Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yves Sente. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yves Sente. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 sierpnia 2014

#1693 - Thorgal znowu sierotą

Zmiana na stanowisku scenarzysty "Thorgala" stała się faktem - "Kah-Aniel" będzie ostatnim tomem serii rysowanej przez Grzegorza Rosińskiego, który wyszedł spod pióra Yvesa Sente. Dyrektor wydawniczy Le Lombard od 2007 roku, od premiery albumu "Ja, Jolan", jest autorem skryptów do przygód kruczowłosego wikinga oraz spin-offu z Kriss de Valnor w roli głównej.




czwartek, 10 maja 2012

#1029 - Kriss de Valnor tom 2: Wyrok Walkirii

Kilka dni temu Kuba opublikował na Kolorowych swoją recenzję z drugiego tomu przygód Kriss de Valnor. Przyznaję, przeczytałem recenzję przed lekturą albumu. W tekście padają bardzo ciężkie zarzuty pod adresem najnowszej produkcji ze świata Thorgala: „uczynienie z Kriss bohaterki własnej serii uważam za błąd”, „płaskie jak deska postacie, do bólu przewidywalna fabuła z oczywistym finałem”, „Sente (…) napisał streszczenie życia Kriss, pozbawione (…) dramaturgii, dodatkowo nasycony tanią erotyką i epatujące groteskową brutalnością”.

Chciałem bardzo nie zgodzić się z przytoczonymi tezami. Zakładałem, przed przeczytaniem komiksu, że Kuba nie ma racji, że się pomylił, że w swoim uogólnieniu posnął się za daleko. Nadszedł czas, aby zweryfikować, czy rzeczywiście?

Po pierwszym, drugim przeczytaniu, po kilkukrotnym przekartkowaniu komiksu, nie zgadzam się z Kubą tylko w jednym punkcie – nie uważam, uczynienia z Kriss bohaterki serii odpryskowej, za błąd. Już prędzej: powierzenie scenarzyście także tej serii (dla niewtajemniczonych, jeśli jeszcze tacy są, Yves Sente kontynuuje pisanie scenariuszy do głównej serii po tym, jak Jean Van Hamme zrezygnował) było straszliwą pomyłką. Karygodną pomyłką.

Kriss była bardzo barwną postacią, nietuzinkową, tajemniczą i fascynującą. Niestety, dzięki literackim zabiegom Sente, stała się odpychająco banalna. Sente naczytał się Sigmunda Freuda i właściwie brakuje tylko, aby położył bohaterkę na kozetce… Zaraz, zaraz on ją właściwie kładzie na kozetce, metaforycznej kozetce, w końcu Kriss staje przed jednoosobowym trybunałem Freyi, przed którym musi się wyspowiadać, zdać relację ze swojego życia, wytłumaczyć oraz uzasadnić swoje czyny. Uzasadnienie zaproponowane przez scenarzystę jest psychologicznym uproszczeniem.

Dlaczego Kriss de Valnor za życia była taką suką? Dlaczego była zapatrzoną w siebie egoistką? Yves Sente odpowiada: ponieważ w dzieciństwie i młodości spotkało ją zło, tylko zło, samo zło. Jedynie niegodziwość i niesprawiedliwość były jej udziałem, żadnych jasnych punktów. Wszystkie przykre rzeczy, jakie mogą spotkać kobietę, ją dotknęły: została porzucona przez ojca, jako dziecko była wykorzystywana do pracy ponad siły, była niewolnicą, była bita, została zdradzona, zgwałcona, w wyniku tego zaszła w ciążę, poddała się aborcji, była biedna, nie miała domu, tułała się, nie miała co jeść, a jedyny mężczyzna, któremu zaufała, odtrącił jej kobiece zaloty. I to wszystko na 45 planszach. Niewyobrażalne? A jednak! Musiała, po prostu musiała, stać się Złym Człowiekiem
.
Nie mam pojęcia, dlaczego skrypt scenariusza został zatwierdzony przez redaktorów wydawnictwa Lombard. Ale wyobrażam sobie taką, przyszłą, scenę: bankiet, panowie w smokingach, panie w wieczorowych sukniach, kelnerzy roznoszą szampana, Jean Van Hamme podchodzi do Yves Sente, mówi: „Potrzymaj” i podaje mu swój kieliszek, następnie wali go z liścia w policzek, odbiera kieliszek i odchodzi.

Kilka ciepłych słów mógłbym powiedzieć o rysunkach autorstwa włoskiego rysownika, Giulio de Vity, gdyby nie narysował maszkaronów na stronie 36 (kadry piąty i szósty). Mimo wszystko pewnie i tak kupię kolejny album tej serii… Mam cichą nadzieję, że nie będzie gorzej.

czwartek, 26 kwietnia 2012

#1018 - Kriss de Valnor tom 2: Wyrok walkirii

Drugi tom odpryskowej serii poświęconej Kriss de Valnor zatytułowany „Wyrok walkirii” dopełnia rzewnej opowieści o trudnym dzieciństwie głównej bohaterki. Przemiana skrzywdzonej kobiety w psychopatyczną morderczynię, potrafiącą bez litości wyrżnąć do nogi wszystkich mieszkańców wioski przebiega w zgoła komiksowy sposób. I w tym przypadku „komiksowy” jest jak najbardziej adekwatnym synonimem prymitywnego, boleśnie uproszczonego, urągającego podstawom psychologicznej wiarygodności.

Już samo uczynienie z Kriss bohaterki własnej serii uważam za błąd. Jej historia została przecież opowiedziana. Odegrała swoją rolę rozpisaną przez Jeana Van Hamme i, trzeba przyznać, że zrobiła to znakomicie. Stała się przy tym jedną z najciekawszych kobiecych kreacji w polskim komiksie, będąc dość oryginalną realizacją motywu femme fatale. Swoimi występami w „Thorgalu” zdobyła serca fanbojów i żadne tandetne fanfiki Yves`a Sentego tego zmienić nie mogą. Wobec „Wyroku walkirii” można przedstawić cały zestaw zarzutów typowych dla miernej jakości fantastyki. Płaskie jak deska postacie, do bólu przewidywalna fabuła z oczywistym finałem (dlaczego do cholery Freyja podjęła taką, a nie inną decyzję?), nieścisłości z cyklem pierwotnym cyklu, bo Kriss, którą zapamiętałem z „Łuczników” nie była zimnokrwistą zabójczynią, tylko niepokorną pannicą z pazurem.

Ale ta niekonsekwencja byłyby do wybaczenia, gdyby chociaż tytuł bronił się jako osobny twór. Niestety, tak nie jest – Sente zamiast pełnokrwistej fabuły napisał streszczenie życia Kriss, pozbawione jakiejkolwiek dramaturgii, dodatkowo nasycony tanią erotyką i epatujące groteskową brutalnością. Nie mówiąc już o boleśnie stereotypowym ujęciu kobiecości głównej postaci, ale to rzecz charakterystyczna dla „Thorgala”. Genderowy i feministyczny czytelnik jak zwykle będzie miał używanie po lekturze drugiej „Kriss”.

Najjaśniejszym punktem albumu jest jego oprawa graficzna. Giulio de Vita operuje w estetyce podobnej, co Rosiński, ale jego styl, podejście do rysowania wydaje się zupełnie różne od tego, które prezentuje polski mistrz. Włoch ma znacznie lżejszą kreskę, częściej operuje uproszczeniem, „puszcza” drugi plan. Ros to typ dłubacza, który całymi dniami siedzi nad jedną plansze i dopracowuje listki krzewu zasłonięte przez konia na drugim planie, co powoduje, że kadry jego autorstwa są znacznie bardziej efektowne. Przynajmniej te, z najlepszych lat. Ja jednak lubię taką nieco szarpaną kreskę, która nie odrywa mojej uwagi do narracji, choć w lidze de Vity znalazłbym kilku bardziej utalentowanych twórców.

W tym, że „Thorgal” z autorskiego projektu zamienia się w dojną krowę, zapychające pieniędzmi kieszenie wydawcy nie ma nic złego. Oczywiście oprócz samych komiksów, ale nie sądzę, żeby w Le Lombard zawracali sobie głowę takimi drobnostkami, przynajmniej dopóki cyferki na ich kontach będą się zgadzać. Czuję natomiast wielki rozdźwięk pomiędzy tą sytuacją, a tym, co na jednym z konwentów deklarował Grzegorz „komiksy amerykańskie zostawmy Amerykanom” Rosiński. Jawił się wtedy, jako obrońca artystycznej wolności, mocno podkreślający różnice pomiędzy amerykańskim i frankofońskim rynkiem komiksowym. Tu, realizowany są ambitne, artystyczne projekty, a tam, za Oceanem, z taśm produkcyjnych schodzi masowa sieczka dla bezmózgów. „Kriss de Valnor” przeczy tej uproszczonej dychotomii i dobitnie pokazuje, że z Thorgal stał się taką samą franczyzową marką, jaką jest Batman czy Spider-Man.

środa, 29 grudnia 2010

#655 - Świętoszek i sadystka

Coś się kończy, coś się zaczyna. Wraz z 32. albumem serii "Thorgal" pierwsza opowieść Yvesa Sente dobiegła swojego finału w tytułowej "Bitwie o Asgard". Premierowy album spin-offa "Kriss De Valnor" zatytułowany "Nie zapominam o niczym" jest pierwszym z wielu zapowiadanych tytułów osadzonych w uniwersum wykreowanym przez Jeana Van Hamme i Grzegorza Rosińskiego.Nie ulega wątpliwością, że Yves Sente jest scenarzystą gorszym od Jeana Van Hamme'a, nawet z jego słabszego okresu pracy nad "Thorgalem" (może z wyjątkiem niesławnego "Królestwa pod piaskiem"). W "Bitwie o Asgard", finałowym akcie questu godnego kiepskiego erpega, pierworodny Dziecka z Gwiazd wypełnia zadanie, które było niemożliwego do wykonania. Jolan mieszając szyki bogom mieszkającym w Asgardzie, przeszedł ostateczną próbę i stał się godnym dziedzictwa Thorgala. Sente korzysta z najbanalniejszych chwytów, jakie tylko można sobie wyobrazić, sprowadzając fabułę do prostackiej bajeczki fantasy bazującej na motywie inicjacji w dorosłość. Bajeczki przewidywalnej, nieciekawej, idealnie obojętnej dla czytelnika, z miejsca narzucającej oczywiste rozwiązania, bo czy przygoda Jolana mogłaby się skończyć się inaczej? W starym "Thorgalu" jak ognia unikano ogranych schematów i między innymi to czyniło serię spółki Van Hamme-Rosiński komiksem tak wyjątkowym. Wyraźnie widać, że po przejęciu tytułu przez Jolana, seria drastycznie zmieniła swój charakter, szukając nowych czytelników wśród młodszych odbiorców. W tym świetle nie dziwi, że surowy nastrój północnych fiordów został zastąpiony przez kolorowy, radosny klimat lekkiego fantasy.

Pierwszy tom zaplanowanej, jako trylogia odpryskowej serii "Kriss De Valnor" poniekąd również opowiada o dojrzewaniu głównej bohaterki. Stojąca przed obliczem bogini Freyji Kriss, aby ratować swoje życie (duszę?) musi zrekonstruować koleje swojej pokręconej biografii. Zupełnie nie mogę pojąć dlaczego album "Nie zapominam o niczym" zebrało tak wiele pozytywnych recenzji, jak sieć długa i szeroko, skoro historia ma charakter nieporadnie napisanego fanfika. Jest równie melodramatyczna i szablonowa, co "Bitwa o Asgard". Sama Kriss w swoim okrucieństwie została przerysowana do zupełnie niewiarygodnego, komiksowego poziomu. W kreacji bohaterki pierwszego thorgalowego spin-offa Sente zupełnie zapomniał o jakichkolwiek niuansach psychologicznych. Podobnie zresztą było w przypadku przejaskrawionemu w swojej nieskazitelnej szlachetności Jolana. Thorgal Aegirsson, jako wzór cnót wszelakich był postacią wiarygodną, przemyślaną i mimo wszystko intrygującą. Tego o jego synu powiedzieć nie można. Jolanek nie potrafi porozumiewać się inaczej niż za pomocą moralizujących komunałów. Mdli w swojej papierowej cnotliwości, aż do wyrzygania. Z trójki głównych bohaterów wciąż najlepiej trzyma się Thorgal, który w albumie ma swoją rolę do odegrania. Jego podróż w poszukiwaniu Aniela będzie głównym tematem kolejnego tomu zatytułowanego "Le Bateau-sabre" ("Statek-miecz").Pomysł podzielenia "Bitwy o Asgard" na dwie części, z których jedna poświęcona jest ojcu, a druga synowi, uważam za pomysł chybiony. Obie przeplatające się narracje zostały potraktowane skrótowo, co pogłębiło niemiłe wrażenie przepełzania wątków z tomu, na tom. Nie jestem przekonany, czy snucie wielowątkowej opowieści, zaplanowanej na kilka (kilkanaście?) albumów to dobry pomysł. Niech już lepiej Jolan startuje z własnym spin-offem, a Thorgal ciągnie swój tytuł tak długo, jak to tylko będzie się opłacało wydawcy.

Wśród wielu rzeczy, które w swoim skrypcie pokpił Sente, najbardziej boli mnie zbyt dosłownie wykorzystanie bogów w fabule. Koncept ludzi z gwiazd został już zarżnięty, teraz przyszła kolej na elementy mitologiczne. Za kadencji Van Hamme otoczeni grozą mieszkańcy Asgardu pozostawali siłą losu, która ludźmi interesowała się od wielkiego dzwonu (choć pod koniec runu Van Hamme jakby częściej). W "Bitwie" wyglądają jak swarliwie półgłówki, którzy potrzebują Jolana, aby móc się pogodzić.

Oprawa graficzna "Thorgala" upewnia mnie w przekonaniu, że malarskie poszukiwanie Grzegorza Rosińskiego nie były spowodowane artystycznymi pobudkami. 32. tom w większości sprawia wrażenie narysowanego na szybko, żeby nie powiedzieć na kolanie. Choć można znaleźć kilka kadrów robiących wrażenie – scena łóżkowa z Jolanem najlepszym przykładem. Mistrz ze Stalowej Woli szczyt swoich możliwości ma już wyraźnie za sobą. Styl Giulio de Vita od biedy może przypominać wczesnego Rosa, operującego nieco bardziej uproszczoną krechą. Więcej o rysunkach włoskiego rysownika nad to, że rysuje solidnie, powiedzieć nie można.Le Lombard będzie doił "Thorgala" tak długo, jak będzie się to opłacało, niespecjalnie przejmując się tym, że przy okazji niszczy kultowy komiks dla polskiego pokolenia przełomu ustrojów. Jolan dostanie własny tytuł, bohaterami swoich serii zostaną również Louve (Yann Le Pennetier zajmie się skryptem, a Roman Surżenko – oprawą graficzną) oraz Aniel i Aaricia. W planach jest także seria traktująca o młodości kruczowłosego wikinga, a bohaterowie drugoplanowi dostaną swoje one-shoty. Pierwszy będzie dotyczył… Alinoe. W ciągu roku komiksy ze świata "Thorgala" będą ukazywać się z częstotliwością dwóch, trzech sztuk. W takim tempie da się wyprodukować sporo materiału, którym Egmont mógłby zapchać kilka numerów "Fantasy Komiks". Poziomem od produkowanej taśmowo papki tam serwowanej odstawać nie będzie.