka Grimesa i spółki będzie inny komiks Roberta Kirkmana, hitowy "Invincible"! Ciekawie zapowiada się również rywalizacja w kategorii Najlepszej Antologii - tam zmierzy się m.in. marvelowe "Strange Tales" z "Wednesday Comics" DC. Swoje może też ugrać pełne wydanie "Opowieści z Hrabstwa Essex" Jeffa Lemire'a (timof comics, 2009), które nominowane jest do tytułu Najlepszej Wcześniej Publikowanej Powieści Graficznej, jak również Brian Lee O'Malley za piątą część przygód Scotta Pilgrima (Specialna Nagroda za Humor), którego pierwsze przygody pojawią się u nas prawdopodobnie pod koniec tego roku za sprawą Kultury Gniewu. Natomiast w kategorii Najlepsza Amerykańska Edycja Zagranicznego Materiału nominowany jest m.in. "Pluto", do którego przymierza się Hanami. Zwycięzców poznamy 28 sierpnia podczas Baltimore Comic Con, a galę wręczenia nagród poprowadzi drugi rok z rzędu Scott Kurtz ("PvP", Image Comics)! (ŁM)

Smutna wiadomość jest taka, że w poniedziałek 12 lipca zmarł Harvey Pekar - twórca komiksowy, znany głównie z autobiograficznej serii "American Splendor", która doczekała się również ekranizacji. Seria ta zadebiutowała w 1976 roku, kiedy to za scenariusz odpowiadał Pekar, a grafiką zajął się Robert Crumb, żyjąca legenda komiksu undergroundowego a prywatnie również przyjaciel Harveya. Później przy "American Splendor" współpracowali z Pekarem tacy twórcy jak chociażby Alison Bechdel, Alan Moore czy Joe Sacco. Oprócz tej serii twórca urodzony w 1939 roku wydał m.in. komiks "Our Cancer Year" (przy którym pomagała mu trzecia żona Joyce Brabner) i który opowiadał o jego walce z rakiem. Harvey, spoczywaj w pokoju. (ŁM)

"Greek Street", seria która zadebiutowała w Vertigo we wrześniu ubiegłego roku i za której scenariusz odpowiada Peter Milligan, dosyć niespodziewanie zakończy swój żywot wraz z numerem 16, który do sklepów zawita najprawdopodobniej w październiku tego roku. To już trzeci taki "wybryk" włodarzy wydawnictwa w ostatnim czasie - najpierw zadecydowano o zakończeniu serii "Air" (G Willow Wilson/M.K. Perker), a następnie posłano do piachu tytuł "Unknown Soldier" (Joshua Dysart/Alberto Ponticelli). Zadecydowała najprawdopodobniej sprzedaż, która w przypadku zeszytów Vertigo nigdy nie stoi na wysokim poziomie (pomijając kilka topowych serii) - znacznie lepiej w tym przypadku radzą sobie wydania zbiorcze. Pytanie co pójdzie w ślady "Greek Street" i reszty? "Sweet Tooth"? "Scalped"? "Northlanders"? Czy ktoś prowadzi zakłady? (ŁM)
 
Vertigo ogłosiło, że od października w ramach "Vertigo Resurrected" będzie publikowało komiksy, które z różnych przyczyn wcześniej nie mogły ujrzeć światła dziennego i zostały usunięte z grafików wydawniczych przez redaktorów. Pierwszą pozycję z tego cyklu będzie historia, która pierwotnie miała być 141. odcinkiem "Hellblazera". Komiks zatytułowany "Shoot" napisany przez Warrena Ellisa i zilustrowany przez Phila Jimeneza miał dotykać delikatnego problemu broni palnej używanej w amerykańskich szkołach. Zeszyt miał się ukazać tuż po tragicznych wydarzeniach z Columbine, lecz Paul Levitz kazał zmienić scenariusz. Ellis się na to nie zgodził i zrezygnował z pracy na "Hellblazerem". "Vertigo Resurrected" daje nadzieję, że wreszcie światło dziennie ujrzą prace Briana Azzarello, Granta Morrisona i innych niepokornych komiksiarzy, które z różnych powodów były odrzucone przez ich wydawców. Idea bardzo zacna, choć nietrudno rozszyfrować powody, z jakich DC Comics zdecydowało się na taki krok... (KO)
  
W pierwszym tygodniu sierpnia w australijskim Sydney Opera House odbędzie się nowy festiwal poświęcony komiksowi, animacji i innym formom graficznej narracji. Atrakcje? Neil Gaiman będzie czytał fragmenty swojej nowej, jeszcze nie publikowanej książki "The Truth is a Cave in the Black Mountains" w głównej hali koncertowej. Eddie Campbell przygotuje obrazkową historię australijskiego kwartetu smyczkowego FourPlay, która nagra specjalną ścieżkę dźwiękową do jego utworu. Pojawi się Kevin Smith, odbędzie się przedstawienie na podstanie "Przybysza" Shauna Tana z muzyką, graną na żywo przez Orkestra of The Underground Bena Walsha, a projekcję "Akiry" ubarwią aranżację Regurgitatora. Brzmi to o wiele bardziej zachęcająco, niż planowane atrakcje w San Diego. (KO) 
 
Już wkrótce Hell`s Kitchen stanie się polem bitwy pomiędzy Daredevilem, a jego przyjaciółmi, którzy będą zmuszeni go powstrzymać. Ja tymczasem dogrzebałem się do informacji o projekcie "Daredevil: The Last Days", niezrealizowanym do tej pory. Ta sześcioczęściowa mini-seria miała być ostatnią historią z Mattem w roli głównej, bliska marvelowskiej linii "The End". Jej scenarzysta, Brian M. Bendisa, chciał, aby był opowieścią kanoniczną, bliską temu, co Frank Miller zrobił z Batmanem w "Dark Knight Returns". W pisaniu miał go wspomóc David Mack, oprawą graficzną mieli się zająć Klaus Janson i Bill Sienkiewicz, a okładkami – Alex Maleev. Pierwotnie projekt miał zostać zrealizowany pod koniec 2007 roku, jednak został zarzucony z nieznanych przyczyn. Pewnie miało to coś wspólnego z tym, że Bendis zaczął pisać przygody kolesi w kolorowych trykotach... (KO) 
 
Logan bardzo przyzwyczaił się do występowania w kilku seriach na raz i jedna seria ongoing to na jego możliwości dość skromny wynik. Nie minęło nawet kilka tygodniu od ustalenia nowego porządku wśród wolverinopodobnych tytułów, a Dom Pomysłów zapowiedział kolejną serię z jego udziałem. Pierwszy numer "Wolverine: The Best There Is" ukaże się zimą. Scenariuszem zajmie się Charlie Huston ("Moon Knight"), a rysunkami – Hiszpan Juan Jose Ryp ("Frank Miller's RoboCop", "Black Summer"). Huston, który zajmuje się również prozą, trzeźwo zauważa, że ciągła eksploatacja wątków z przeszłości Rosomaka i co i rusz wyciąganie kolejnych przeciwników, którymi najczęściej są wojownicy ninja, byli koledzy z Weapon X lub klony Sabretootha, stała się już groteskowa. W swojej serii chce zaproponować coś świeżego - przedstawić nowych przeciwników (Contagion, Monark the Starstalker, The Unkillables), którzy będą naprawdę zagrożeniem dla życia Wolverine`a i nie będzie można ich tak łatwo poszatkować pazurami. Chce, żeby ton jego scenariuszów oscylował w kierunku tego, co z Batmanem zrobił Grant Morrison. Oprócz tego, że będzie krwawo (Huston obiecuje galony krwi), nie braknie również specyficznego humoru i surrealistycznego klimatu. Brzmi nieźle. (KO) 
  
Na łamach drugiego numeru komiksowego magazynu komiksowego "Comic Heroes" przeprowadzono wywiad z Alanem Moore`m. Co ciekawego do powiedzenia miał największy z komiksowych twórców ostatniego ćwierćwiecza, przynajmniej moim, skromnym zdaniem? Co lepsze kawałki przytacza serwis Bleeding Cool. "Szczerze wątpię, aby na dzisiejszym rynku ukazało się dzieło formatu "Strażników", bo nie sądzę, aby jakiekolwiek z dużych wydawnictw zdecydowało się na publikację takiego komiksu". To jeszcze nic - "Ostatnio nie czytam zbyt wielu nowych komiksów, choć wielokrotnie byłem kuszony różnymi pozycjami. Zdaje się, że utknąłem na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Z tego co widzę, przemysł komiksowy zupełnie nie jest zainteresowany rozwojem narracji graficznej". Za swoje wypowiedzi Moore jest oczywiście odsądzany od czci i wiary, zarzuca się mu megalomanie i ego rozrośnięte do niebotycznych rozmiarów, ale trudno odmówić mu racji, kiedy mówi, że obecnie rynek został zatkany przeciętnymi i miernymi pozycjami. W superhero od czasów "Daredevila" Bendisa i "Ultimates`ów" Millara nic ciekawego się nie dzieje, choć został jeszcze "Invincible" Kirkmana. Tylko nieco lepiej jest w materii tzw. "komiksu niezależnego", z którego co bardziej obiecujący autorzy (Jonathan Hickman, Jeff Lemire, Kieron Gillen) szybko rezygnują, by zająć się pańszczyzną dla majorsów. Szybciej, niż kiedyś. A może i ja już zaczynam marudzić jak dziadulek Moore i kręcą mnie tylko stare, zapomniane rzecz z Vertigo? (KO) 
   
Nie tylko Alan Moore ma dość. Scenarzysta z nieco innej półki, Mark Waid ("Kingdom Come", "52", "Superman: Birthright"), na swoim twitterze wyznał, że kończy z czytaniem komiksów superhero. "Moje kolekcja nie powiększy się o żaden nowy komiks. To nie wina jednego złego komiksu, który ostatnio przeczytałem. To wina serii dziesiątek, dziesiątków bardzo złych komiksów. Mam dość czytania tej samej historii przerobionej na sto różnych sposób w ciągu trzech lat". Waid bardzo szybko łagodził swoje stanowisko, wspominając o nazwiskach, które nie przynoszą wstydu branży (Morrison, Brubaker, Fraction), zapewniając o swojej dozgonnej miłości do "cape comics", ale niezbyt osłabiło to siłę jego oświadczenia. I nie mogę i jemu nie przyznać racji, że poziom mainstreamowych produkcji w ostatnich pięciu latach bardzo się obniżył. (KO) 
 
"Geek Honey of the Week"
(po kilku tygodniach przerwy powracamy z GHotW - na dobry początek pani, którą podesłał nam niejaki Gonzo. Dzięki!)

sobota, 17 lipca 2010

#505 - Komix-Express 46

Obchodom 600. rocznicy polsko-litewskiej wiktorii pod Grunwaldem towarzyszy komiksowy akcent. Z tej okazji ukazała się okolicznościowa antologia, powstała w ramach warsztatów City Stories organizowanych przy łódzkim MFKa we współpracy ze Stowarzyszeniem Twórców "Contur" i ze wsparciem Łódzkiego Domu Kultury. Dwujęzyczny (polsko-litewski) album "Grunwald 1410–2010" ukaże się podczas obchodów rocznicy bitwy, w dniach 15–17 lipca, na polach Grunwaldu. Całość będzie liczyła 204 strony i kosztowała 50 złotych, a wersję elektroniczną będzie można pobrać z tej strony. Autorzy spotkali się razem (o czym donosiliśmy w maju, news numer #1) w kwietniu tego roku, w okolicach miejsca, gdzie rozegrała się jedna z największych bitew średniowiecznej Europy. Wspólnie pracowali nad krótkimi historiami, które później weszły w skład publikacji. W projekcie udział wzieli: Gintaras Jocius (Litwa), Igor Baranko, Oleksij „Shakll” Czebykin (Ukraina), Vital Voranau, Włodzimierz Bludnik (Białoruś), Marek Szyszko, Henryk Jerzy Chmielewski, Przemysław Truściński, Grzegorz Janusz, Tomasz Piorunowski, Paweł Timofiejuk, Wojciech Birek, Marek Skotarski i Bartłomiej Kuczyński (Polska). Jak piszą organizatorzy - "Opowieści (...) przedstawiają historię z różnych perspektyw i w sposób charakterystyczny dla młodzieżowej kultury współczesnej". Hihi... (KO)
  
W ramach "Tygodnia Spawna" redaktorzy Newsaramy przeprowadzili szereg wywiadów z twórcami, którzy pracują przy serii stworzonej przez Todda McFarlane`a. W ich gronie nie mogło zabraknąć polskiego akcentu, rysownika Szymona Kudrańskiego, który stanął przed wielką szansą wybicia się na amerykańskim rynku. Przed nim, dzięki "Spawnowi" na szerokie wody wypłynęli tacy twórcy, jak Brian M. Bendis, Steve Niles, Alex Maleev czy Ashley Wood. Kudrański ma już na swoim koncie kilka mniejszych i większych rzeczy zrealizowanych za Oceanem, ale przejęcie regularnej serii po 200. odcinku będzie należało do najambitniejszych zadań w jego karierze. Szymon opowiada o swoim pierwszym kontakcie ze Spawnem, kiedy w 1997 roku wraz z kolegą ze świeżutkim, pierwszym numerem komiksu zostali wyrzuceni z kościoła podczas szkolnej wycieczki... O wiele ciekawiej przedstawia się historia o tym, jak Kudrańskiemu udało się przebić. Otóż Todd zobaczył ilustracje naszego rodaka na Twitterze i w tydzień później zaoferował mu współpracę. Zapowiada, że jego historie będą utrzymane w realistycznej tonacji i mrocznej stylistyce. Wspomina również o wielkim wpływie, jaki na niego wywarły prace McFarlane'a, dzięki któremu zobaczył, jak wiele w komiksie zależy od oprawy graficznej. W swojej pracy rysunkami zajmuje się kompleksowo - robi szkice i nakłada tusz. Numery 201., 202. i 203. są już gotowy i Kudrański pracuje nad kolejnymi zeszytami. Jak mówi, nie boi się podjąć wyzwania, nie obawia się krytyki i tego, jak jego prace będą odbierane. "Najważniejsze jest, aby ilustracje wyglądały tak, jak to sobie zaplanowałem" kończy. (KO)
 
Dość niespodziewanie, bez większego rozgłosu w polskiej sieci pojawiła się nowa strona poświęcona komiksowi. Na razie trudno powiedzieć coś więcej o magazynie W Otchłani Komiksu, oprócz tego, że jest prowadzony przez zespół enigmatycznie brzmiących nicków (redaktor naczelny Roztargniony Wilczur, Vivien, Dani, Siemasz oraz FvJ, który do ekipy dołączył po pewnym czasie) i jest wspierany przez growy serwis Checkpoint. Nie można również powiedzieć by byli rozpoznawania "w środowisku" i należeli do którejś z licznych komiksowych koterii - tylko na DC Multiverse pojawiła się krótka wzmianka o Otchłani. Chłopaki z WOK piszą nie tylko o komiksach, ale również o innych popkulturowych wynalazkach (filmach, grach) i zjawiskach (Cthulhu i Lovecraft mocno odcisnęli swoją obecności w komiksowej otchłani). Kolorowe Zeszyty życzą kolegom po fachu dużo samozaparcia i mnóstwa chęci. Powodzenia, chłopaki! (KO)
 
Pod koniec czerwca w warszawskiej Kawangardzie (ul. Wilcza 32) pojawiły się obrazy autorstwa Marcina Rusteckiego, byłego redaktora naczelnego TM-Semic, obecnie współpracownika Mucha Comics. Wystawa pod tytułem "Cosmo Brain" miała trwać od 1 do 15 lipca, ale z powodu dużej popularności, została przedłużona do 21 sierpnia. Na ścianach najsłynniejszej komiksowej kawiarni pojawiło się dwadzieścia jeden plansz malarskich, wykonanych w technikach mieszanych (olej i akryl na desce, akryl na płótnie). Prace Rusteckiego inspirowane były ikonografią, ufologią i światem superbohaterskim. Kolejną komiksową wystawą zorganizowaną przez Dariusza Cybulskiego (który zasłynął w komiksowym światku wiadomo czym) będzie prezentacja prac Nikodema Cabały. Wernisaż i spotkanie z rysownikiem "Biocosmosis" i "Pomidorowej" odbędzie się 24 lipca w Sensie Nonsensu (również stolica, ul. Wileńska 23). (KO)
  
W maju 2008 roku ukazał się pierwszy album "Zaczarowanej Altany", serii komiksowej opowiadającej o losach Bydgoszczy. Z reguły na Kolorowych Zeszytach unikamy pisania o tego typu publikacjach, ale utwór scenarzystki Ewy Karskiej i rysownika Sławomira Kiełbusa doczekał się już czwartego epizodu i prezentuje całkiem wysoki poziom. Czego akurat po tak doświadczonym rysowniku, jak Kiełbus, należało się spodziewać. Oprócz tego, że komiks ucząc bawi i bawiąc uczy najmłodszych o historii miast nad Brdą, jest naprawdę dobrze zrobiony, choć nie pozbawiony pewnych wad i mankamentów. W zesłym tygodniu ukazała się "Podróż Czwarta", którą można za darmo dostać w Wydziale Promocji Urzędu Miasta (aż do wyczeprania zapasów). (KO)  

Kajko i Kokosz powracają jako bohaterowie gry komputerowej. Na podstawie komiksu autorstwa Janusza Christy dzięki Wydawnictwu Dagiel i strudiu Honey Flavour powstanie klasyczna przygodówka typu point'n'click wzbogacona elementami zręcznościowymi. W grze "Kajko i Kokosz: Mirmiłowo Wielkie" ma nie zabraknąć charakterystycznego, christowego humoru. Fabuła gry będzie się obracać wokół machlojek kupca Hodona, który chce uczynić z Mirmiłowa wielką metropolię i zarządza ściągnięcie podatku na budowę zamku... A to dopiero początek zmian, przygód i serii niezwykłych zdarzeń, w których wezmą udział Kajko i Kokosz. Premiera planowana jest na koniec roku, a gra będzie przeznaczona dla użytkowników od lat pięciu do stu pięciu. (KO)

Z cyklu "komiks polski za granicą" - konkurs na komiks ekonomiczny fundacji FOR doczekał się wzmianki w obcojęzycznej prasie... w zasadzie to tak naprawdę tylko na blogu "Eastern Approaches", za to afiliowanym przy prestiżowym tygodniku "The Economist" - zatem to nie byle co. Entuzjastyczna wzmianka następuje pod koniec notki "Econo-comic Education" w której autor chwali innowacyjność pomysłu organizacji Leszka Balcerowicza i wróży świetlaną przyszłość tej formie edukacji ekonomicznej, przy okazji paląc puentę świetnego komiksu braci Surmów (zwycięzców I edycji konkursu). Wiadomo - sama idea edukowania w formie komiksu jest raczej dość powszechna. Przystępna forma, komunikacja oparta głównie na obrazie, często niewielka ilość tekstu (a czasem nawet i jego brak), krótka i wciągająca historia wykorzystana do przekazania podstawowych informacji – to wszystko umożliwia łatwiejsze przyswojenie poglądów Leszka Balcerowicza wiedzy nie tylko ekonomicznej, zgodnie z zasadą „uczyć bawiąc”. Jeden ze złośliwych komentatorów pod notką bezkompromisowo wypomina, że „educational comic books are good for idiots and children”. To prawda, że tego rodzaju publikacje rzadko kiedy zgłębiają temat - ale taka właśnie jest ich rola! Dać ogólne pojęcie, zarys sytuacji, bez wdawania się w niuanse mogące wprawić w konfuzję. W krótkiej formie komiksowej da się zasygnalizować jedynie podstawowe pryncypia ekonomii, samo FOR zaś ze swoją antologią i planami lekcji celuje przede wszystkim w szkoły podstawowe i gimnazja... i to na razie na tym poziomie edukacji wystarczy. Na zgłębianie podręczników ekonomii przyjdzie jeszcze czas. Zaś o samym konkursie Forum Obywatelskiego Rozwoju dyskutowaliśmy już wcześniej na łamach Kolorowych Zeszytów.. (RW)

piątek, 16 lipca 2010

#504 - The Batmans: Track 48 - Mateusz Suchecki

Telomateo, twórca poniższego Batmana, tak pisze o sobie: "Nazywam się Mateusz Suchecki. Urodziłem się w Warszawie w 1979 roku i od tamtej pory nieustannie w niej zamieszkuje. Obecnie pracuje w szkole podstawowej, gdzie zajmuje się żywieniem dzieci (organizuję pracę stołówki szkolnej). W wolnych chwilach rysuję (ilustracje, komiksy), robię zdjęcia, zajmuję się grafiką komputerową. Moje twory można obejrzeć na digarcie. Staram się również kilka razy w tygodniu znaleźć czas na sport. Moimi konikami są koszykówka i piłka nożna. W czasie kiedy nie robię w/w rzeczy: śpię, wykonuję drobne prace domowe, poświęcam nieco czasu na sprawy fizjologiczne, czytam, spotykam się ze znajomymi osobnikami i nawet gaworzymy sobie co nieco, a także wykonuję inne czynności, o których teraz nie pamiętam oraz dość często wyrażam się niepoważnie ;D" (KO)

Punkcik na swoim koncie może zapisać sobie Mikołaja Ratka, alias Skil, który świetnie skorzystał z podrzuconej podpowiedzi.

Powoli zbliżamy się do 50. Muzycznego Batmana, ale jak już gdzieś kiedyś wspomnieliśmy na jubileuszowym nietoperzu nie zakończymy naszej zabawy! Potrwa ona jeszcze przynajmniej do 60. edycji, a może i dłużej - wszystko zależy od tego czy będą jeszcze chętni do zabawy i czy dopiszą nam rysownicy. Rok temu, kiedy startowaliśmy z tym konkursem, nie spodziewałem się, że prawie dwanaście miesięcy później piątki cały czas będą należeć do muzycznie uzdolnionych Nietoperzy... Ale na wspominki będzie jeszcze czas - póki co zapraszamy do zgadywania! (ŁM)

czwartek, 15 lipca 2010

#503 - Historia bez bohatera

Jeana Van Hamme'a nie trzeba przedstawiać żadnemu miłośnikowi dobrych komiksów. Zanim jednak pochodzący z Brukseli prozaik, pisarz i scenarzysta zasłynął, jako autor "Thorgala", "Largo Wincha", "Władców Chmielu", czy "Szninkla", stworzył wraz z rysownikiem Danym "Historie bez bohatera". Krótką, pomieszczoną w standardowej objętości albumie europejskiego formatu (48 stron) historię tragicznego lotu CR512, która w 1979 otrzymała nagrodę Saint-Michel dla najbardziej realistycznego scenariusza.
Opowieści o ocalałych z lotniczej katastrofy rozbitkach bliżej jest do kameralnego dramatu, niż efektownej opowieści przygodowej. Zagubieni gdzieś w amazońskiej dziczy mają niewielkie szanse na przetrwanie, a zanim przyjdzie jakakolwiek pomoc może być już za późno. Z grupki bohaterów postawionych w ekstremalnej sytuacji, scenarzysta wydobywa cały wachlarz ludzkich reakcji, emocji i postaw. Desperację, zrezygnowanie, determinację, głupią, męską dumę. Pozbawieni nadziei rozbitkowie, w obliczu śmierci głodowej, pokazują, jacy są naprawdę i do czego są zdolni byle przetrwać. Szkoda tylko, że Van Hamme w finale swojej opowieść zdecydował się na dość banalny i przerysowany podział na "złych" i "dobrych", rozczarowując mnie nieco na zakończenie tego całkiem udanego komiksu.

Kontynuacja "Historii bez bohatera" uderza w zupełnie inne tony. Została połączona ze swoim pierwowzorem znakomitym, metatekstowym fragmentem korespondencji Van Hamme'a-autora z bohaterem jednego z jego utworów, Largo Winchem. W "Dwudziestu latach później" (rzeczywiście napisanej i narysowanej dwadzieścia lat później, w 1997 roku) powracają ci rozbitkowie, którym udało się przeżyć katastrofę. Dziwnym zrządzeniem losu wplątują się w geopolityczną aferę szpiegowską. Niestety, wątek nazistowskich zbrodni i zaginionych dokumentów doczepiony został dość niedbale i zupełnie nijak ma się do poprzedniej fabuły. Nie można jednak mu czegokolwiek zarzucić – historia, jak to zwykle w przypadku Van Hamme'a bywa, poprowadzona jest bardzo sprawnie. Jest wartka akcja, dramatyczne zwroty, tajemnice z przeszłości – szkoda tylko, że to fabularnie wyświechtana, tania opowiastka sensacyjna.

Dany, a właściwie Daniel Henrotin, na potrzeby scenariusza Van Hamme'a, zmienił swój styl rysowania. Przedtem jego kreska miała bardziej cartoonowy, komiksowy charakter. W "Historii bez bohatera", utrzymanej w realistycznej konwencji, wciąż bardzo dobrze widać te kreskówkowe pozostałości. To z kolei nadaje oprawie graficznej komiksu tego charakterystycznego, oldscholowego posmaczku starych, pulpowych komiksów przygodowych. Rysunki Dany'ego w pierwszej części integrala, pomimo jego belgijskiego pochodzenia, przypominają amerykańskie dokonania komiksowe i przynoszą na myśl "Tarzana" i grono jego następców, w którym eksperymentowano z ujęciami i efektownymi skrótami perspektywicznymi.
Natomiast "Dwadzieścia lat później" jest już zupełnie inaczej rysowane. Tendencje realistyczne umocniły się jeszcze bardziej, kreska stała się bardziej "europejska", choć ja dostrzegam w niej znowu skłonności charakterystyczne dla wczesnego Barry'ego Windsor-Smitha z pierwszych "Conanów" i Johna Buscemy, czyli amerykańskich klasyków lat osiemdziesiątych. Podpierając się tym przykładem można zaryzykować wysunięcie tezy, że do pewnego momentu, rozwój komiksu w Europie i Ameryce szedł podobnymi torami.

Z pewnością "Historia bez bohatera" będzie nie lada gratką dla miłośników europejskiej starej szkoły komiksu. Co dziwić nie może, skoro album Jean Van Hamme'a i Dany'ego został wydany w egmontowej kolekcji "Plansze Europy". Pomimo że historia dość mocno się zestarzała, świetnie pokazuje jak zmieniał się styl rysowania komiksów realistycznych na przestrzeni dwudziestu lat.

środa, 14 lipca 2010

#502 - Sandman #4: Pora mgieł

Przedziwnym trafem Neil Gaiman w środowisku komiksowym cieszy się opinią wytrawnego erudyty, który swoje literackie otrzaskanie skutecznie przekuwa na genialne dzieła. Za prawdziwą perełką w jego twórczości uchodzi "Sandman", nad którego intertekstualności i postmodernistycznością miłośnicy opowieści z kadrem i dymkiem cmokają w zachwycie. Rzeczywiście, "Sandman" jest komiksem znakomitym (z różnych względów), a być może nawet genialnym, ale z pewnością nie dlatego, że można znaleźć w nim kilka, efektownych aluzji literackich.
Gaiman łatkę erudyty zapewnia dość gruntownemu oczytaniu w literaturze angielskiej i światowych klasykach, któremu daje wyraz w swojej sztandarowej serii. W "Sandmanie" znalazło się miejsce dla biblijnej Gwiazdy Zarannej cytującej "Raj Utracony" Miltona, wątków znanych z dramatów Szekspira, całego panteonu bóstw i bóstewek z chyba każdej liczącej się mitologii znanej człowiekowi, ze szczególnym uwzględnieniem podań greckich i motywów z Pisma Świętego oraz wielu, wielu innych skądinąd znajomych treści. W komiksie przewijają się również wątki i postaci rodem z regularnego uniwersum DC (tak, tego świata, w którym można spotkać Batmana czy Supermana) oraz z jego mrocznych zakamarków (na co dzień występujących w imprincie Vertigo). Razem daje to iście wybuchową mieszankę.

Brytyjski pisarz wyczarował wszechświat spójny i niebywale frapujący, w którym Kain i Abel sąsiadują z Johnem Constantinem. Ale mylą się ci, którzy uważają to za największy z atutów "Sandmana". Po prawdzie każdy, kto jest nieco bardziej oczytany we współczesnej literaturze, przy odrobinie wysiłku wytropi autorskie mrugnięcia okiem i znajome motywy. Pewnie trochę trudniej byłoby wychwycić dość hermetyczne nawiązania komiksowe. Dość powiedzieć, że o istnieniu jednej z bohaterek wygrzebanych przez Gaimana ze starych zeszytów (Elemental Girl, znanej z poprzednich tomów), w ówczesnym czasie nikt w redakcji DC Comics nie wiedział.

Cała ta warstwa intertekstualna według mnie stanowi jedynie miły dodatek do opowieści, pełni zaledwie funkcję ornamentu cieszącego oko odbiorcy. Fundamentem "Sandmana" jest tak naprawdę powrót do opowieści. Czy raczej Opowieści. Gaiman wraca do korzeni snucia historii, niejako wbrew niektórym współczesnym tendencjom, posmodernistycznym właśnie, które odwróciły się od narracji na rzecz intertekstualności, eksperymentów formalnych, autotematyzmu. Struktura serialu, jak żywo przypomina układ dramatu greckiego, a cała opowieść o losie Władcy Snów angażuje czytelnika nie intelektualnie, ale na poziomie emocji, nastroju. Forma komiksu się w tym przypadku doskonale sprawdza, bo dzięki niej można naprawdę wsiąknąć w świat rządzony przez rodzinę Nieskończonych.Ciekawą oś w twórczości Gaimana wyznacza porównanie "Sandmana" z "Sygnałem do Szumu", inną znakomitą pozycją, która wyszła spod jego pióra. W przeciwieństwie do kultowej serii z Morfeuszem, która cieszyła się niesamowitą popularnością i w porywach doczekała się nawet trzech dodruków (jak było to w przypadku "Preludiów i Nokturnów" - na polskim rynku komiksowym jest to rzecz niepojęta), komiks stworzony wraz z Dave'm McKeanem nie spotkał się z równie spektakularnym przyjęciem. Odnoszę wrażenie, że okazał się po prostu zbyt trudny, a dla wielu czytelników po prostu nudny i niezrozumiały. "Sygnał do szumu" to właściwie komiksowy, autotematyczny traktat pisarski, opowieść o opowiadaniu i tworzeniu, którego lektura bez znajomości paru tez Barthesa i kilku innych literackich "wynalazków" może okazać się wręcz niemożliwa. Aby cieszyć się "Sandmanem" niekoniecznie trzeba pamiętać, czego muzą była Kaliope, ani o co chodzi z Prezem. Wystarczy dać się wciągnąć w fantastycznie napisaną, genialnie skomponowaną opowieść o losie tytułowego bohatera.

wtorek, 13 lipca 2010

#501 - Incognegro na dwa głosy

"Incognegro" okazało się, na tyle interesującą pozycją, że doczekało się na naszych łamach recenzyjnego dwugłosu. Komiks Mata Johnsona i Warrena Pleace`a wydany przez Egmont w kolekcji Wiek XX/wiek XXI oceniają Kuba Oleksak i Daniel Gizicki. Tekst Kuby pierwotnie ukazał się na łamach nieistniejących Below Radars i na Kolorowe Zeszyty powraca w nieco odświeżonej formie.

Kuba Oleksak:
 
Ameryka z początków ubiegłego wieku to kraj, w którym lincze dokonywane na czarnoskórych obywatelach były na porządku dziennym. Prasa traktowała je jako element południowego folkloru, czegoś tak powszechnego i normalnego, że nie istniała potrzeba informowania o tym opinii publicznej. A przynajmniej "białej" prasy. Zane Pinchback jest czarny. Pracuje w nowojorskim dzienniku "New Holland Herald". Jako reporter śledczy zdaje relację z samosądów. Udaje mu się to, bowiem jego karnacja jest tak jasna, że przez rednecków jest brany za białego. Może incognito, a właściwie incognegro, być świadkiem "widowisk".

Ostatni reportaż nie był udany. Zane został niemal zdemaskowany i teraz chce zrezygnować z kolumny i tajnej tożsamości, by zająć się krytyką sztuki. Jednak jego redaktor ma dla niego jeszcze jeden, ostatni materiał do zrealizowania. W Tupela, w stanie Missisipi jego brat bliźniak, Alonzo, o skórze czarnej jak smoła ma kłopoty. Został aresztowany pod zarzutem morderstwa białej dziewczyny, Micheali Matters. Zane, podając się za wysokiego działacza Ku Klux Klanu, wraz ze swoim przyjacielem z Nowego Jorku (również "bladym" Afroamerykaninem) ruszają na pomoc.

Mat Johnson, autor scenariusza, jest jednocześnie pisarzem obficie nagradzanych książek traktujących o tematyce afro-amerykańskiej i, od 2005 roku, ojcem bliźniaków. Jedno z nich jest białe, drugie czarne. Johnson przyznaje, że fabuła komiksu jest dosyć luźno nawiązuje do działalności Warrena Francisa White'a, aktywisty NAACP, jednej z najstarszych organizacji walczących o zniesienie segregacji rasowej i prawa człowieka. White był pierwowzorem Pinchbacka – był murzynem, który wyglądał jak biały i wykorzystywał to w infiltracji Ku Klux Klanu i pisaniu swoich relacji z linczów.

"Incognegro" to dosyć krótka, zwarta opowieść oparta z pozoru na absurdalnym pomyśle – na samym początku pomyślałem, że na maskaradę Zane mogą się nabrać tylko ci, których mylą okulary i zaczesana grzywka Clarka Kenta. Fabularny koncept, który wydawał mi się głupi, jest kołem zamachowym komiksu, przyczyną tragedii i znakomitą perspektywą poznawczą przyczyn ludzkiej nienawiści i głupoty. Pokazuje jak łatwo można manipulować ludźmi i do jakich tragedii może to prowadzić. Nawiasem mówiąc tragiczne zakończenie utworu i rozwiązanie zagadki tożsamości Incognegro należy do jego najmocniejszych punktów.

Niezwykle dużo miejsca autor poświęcił postaci Zane'a Pinchbacka, który wymyka się schematom pojmowania świata tylko przez pryzmat koloru skóry. Nie będąc ani czarnym, ani białym burzy dychotomiczne fundamenty świata utrzymanego w czarno-białych barwach, świata, którego już przecież nie ma. Zane jest zapowiedzią ery rasowej globalizacji, rozmycia się i utracie na znaczeniu różnic warunkowanych genetycznie.

Warren Pleece jest rysownikiem, któremu bliżej do standardu graficznego "Baśni", niż do stylu Daniela Clowes'a. Zgrabne, solidne rzemiosło, niepozbawione pewnego uroku, ale i błędów. Można by rzec – przeciętność w stylu Vertigo. Komiks jest czarno–biały, bez odcieni szarości.

Komiks Johnsona i Pleece'a łączy ze sobą wątki kryminalne, związane ze śledztwem Pinchbacka, podlane czarnym (sic!) humorem, z dawką obyczajowego historyzmu. Wydaję mi się, że scenarzysta nie wycisnął z tematu tyle, ile mógł. Jego obserwacjom, ubranym w przemyślenia Zane'a, trudno odmówić celności, lecz są to tylko błyskotliwe, pojedyncze spostrzeżenia. Myślę, że problematyka konfliktów rasowych, czarnoskórych mieszkańców południowych stanów, tamtejszej tradycji i mentalności, nie zostały odpowiednio pogłębione. Po części wynika to z samej struktury utworu, dla którego ta problematyka miała być ważnym kontekstem. Zresztą jest to chyba największy problem tego komiksu – miłośnicy kryminałów będą narzekać, że fabuła jest zbyt schematyczna, fanom opowieści obyczajowych będzie przeszkadzała płytkość historii, zahaczająca momentami o naiwność. Jeśli już jesteśmy przy zarzutach – Johnson o wiele dokładniej i ciekawej zarysował "białą" stronę konfliktu, ich fobie i racje, niż "czarną". Rasizm?Daniel Gizicki:
 
Muszę przyznać, że "komiksy faktu" serwowane przez Egmont w ramach serii XX wiek/XXI wiek jakoś mnie do siebie nie przekonały. Żenujące "Niebo nad Brukselą", dużo ciekawszy "Deogratias" (który miał pecha bo jakoś w tym samym czasie przeczytałem "Strategię antylop" Jeana Hatzfelda, która zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, a komiks był "tylko" dobry), "Berlin" jakoś przegapiłem i tak w sumie z przypadku sięgnąłem po "Incognegro". I dobrze zrobiłem bo to zacny tytuł. 
 
Stany Zjednoczone to taki śmieszny kraj, w którym wszyscy nie posiadający "białych" europejskich korzeni mają przerąbane. Indianie - rdzenna ludność amerykańska - eksterminowana, wyniszczona kulturowo, wreszcie zamknięta w rezerwatach. Czarnoskórzy - najpierw jako niewolnicy, potem jako niższa klasa społeczeństwa, długo zamknięci w cywilizacyjnym getcie. Latynosi podobnie - to wciąż życie na marginesie. I te niechlubne wątki historii najpotężniejszego imperium świata często poruszają twórcy. Czasem w ujęciu humorystycznym (Jak choćby bracia Cohenowie w "Bracie gdzie jesteś") czy bardzo poważnym ("Missisipi w ogniu"). Tematy nierówności społecznych na tle rasowym to niezmiennie żywa i drażliwa kwestia, dlatego jako odbiorca oczekuję umiejętnego potraktowania tematu.
 
W "Incognegro" scenarzysta Mat Johnson zagrał bardzo wyraźnymi opozycjami. Jest tu jasny podział na dobrych i złych z nielicznymi wyjątkami. Będący obserwatorem zdarzeń, Zane tytułowy Incognegro a więc dziennikarz murzyńskiego pochodzenia ale o białej skórze udający białego, wędruje na południe i opisuje bestialstwo białych farmerów w stosunku do lokalnych przedstawicieli czarnej rasy. I to właśnie historię jednej z takich eskapad przedstawiają karty komiksu. Oczywiście nie jest to jedynym wątkiem dzieła, bo Johnson pokazuje również zdziwaczenie niektórych bohaterów, naiwny idealizm innych i przede wszystkim zaściankową głupotę amerykańskiej prowincji. To zaiste przerażająca opowieść.
 
Komiks zilustrował Warren Pleece i trzeba przyznać, że bardzo ascetyczna i oszczędna kreska doskonale oddaje opowiadaną historię. Dodatkowym atutem jest umiejętne prowadzenie narracji obrazem, dzięki czemu w odpowiednich momentach akcji przyspiesza w innych zaś zwalnia. Takim bardzo udanym elementem są całostronicowe plansze będące puentą dla konkretnych wydarzeń.
 
"Incognegro" to niewątpliwie komiks wart polecenia, bo w bardzo udany, choć w gruncie rzeczy prosty i pozbawiony fajerwerków, sposób opowiada o ważkich problemach. I właśnie takich tytułów oczekuję w serii XX wiek/XXI wiek.