Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mike Dringenberg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mike Dringenberg. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 lipca 2010

#502 - Sandman #4: Pora mgieł

Przedziwnym trafem Neil Gaiman w środowisku komiksowym cieszy się opinią wytrawnego erudyty, który swoje literackie otrzaskanie skutecznie przekuwa na genialne dzieła. Za prawdziwą perełką w jego twórczości uchodzi "Sandman", nad którego intertekstualności i postmodernistycznością miłośnicy opowieści z kadrem i dymkiem cmokają w zachwycie. Rzeczywiście, "Sandman" jest komiksem znakomitym (z różnych względów), a być może nawet genialnym, ale z pewnością nie dlatego, że można znaleźć w nim kilka, efektownych aluzji literackich.
Gaiman łatkę erudyty zapewnia dość gruntownemu oczytaniu w literaturze angielskiej i światowych klasykach, któremu daje wyraz w swojej sztandarowej serii. W "Sandmanie" znalazło się miejsce dla biblijnej Gwiazdy Zarannej cytującej "Raj Utracony" Miltona, wątków znanych z dramatów Szekspira, całego panteonu bóstw i bóstewek z chyba każdej liczącej się mitologii znanej człowiekowi, ze szczególnym uwzględnieniem podań greckich i motywów z Pisma Świętego oraz wielu, wielu innych skądinąd znajomych treści. W komiksie przewijają się również wątki i postaci rodem z regularnego uniwersum DC (tak, tego świata, w którym można spotkać Batmana czy Supermana) oraz z jego mrocznych zakamarków (na co dzień występujących w imprincie Vertigo). Razem daje to iście wybuchową mieszankę.

Brytyjski pisarz wyczarował wszechświat spójny i niebywale frapujący, w którym Kain i Abel sąsiadują z Johnem Constantinem. Ale mylą się ci, którzy uważają to za największy z atutów "Sandmana". Po prawdzie każdy, kto jest nieco bardziej oczytany we współczesnej literaturze, przy odrobinie wysiłku wytropi autorskie mrugnięcia okiem i znajome motywy. Pewnie trochę trudniej byłoby wychwycić dość hermetyczne nawiązania komiksowe. Dość powiedzieć, że o istnieniu jednej z bohaterek wygrzebanych przez Gaimana ze starych zeszytów (Elemental Girl, znanej z poprzednich tomów), w ówczesnym czasie nikt w redakcji DC Comics nie wiedział.

Cała ta warstwa intertekstualna według mnie stanowi jedynie miły dodatek do opowieści, pełni zaledwie funkcję ornamentu cieszącego oko odbiorcy. Fundamentem "Sandmana" jest tak naprawdę powrót do opowieści. Czy raczej Opowieści. Gaiman wraca do korzeni snucia historii, niejako wbrew niektórym współczesnym tendencjom, posmodernistycznym właśnie, które odwróciły się od narracji na rzecz intertekstualności, eksperymentów formalnych, autotematyzmu. Struktura serialu, jak żywo przypomina układ dramatu greckiego, a cała opowieść o losie Władcy Snów angażuje czytelnika nie intelektualnie, ale na poziomie emocji, nastroju. Forma komiksu się w tym przypadku doskonale sprawdza, bo dzięki niej można naprawdę wsiąknąć w świat rządzony przez rodzinę Nieskończonych.Ciekawą oś w twórczości Gaimana wyznacza porównanie "Sandmana" z "Sygnałem do Szumu", inną znakomitą pozycją, która wyszła spod jego pióra. W przeciwieństwie do kultowej serii z Morfeuszem, która cieszyła się niesamowitą popularnością i w porywach doczekała się nawet trzech dodruków (jak było to w przypadku "Preludiów i Nokturnów" - na polskim rynku komiksowym jest to rzecz niepojęta), komiks stworzony wraz z Dave'm McKeanem nie spotkał się z równie spektakularnym przyjęciem. Odnoszę wrażenie, że okazał się po prostu zbyt trudny, a dla wielu czytelników po prostu nudny i niezrozumiały. "Sygnał do szumu" to właściwie komiksowy, autotematyczny traktat pisarski, opowieść o opowiadaniu i tworzeniu, którego lektura bez znajomości paru tez Barthesa i kilku innych literackich "wynalazków" może okazać się wręcz niemożliwa. Aby cieszyć się "Sandmanem" niekoniecznie trzeba pamiętać, czego muzą była Kaliope, ani o co chodzi z Prezem. Wystarczy dać się wciągnąć w fantastycznie napisaną, genialnie skomponowaną opowieść o losie tytułowego bohatera.