Zaczynam! "Antygona" Sofoklesa w tłumaczeniu Kazimierza Morawskiego, adaptacja: ja. Zawieram cały tekst bez cięć, już ustaliłem wszystkie parametry techniczne i zaczynam storyboardować. Całość ponad 100 stronicowego komiksu muszę wykonać do września 2021. Chyba nie muszę mówić, że zamierzam zrobić najlepszy album w swojej karierze? - prawie dokładnie dwa lata temu na swoim FB Daniel Chmielewski tymi słowy zapowiedział swój ostatni projekt. Dziś prace nad nim mają się ku końcowi i sam autor opowie nieco więcej o tym komiksie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Daniel Chmielewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Daniel Chmielewski. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 12 maja 2022
piątek, 20 stycznia 2017
#2287 - Rok 2016 wg. twórców (2)
W kolejnej rundzie przepytywanek twórców komiksowych udział wzięli Daniel Chmielewski ("tylko wysoka jakość pracy pozwoli komiksiarzom na gospodarowanie
kolejnych nisz i na dłuższą metę będzie przynosiła większe zyski"), Jerzy Łanuszewski ("ubiegły
rok był głównie kontynuacją zaczętych projektów"), Krzysztof "Prosiak" Owedyk ("czułem się
trochę jak debiutant") i Barbara Okrasa ("jest tyle nowych rzeczy do nauki, coraz nowsze programy i sprzęt graficzny").
czwartek, 21 stycznia 2016
#2057 - Rok 2015 wg twórców (3)
Artyści komiksowi - runda trzecia. Dziś, w kolejnej odsłonie rozrachunków z minionym rokiem głos oddajemy Anie Krztoń ("ostro wzięłam się za rysowanie"), Danielowi Chmielewskiemu ("na tym powinna polegać siła środowiska komiksowego"), Wojciechowi Stefańcowi ("to był dla mnie pracowity rok") i Markowi Turkowi ("kwiatek od niechcenia przypięty do festiwalowego kożucha").
poniedziałek, 15 listopada 2010
#614 - "Nowa Fala"?
Na wstępie zaznaczam, że w tym tekście ledwo co napoczynam temat i pobieżnie zbieram do kupy różne drobne obserwacje. Bardziej to słodkie pierdololo niż poważne analizy "naukowo-komiksologiczne", bo do takich po prostu nie nadaję.
Wszystko zaczęło się na blogu Daniela Chmielewskiego. Daniel w typowym dla siebie sążnistym stylu relacjonuje wrażenia z Warszawskich Spotkań Komiksowych 2009, przy okazji wspominając, że Robert Sienicki to najlepszy cartoonista "naszej fali". Po czym nastąpiło wyjaśnienie, które pozwalam sobie przytoczyć w całości:
Cały wtręt o "fali" jest tak naprawdę wybitnie mimochodem w bardzo długim tekście Daniela, ale wypada o nim wspomnieć, bo właśnie na niego powołują się kolejni publicyści, próbując ostatnio zdefiniować zjawisko. W zasadzie to powołuje się na ten tekst całych dwóch publicystów, w tym jeden bardziej.
Temat podjął po dłuższym czasie Maciej Pałka, w artykule prezentującym polskie twórczynie komiksowe, przy okazji wyliczając sześć (albo nawet i siedem) fal, jakie nawiedziły polski komiks od początku lat 90. XX wieku. Tutaj również pozwolę sobie na cytacik:
Początkowo parsknąłem śmiechem, gdy zobaczyłem, że w tekście Biedrzyckiego Tomek Pastuszka został zaliczony do "Nowej Fali". Nie ze złośliwości - mocno się zasugerowałem dwoma powyższymi blognotkami, które tym mianem zdawały się określać komiksiarzy dających o sobie znać w okresie ostatnich dwóch lat. Tymczasem Asu aktywny jest od paru ładnych lat, wpierw jako autor paski.org, później uczestnik konkursu wrakowego, wreszcie twórca progresywnego magazynu komiksowego "Jeju". W moim odczuciu prawdziwy weteran na scenie komiksowej.
Ale potem zacząłem myśleć. I faktycznie, z punktu widzenia roku 2010, kilkuletnia aktywność twórców ze stajni "Jeju" wydaje się być "od zawsze", zaś nawet dwuletnia różnica w długości obecności na scenie między dwoma twórcami wydaje się już przepaścią pokoleniową. Zwłaszcza, że w Internecie czas zdaje się biec szybciej. Ale z biegiem czasu będzie się to zacierać, debiut i okresy działalności będą rozpatrywane nie konkretnymi latami, a dekadami, zaś dla ewentualnych badaczy fakt, czy dany komiksiarz debiutował w roku 2003 czy też 2009 nie będzie miał aż takiego znaczenia, jak to czy da się ich zaklasyfikować do pewnego nurtu.
No właśnie. Czy w tym przypadku da się wyodrębnić i scharakteryzować jakiś nurt - albo obecnie panujący bądź też dopiero co dochodzący do głosu? Bartek Biedrzycki np. stwierdził, że nie, pisząc na twitterze, iż Postprodukcja to w ogóle nie jest jednolite zjawisko, tylko jedna wielka wciąż rozwijająca się "fala". To mi dało do myślenia - na pewnie takie niejednolite? Oczywiście, nie da się paroma zdaniami określić 100% twórców komiksowych w naszym kraju, wątpię jednak, żeby w jakimkolwiek momencie i w jakiejkolwiek innej dziedzinie by się dało. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie się wymykał nawet najszerszym ramom i egzystował na uboczu obecnie obowiązujących prądów.
Trochę wzdragam się przed używaniem tego terminu, bo samo jego brzmienie jest wyjątkowo banalne. W historii tak już określano kilka różnych grup twórczych - francuskich filmowców, polskich poetów, muzyków tworzących w latach 80. Semantycznie zaczyna to określenie funkcjonować jako wygodny wytrych, dobry na opisanie czegoś co jest faktycznie nowe, jakieś takie inne, w opozycji do już zastanego... ale z braku lepszej definicji wskazuje się uwagę przede wszystkim na tą "nowość". Dość narzekania - według tego, co sugerują ww. koledzy, komiksowi "nowofalowcy" znad Wisły to twórcy urodzeni w latach 80. i 90. XX wieku, debiuty większe i mniejsze (sieć/zin/albumy) zaliczają w pierwszej dekadzie XXI wieku. Metrykalnie zatem to Generacja Y - i być może to spostrzeżenie nie będzie dla przyszłych badaczy bez znaczenia, jako że twórcy urodzeni w tych latach w pewnym stopniu mogą odzwierciedlać to właśnie pokolenie.
Rzeczą, która w tym momencie bezpośrednio rzuca się w oczy i jest chyba jak na razie jedynym prawdziwym punktem wspólnym dla całej rzeszy najmłodszych twórców jest hołdowanie estetyce cartoonu - znamiennym faktem, że bardzo, bardzo mało młodych komiksiarzy obecnie operuje klasycznym stylem realistycznym. Owszem, można wymienić kilka-kilkanaście osób, które preferują właśnie taki typ rysunku (szczególnie, jeżeli ukończyli ASP), można też wymienić paru innych, którzy idą w underground. Wciąż jednak stanowią mniejszość w porównaniu do cartoonistów, których jest u nas na pęczki. A im komiksiarze rocznikowo młodsi, tym trudniej znaleźć wśród nich niecartoonistę.
Pisząc o podziale cartoon/realizm, mocno w tym momencie upraszczam. Nie jest to bowiem żadna dychotomia, w przypadku komiksu trzeba tu mówić bardziej o Wielkim Trójkącie McClouda. Styl każdego twórcy można umieścić w dowolnym punkcie tej figury, pomiędzy realizmem, uproszczeniem a abstrakcją. Trudno oprzeć się wrażeniu, że gros młodszych polskich twórców trzyma się jak najdalej od tego realistycznego wierzchołka, gromadząc się tłumnie w kącie wyznaczanym przez McCloudowskie "meaning".
Nie przypadkiem sztandarowy obecnie magazyn "Nowej Fali" to "Karton", programowo poświęcony wyłącznie stylistyce prostej kreski. Już w "Jeju" nieoficjalnie dominował cartoon, w przeciwieństwie do wcześniejszych zinów typu "Ziniol" czy "KGB"; powstanie "Kartonu" opartego w znacznej mierze na starej ekipie "Jeju" wydaje się naturalną konsekwencją dążeń i upodobań twórców.
Skąd ta miłość do cartoonu? Da się to zauważyć chociażby w osobistych preferencjach. W przeciwieństwie do starszego pokolenia twórców i czytelników (zwłaszcza tych w okolicach trzydziestki and above), dla których dobrze narysowany realizm to świetność, najwyższy kunszt, wyznacznik potwierdzający klasę rysownika, młodzi twórcy komiksu nie zwracają na to aż tak bardzo uwagi, kto i w jaki sposób potrafi odwzorować rzeczywistość. Stąd też słynne żarty z "pleców konia", wyśmiewające obsesyjne wręcz przywiązanie starszych wiekiem komiksiarzy do realistycznej kreski. "Nowofalowcy" zdają się większą estymą darzyć Janusza Christę i Tadeusza Baranowskiego niż Grzegorza Rosińskiego czy Bogusława Polcha - ze "Żbików" czy "Thorgali" zdarza im się dworować, natomiast "Kajki" i "Wody sodowe" to święte lektury. Nierzadko te, na których uczyli się czytać. Plus fala kreskówek, którymi twórcy nasiąkali w dzieciństwie w latach 90. - to mogło odcisnąć swoje piętno na gustach i twórczych dążeniach. Jest w tym jakaś typowa dla wspomnianej Generacji Y mocna nostalgia za dzieciństwem, napędzana przez Internet - vide popularność wszelkich stron, gdzie autorzy z rozrzewnieniem wspominają gumy Turbo, kapsle czy też do znudzenia analizują własne traumy związane ze śmiercią Mufasy lub Buką z Muminków. Ta nostalgia mogła ukształtować wielu młodych twórców.
Stylistyka cartoonu niesie za sobą tendencję do operowania absurdem i groteską. I to właśnie widać w pracach "Nowej fali", chociaż bynajmniej nie jest to cecha specyficzna tylko dla nich. Twórcy "Nowej Fali" nie starają się odwzorowywać rzeczywistego świata, w małym stopniu dbają o realizm, chętnie bawią się formą, zaskakują pomysłami, radują ich gry słowne. Tworzą własne światy, dążą do osiągnięcia jak najbardziej oryginalnego stylu, który zapada w pamięć. Widać w tym dalece posunięte jednostkowe zindywidualizowanie. Tu znów jak echo powraca niechęć do stylu realistycznego.
Jest jeszcze zupełnie poboczna kwestia Internetu; debiutuje tu obecnie miażdżąca liczba twórców, czy to pod postacią internetowych portfolio, blogów czy całych webkomiksów. Na samym początku dekady webkomiksy w wykonaniu twórców z poprzedniego pokolenia były czymś bardzo rzadkim i egzotycznym. Znak czasów i kolejny punkcik do koszyczka Generacji Y, tej zinformatyzowanej i mocno bazującej na postępie technologicznym.
To kilka takich spostrzeżeń, podejrzewam, że trzeba by tu tęższego umysłu niż mój oraz dodatkowo odczekać kilka lat, na rzeczowe wypełnienie tej listy kolejnymi cechami immanentnymi dla "Nowej Fali" polskiego komiksu, czymkolwiek się ona okaże.
Wszystko zaczęło się na blogu Daniela Chmielewskiego. Daniel w typowym dla siebie sążnistym stylu relacjonuje wrażenia z Warszawskich Spotkań Komiksowych 2009, przy okazji wspominając, że Robert Sienicki to najlepszy cartoonista "naszej fali". Po czym nastąpiło wyjaśnienie, które pozwalam sobie przytoczyć w całości:
O co mi chodzi z tą "naszą falą"? Zdegustowany wszelkimi idiotycznymi dyskusjami o "pokoleniach", czego wisienką na torcie lub kroplą przelewającą czarę goryczy był artykuł o Pokoleniu Power, doszedłem do wniosku, że bezpieczniej będzie mówić o falach, czyli ludziach mających debiuty w podobnym czasie. Karol Kalinowski jest raptem o rok starszy ode mnie, ale jego Kaerelki czytałem w Produkcie na początku tej dekady. Marcin Podolec ma 17 lat, ale zadebiutował Sercem w tym samym czasie, co ja Powidokiem. Tak więc i Marcin i ja i Rafał Bąkowicz i Wojtek Stefaniec i Unka Odya są kolejną falą po Produktywnych. Ile już fal miała polska historia komiksu? To już jest sprawa dla komiksologów.Daniel w tym momencie podnosi kwestię, że w kwestiach klasyfikacyjnych liczy się moment debiutu, nie zaś metryka. Dlatego też może swobodnie postawić samego siebie na jednej rampie z prawie o dekadę młodszym Marcinem Podolcem, jako że ich debiuty przypadły w okolicach roku 2008, podobnie jak w przypadku paru innych twórców. Zaledwie o rok starszy od Daniela KRL przynależy w tym momencie do fali wcześniejszej, bo udzielał się w "Produkcie" około 10 lat wcześniej. A gdzieś pomiędzy lokuje się Mikołaj Tkacz (o którym Daniel nie wspominał), niby rówieśnik Podolca, ale w komiksowie znany jako weteran "Jeju" i "Maszina". Moment debiutu, czyli tak na dobrą sprawę moment, w którym komiksiarz daje o sobie znać generałowi publicznemu, bo coś tam może sobie smarować wcześniej przez kilkanaście lat do szuflady, pokazywać kolegom, publikować w gazetkach ściennych albo na zapomnianym przez Boga blogasku. Ale dopóki nie da wypłynie na szersze wody, zinowo-forkowo-fejsbukowe, dopóty środowisko nie uzna go jako pełnoprawnie odkrytego.
Cały wtręt o "fali" jest tak naprawdę wybitnie mimochodem w bardzo długim tekście Daniela, ale wypada o nim wspomnieć, bo właśnie na niego powołują się kolejni publicyści, próbując ostatnio zdefiniować zjawisko. W zasadzie to powołuje się na ten tekst całych dwóch publicystów, w tym jeden bardziej.
Temat podjął po dłuższym czasie Maciej Pałka, w artykule prezentującym polskie twórczynie komiksowe, przy okazji wyliczając sześć (albo nawet i siedem) fal, jakie nawiedziły polski komiks od początku lat 90. XX wieku. Tutaj również pozwolę sobie na cytacik:
Tradycyjnie trwa sinusoida inspiracji i kontry. W okresie od mitycznego dla obecnych nastolatków Upadku Komuny mieliśmy już:Bardzo rzeczowe i szczegółowe to wyliczenie, pokrywa niemalże wszystkich obecnie udzielających się w środowisku. Można by tylko podyskutować o tym, kogo w tym momencie Maciej określa mianem webkomiksiarza - pionierów medium na polskim gruncie takich jak endo czy rroar, wysyp postlosuxowców a może twórców Netkolektywu, których można przyporządkować również do innych grup. Ale poza tym, to dobra klasyfikacja. Przy okazji, u Macieja Danielowa "nasza fala" przekształca się w "nową falę". Pojęcie, które wkrótce podchwyci kolejna osoba, jako że inspirację tymi dwoma felietonami widać w ostatniej twórczości publicystycznej Bartka Biedrzyckiego. Godai, ostatnio jako jedyny, lansuje to określenie zarówno w tekstach jak i w nowym podcaście. "Nowa fala". "Nowa fala". Znowu się spotykamy, "Nowa Falo" Hmm.
- stracone pokolenie Wielkiej Komiksowej Smuty lat '90
- Produktywnych z przełomu wieków
- zinowców opróżniających szuflady podczas Zbioru Plonów Timofa
- webkomiksiarzy
- kadrę postzinowców wykutych w warsztatach JEJU
- Najnowszą Nową Falę, o której pisał Daniel Chmielewski, która to Nowa Fala ustępuje już Najnowszej Nowej Fali
Początkowo parsknąłem śmiechem, gdy zobaczyłem, że w tekście Biedrzyckiego Tomek Pastuszka został zaliczony do "Nowej Fali". Nie ze złośliwości - mocno się zasugerowałem dwoma powyższymi blognotkami, które tym mianem zdawały się określać komiksiarzy dających o sobie znać w okresie ostatnich dwóch lat. Tymczasem Asu aktywny jest od paru ładnych lat, wpierw jako autor paski.org, później uczestnik konkursu wrakowego, wreszcie twórca progresywnego magazynu komiksowego "Jeju". W moim odczuciu prawdziwy weteran na scenie komiksowej.
Ale potem zacząłem myśleć. I faktycznie, z punktu widzenia roku 2010, kilkuletnia aktywność twórców ze stajni "Jeju" wydaje się być "od zawsze", zaś nawet dwuletnia różnica w długości obecności na scenie między dwoma twórcami wydaje się już przepaścią pokoleniową. Zwłaszcza, że w Internecie czas zdaje się biec szybciej. Ale z biegiem czasu będzie się to zacierać, debiut i okresy działalności będą rozpatrywane nie konkretnymi latami, a dekadami, zaś dla ewentualnych badaczy fakt, czy dany komiksiarz debiutował w roku 2003 czy też 2009 nie będzie miał aż takiego znaczenia, jak to czy da się ich zaklasyfikować do pewnego nurtu.
No właśnie. Czy w tym przypadku da się wyodrębnić i scharakteryzować jakiś nurt - albo obecnie panujący bądź też dopiero co dochodzący do głosu? Bartek Biedrzycki np. stwierdził, że nie, pisząc na twitterze, iż Postprodukcja to w ogóle nie jest jednolite zjawisko, tylko jedna wielka wciąż rozwijająca się "fala". To mi dało do myślenia - na pewnie takie niejednolite? Oczywiście, nie da się paroma zdaniami określić 100% twórców komiksowych w naszym kraju, wątpię jednak, żeby w jakimkolwiek momencie i w jakiejkolwiek innej dziedzinie by się dało. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie się wymykał nawet najszerszym ramom i egzystował na uboczu obecnie obowiązujących prądów.
Trochę wzdragam się przed używaniem tego terminu, bo samo jego brzmienie jest wyjątkowo banalne. W historii tak już określano kilka różnych grup twórczych - francuskich filmowców, polskich poetów, muzyków tworzących w latach 80. Semantycznie zaczyna to określenie funkcjonować jako wygodny wytrych, dobry na opisanie czegoś co jest faktycznie nowe, jakieś takie inne, w opozycji do już zastanego... ale z braku lepszej definicji wskazuje się uwagę przede wszystkim na tą "nowość". Dość narzekania - według tego, co sugerują ww. koledzy, komiksowi "nowofalowcy" znad Wisły to twórcy urodzeni w latach 80. i 90. XX wieku, debiuty większe i mniejsze (sieć/zin/albumy) zaliczają w pierwszej dekadzie XXI wieku. Metrykalnie zatem to Generacja Y - i być może to spostrzeżenie nie będzie dla przyszłych badaczy bez znaczenia, jako że twórcy urodzeni w tych latach w pewnym stopniu mogą odzwierciedlać to właśnie pokolenie.
Rzeczą, która w tym momencie bezpośrednio rzuca się w oczy i jest chyba jak na razie jedynym prawdziwym punktem wspólnym dla całej rzeszy najmłodszych twórców jest hołdowanie estetyce cartoonu - znamiennym faktem, że bardzo, bardzo mało młodych komiksiarzy obecnie operuje klasycznym stylem realistycznym. Owszem, można wymienić kilka-kilkanaście osób, które preferują właśnie taki typ rysunku (szczególnie, jeżeli ukończyli ASP), można też wymienić paru innych, którzy idą w underground. Wciąż jednak stanowią mniejszość w porównaniu do cartoonistów, których jest u nas na pęczki. A im komiksiarze rocznikowo młodsi, tym trudniej znaleźć wśród nich niecartoonistę.
Pisząc o podziale cartoon/realizm, mocno w tym momencie upraszczam. Nie jest to bowiem żadna dychotomia, w przypadku komiksu trzeba tu mówić bardziej o Wielkim Trójkącie McClouda. Styl każdego twórcy można umieścić w dowolnym punkcie tej figury, pomiędzy realizmem, uproszczeniem a abstrakcją. Trudno oprzeć się wrażeniu, że gros młodszych polskich twórców trzyma się jak najdalej od tego realistycznego wierzchołka, gromadząc się tłumnie w kącie wyznaczanym przez McCloudowskie "meaning".
Nie przypadkiem sztandarowy obecnie magazyn "Nowej Fali" to "Karton", programowo poświęcony wyłącznie stylistyce prostej kreski. Już w "Jeju" nieoficjalnie dominował cartoon, w przeciwieństwie do wcześniejszych zinów typu "Ziniol" czy "KGB"; powstanie "Kartonu" opartego w znacznej mierze na starej ekipie "Jeju" wydaje się naturalną konsekwencją dążeń i upodobań twórców.
Skąd ta miłość do cartoonu? Da się to zauważyć chociażby w osobistych preferencjach. W przeciwieństwie do starszego pokolenia twórców i czytelników (zwłaszcza tych w okolicach trzydziestki and above), dla których dobrze narysowany realizm to świetność, najwyższy kunszt, wyznacznik potwierdzający klasę rysownika, młodzi twórcy komiksu nie zwracają na to aż tak bardzo uwagi, kto i w jaki sposób potrafi odwzorować rzeczywistość. Stąd też słynne żarty z "pleców konia", wyśmiewające obsesyjne wręcz przywiązanie starszych wiekiem komiksiarzy do realistycznej kreski. "Nowofalowcy" zdają się większą estymą darzyć Janusza Christę i Tadeusza Baranowskiego niż Grzegorza Rosińskiego czy Bogusława Polcha - ze "Żbików" czy "Thorgali" zdarza im się dworować, natomiast "Kajki" i "Wody sodowe" to święte lektury. Nierzadko te, na których uczyli się czytać. Plus fala kreskówek, którymi twórcy nasiąkali w dzieciństwie w latach 90. - to mogło odcisnąć swoje piętno na gustach i twórczych dążeniach. Jest w tym jakaś typowa dla wspomnianej Generacji Y mocna nostalgia za dzieciństwem, napędzana przez Internet - vide popularność wszelkich stron, gdzie autorzy z rozrzewnieniem wspominają gumy Turbo, kapsle czy też do znudzenia analizują własne traumy związane ze śmiercią Mufasy lub Buką z Muminków. Ta nostalgia mogła ukształtować wielu młodych twórców.
Stylistyka cartoonu niesie za sobą tendencję do operowania absurdem i groteską. I to właśnie widać w pracach "Nowej fali", chociaż bynajmniej nie jest to cecha specyficzna tylko dla nich. Twórcy "Nowej Fali" nie starają się odwzorowywać rzeczywistego świata, w małym stopniu dbają o realizm, chętnie bawią się formą, zaskakują pomysłami, radują ich gry słowne. Tworzą własne światy, dążą do osiągnięcia jak najbardziej oryginalnego stylu, który zapada w pamięć. Widać w tym dalece posunięte jednostkowe zindywidualizowanie. Tu znów jak echo powraca niechęć do stylu realistycznego.
Jest jeszcze zupełnie poboczna kwestia Internetu; debiutuje tu obecnie miażdżąca liczba twórców, czy to pod postacią internetowych portfolio, blogów czy całych webkomiksów. Na samym początku dekady webkomiksy w wykonaniu twórców z poprzedniego pokolenia były czymś bardzo rzadkim i egzotycznym. Znak czasów i kolejny punkcik do koszyczka Generacji Y, tej zinformatyzowanej i mocno bazującej na postępie technologicznym.
To kilka takich spostrzeżeń, podejrzewam, że trzeba by tu tęższego umysłu niż mój oraz dodatkowo odczekać kilka lat, na rzeczowe wypełnienie tej listy kolejnymi cechami immanentnymi dla "Nowej Fali" polskiego komiksu, czymkolwiek się ona okaże.
poniedziałek, 24 maja 2010
#462 - Pub pod Picadorem
W dniu dzisiejszym oddajemy klawiaturę w ręce Daniela Chmielewskiego, autora "Zostawiając powidok wibrującej czerni" - jednego z najlepszych polskich komiksów ostatnich lat. Odcięty ostatnio od świata Daniel przedstawi kulisy powstawania jego kolejnego komiksu, "Zapętlenia", którego pierwszych kilkadziesiąt stron jest jednocześnie jego pracą dyplomową na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Od dzisiaj można je już podziwiać na wystawie w warszawskiej Kawangardzie, natomiast wernisaż wystawy będzie mieć miejsce w najbliższą środę o godzinie 19.00, w dniu obrony dyplomu przez Daniela. Oprócz gotowych plansz czy procesu ich powstawania, do zobaczenia będzie również makieta Pubu pod Picadorem - miejsca w którym króluje Cynik i które czytelnicy znają już z albumowego debiutu Chmielewskiego. Danielu, klawiatura jest Twoja!

W "Zapętleniu" powraca znany z mojego debiutu albumowego kelner Cynik i jego Pub pod Picadorem.
W "Powidoku" Cynik przeszedł drogę od transcendencji (od bycia aniołem stróżem) do immanencji (do bycia wytworem podświadomości głównej bohaterki, Anny). Zresztą na tej płaszczyźnie cały "Powidok" jest opisem wędrówki od chrześcijańskiego idealizmu do ateistycznego materializmu, jaką sam odbyłem.Pub pod Picadorem stał się tym samym wyjątkową przestrzenią i bardzo przydatnym narzędziem literackim. W "Zapętleniu" niektóre postacie w Pubie żyją swoim fikcyjnym życiem, inne odgrywają fikcyjne role, będąc jednocześnie świadome swojej fikcji i gdzieś tam przewijam się ja, zależnie od płaszczyzny czasowej świadomy bądź nieświadomy jako postać komiksowa.
Kiedy skończyłem "Powidok", szybko zacząłem być niezadowolony z undergroundowego stylu, w jakim go narysowałem. Zwłaszcza, że bardzo mało uwagi poświęciłem aspektom anatomii i perspektywy. Jeśli spojrzeć na Pub w "Powidoku", nic tam nie jest właściwie narysowane. W zeszłym roku spotkałem się z Christophem Heuerem, który opowiadał o tym, że na potrzebę swojego komiksu, "Pierwszej Wiosny", skonstruował proste makiety kilku newralgicznych miejsc. Pozwoliło mu to na lepszy ogląd sytuacji.
Przy "Zapętleniu", rysowanym w zupełnie innym stylu i chciałem uniknąć dowolności w ukazywaniu ważnych miejsc. Postanowiłem więc zrobić to samo co Heuer i skonstruowałem makietę Pubu z grubej tektury, modeliny i kilku pudełek po płatkach śniadaniowych. Zajęło to kilka godzin, a okazało się ogromnie pomocne. Już przy samym projektowaniu budynku okazało się np., że Cynik ze swoim wzrostem nie mógłby się tak wychylać nad blatem, jak to robi w "Powidoku". Zbudowałem mu więc podwyższenie. Zauważyłem też, że w Pubie nie było toalety, przynajmniej dla gości. Teraz to wszystko jest.
Pub stoi w komiksie wciśnięty między dwie kamienice na Nowym Świecie. W jednej z nich istniała oryginalna Kawiarnia pod Picadorem. Sam wygląd i fasady i wnętrza budynku nie ma nic wspólnego z tym, jak wyglądał lokal z dwudziestolecia międzywojennego. Kiedy rysowałem pierwsze komiksy z Cynikiem w liceum, nie myślałem o takich kwestiach. Trawestacja ta wydała mi się po prostu zabawna, zwłaszcza, że akurat przerabialiśmy Skamandrytów na lekcjach języka polskiego. I tak wygląd i nazwa zostały, oderwane od pierwowzoru pod względem treściowym, będące prostym, popkulturowym symulakrem.
Wracając do makiety – dzięki niej i prostym wycinankowym figurkom mogę ustawiać sobie naturalne scenki i je fotografować. Za statystów posłużyli mi Łukasz Babiel, Bartosz Sztybor i dwie niezidentyfikowane kobiety ze zdjęcia z zeszłorocznej BFKi (dobrze ukazujące ruch ludzi idących).W tym miejscu chciałbym podziękować swoim nieświadomym pomagierom.
Następnie kalkuję kontury zdjęcia i odpowiednio je dostosowuję do realiów komiksowych, dorabiając sąsiednie budynki i inne szczegóły i zmieniając fizjonomię modeli, by stali się anonimowymi przechodniami. Może kalkowanie jest uznawane za mało etyczne, ale kiedy mam przed sobą czterystustronicowy projekt, bardziej etyczne jest skończenie go w jakimś rozsądnym czasie, niż bawienie się w każdym kadrze z liniami perspektywicznymi (choć w poniższym kadrze spędziłem pewnie ponad pół dnia rysując wszystkie linie sąsiednich budynków). Zresztą jest kalkowanie dosłowne, widoczne np. w "Ranach wylotowych" i "Anna chce skoczyć", gdzie postacie są w bardzo nierysunkowych pozach (ze skrótami perspektywicznymi, które w rysunku wyglądają dość zabawnie*) i jest kalkowanie pomocnicze, które jest tylko pierwszym etapem do dalszej pracy.* W żadnym wypadku nie neguję takiej praktyki – jest duży urok w rysunku wyglądającym jak z broszurki lotniczej, jeśli dobrze się to zrobi, a zwłaszcza Rutu Modan robi to dobrze.
Kiedy rysuje się sceny grupowe w realistycznej manierze, bardzo istotne staje się rozmieszczenie postaci w kadrze. Można oczywiście improwizować i naginać fizykę rzeczywistości, ale mnie takie rozwiązanie nie zadowala. Wielokrotnie rysowałem jakiś układ na etapie szkiców, by potem się okazało, że postać, która wypowiada się pierwsza, jest tak schowana za drugą, że ich dymki musiały by się krzyżować. Można w takim wypadku po prostu odwrócić postacie, ale ma to dalsze konsekwencje w montażu. Nie lubię sytuacji, w których montuje się kadry ze sobą, zupełnie nie zważając na takie czynniki, jak oś między postaciami. Komiks jest bardziej tolerancyjnym pod tym względem medium, niż film, bo jak coś jest źle zmontowane, możemy cofnąć się o kilka kadrów wzrokiem i zobaczyć co jest z czym połączone. Nie znaczy to jednak, że nie warto odrobić lekcji z montażu filmowego.Poniżej jest kilka przykładów szkicu, zdjęcia i finalne rysunki, żeby lepiej zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi.


Ostatnia rzecz, o której nie powiedziałem. Żeby łatwiej robiło się zdjęcia, ściany makiety są rozkładane, a całe umeblowanie ruchome. Nie ma więc problemu w zrobieniu zdjęcia zza pleców Cynika, mimo że stoi przy regale. Z tego też względu skonstruowałem druciane ludziki. Jeśli w rysunku chcę zmienić pozycję danej postaci, nie muszę robić nowego zdjęcia z właściwą pozą. I tak widzę tło przez druciane głowy i tułowia.Tyle, jeśli chodzi o robienie makiety i czynienie z niej użytku. Jeśli chcecie zobaczyć ją na żywo, będzie stała na wystawie w warszawskiej Kawangardzie (Wilcza 32) w dniach 24. maja do 4. czerwca. Zapraszam.
poniedziałek, 1 lutego 2010
#361 - Rok 2009 okiem twórcy
W ostatnim akcie rozrachunków z minionym rokiem, po występie wydawców, oddajemy głos tym, bez których całej tej zabawy w komiksiki by nie było, czyli twórcom. Tak się głupio złożyło, że na moje wezwanie odpowiedzieli Ci, z którymi utrzymuje mniejszy lub większy kontakt internetowo-konwentowy. Wszystkim bardzo dziękuje za udział w naszej ankiecie i mam nadzieję, że za rok spotkamy się w tym samym miejscu, o tej samej porze. No, może nieco wcześniej.
Trudno ocenić ostatnie miesiące, kiedy patrzy się na nie z tak krótkiej perspektywy i w dodatku przez różowe okulary debiutanta, dla którego ten ubiegły rok i tak na zawsze zostanie Rokiem Hmmarlowe'a – wyjątkowym, i niepodobnym do żadnego innego. W zasadzie mógłbym zastąpić "rok Hmmarlowe'a" mniej bufonowatym i bliższym prawdy określeniem "rok drżącej ręki". Drżąca ręką bowiem kończyłem ubiegłej zimy "Niedole Julitty". Tą samą drżąca ręką, w czasie WSK, wręczyłem najlepszemu polskiemu wydawcy demo tego komiksu.
Po kilku miesiącach spędzonych mniej lub bardziej intensywnie na korekcie i dorysowywaniu antenek, wziąłem w dłonie (wiadomo jakie!) gotowy album. Apogeum trzęsiączki nastąpiło podczas rozdawania autografów w czasie łódzkiego festiwalu, kiedy cudem trafiałem w kartkę papieru. I to nie tylko dlatego, że tuż obok Grzegorz Rosiński zamaszystym rysowaniem blond pukli Aariki wprawiał w wibracje czekający w kolejce (do niego) tłum, jak i mój stolik. Nie muszę już chyba pisać, jaką ręka sięgałem po pierwsze recenzje. Podsumowując – "rok drżącej ręki" to był dla mnie bardzo ciekawy okres. Wszystkim przyszłym debiutantom takiego życzę.
A co z życiem "pozahmmarlołowym"? Wciąż niezwykle mnie cieszy nabierająca tempa pogoń za komiksowym światem, rosnąca ilość pojawiających się u nas albumów i coraz większy udział w tym komiksowym cieście ambitnych rodzynków. A ja, przyznaję, lubię wyjadać rodzynki. Z tego, co widzę w pojawiających się zapowiedziach w tym roku też będzie smakowicie. Jeśli o moje, komiksowe plany chodzi, to na dzień dzisiejszy zostało mi do przygotowania około 60 stron drugiego tomu Hmmarlowe'a. Jak skończę, to dam Wam znać.

Rok 2009 pod względem komiksowym oceniam bardzo wysoko, zwłaszcza, jako czytelnik. Jako twórca też nie mam powodów do narzekań. Było mniej intensywnie, niż w ciągu kilku poprzednich lat, ale jest to raczej ogólny trend. Zauważyłem, że czytelnicy są zaniepokojeni małą ilością polskich produkcji. Nie ma powodów do obaw - taki stan jest efektem opróżnienia szuflad. Wydawcy utrzymywali wysokie tempo, gdyż publikowali zaległości na równi z premierami. Podobnie jak w przypadku komiksu światowego, nadrabialiśmy opóźnienia z rodzimego podwórka. Teraz trzeba poczekać, aż twórcy zrobią nowe komiksy, które będą publikowane na bieżąco. Wiadomo, że narysowanie albumu to kwestia miesięcy, o ile nie lat. Myślę, że integral "Osiedla Swoboda" można potraktować, jako pewnego rodzaju podsumowanie. Wchodzimy w nowe obszary. Realizujemy nowe projekty. W przyszłość polskiego komiksu patrzę z optymizmem.
Osobiście rok upłynął mi pod hasłem "pełnoetatowy tata". Wydajność pracy nieco mi siadła i nie mam już możliwości, aby porywać się na stachanowskie wyczyny. Nie znaczy to, że spocząłem na laurach. Przystosowałem metodykę pracy do nowej sytuacji i już widzę pierwsze efekty. Na warsztacie mam 6 albumowych projektów w różnych fazach realizacji. Pomysłów, scenariuszy i materiałów źródłowych stale przybywa. Podobnie jest z rosnącym w oczach stosem storyboardów. To jest praca, której efekty będą widoczne w przyszłości.
W 2009 roku udało mi się sfinalizować dwie gry dla Pastelgames. Wyzwaniem i wspaniałą przygodą był dla mnie zwłaszcza MORBID, do którego napisałem scenariusz, zrobiłem grafikę i nagrałem muzykę. Chwila premiery, gdy nagle w nową grę zaczynają klikać miliony (sic!) ludzi z całego świata to dla mnie dzień wielkich emocji. W kwestii stricte komiksowej, wziąłem udział w projekcie Centrali "W sąsiednich kadrach". Była to dla mnie, jako twórcy spora nobilitacja. Ze współpracy jestem bardzo zadowolony. Przy okazji przełamałem się i wróciłem do pisania scenariuszy. Opinie czytelników utwierdzają mnie w przekonaniu, że chyba wyszedłem z tej próby obronną ręką. Cieszy mnie to.
Tymczasem "Najwydestyluchniejszy", czyli projekt, nad którym pracujemy z Bartkiem Sztyborem od 2006 roku, znalazł miłą przystań w "Kolektywie". Bardzo odpowiada mi publikowanie kolejnych odcinków w tym magazynie, jak również pozytywny ferment, który wytworzył się w środowisku związanym z tym pismem. Kolejne numery "Kolektywu" pokazują solidne skoki jakości prezentowanych prac. To nie jest okrzepły skład rutyniarzy, tylko ludzi mających nadal twórczy entuzjazm, a już prezentujących formę profesjonalistów.
Niestety, zaniedbałem nieco blogaska, ale za to znalazłem przytulny kącik na łamach "Ziniola", gdzie dla potomności gromadzę informacje na temat nowych komiksowych zinów. Oczywiście robię to z wyrachowania, gdyż liczę na miejsce w bibliografiach prac magisterskich. W 2010 mam zamiar ukończyć dwa ze wspomnianych sześciu albumów. W październiku na eMeFKa powinny mieć premierę reedycja "Laleczek" oraz antologia "Sceny z życia murarza" pod moją redakcją.

Nie podsumowałem minionych 365 dni na swoim blogu i również dla Was jakoś trudno mi to wyznanie z siebie wydusić. Bynajmniej nie, dlatego, że nie lubię Kolorowych Zeszytów, lecz dlatego, że w moich działaniach komiksowych nie wydarzyło się nic takiego, na co szczególnie chciałbym zwrócić uwagę. Może z wyjątkiem udziału w przypomnieniu twórczości Jerzego Wróblewskiego i narysowania Batmana grającego na skrzypcach ;)
Nie nakreśliłem też komiksowych planów na rok bieżący (choć wiszą nade mną pewne zobowiązania), ewentualnie dam się ponieść fali i dopasuję do rozwoju zdarzeń. Często mówię innym, że dobry plan to połowa sukcesu, ale zupełnie nie potrafię tej mądrości przekuć na własne postępowanie. Od dłuższego czasu zbieram i odświeżam swoje starsze historyjki, aby złożyć z nich album i szukam motywacji, aby zrealizować, któryś z nowszych scenariuszy. Jednak, tak naprawdę bardzo łatwo znajduję dziesiątki uzasadnień (niestety, niektóre z nich są bardzo prawdziwe) do nie robienia czegoś sensownego i konkretnego. Mam nadzieję, że w roku 2010 zmuszę się do aktywności wykraczającej poza prowadzenie dwóch blogów i rysowanie okazjonalnych ilustracji dla różnych znajomych, ale głowy za to nie dam.
W sferze bardziej ogólnej wydaje mi się, że komiksowy światek ponownie nabrał lekkich rumieńców za sprawą kilku udanych imprez, kilku dobrych komiksów polskich autorów, kilku lepszych komiksów autorów zagranicznych i... narodzin Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego. Czekam bardzo niecierpliwie na pierwsze poczynania PSK i daję temu przedsięwzięciu duży kredyt zaufania. Czy zatem zmierzamy ku normalności? Być może, chociaż obawiam się, że ta droga, podobnie jak wszystkie inne w naszym kraju, jeszcze długo będzie dziurawa i wyboista.

Jak rok 2008 był dla mnie okresem inicjacji w komiksowy świat, tak rok 2009 był dla mnie przełomowy, bo poczułem się zaakceptowany, nie jako "one hit wonder", ale jako pełnoprawny komiksiarz. Jest to spełnienie jednego z moich największych marzeń z dzieciństwa. Pamiętam, gdy na ASP wypowiadałem się o komiksach, pokazując kolejne plansze powstającego "Powidoku", jako pewnego rodzaju dowód na to, że jestem twórcą komiksowym i wolno mi się na temat tego medium wypowiadać; jednocześnie drżąc przed tym, że kiedy wydam swój album i zgarnę wyłącznie złe recenzje, lub co gorsze, zostanę zupełnie zignorowany, prawo uważania się za komiksiarza zostanie mi odebrane, że zostanie mi tylko nieszkodliwe hobby.
Miniony rok upłynął pod znakiem właściwie samych sukcesów zawodowych. Po kilku dość znaczących porażkach z roku 2008 wyliterowałem i złożyłem "Golema" i "Łajkę" dla Timofa, z których jestem ogromnie dumny, bo lepiej już zrobione być nie mogą. Jestem również zadowolony z mojej pracy jako redaktora graficznego "Ziniola". Nie uważam, bym był bardzo dobry w kwestii lejałtu pisma, ale dobrze się przy tym bawiłem, wiele nauczyłem i mam nadzieję, że czytelnikom swoją pracą nie zaszkodziłem. Niestety, po czterech numerach żegnam się z "Ziniolem", by się skupić na dyplomie, którego, mam nadzieję, będę bronił już w czerwcu.
Między pracą nad albumami odetchnąłem, tworząc krótkie formy komiksowe, z których również jestem dość zadowolony. Choć trochę mnie zasmuciło, że większym echem odbił się głupi żart w postaci "Kwadransu mesjanistycznego" dla Kolektywu, niż "Zakład" opublikowany w "Ziniolu". Tu bardziej, niż w jakimkolwiek innym swoim komiksie, zepchnąłem sam rysunek, jak i scenariusz (Timofa) na najdalszy plan, zostawiając na wierzchu to, co zazwyczaj jest właśnie na drugim planie, czyli treściową funkcję kompozycji rozkładówek, plansz i elementów na nich zawartych. Fascynuje mnie gramatyczny rozbiór chwil definiujących resztę życia i w dużej mierze o tym będzie mój następny album, więc niepowodzenie "Zakładu" nieco mnie martwi.
Ale tam, gdzie "Kwadrans", czy "Zakład" są pewnymi ekstremami, kolejny komiks do Kolektywu, "01010011-01101101-01101001-01110100-01101000", był dla mnie złotym środkiem między formą i treścią, moimi inklinacjami do eksperymentowania i przejrzystością. Wspaniale również wspominam pracę z Bartkiem Szymkiewiczem. Chętnie w przyszłości bym popróbował takiej pracy zespołowej - rysownik i scenarzysta/kolorysta (albo jeszcze bardziej rozbite, by każdy miał tylko jedną funkcję).
Oczywiście największym sukcesem minionego roku jest dla mnie nasz związek z Olgą Wróbel. Emo-komiksiarka jest dla emo-komiksiarza najlepszą partnerką, tak życiową, jak i twórczą. "Przeciwieństwa się przyciągają" to chyba hasło dla nudnych ludzi lub masochistów. Tak czy siak, po raz pierwszy od lat jestem szczęśliwy, co zaowocowało tym, że zamiast pisać pełne goryczy i smutku eseje na blogu, wolę wyjść na wspólny spacer po parku.
Na szczęście ta radość nie przysłania mi komiksowych obowiązków. Następny album, który zamierzam wydać w 2012 r. jest najbardziej przygnębiającą rzeczą, jaką kiedykolwiek napisałem. Takie stężenie skrajnej beznadziei będzie dla czytelników prawdziwym katharsis albo doprowadzi ich do depresji (lub będzie tak pretensjonalne, że odłożą po dziesięciu minutach). Już mam narysowane / naszkicowane pierwsze dwadzieścia ileś stron, czyli jakąś połowę prologu.

Miniony rok był dla mnie bardzo udany komiksowo. Nawet bardzo bardzo.
Przede wszystkim udało się nam, wspólnie z Tomkiem Pastuszką i Bartkiem Sztyborem, uruchomić magazyn "Karton". Pomimo raczej chłodnego przyjęcia ze strony krytyki komiksowej (bo od czytelników otrzymaliśmy raczej pozytywny feedback) wszyscy trzej, wspólnie z całą ekipą twórców zaangażowanych w projekt, wierzymy, że "Karton" może się bardzo ładnie wpisać w komiksowy krajobraz Polski. Są ciekawe widoki na rozwój naszego kartonowego dziecka, więc warto wyglądać kolejnych numerów. Przy okazji chciałbym oddać głęboki pokłon w kierunku gigantycznej wręcz roboty, jaką odwala Asu przy ogarnianiu wszystkiego co z "Kartonem" się wiąże. Jeśli ja jestem redaktorem naczelnym magazynu, to Tomkowi należy się tytuł HiperMegaGiga Naczelnego.
Po kilku miesiącach spędzonych mniej lub bardziej intensywnie na korekcie i dorysowywaniu antenek, wziąłem w dłonie (wiadomo jakie!) gotowy album. Apogeum trzęsiączki nastąpiło podczas rozdawania autografów w czasie łódzkiego festiwalu, kiedy cudem trafiałem w kartkę papieru. I to nie tylko dlatego, że tuż obok Grzegorz Rosiński zamaszystym rysowaniem blond pukli Aariki wprawiał w wibracje czekający w kolejce (do niego) tłum, jak i mój stolik. Nie muszę już chyba pisać, jaką ręka sięgałem po pierwsze recenzje. Podsumowując – "rok drżącej ręki" to był dla mnie bardzo ciekawy okres. Wszystkim przyszłym debiutantom takiego życzę.
A co z życiem "pozahmmarlołowym"? Wciąż niezwykle mnie cieszy nabierająca tempa pogoń za komiksowym światem, rosnąca ilość pojawiających się u nas albumów i coraz większy udział w tym komiksowym cieście ambitnych rodzynków. A ja, przyznaję, lubię wyjadać rodzynki. Z tego, co widzę w pojawiających się zapowiedziach w tym roku też będzie smakowicie. Jeśli o moje, komiksowe plany chodzi, to na dzień dzisiejszy zostało mi do przygotowania około 60 stron drugiego tomu Hmmarlowe'a. Jak skończę, to dam Wam znać.
Rok 2009 pod względem komiksowym oceniam bardzo wysoko, zwłaszcza, jako czytelnik. Jako twórca też nie mam powodów do narzekań. Było mniej intensywnie, niż w ciągu kilku poprzednich lat, ale jest to raczej ogólny trend. Zauważyłem, że czytelnicy są zaniepokojeni małą ilością polskich produkcji. Nie ma powodów do obaw - taki stan jest efektem opróżnienia szuflad. Wydawcy utrzymywali wysokie tempo, gdyż publikowali zaległości na równi z premierami. Podobnie jak w przypadku komiksu światowego, nadrabialiśmy opóźnienia z rodzimego podwórka. Teraz trzeba poczekać, aż twórcy zrobią nowe komiksy, które będą publikowane na bieżąco. Wiadomo, że narysowanie albumu to kwestia miesięcy, o ile nie lat. Myślę, że integral "Osiedla Swoboda" można potraktować, jako pewnego rodzaju podsumowanie. Wchodzimy w nowe obszary. Realizujemy nowe projekty. W przyszłość polskiego komiksu patrzę z optymizmem.
Osobiście rok upłynął mi pod hasłem "pełnoetatowy tata". Wydajność pracy nieco mi siadła i nie mam już możliwości, aby porywać się na stachanowskie wyczyny. Nie znaczy to, że spocząłem na laurach. Przystosowałem metodykę pracy do nowej sytuacji i już widzę pierwsze efekty. Na warsztacie mam 6 albumowych projektów w różnych fazach realizacji. Pomysłów, scenariuszy i materiałów źródłowych stale przybywa. Podobnie jest z rosnącym w oczach stosem storyboardów. To jest praca, której efekty będą widoczne w przyszłości.
W 2009 roku udało mi się sfinalizować dwie gry dla Pastelgames. Wyzwaniem i wspaniałą przygodą był dla mnie zwłaszcza MORBID, do którego napisałem scenariusz, zrobiłem grafikę i nagrałem muzykę. Chwila premiery, gdy nagle w nową grę zaczynają klikać miliony (sic!) ludzi z całego świata to dla mnie dzień wielkich emocji. W kwestii stricte komiksowej, wziąłem udział w projekcie Centrali "W sąsiednich kadrach". Była to dla mnie, jako twórcy spora nobilitacja. Ze współpracy jestem bardzo zadowolony. Przy okazji przełamałem się i wróciłem do pisania scenariuszy. Opinie czytelników utwierdzają mnie w przekonaniu, że chyba wyszedłem z tej próby obronną ręką. Cieszy mnie to.
Tymczasem "Najwydestyluchniejszy", czyli projekt, nad którym pracujemy z Bartkiem Sztyborem od 2006 roku, znalazł miłą przystań w "Kolektywie". Bardzo odpowiada mi publikowanie kolejnych odcinków w tym magazynie, jak również pozytywny ferment, który wytworzył się w środowisku związanym z tym pismem. Kolejne numery "Kolektywu" pokazują solidne skoki jakości prezentowanych prac. To nie jest okrzepły skład rutyniarzy, tylko ludzi mających nadal twórczy entuzjazm, a już prezentujących formę profesjonalistów.
Niestety, zaniedbałem nieco blogaska, ale za to znalazłem przytulny kącik na łamach "Ziniola", gdzie dla potomności gromadzę informacje na temat nowych komiksowych zinów. Oczywiście robię to z wyrachowania, gdyż liczę na miejsce w bibliografiach prac magisterskich. W 2010 mam zamiar ukończyć dwa ze wspomnianych sześciu albumów. W październiku na eMeFKa powinny mieć premierę reedycja "Laleczek" oraz antologia "Sceny z życia murarza" pod moją redakcją.
Nie podsumowałem minionych 365 dni na swoim blogu i również dla Was jakoś trudno mi to wyznanie z siebie wydusić. Bynajmniej nie, dlatego, że nie lubię Kolorowych Zeszytów, lecz dlatego, że w moich działaniach komiksowych nie wydarzyło się nic takiego, na co szczególnie chciałbym zwrócić uwagę. Może z wyjątkiem udziału w przypomnieniu twórczości Jerzego Wróblewskiego i narysowania Batmana grającego na skrzypcach ;)
Nie nakreśliłem też komiksowych planów na rok bieżący (choć wiszą nade mną pewne zobowiązania), ewentualnie dam się ponieść fali i dopasuję do rozwoju zdarzeń. Często mówię innym, że dobry plan to połowa sukcesu, ale zupełnie nie potrafię tej mądrości przekuć na własne postępowanie. Od dłuższego czasu zbieram i odświeżam swoje starsze historyjki, aby złożyć z nich album i szukam motywacji, aby zrealizować, któryś z nowszych scenariuszy. Jednak, tak naprawdę bardzo łatwo znajduję dziesiątki uzasadnień (niestety, niektóre z nich są bardzo prawdziwe) do nie robienia czegoś sensownego i konkretnego. Mam nadzieję, że w roku 2010 zmuszę się do aktywności wykraczającej poza prowadzenie dwóch blogów i rysowanie okazjonalnych ilustracji dla różnych znajomych, ale głowy za to nie dam.
W sferze bardziej ogólnej wydaje mi się, że komiksowy światek ponownie nabrał lekkich rumieńców za sprawą kilku udanych imprez, kilku dobrych komiksów polskich autorów, kilku lepszych komiksów autorów zagranicznych i... narodzin Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego. Czekam bardzo niecierpliwie na pierwsze poczynania PSK i daję temu przedsięwzięciu duży kredyt zaufania. Czy zatem zmierzamy ku normalności? Być może, chociaż obawiam się, że ta droga, podobnie jak wszystkie inne w naszym kraju, jeszcze długo będzie dziurawa i wyboista.
Jak rok 2008 był dla mnie okresem inicjacji w komiksowy świat, tak rok 2009 był dla mnie przełomowy, bo poczułem się zaakceptowany, nie jako "one hit wonder", ale jako pełnoprawny komiksiarz. Jest to spełnienie jednego z moich największych marzeń z dzieciństwa. Pamiętam, gdy na ASP wypowiadałem się o komiksach, pokazując kolejne plansze powstającego "Powidoku", jako pewnego rodzaju dowód na to, że jestem twórcą komiksowym i wolno mi się na temat tego medium wypowiadać; jednocześnie drżąc przed tym, że kiedy wydam swój album i zgarnę wyłącznie złe recenzje, lub co gorsze, zostanę zupełnie zignorowany, prawo uważania się za komiksiarza zostanie mi odebrane, że zostanie mi tylko nieszkodliwe hobby.
Miniony rok upłynął pod znakiem właściwie samych sukcesów zawodowych. Po kilku dość znaczących porażkach z roku 2008 wyliterowałem i złożyłem "Golema" i "Łajkę" dla Timofa, z których jestem ogromnie dumny, bo lepiej już zrobione być nie mogą. Jestem również zadowolony z mojej pracy jako redaktora graficznego "Ziniola". Nie uważam, bym był bardzo dobry w kwestii lejałtu pisma, ale dobrze się przy tym bawiłem, wiele nauczyłem i mam nadzieję, że czytelnikom swoją pracą nie zaszkodziłem. Niestety, po czterech numerach żegnam się z "Ziniolem", by się skupić na dyplomie, którego, mam nadzieję, będę bronił już w czerwcu.
Między pracą nad albumami odetchnąłem, tworząc krótkie formy komiksowe, z których również jestem dość zadowolony. Choć trochę mnie zasmuciło, że większym echem odbił się głupi żart w postaci "Kwadransu mesjanistycznego" dla Kolektywu, niż "Zakład" opublikowany w "Ziniolu". Tu bardziej, niż w jakimkolwiek innym swoim komiksie, zepchnąłem sam rysunek, jak i scenariusz (Timofa) na najdalszy plan, zostawiając na wierzchu to, co zazwyczaj jest właśnie na drugim planie, czyli treściową funkcję kompozycji rozkładówek, plansz i elementów na nich zawartych. Fascynuje mnie gramatyczny rozbiór chwil definiujących resztę życia i w dużej mierze o tym będzie mój następny album, więc niepowodzenie "Zakładu" nieco mnie martwi.
Ale tam, gdzie "Kwadrans", czy "Zakład" są pewnymi ekstremami, kolejny komiks do Kolektywu, "01010011-01101101-01101001-01110100-01101000", był dla mnie złotym środkiem między formą i treścią, moimi inklinacjami do eksperymentowania i przejrzystością. Wspaniale również wspominam pracę z Bartkiem Szymkiewiczem. Chętnie w przyszłości bym popróbował takiej pracy zespołowej - rysownik i scenarzysta/kolorysta (albo jeszcze bardziej rozbite, by każdy miał tylko jedną funkcję).
Oczywiście największym sukcesem minionego roku jest dla mnie nasz związek z Olgą Wróbel. Emo-komiksiarka jest dla emo-komiksiarza najlepszą partnerką, tak życiową, jak i twórczą. "Przeciwieństwa się przyciągają" to chyba hasło dla nudnych ludzi lub masochistów. Tak czy siak, po raz pierwszy od lat jestem szczęśliwy, co zaowocowało tym, że zamiast pisać pełne goryczy i smutku eseje na blogu, wolę wyjść na wspólny spacer po parku.
Na szczęście ta radość nie przysłania mi komiksowych obowiązków. Następny album, który zamierzam wydać w 2012 r. jest najbardziej przygnębiającą rzeczą, jaką kiedykolwiek napisałem. Takie stężenie skrajnej beznadziei będzie dla czytelników prawdziwym katharsis albo doprowadzi ich do depresji (lub będzie tak pretensjonalne, że odłożą po dziesięciu minutach). Już mam narysowane / naszkicowane pierwsze dwadzieścia ileś stron, czyli jakąś połowę prologu.
Miniony rok był dla mnie bardzo udany komiksowo. Nawet bardzo bardzo.
Przede wszystkim udało się nam, wspólnie z Tomkiem Pastuszką i Bartkiem Sztyborem, uruchomić magazyn "Karton". Pomimo raczej chłodnego przyjęcia ze strony krytyki komiksowej (bo od czytelników otrzymaliśmy raczej pozytywny feedback) wszyscy trzej, wspólnie z całą ekipą twórców zaangażowanych w projekt, wierzymy, że "Karton" może się bardzo ładnie wpisać w komiksowy krajobraz Polski. Są ciekawe widoki na rozwój naszego kartonowego dziecka, więc warto wyglądać kolejnych numerów. Przy okazji chciałbym oddać głęboki pokłon w kierunku gigantycznej wręcz roboty, jaką odwala Asu przy ogarnianiu wszystkiego co z "Kartonem" się wiąże. Jeśli ja jestem redaktorem naczelnym magazynu, to Tomkowi należy się tytuł HiperMegaGiga Naczelnego.
Drugą bardzo ważną sprawą w 2009 roku było dla mnie dopinanie pewnego przedsięwzięcia albumowego. Mam nadzieję, że wkrótce całość stanie się ciałem i zamieszka na półkach komiksomaniaków i nie tylko. Nie chcę zdradzać o co dokładnie chodzi, żeby zwyczajowo nie zapeszać. Nie zdziwi pewnie nikogo, że scenariuszowo rzecz ma związek z pewnym młodym fanem "Zmierzchu".
Podobnie jak w latach poprzednich popełniłem kilka szorciaków, które opublikowano to tu, to tam. W "Ziniolu" ukazały się dwa epizodziki, w których cofam się do mojego dzieciństwa. Mam nadzieję, że ten autobiograficzny cykl uda mi się pchać dalej, przy pomocy mojego Szanownego przyjaciela, który oprawia moje wspomnienia w komiksowe ramy.
Cieszę się, że udaje nam się z Bartkiem Sztyborem tworzyć kolejne szalone przygody Kapitana Minety, bo praca nad tym komiksem to frajda w najczystszej postaci. W zeszłym roku ukazały się dwa odcinki z perypetiami sympatycznego królika. Jeden na łamach "Kolektywu", drugi w magazynie-matce Minety, czyli "Hardkorporacji". Jestem również zadowolony z jednoplanszówki, którą wysłaliśmy ze Sztyborem na zeszłoroczny konkurs emefkowy. Mam nadzieję, że w przyszłości zrobimy jeszcze jakieś rzeczy z wykorzystaniem zabawy komiksową formą.
Rok 2009 to także znakomite imprezy w doborowym towarzystwie na konwentach mniejszych i większych. Z ogromnym sentymentem wspominam imprezki w Gdański i w Radomiu. Kameralność, znakomita organizacja, a przede wszystkim rodzinna atmosfera to atuty tych właśnie komiksowych spotkań. Co nie znaczy, że w Łodzi czy w Warszawie bawiłem się źle. WSK i MFK również dały radę.
Przyszły rok jawi mi się w tym momencie jako ogromny znak zapytania. Podobno w moim życiu ma się zmienić absolutnie wszystko. Mam jednak ogromną nadzieję, że odnajdę w tej nowej rzeczywistości czas i miejsce dla mojej pasji. Bo bez komiksików byłoby mi chyba trochę smutno.

Osiągnięcia: Poznałem wiele poczciwych, związanych z komiksem osób, z którymi kontakt mam do dziś, czasem wspólnie tworzymy historie. Największą dla mnie sprawą w minionym roku był chyba wywiad dla Motywu Drogi, ponieważ okazało się, że ktoś uważa moje tworzenie za wartościowe i nawet chce o tym ze mną porozmawiać na szerszym forum. Było mi bardzo miło, kiedy Konrad do mnie napisał i wydaje mi się, że ten wywiad zmobilizował mnie do dalszej pracy. Za nie lada osiągnięcie uważam wyzbycie się utopijnych wizji komiksowego środowiska, które roztaczałem sam przed sobą przez te lata. Zawsze chwaliłem się znajomym, jak super jest być komiksiarzem na konwencie, na konwentowym afterparty, między konwentami... A tu proszę, komiksiarz też człowiek i dureń. Oczywiście ciągle przeważa we mnie pozytywne nastawienie. To chyba też osiągnięcie, co?
Porażki: Komiksowych raczej nie mam, może nie licząc odłożenia produkcji kilku komiksów na czas bliżej nieokreślony. Z niekomiksowych porażek na pewno mogę wymienić zwichnięcie kolana, które wykluczyło mnie praktycznie z całego sezonu Niezobowiązującej Koszykówki Wakacyjnych Desperatów (NKWD), którego rozgrywanie co roku jest dla mnie wcale dużą przyjemnością.
Porównanie z poprzednimi latami: W tym roku pojawiłem się w większej ilości zinów, wspomniano o mnie parę razy w internecie. Miałem bardzo udane wakacje, bo nie musiałem siedzieć nad "Ser-cem", jak w roku 2008. Co do "Ser-ca", to ponoć ma być robiony dodruk...
Plany: Mam wyznaczone trzy cele na ten rok, gdy uda mi się któryś zrealizować, napiszę o tym na blogu. W ogóle bardzo lubię blogować, więc planuję kontynuować prowadzenie swojej strony. W tym roku będą trzy lata. Jeden z celów na pewno nie jest dla nikogo większą zagadką – chciałbym wydać album z Sheerem, prace trwają.
Cieszę się, że udaje nam się z Bartkiem Sztyborem tworzyć kolejne szalone przygody Kapitana Minety, bo praca nad tym komiksem to frajda w najczystszej postaci. W zeszłym roku ukazały się dwa odcinki z perypetiami sympatycznego królika. Jeden na łamach "Kolektywu", drugi w magazynie-matce Minety, czyli "Hardkorporacji". Jestem również zadowolony z jednoplanszówki, którą wysłaliśmy ze Sztyborem na zeszłoroczny konkurs emefkowy. Mam nadzieję, że w przyszłości zrobimy jeszcze jakieś rzeczy z wykorzystaniem zabawy komiksową formą.
Rok 2009 to także znakomite imprezy w doborowym towarzystwie na konwentach mniejszych i większych. Z ogromnym sentymentem wspominam imprezki w Gdański i w Radomiu. Kameralność, znakomita organizacja, a przede wszystkim rodzinna atmosfera to atuty tych właśnie komiksowych spotkań. Co nie znaczy, że w Łodzi czy w Warszawie bawiłem się źle. WSK i MFK również dały radę.
Przyszły rok jawi mi się w tym momencie jako ogromny znak zapytania. Podobno w moim życiu ma się zmienić absolutnie wszystko. Mam jednak ogromną nadzieję, że odnajdę w tej nowej rzeczywistości czas i miejsce dla mojej pasji. Bo bez komiksików byłoby mi chyba trochę smutno.
Osiągnięcia: Poznałem wiele poczciwych, związanych z komiksem osób, z którymi kontakt mam do dziś, czasem wspólnie tworzymy historie. Największą dla mnie sprawą w minionym roku był chyba wywiad dla Motywu Drogi, ponieważ okazało się, że ktoś uważa moje tworzenie za wartościowe i nawet chce o tym ze mną porozmawiać na szerszym forum. Było mi bardzo miło, kiedy Konrad do mnie napisał i wydaje mi się, że ten wywiad zmobilizował mnie do dalszej pracy. Za nie lada osiągnięcie uważam wyzbycie się utopijnych wizji komiksowego środowiska, które roztaczałem sam przed sobą przez te lata. Zawsze chwaliłem się znajomym, jak super jest być komiksiarzem na konwencie, na konwentowym afterparty, między konwentami... A tu proszę, komiksiarz też człowiek i dureń. Oczywiście ciągle przeważa we mnie pozytywne nastawienie. To chyba też osiągnięcie, co?
Porażki: Komiksowych raczej nie mam, może nie licząc odłożenia produkcji kilku komiksów na czas bliżej nieokreślony. Z niekomiksowych porażek na pewno mogę wymienić zwichnięcie kolana, które wykluczyło mnie praktycznie z całego sezonu Niezobowiązującej Koszykówki Wakacyjnych Desperatów (NKWD), którego rozgrywanie co roku jest dla mnie wcale dużą przyjemnością.
Porównanie z poprzednimi latami: W tym roku pojawiłem się w większej ilości zinów, wspomniano o mnie parę razy w internecie. Miałem bardzo udane wakacje, bo nie musiałem siedzieć nad "Ser-cem", jak w roku 2008. Co do "Ser-ca", to ponoć ma być robiony dodruk...
Plany: Mam wyznaczone trzy cele na ten rok, gdy uda mi się któryś zrealizować, napiszę o tym na blogu. W ogóle bardzo lubię blogować, więc planuję kontynuować prowadzenie swojej strony. W tym roku będą trzy lata. Jeden z celów na pewno nie jest dla nikogo większą zagadką – chciałbym wydać album z Sheerem, prace trwają.
środa, 9 września 2009
#245 - "Pięć ćwierci do śmierci" (1)
W swoim ostatnim wpisie Olga Wróbel tajemniczo zapowiedziała, że "Coś" niedługo wypłynie w sieci (...). "Niedługo" oznaczało dzisiaj, a owe "coś" to rysunkowe jam session w wykonaniu Olgi, Daniela Chmielewskiego, Mariusza "Wondera" Ciechońskiego, Jacka "Ystada" Jastrzębskiego i moim. Zabawa była przednia i pewnie jeszcze kiedyś to powtórzymy, a póki co z dumą prezentujemy pierwszy kadr tej tajemniczej historii o intrygującym tytule.

"Pięć ćwierci do śmierci" (1)
(rysunek: Daniel Chmielewski, kolor: Olga Wróbel)
Kolejna część tej komiksowej układanki znajduję się na blogu Daniela Chmielewskiego - dokładnie w tym miejscu!
poniedziałek, 6 lipca 2009
#200 - „Black Hole” obok Baudrillarda – wywiad z Danielem Chmielewskim
Daniel Chmielewski był dla mnie zawsze nieco tajemniczą postacią, która niespodziewanie pojawiła się w komiksowym światku. Kiedy więc tylko pojawiła się okazja do przepytania go z tego i owego, skwapliwie z niej skorzystałem. Wszystkich czytelników solennie ostrzegam, że wywiad dorównuje swoją długością tekstom Daniela na jego blogu, więc przed lekturą radzę uzbroić się w cierpliwość i kubek gorącej herbaty, względnie kawy.Na początku chciałbym Cię spytać skąd wziąłeś się w polskim komiksie. Przed wydaniem „Zostawiając Powidok Wibrującej Czerni” nie udzielałeś się na forach, nie istniałeś w środowisku, nie rysowałeś stripów, nie publikowałeś w zinach. A tu nagle bach, debiut w barwach Timofa i mamy kolejnego komiksiarza na rynku. Powiedz, czym zajmowałeś się w epoce przed „Powidokiem”?
Przed „Powidokiem” przygotowywałem się do „Powidoku”. Komiksy tworzę od piątego roku życia, w czwartej klasie podstawówki już sprzedawałem swoją serię „Eternity Heroes”, na festynie szkolnym w nakładach równającym się z niektórymi andergrandowymi produkcjami, jakie można kupić na festiwalach komiksowych. Był to pastisz postaci z popkultury – Incredible Sulk był wiecznie płaczącym chłopakiem, którego teraz byśmy określili, jako emo. Było dwóch opasłych czterookich bliźniaków łączących w sobie cechy zewnętrzne Supermana i troll-dolls. Zrobiłem kilkanaście dwudziestostronicowych zeszytów.
Kiedy przyjechałem do Polski, zacząłem pracę nad komiksem o trzeciej wojnie światowej i zrobiłem jeden zeszyt. W ósmej klasie zacząłem moją ośmioletnią przygodę z „Atrophią”, której kilka szkicowych wersji ostatecznie odłożyłem do szafy. W tym samym czasie zacząłem serię pt. „Gumbo”, o żywym manekinie, który budzi się w totalitarnym państewku w Niebie, którego przywódca sprzeniewierzył się Bogu i stworzył własną autonomię zaprzeczającą niebiańskiemu porządkowi.
W liceum byłem redaktorem naczelnym gazety satyryczno-literackiej pt. „Ogólnodostępny Kuluarowy Nośnik Optymizmu”. Tam ukazywała się seria o młodzieży z blokowisk, posiadającej szczurzą aparycję. Powstała pod wpływem fascynacji „Osiedlem Swoboda”. „Mausa” wtedy jeszcze nie przeczytałem, ale znałem kilka kadrów z „Nowej Fantastyki”. Po „Ratrace”, bo tak się ta seria nazywała, zacząłem umieszczać w „OKNO'ie” kilkustronicowe epizody z Cynikiem. Poza komiksami sprzedawanymi w szkole podstawowej i „OKNO’em”, większość tego, co zrobiłem leży w szafie.
Oczywiście wszystko, co powyżej wymieniłem jest z dzisiejszego punktu widzenia straszne. Chodzi jednak o to, by pokazać, że za tym wydanym w zeszłym roku albumem stoją prawie dwie dekady nauki i tysiące zarysowanych stron.
„Powidok” był jednym z najciekawszych komiksowych wydarzeń ubiegłego roku. Ile czasu i w jaki sposób pracowałeś nad swoim debiutem? Jak wyglądało poszukiwanie wydawcy? Czy dziś, z perspektywy czasu, jesteś zadowolony ze swojego dzieła?
„Powidok” zaczął powstawać w 2003 roku. Męczyłem się już któryś rok z kolejną wersją „Atrophii”, wcześniej zawiesiłem wydawanie „OKNO’a”, bo zrobiłem za duży nakład ostatniego numeru i wpadłem w długi. Miałem w tym czasie swój pierwszy wielki kryzys twórczy. Pewnego razu siedząc w toalecie, patrzyłem sobie przez nogi na to, co tam się kumuluje pode mną i pomyślałem, że można by to namalować i zrobić z tego serię obrazów abstrakcyjnych. W ciągu kilku minut miałem gotowy pierwszy jednostronicowy komiks. W ciągu następnych dni powstały kolejne. Po czym znów wpadłem w stupor i produkowałem następne komiksy w odstępach kilkutygodniowych lub dłuższych.
Nad większością pomysłów siedziałem miesiącami, zastanawiając się, jak je ugryźć. Zbierałem te plansze do teczki i pokazywałem rodzinie i znajomym, żeby wybadać, co inni o tym myślą. Reakcje były pozytywne, choć ogólnie nie ufam ludziom, a tym bardziej tym, którzy nie tworzą i wyrażają się na temat twórczości. Więc robiłem w ciemno, wierząc, że tak musi być. Pewnego razu, jak to jest opisane w samym „Powidoku”, zgubiłem całą tekę oryginałów i musiałem je zrekonstruować. Poznałem wtedy swoją partnerkę, Olę, która niesamowicie mnie zmotywowała. Miałem taką energię pierwszy raz od lat, że w niecały rok udało mi się narysować wszystkie stare łanszoty i przygotować kilkudziesięciostronicowy epilog.
Jeśli chodzi o poszukiwanie wydawcy, to nie miałem pojęcia jak wygląda polska scena komiksowa. Byłem tylko na kilku festiwalach, poza zeszytami z TM-Semic miałem może kilkanaście albumów rodzimych edytorów. Szukałem wśród wydawców, których komiksy miałem na półce. Post wydawał tylko zagranicznych twórców, ale Kultura Gniewu promowała też rodzimą alternatywę. Skontaktowałem się z Szymonem Holcmanem, wysłałem makietę komiksu z opisem tego, co będzie w epilogu. Szymon wyraził zainteresowanie, skończyłem album i wysłałem całość. Wreszcie ekipa Kultury zdecydowała, że za dużo temu komiksowi brakuje, by mogli to reklamować swoim logo, ale Szymon dał tę makietę nieznanemu mi wtedy Timofowi. Paweł wkrótce napisał, spotkaliśmy się i w ciągu kilku tygodni gotowy album był już w drukarni. Jestem ogromnie wdzięczny Szymonowi, że walczył o ten album i Pawłowi, który zaryzykował, wydając mnie w pięciuset egzemplarzach. Niby mało, ale jak na debiutanta, to było ogromne wyróżnienie.
Co do mojego zadowolenia, to z jednej strony oczywiście, jestem zadowolony. Czułem, że jest to materiał, którego nie muszę się wstydzić i jako całość, tworzy pewien spójny przekaz. Z drugiej, widzę wszystkie braki niespójności, warsztatowe błędy w rysunku i scenariuszu. Ale to jest tak, jak powiedziałem Pawłowi podczas naszego pierwszego spotkania: „Gdybym mógł, zrobiłbym ten komiks od nowa, ale muszę go dać do druku w tej chwili, bo znów się rozpełźnie, jak inne projekty i wyląduje w szafie”. Obserwuję wielu znajomych, którzy nie mogą postawić tego pierwszego kroku, bo wciąż czują, że czegoś im brakuje. Jednocześnie, trzeba uważać, by nie wyskoczyć zbyt wcześniej – dlatego „Atrophię” porzuciłem po ośmiu latach pracy. Najtrudniej jest znaleźć ten moment, kiedy coś jest już wystarczająco dobre, by wyjść z tym do ludzi. A dopóki nie ma się wydanego debiutu, to nikt nie będzie w stanie Tobie powiedzieć, kiedy ten moment nadejdzie.
Muszę zadać to pytanie, a właściwie dwa, choć wiem, jak bardzo jest ono wyświechtane i banalne, a twórcy nie lubią na nie odpowiadać. Po pierwsze – skąd czerpiesz inspiracje? Po drugie – dlaczego komiks akurat?
Czerpię inspirację ze wszystkiego, co mnie otacza, ze wszystkich bodźców, które wpływają na mnie osobiście – wszelkie zachowania ludzkie, wszelkie formy kultury, wszystko, co zobaczę i usłyszę. Ale JA muszę to przeżyć lub wchłonąć. Dlatego nie próbuję wymyślać historii, które nie mają nic wspólnego z tym, co mnie otacza. Nie piszę kryminałów ani fantasy, bo nie mam w rodzinie mafiosa lub elfa. Nie bawi mnie zapełnianie czasu dobrą historią. Historia może być kiepska, bez puenty i dramaturgii (jak większość rzeczywistych sytuacji), ale musi zająć moją uwagę, zaskoczyć mnie jakąś nową konfiguracją elementów.
Ubieram swoje myśli w komiksy, bo jest to świetne medium komunikacyjne. Komiksy szybciej czyta się, niż książki i bazują nie tylko na słowie, ale i na obrazie – na relacjach przestrzennych, co jest bliższe naszemu postrzeganiu. Zaraz ktoś mi zarzuci, że komiks nie musi opierać się na słowie. Są przecież nieme komiksy. Ale działają one znakami, którym można przyporządkować słowa. Komiksy abstrakcyjne to raczej ćwiczenie estetyczne i jest na marginesie medium.
Tak jak książkę, komiks można wertować, zabrać ze sobą i obejrzeć w dowolnych warunkach. Z filmem tak się nie da. Film dyktuje nam czas. Można obejrzeć film na komórce w autobusie, ale wtedy nie ma szans na właściwy odbiór. Książkę i komiks w autobusie można bez większych przeszkód odebrać bez szkody dla treści i formy.
Dodatkowo, praca nad filmem jest o wiele bardziej żmudna, niż nad komiksem. Autor ma mniej kontroli, musi podlegać rzeczywistości lub technologii. A książki, to nie wiem po co się jeszcze pisze. Już antyczne tragedie greckie w dużej mierze ukazują całe spektrum zachowań ludzkich. Nie oszukujmy się, że można na początku XXI wieku cokolwiek nowego napisać, powiedzieć lub pokazać. Chodzi tylko o to, by pokazać to w nowych konfiguracjach. To, co zawarłem w „Powidoku” w literaturze już zostało przemiędlone na wszelkie sposoby 50-80 lat temu. Ale w komiksie mogłem pokazać pewne rzeczy w takich konfiguracjach, na jakie słowo pisane bez obrazu nie pozwala.
Należy zwrócić jednak uwagę na to, że te „nowe rozwiązania” i tak służą tylko temu, by zachęcić młodych ludzi do sięgnięcia po źródła, czyli to, co było te 50 lat temu, a potem zagłębienia się w to, co było 500 lat temu i 30 wieków temu. Literaturą już nie zachęcimy. Martwym malarstwem również. Komiks ma przed sobą kilka lat odkrywania nowych obszarów. Film kilka więcej. A potem i te media ustąpią kolejnym, które będą mogły w nowych konfiguracjach przekazywać to wszystko, co i tak już mamy pochowane po bibliotekach i muzeach.
Odnośnie literatury mam zupełnie odmienne zdanie, ale okej. „Machnąłeś” album i oprócz kilku, nielicznych komiksowych występów w zinach, jako komiksiarz nie dajesz znaku życia. Pisywałeś recenzje na Gildię, walczyłeś w Bitwach Komiksowych (i wygrałeś), pomagałeś nieco Timofowi przy edycji jego komiksów, a przede wszystkim zajmowałeś się swoim blogiem. Nie masz ciśnienia na robienie kolejnych komiksów? Zrobiłeś sobie dłuższą przerwę czy dałeś sobie spokój?
Bądź, co bądź od premiery „Powidoku” minęło niecałe półtora roku. W tym czasie zrobiłem przekombinowanego szorta i „Zakład” do „Ziniola” i frywolny pastisz w „Kolektywie”. Scenariusz „Zakładu” dostałem od Timofa w kwietniu 2008 roku, miesiąc po moim debiucie. Prawie rok zajęła mi praca nad tym komiksem. Same rysunki zrobiłem w tydzień, spiesząc się, by zdążyć na deadline, co niestety widać. Jednakże niespecjalnie przejmuję się rysunkami. Istotna jest kompozycja. Chciałem zrobić z porno-opowiadanka rozbiór gramatyczny chwili, definiującej resztę życia. Może przykład w samym komiksie niektórym wydaje się dość ekstremalny, albo wręcz głupi, ale sam przeżyłem o wiele dziwniejsze sytuacje i potraktowałem ten scenariusz z pełną powagą.
Co kilka dni spisuję kolejne pomysły na albumy, zeszyty, serie, szorty, Ale większość z tego nigdy nie ujrzy światła dziennego. Mierzi mnie wtórność w kulturze współczesnej, chcę się do niej przyczyniać jak najmniej.
Chciałbym też zauważyć, że to, co w pytaniu jest postawione w czasie przeszłym, wciąż trwa. Kolejne komiksy powstają, z Timofem współpracuję jako liternik i jeden z redaktorów „Ziniola”. Najgorzej jest z recenzjami. Nadmierny perfekcjonizm mnie sparaliżował i wciąż poprawiam to, co napisałem – ku zmartwieniu Jacka Gdańca, który czeka na kolejną porcję tekstów już od pół roku.
Kontynuując ten wątek – w notce biograficznej, która wisi na Gildii, można przeczytać o Twoich przyszłych projektach. Czy obecnie pracujesz nad którymś z nich, czy zajmujesz się czymś kompletnie innym? Jak wyglądają Twoje komiksowe plany na przyszłość?
Z tytułów niezrealizowanych poza tą nieszczęsną „Atrophią” większość zostanie zrealizowana w takiej lub innej formie. Entuzjastycznie podchodzę do współpracy z jednym z najzdolniejszych rysowników na naszej scenie, który niesamowicie wiele uwagi poświęca nie tylko temu, co w kadrze, ale wszystkim aspektom kompozycyjnym w komiksie. O owocach tej współpracy będziemy publicznie rozmawiać dopiero wtedy, kiedy skończy inne projekty. Marcin Podolec czeka na scenariusz do pełnometrażowego albumu, który co kilka tygodni rozpisuję od nowa, bo choć szkielet stworzyliśmy w jedną noc, to wciąż nie wiem, w co go ubrać.
Nie chcę podawać dat, tytułów, bo u mnie praca nad czymś trwa strasznie długo, a i tak rzucam zbyt wiele słów na wiatr, by jeszcze ładować się pod presję oczekiwań czytelników. Jednakże najważniejszym projektem, nad którym pracuję od roku, i który zajmie mi pewnie kolejne dwa, trzy lata, to „Zapętlenie”. Będzie to dokumentalny komiks o plenerowym wyjeździe, na jakim byłem z Grzegorzem Kowalskim, jednym z ważniejszych twórców we współczesnej polskiej kulturze i z jego byłym uczniem Arturem Żmijewskim. Album planuję na ponad 300 stron. Jeśli już ten hermetyczny temat zniechęcił niektórych, to wbiję jeszcze kilka gwoździ do swojej trumny. Komiks będzie trójjęzyczny – bez przypisów, i będzie tym dla „Powidoku”, czym „Ulisses” był dla „Dublińczyków”. Jak widać, poprzeczka jest postawiona wysoko. Najpewniej skończy się tym, że nie wytrzymam presji i palnę sobie w łeb, nim skończę.
Jeżeli się nie mylę, studiujesz na warszawskiej ASP, czy tak? Powiedz, w jaki sposób uniwersytet wpływa na Ciebie, jako komiksiarza i w ogóle, jako człowieka, intelektualistę?
Akademia to znamię, które warunkuje resztę życia, jeśli się traktuje ją poważnie, a nie jako sposób na przyjemne spędzenie czasu, nim się pójdzie do agencji reklamowej. Dzięki rozmowom z nauczycielami i studentami, dzięki wykładom i zajęciom nauczyłem się ogromnie dużo nie tylko o kulturze, ale o wszelkich aspektach życia. Nie będę tu jednak rozwijał tego tematu, bo zanudziłbym. Na moim blogu łatwo można zorientować się jak moja uczelnia i ludzie do niej uczęszczający mnie kształtują.
Mogę za to powiedzieć kilka słów o byciu komiksiarzem w takim miejscu. Na początku, gdy bez ogródek chwaliłem się wszystkim, że piszę i rysuję komiksy, byłem traktowany z wielkim przymrużeniem oka. Niestety wszyscy uważali komiks za nieślubne dziecko literatury i twórczości wizualnej, do tego niedorozwinięte, potrafiące tylko wywijać łapami, żeby walnąć kogoś w mordę i wysławiające się tylko onomatopejami. Poprowadziłem jednak wykład o komiksie dla studentów, po czym zmienił się stosunek moich kolegów do mnie i do tego, co robię. Na plus, oczywiście. Teraz z najbliższymi znajomymi nie dyskutujemy jedynie o Baudrillardzie i Matthew Barneyu, ale również o „Black Hole”, czy „From Hell”. Rzecz jasna nie wtykam im większości komiksów, bo większość nie ma dla nas większego plastycznego czy merytorycznego znaczenia. Ale przecież chodzi o to, by dobrać te pozycje, które nam pasują w danym medium, a nie, by adorować wszystko. Moim celem było wykazanie, że przez komiks można zakomunikować tyle samo, co przez inne media.
Wśród profesorów na początku nie miałem łatwo, bo większość to esteci, niektórzy to pewnie ostatnią książkę przeczytali w liceum i to widać. Wertowali tylko, nie bacząc na to, co jest napisane, odbierając moje komiksy wyłącznie jako autonomiczne obrazy. A jako obrazy nie mają one jakiejkolwiek wartości. Na szczęście jest kilka profesorów, którzy nawet jeśli są niechętni do komiksu, przynajmniej odebrali przekaz zgodnie z językiem tego medium. Wspomniany już Grzegorz Kowalski, Stanisław Wieczorek, u którego będę robił dyplom, cudowny Hubert Borys, u którego ćwiczyłem rysunek – wykazali ogromną cierpliwość i życzliwość do moich poczynań twórczych, odmiennych od tego, co robi się zazwyczaj na Akademii i odmiennych od ich oczekiwań związanych z komiksem.
I jeszcze jedno podobne pytanie – w jaki sposób sztuka, ta wysoka, odbija się w Twojej pracy przy komiksach? Na ile jest widoczna w Twoich utworach?
Nie uznaję słowa „sztuka”. Jest to strasznie płynne hasło, które co chwila coś innego oznacza. Wolę rozpatrywać rzeczy po prostu jako twórczość. Ściślej rzecz biorąc można by nawet powiedzieć „odtwórczość”, ale miałoby to zbyt często wydźwięk pejoratywny.
W moich komiksach odbija się to, co wyczytałem w książkach filozofów, uznanych literatów, to, co widziałem w ambitnych filmach i na awangardowych obrazach, bo są to rzeczy niezmiernie ciekawe, a praktycznie nieznane. Większość ludzi żyje w totalnej nieświadomości tego, że tyle niesamowitych rzeczy zostało już napisanych i wciąż zadaje wtórne, idiotyczne pytania. Niczym w anegdocie, którą opowiadał nasz matematyk w liceum. W pewnej małej miejscowości żył sobie człowiek, który własnymi metodami, po latach ślęczenia, stworzył wzór na pole trójkąta równobocznego. I zachwycony wybrał się do miasta, by podzielić się tym wielkim odkryciem, tylko po to, żeby się dowiedzieć, że starożytni Grecy już dawno to obliczyli.
Nie pojmuję dlaczego większość nawet inteligentnych ludzi woli faszerować się przyjemnymi, prostymi rzeczami i wciąż zastanawiać nad nieosiągalnymi tajemnicami świata, niż po prostu zagłębić się trochę w naszą kulturę. Wiem, że myślenie boli, a wiedza jest czasem przerażająca, ale uważam, że warto się przezwyciężać.
Jak to jest z Twoim pochodzeniem, bo jestem nieco skonfundowany. Masz polskie nazwisko, urodziłeś się w Niemczech, mieszkałeś w Australii i studiujesz w Warszawie, czy tak?
Urodziłem się w Berlinie, bo moi rodzice dostali wilczy bilet z Polski za działalność opozycyjną. Berlin to była taka baza, z której przerzucano emigrantów politycznych do Stanów, Kanady i Australii. Po dwóch latach rodzice dostali opcje: Melbourne lub Chicago. Wybrali tę pierwszą. Dopiero w Australii mój ojciec mógł skończyć studia, choć gdy był już gotowy do pracy na satysfakcjonującym go stanowisku, okazało się, że o pracę wcale nie jest tak łatwo. Przyjechał do Polski w 1995 roku, gdzie akurat otwierał się rynek – on był po studiach, z perfekcyjnym angielskim, trafił we właściwą koniunkturę. Wkrótce sprowadził mnie, matkę i urodzonego w Australii brata i już tu zostaliśmy. Długo zajęło mi przystosowanie się do Polski. Nie znosiłem tutejszej mentalności, technologicznego zacofania, nieobyczajności młodzieży (w Australii chodziłem do prywatnej szkoły katolickiej, a tu trafiłem do szkoły państwowej w niespecjalnie rozwiniętej dzielnicy). Powoli jednak zacząłem interesować się polską kulturą, samą Warszawą, mentalnością ludzi. I choć wciąż obcy jest mi jakikolwiek nacjonalizm, to zakorzeniłem się w tej kulturze i niespecjalnie wyobrażam sobie żyć gdzie indziej.
Pozwól na nieco dłuższą dywagację – Karol Konwerski wyłożył historię polskiego komiksu po 1989 roku, jako wychodzenie z artystowości, malarskości ku narracji, opowiadaniu historii. Idealnym przykładem tego pierwszego etapu byłby Przemysław Truściński, skupiony bardziej na swojej kresce, aspektach estetycznych swojej pracy, niż na historii, którą opowiada. Potem mamy Śledzia, który w swojej szczytowej formie za pomocą szybko skreślonych ilustracji opowiada naprawdę konkretną historię, odnajdując idealną chyba proporcję między funkcjonalnością a artyzmem. I w końcu mamy Ciebie, Daniela Chmielewskiego, który jest zainteresowany o tyle rysunkiem, o ile ten opowiada jakąś historię. Bardziej storytellera, niż rysownika. W biegunowym przeciwieństwie do Trusta, który do rysunków dopowiada fabułę, Ty do historii dorysowujesz ilustracje.
I jeszcze jedna uwaga – komiks w takiej perspektywie ma konstrukcję sinusoidalną, bowiem u Ciebie wraca to eksperymentatorstwo, które było udziałem Truścińskiego, tylko nie w warstwie graficznej, ale fabularnej. Od eksperymentów z własnym stylem, manierą do eksperymentów z narracją, sekwencyjnością, fabułą.
Jak się odnajdujesz w takim układzie? Co o nim sądzisz?
Ten model wydaje mi się jak najbardziej słuszny. Oczywiście jest on uproszczony, jak każdy model i można by ustawić całą masę takich sinusoid krzyżujących się w różnych miejscach – taka instalacja by wyglądała jak fragment morza, z pewną rytmiką, ale nie idealnie symetryczną. To, co robimy zawsze w jakimś tam stopniu powstaje „względem”. Albo będziemy popełniać błędy rodziców, albo trafimy na przeciwny biegun i jak ojciec był skąpy, to my będziemy nasze dzieci rozpieszczać, ale każda opcja będzie „względem”. To, że moje komiksy wyglądają tak, a nie inaczej też bierze się z tego, że pewne rzeczy u Przemka Truścińskiego i Michała Śledzińskiego mi odpowiadają, a na inne elementy się nie godzę. Akurat tak jestem fizjologicznie i psychologicznie ukształtowany, że mniej mnie interesuje estetyczny aspekt rzeczy, a bardziej klarowne przekazanie pewnych informacji. Żeby już zostać przy tych dwóch twórcach, to uwielbiam eksperymentatorstwo Przemka, ale w środku jest dla mnie puste. Przynajmniej nie ma tych treści, jakie ja bym dokleił do takiej formy. Michał jest mi bliższy w sposobie przywiązywania uwagi do opowiadania, do wypunktowywania pewnych aspektów rzeczywistości, ale wyważa proporcje publicystyki i humoru tak, by jego historie nie przestawały bawić. Dla mnie, wychowanego na awangardowej literaturze, filmie i filozofii, element zabawowy jest tylko o tyle istotny, żeby odbiorca nie odłożył komiksu, nim go nie skończy. Nie chcę bawić. Moje komiksy są treściowo esejami, a formalnie ćwiczeniami z kompozycji – co można jeszcze zrobić, by pokazać coś w nowy sposób. Są raczej do analizowania. Istotne w tym wszystkim jest, by cały czas na rynku byli twórcy reprezentujący różne nurty. Inaczej, niezależnie od wartości prac, następuje przesyt, odrzucenie i właśnie przesunięcie dominanty na inną część krzywej matematycznej.
Odnoszę wrażenie, że z wielkim entuzjazmem odnosisz się do nowych, cyfrowych i wirtualnych mediów i sposobów komunikowania się artysty ze swoim odbiorcą. Najpierw blogasek, potem facebook, teraz second life, a za chwilkę twitter pewnie. Przyznam, że ja podchodzę do nich ze sporą rezerwą, cały ten cyfrowy szum informacji mnie nieco przytłacza i czuję, że powoli gubimy się w tym całym chaosie. Nie masz podobnego odczucia?
Na tłiterze też już jestem. Fascynują mnie nowe technologie, bo wbrew pozorom, czynią nasze życie o wiele bliższe naturze, niż nam się wydaje. Kończy się ten bardzo króciutki etap kultury linearnej, jaka rozpoczęła się w Europie dzięki Gutenbergowi. Filmy (awangardowe, ale już nie tylko) odchodzą od linearności. Komiks również. Literatura, skazana swoją formą na linearność walczy z nią jak może. Z kolei nowe media faszerują nas bodźcami tak jak w erze audialnej. Za czasów plemiennych nie było początków i końców. Impulsy docierały do nas w tym samym czasie. Ćwierkanie ptaka i szum liści były równoważne. Linearność – wszystkie jej skutki – czas jaki znamy – spowodowały, że człowiek zatracił ideę wieczności. Katolicy dziś nie mają nic wspólnego z chrześcijanami średniowiecznymi. Nie rozumieją podstaw swojej religii, bo są skazani na sztuczną linearność. Powrót do tego równoczesnego odbierania wszystkich bodźców na raz, odsunięcie się od racjonalności, skupienie na plemienności dzięki wszelkim fejsbókom i tłiterom, krótkie emocjonalne przekazy, zwiastują nową plemienność, uwarunkowaną jednak nowymi technologiami, które kultura musi dogonić. Uważam, że jest to fascynujący czas i twórcy nie powinni uciekać od tego, co się dzieje. Oczywiście nasze, pamiętające jeszcze świat z przed Internetu, pokolenie, musi mieć się na baczności, bo my jesteśmy pomostem między starą kulturą i nową kulturą. Nasze dzieci nie rozumieją już naszej rzeczywistości, naszych wartości, bo technologia inaczej warunkuje im świat. Naszym zadaniem jest wplecenie pewnych elementów starej kultury w tę nową, zanim odejdziemy w niebyt. Musimy wybrać, które elementy zachować i musimy je propagować. Z nowymi nie da się walczyć, możemy je, co najwyżej równoważyć.
Wolisz X-Menów czy Avengersów?
„Avengersi” to lamerzy. Czytałem te dwa „Mega Marvele” z nimi i była to papka straszliwa. W Australii nie zbierałem żadnych serii regularnie, ale mam kilka odcinków „X-Factor”, „Factor X”, „X-Men 2099” i zwykłych „X-menów”. Szybko z nich wyrosłem, ale na Cable’u z crossoveru „X-Cutioner’s Song” uczyłem się rysować wielkie giwery i obładowanych sprzętem superbojowników. Czasem żałuję, że z tego wyrosłem.
Przed „Powidokiem” przygotowywałem się do „Powidoku”. Komiksy tworzę od piątego roku życia, w czwartej klasie podstawówki już sprzedawałem swoją serię „Eternity Heroes”, na festynie szkolnym w nakładach równającym się z niektórymi andergrandowymi produkcjami, jakie można kupić na festiwalach komiksowych. Był to pastisz postaci z popkultury – Incredible Sulk był wiecznie płaczącym chłopakiem, którego teraz byśmy określili, jako emo. Było dwóch opasłych czterookich bliźniaków łączących w sobie cechy zewnętrzne Supermana i troll-dolls. Zrobiłem kilkanaście dwudziestostronicowych zeszytów.Kiedy przyjechałem do Polski, zacząłem pracę nad komiksem o trzeciej wojnie światowej i zrobiłem jeden zeszyt. W ósmej klasie zacząłem moją ośmioletnią przygodę z „Atrophią”, której kilka szkicowych wersji ostatecznie odłożyłem do szafy. W tym samym czasie zacząłem serię pt. „Gumbo”, o żywym manekinie, który budzi się w totalitarnym państewku w Niebie, którego przywódca sprzeniewierzył się Bogu i stworzył własną autonomię zaprzeczającą niebiańskiemu porządkowi.
W liceum byłem redaktorem naczelnym gazety satyryczno-literackiej pt. „Ogólnodostępny Kuluarowy Nośnik Optymizmu”. Tam ukazywała się seria o młodzieży z blokowisk, posiadającej szczurzą aparycję. Powstała pod wpływem fascynacji „Osiedlem Swoboda”. „Mausa” wtedy jeszcze nie przeczytałem, ale znałem kilka kadrów z „Nowej Fantastyki”. Po „Ratrace”, bo tak się ta seria nazywała, zacząłem umieszczać w „OKNO'ie” kilkustronicowe epizody z Cynikiem. Poza komiksami sprzedawanymi w szkole podstawowej i „OKNO’em”, większość tego, co zrobiłem leży w szafie.Oczywiście wszystko, co powyżej wymieniłem jest z dzisiejszego punktu widzenia straszne. Chodzi jednak o to, by pokazać, że za tym wydanym w zeszłym roku albumem stoją prawie dwie dekady nauki i tysiące zarysowanych stron.
„Powidok” był jednym z najciekawszych komiksowych wydarzeń ubiegłego roku. Ile czasu i w jaki sposób pracowałeś nad swoim debiutem? Jak wyglądało poszukiwanie wydawcy? Czy dziś, z perspektywy czasu, jesteś zadowolony ze swojego dzieła?
„Powidok” zaczął powstawać w 2003 roku. Męczyłem się już któryś rok z kolejną wersją „Atrophii”, wcześniej zawiesiłem wydawanie „OKNO’a”, bo zrobiłem za duży nakład ostatniego numeru i wpadłem w długi. Miałem w tym czasie swój pierwszy wielki kryzys twórczy. Pewnego razu siedząc w toalecie, patrzyłem sobie przez nogi na to, co tam się kumuluje pode mną i pomyślałem, że można by to namalować i zrobić z tego serię obrazów abstrakcyjnych. W ciągu kilku minut miałem gotowy pierwszy jednostronicowy komiks. W ciągu następnych dni powstały kolejne. Po czym znów wpadłem w stupor i produkowałem następne komiksy w odstępach kilkutygodniowych lub dłuższych.Nad większością pomysłów siedziałem miesiącami, zastanawiając się, jak je ugryźć. Zbierałem te plansze do teczki i pokazywałem rodzinie i znajomym, żeby wybadać, co inni o tym myślą. Reakcje były pozytywne, choć ogólnie nie ufam ludziom, a tym bardziej tym, którzy nie tworzą i wyrażają się na temat twórczości. Więc robiłem w ciemno, wierząc, że tak musi być. Pewnego razu, jak to jest opisane w samym „Powidoku”, zgubiłem całą tekę oryginałów i musiałem je zrekonstruować. Poznałem wtedy swoją partnerkę, Olę, która niesamowicie mnie zmotywowała. Miałem taką energię pierwszy raz od lat, że w niecały rok udało mi się narysować wszystkie stare łanszoty i przygotować kilkudziesięciostronicowy epilog.
Jeśli chodzi o poszukiwanie wydawcy, to nie miałem pojęcia jak wygląda polska scena komiksowa. Byłem tylko na kilku festiwalach, poza zeszytami z TM-Semic miałem może kilkanaście albumów rodzimych edytorów. Szukałem wśród wydawców, których komiksy miałem na półce. Post wydawał tylko zagranicznych twórców, ale Kultura Gniewu promowała też rodzimą alternatywę. Skontaktowałem się z Szymonem Holcmanem, wysłałem makietę komiksu z opisem tego, co będzie w epilogu. Szymon wyraził zainteresowanie, skończyłem album i wysłałem całość. Wreszcie ekipa Kultury zdecydowała, że za dużo temu komiksowi brakuje, by mogli to reklamować swoim logo, ale Szymon dał tę makietę nieznanemu mi wtedy Timofowi. Paweł wkrótce napisał, spotkaliśmy się i w ciągu kilku tygodni gotowy album był już w drukarni. Jestem ogromnie wdzięczny Szymonowi, że walczył o ten album i Pawłowi, który zaryzykował, wydając mnie w pięciuset egzemplarzach. Niby mało, ale jak na debiutanta, to było ogromne wyróżnienie.Co do mojego zadowolenia, to z jednej strony oczywiście, jestem zadowolony. Czułem, że jest to materiał, którego nie muszę się wstydzić i jako całość, tworzy pewien spójny przekaz. Z drugiej, widzę wszystkie braki niespójności, warsztatowe błędy w rysunku i scenariuszu. Ale to jest tak, jak powiedziałem Pawłowi podczas naszego pierwszego spotkania: „Gdybym mógł, zrobiłbym ten komiks od nowa, ale muszę go dać do druku w tej chwili, bo znów się rozpełźnie, jak inne projekty i wyląduje w szafie”. Obserwuję wielu znajomych, którzy nie mogą postawić tego pierwszego kroku, bo wciąż czują, że czegoś im brakuje. Jednocześnie, trzeba uważać, by nie wyskoczyć zbyt wcześniej – dlatego „Atrophię” porzuciłem po ośmiu latach pracy. Najtrudniej jest znaleźć ten moment, kiedy coś jest już wystarczająco dobre, by wyjść z tym do ludzi. A dopóki nie ma się wydanego debiutu, to nikt nie będzie w stanie Tobie powiedzieć, kiedy ten moment nadejdzie.
Muszę zadać to pytanie, a właściwie dwa, choć wiem, jak bardzo jest ono wyświechtane i banalne, a twórcy nie lubią na nie odpowiadać. Po pierwsze – skąd czerpiesz inspiracje? Po drugie – dlaczego komiks akurat?
Czerpię inspirację ze wszystkiego, co mnie otacza, ze wszystkich bodźców, które wpływają na mnie osobiście – wszelkie zachowania ludzkie, wszelkie formy kultury, wszystko, co zobaczę i usłyszę. Ale JA muszę to przeżyć lub wchłonąć. Dlatego nie próbuję wymyślać historii, które nie mają nic wspólnego z tym, co mnie otacza. Nie piszę kryminałów ani fantasy, bo nie mam w rodzinie mafiosa lub elfa. Nie bawi mnie zapełnianie czasu dobrą historią. Historia może być kiepska, bez puenty i dramaturgii (jak większość rzeczywistych sytuacji), ale musi zająć moją uwagę, zaskoczyć mnie jakąś nową konfiguracją elementów.Ubieram swoje myśli w komiksy, bo jest to świetne medium komunikacyjne. Komiksy szybciej czyta się, niż książki i bazują nie tylko na słowie, ale i na obrazie – na relacjach przestrzennych, co jest bliższe naszemu postrzeganiu. Zaraz ktoś mi zarzuci, że komiks nie musi opierać się na słowie. Są przecież nieme komiksy. Ale działają one znakami, którym można przyporządkować słowa. Komiksy abstrakcyjne to raczej ćwiczenie estetyczne i jest na marginesie medium.
Tak jak książkę, komiks można wertować, zabrać ze sobą i obejrzeć w dowolnych warunkach. Z filmem tak się nie da. Film dyktuje nam czas. Można obejrzeć film na komórce w autobusie, ale wtedy nie ma szans na właściwy odbiór. Książkę i komiks w autobusie można bez większych przeszkód odebrać bez szkody dla treści i formy.
Dodatkowo, praca nad filmem jest o wiele bardziej żmudna, niż nad komiksem. Autor ma mniej kontroli, musi podlegać rzeczywistości lub technologii. A książki, to nie wiem po co się jeszcze pisze. Już antyczne tragedie greckie w dużej mierze ukazują całe spektrum zachowań ludzkich. Nie oszukujmy się, że można na początku XXI wieku cokolwiek nowego napisać, powiedzieć lub pokazać. Chodzi tylko o to, by pokazać to w nowych konfiguracjach. To, co zawarłem w „Powidoku” w literaturze już zostało przemiędlone na wszelkie sposoby 50-80 lat temu. Ale w komiksie mogłem pokazać pewne rzeczy w takich konfiguracjach, na jakie słowo pisane bez obrazu nie pozwala.Należy zwrócić jednak uwagę na to, że te „nowe rozwiązania” i tak służą tylko temu, by zachęcić młodych ludzi do sięgnięcia po źródła, czyli to, co było te 50 lat temu, a potem zagłębienia się w to, co było 500 lat temu i 30 wieków temu. Literaturą już nie zachęcimy. Martwym malarstwem również. Komiks ma przed sobą kilka lat odkrywania nowych obszarów. Film kilka więcej. A potem i te media ustąpią kolejnym, które będą mogły w nowych konfiguracjach przekazywać to wszystko, co i tak już mamy pochowane po bibliotekach i muzeach.
Odnośnie literatury mam zupełnie odmienne zdanie, ale okej. „Machnąłeś” album i oprócz kilku, nielicznych komiksowych występów w zinach, jako komiksiarz nie dajesz znaku życia. Pisywałeś recenzje na Gildię, walczyłeś w Bitwach Komiksowych (i wygrałeś), pomagałeś nieco Timofowi przy edycji jego komiksów, a przede wszystkim zajmowałeś się swoim blogiem. Nie masz ciśnienia na robienie kolejnych komiksów? Zrobiłeś sobie dłuższą przerwę czy dałeś sobie spokój?
Bądź, co bądź od premiery „Powidoku” minęło niecałe półtora roku. W tym czasie zrobiłem przekombinowanego szorta i „Zakład” do „Ziniola” i frywolny pastisz w „Kolektywie”. Scenariusz „Zakładu” dostałem od Timofa w kwietniu 2008 roku, miesiąc po moim debiucie. Prawie rok zajęła mi praca nad tym komiksem. Same rysunki zrobiłem w tydzień, spiesząc się, by zdążyć na deadline, co niestety widać. Jednakże niespecjalnie przejmuję się rysunkami. Istotna jest kompozycja. Chciałem zrobić z porno-opowiadanka rozbiór gramatyczny chwili, definiującej resztę życia. Może przykład w samym komiksie niektórym wydaje się dość ekstremalny, albo wręcz głupi, ale sam przeżyłem o wiele dziwniejsze sytuacje i potraktowałem ten scenariusz z pełną powagą.Co kilka dni spisuję kolejne pomysły na albumy, zeszyty, serie, szorty, Ale większość z tego nigdy nie ujrzy światła dziennego. Mierzi mnie wtórność w kulturze współczesnej, chcę się do niej przyczyniać jak najmniej.
Chciałbym też zauważyć, że to, co w pytaniu jest postawione w czasie przeszłym, wciąż trwa. Kolejne komiksy powstają, z Timofem współpracuję jako liternik i jeden z redaktorów „Ziniola”. Najgorzej jest z recenzjami. Nadmierny perfekcjonizm mnie sparaliżował i wciąż poprawiam to, co napisałem – ku zmartwieniu Jacka Gdańca, który czeka na kolejną porcję tekstów już od pół roku.
Kontynuując ten wątek – w notce biograficznej, która wisi na Gildii, można przeczytać o Twoich przyszłych projektach. Czy obecnie pracujesz nad którymś z nich, czy zajmujesz się czymś kompletnie innym? Jak wyglądają Twoje komiksowe plany na przyszłość?
Z tytułów niezrealizowanych poza tą nieszczęsną „Atrophią” większość zostanie zrealizowana w takiej lub innej formie. Entuzjastycznie podchodzę do współpracy z jednym z najzdolniejszych rysowników na naszej scenie, który niesamowicie wiele uwagi poświęca nie tylko temu, co w kadrze, ale wszystkim aspektom kompozycyjnym w komiksie. O owocach tej współpracy będziemy publicznie rozmawiać dopiero wtedy, kiedy skończy inne projekty. Marcin Podolec czeka na scenariusz do pełnometrażowego albumu, który co kilka tygodni rozpisuję od nowa, bo choć szkielet stworzyliśmy w jedną noc, to wciąż nie wiem, w co go ubrać.Nie chcę podawać dat, tytułów, bo u mnie praca nad czymś trwa strasznie długo, a i tak rzucam zbyt wiele słów na wiatr, by jeszcze ładować się pod presję oczekiwań czytelników. Jednakże najważniejszym projektem, nad którym pracuję od roku, i który zajmie mi pewnie kolejne dwa, trzy lata, to „Zapętlenie”. Będzie to dokumentalny komiks o plenerowym wyjeździe, na jakim byłem z Grzegorzem Kowalskim, jednym z ważniejszych twórców we współczesnej polskiej kulturze i z jego byłym uczniem Arturem Żmijewskim. Album planuję na ponad 300 stron. Jeśli już ten hermetyczny temat zniechęcił niektórych, to wbiję jeszcze kilka gwoździ do swojej trumny. Komiks będzie trójjęzyczny – bez przypisów, i będzie tym dla „Powidoku”, czym „Ulisses” był dla „Dublińczyków”. Jak widać, poprzeczka jest postawiona wysoko. Najpewniej skończy się tym, że nie wytrzymam presji i palnę sobie w łeb, nim skończę.
Jeżeli się nie mylę, studiujesz na warszawskiej ASP, czy tak? Powiedz, w jaki sposób uniwersytet wpływa na Ciebie, jako komiksiarza i w ogóle, jako człowieka, intelektualistę?
Akademia to znamię, które warunkuje resztę życia, jeśli się traktuje ją poważnie, a nie jako sposób na przyjemne spędzenie czasu, nim się pójdzie do agencji reklamowej. Dzięki rozmowom z nauczycielami i studentami, dzięki wykładom i zajęciom nauczyłem się ogromnie dużo nie tylko o kulturze, ale o wszelkich aspektach życia. Nie będę tu jednak rozwijał tego tematu, bo zanudziłbym. Na moim blogu łatwo można zorientować się jak moja uczelnia i ludzie do niej uczęszczający mnie kształtują.Mogę za to powiedzieć kilka słów o byciu komiksiarzem w takim miejscu. Na początku, gdy bez ogródek chwaliłem się wszystkim, że piszę i rysuję komiksy, byłem traktowany z wielkim przymrużeniem oka. Niestety wszyscy uważali komiks za nieślubne dziecko literatury i twórczości wizualnej, do tego niedorozwinięte, potrafiące tylko wywijać łapami, żeby walnąć kogoś w mordę i wysławiające się tylko onomatopejami. Poprowadziłem jednak wykład o komiksie dla studentów, po czym zmienił się stosunek moich kolegów do mnie i do tego, co robię. Na plus, oczywiście. Teraz z najbliższymi znajomymi nie dyskutujemy jedynie o Baudrillardzie i Matthew Barneyu, ale również o „Black Hole”, czy „From Hell”. Rzecz jasna nie wtykam im większości komiksów, bo większość nie ma dla nas większego plastycznego czy merytorycznego znaczenia. Ale przecież chodzi o to, by dobrać te pozycje, które nam pasują w danym medium, a nie, by adorować wszystko. Moim celem było wykazanie, że przez komiks można zakomunikować tyle samo, co przez inne media.
Wśród profesorów na początku nie miałem łatwo, bo większość to esteci, niektórzy to pewnie ostatnią książkę przeczytali w liceum i to widać. Wertowali tylko, nie bacząc na to, co jest napisane, odbierając moje komiksy wyłącznie jako autonomiczne obrazy. A jako obrazy nie mają one jakiejkolwiek wartości. Na szczęście jest kilka profesorów, którzy nawet jeśli są niechętni do komiksu, przynajmniej odebrali przekaz zgodnie z językiem tego medium. Wspomniany już Grzegorz Kowalski, Stanisław Wieczorek, u którego będę robił dyplom, cudowny Hubert Borys, u którego ćwiczyłem rysunek – wykazali ogromną cierpliwość i życzliwość do moich poczynań twórczych, odmiennych od tego, co robi się zazwyczaj na Akademii i odmiennych od ich oczekiwań związanych z komiksem.I jeszcze jedno podobne pytanie – w jaki sposób sztuka, ta wysoka, odbija się w Twojej pracy przy komiksach? Na ile jest widoczna w Twoich utworach?
Nie uznaję słowa „sztuka”. Jest to strasznie płynne hasło, które co chwila coś innego oznacza. Wolę rozpatrywać rzeczy po prostu jako twórczość. Ściślej rzecz biorąc można by nawet powiedzieć „odtwórczość”, ale miałoby to zbyt często wydźwięk pejoratywny.
W moich komiksach odbija się to, co wyczytałem w książkach filozofów, uznanych literatów, to, co widziałem w ambitnych filmach i na awangardowych obrazach, bo są to rzeczy niezmiernie ciekawe, a praktycznie nieznane. Większość ludzi żyje w totalnej nieświadomości tego, że tyle niesamowitych rzeczy zostało już napisanych i wciąż zadaje wtórne, idiotyczne pytania. Niczym w anegdocie, którą opowiadał nasz matematyk w liceum. W pewnej małej miejscowości żył sobie człowiek, który własnymi metodami, po latach ślęczenia, stworzył wzór na pole trójkąta równobocznego. I zachwycony wybrał się do miasta, by podzielić się tym wielkim odkryciem, tylko po to, żeby się dowiedzieć, że starożytni Grecy już dawno to obliczyli.Nie pojmuję dlaczego większość nawet inteligentnych ludzi woli faszerować się przyjemnymi, prostymi rzeczami i wciąż zastanawiać nad nieosiągalnymi tajemnicami świata, niż po prostu zagłębić się trochę w naszą kulturę. Wiem, że myślenie boli, a wiedza jest czasem przerażająca, ale uważam, że warto się przezwyciężać.
Jak to jest z Twoim pochodzeniem, bo jestem nieco skonfundowany. Masz polskie nazwisko, urodziłeś się w Niemczech, mieszkałeś w Australii i studiujesz w Warszawie, czy tak?
Urodziłem się w Berlinie, bo moi rodzice dostali wilczy bilet z Polski za działalność opozycyjną. Berlin to była taka baza, z której przerzucano emigrantów politycznych do Stanów, Kanady i Australii. Po dwóch latach rodzice dostali opcje: Melbourne lub Chicago. Wybrali tę pierwszą. Dopiero w Australii mój ojciec mógł skończyć studia, choć gdy był już gotowy do pracy na satysfakcjonującym go stanowisku, okazało się, że o pracę wcale nie jest tak łatwo. Przyjechał do Polski w 1995 roku, gdzie akurat otwierał się rynek – on był po studiach, z perfekcyjnym angielskim, trafił we właściwą koniunkturę. Wkrótce sprowadził mnie, matkę i urodzonego w Australii brata i już tu zostaliśmy. Długo zajęło mi przystosowanie się do Polski. Nie znosiłem tutejszej mentalności, technologicznego zacofania, nieobyczajności młodzieży (w Australii chodziłem do prywatnej szkoły katolickiej, a tu trafiłem do szkoły państwowej w niespecjalnie rozwiniętej dzielnicy). Powoli jednak zacząłem interesować się polską kulturą, samą Warszawą, mentalnością ludzi. I choć wciąż obcy jest mi jakikolwiek nacjonalizm, to zakorzeniłem się w tej kulturze i niespecjalnie wyobrażam sobie żyć gdzie indziej.Pozwól na nieco dłuższą dywagację – Karol Konwerski wyłożył historię polskiego komiksu po 1989 roku, jako wychodzenie z artystowości, malarskości ku narracji, opowiadaniu historii. Idealnym przykładem tego pierwszego etapu byłby Przemysław Truściński, skupiony bardziej na swojej kresce, aspektach estetycznych swojej pracy, niż na historii, którą opowiada. Potem mamy Śledzia, który w swojej szczytowej formie za pomocą szybko skreślonych ilustracji opowiada naprawdę konkretną historię, odnajdując idealną chyba proporcję między funkcjonalnością a artyzmem. I w końcu mamy Ciebie, Daniela Chmielewskiego, który jest zainteresowany o tyle rysunkiem, o ile ten opowiada jakąś historię. Bardziej storytellera, niż rysownika. W biegunowym przeciwieństwie do Trusta, który do rysunków dopowiada fabułę, Ty do historii dorysowujesz ilustracje.
I jeszcze jedna uwaga – komiks w takiej perspektywie ma konstrukcję sinusoidalną, bowiem u Ciebie wraca to eksperymentatorstwo, które było udziałem Truścińskiego, tylko nie w warstwie graficznej, ale fabularnej. Od eksperymentów z własnym stylem, manierą do eksperymentów z narracją, sekwencyjnością, fabułą.
Jak się odnajdujesz w takim układzie? Co o nim sądzisz?
Ten model wydaje mi się jak najbardziej słuszny. Oczywiście jest on uproszczony, jak każdy model i można by ustawić całą masę takich sinusoid krzyżujących się w różnych miejscach – taka instalacja by wyglądała jak fragment morza, z pewną rytmiką, ale nie idealnie symetryczną. To, co robimy zawsze w jakimś tam stopniu powstaje „względem”. Albo będziemy popełniać błędy rodziców, albo trafimy na przeciwny biegun i jak ojciec był skąpy, to my będziemy nasze dzieci rozpieszczać, ale każda opcja będzie „względem”. To, że moje komiksy wyglądają tak, a nie inaczej też bierze się z tego, że pewne rzeczy u Przemka Truścińskiego i Michała Śledzińskiego mi odpowiadają, a na inne elementy się nie godzę. Akurat tak jestem fizjologicznie i psychologicznie ukształtowany, że mniej mnie interesuje estetyczny aspekt rzeczy, a bardziej klarowne przekazanie pewnych informacji. Żeby już zostać przy tych dwóch twórcach, to uwielbiam eksperymentatorstwo Przemka, ale w środku jest dla mnie puste. Przynajmniej nie ma tych treści, jakie ja bym dokleił do takiej formy. Michał jest mi bliższy w sposobie przywiązywania uwagi do opowiadania, do wypunktowywania pewnych aspektów rzeczywistości, ale wyważa proporcje publicystyki i humoru tak, by jego historie nie przestawały bawić. Dla mnie, wychowanego na awangardowej literaturze, filmie i filozofii, element zabawowy jest tylko o tyle istotny, żeby odbiorca nie odłożył komiksu, nim go nie skończy. Nie chcę bawić. Moje komiksy są treściowo esejami, a formalnie ćwiczeniami z kompozycji – co można jeszcze zrobić, by pokazać coś w nowy sposób. Są raczej do analizowania. Istotne w tym wszystkim jest, by cały czas na rynku byli twórcy reprezentujący różne nurty. Inaczej, niezależnie od wartości prac, następuje przesyt, odrzucenie i właśnie przesunięcie dominanty na inną część krzywej matematycznej.Odnoszę wrażenie, że z wielkim entuzjazmem odnosisz się do nowych, cyfrowych i wirtualnych mediów i sposobów komunikowania się artysty ze swoim odbiorcą. Najpierw blogasek, potem facebook, teraz second life, a za chwilkę twitter pewnie. Przyznam, że ja podchodzę do nich ze sporą rezerwą, cały ten cyfrowy szum informacji mnie nieco przytłacza i czuję, że powoli gubimy się w tym całym chaosie. Nie masz podobnego odczucia?
Na tłiterze też już jestem. Fascynują mnie nowe technologie, bo wbrew pozorom, czynią nasze życie o wiele bliższe naturze, niż nam się wydaje. Kończy się ten bardzo króciutki etap kultury linearnej, jaka rozpoczęła się w Europie dzięki Gutenbergowi. Filmy (awangardowe, ale już nie tylko) odchodzą od linearności. Komiks również. Literatura, skazana swoją formą na linearność walczy z nią jak może. Z kolei nowe media faszerują nas bodźcami tak jak w erze audialnej. Za czasów plemiennych nie było początków i końców. Impulsy docierały do nas w tym samym czasie. Ćwierkanie ptaka i szum liści były równoważne. Linearność – wszystkie jej skutki – czas jaki znamy – spowodowały, że człowiek zatracił ideę wieczności. Katolicy dziś nie mają nic wspólnego z chrześcijanami średniowiecznymi. Nie rozumieją podstaw swojej religii, bo są skazani na sztuczną linearność. Powrót do tego równoczesnego odbierania wszystkich bodźców na raz, odsunięcie się od racjonalności, skupienie na plemienności dzięki wszelkim fejsbókom i tłiterom, krótkie emocjonalne przekazy, zwiastują nową plemienność, uwarunkowaną jednak nowymi technologiami, które kultura musi dogonić. Uważam, że jest to fascynujący czas i twórcy nie powinni uciekać od tego, co się dzieje. Oczywiście nasze, pamiętające jeszcze świat z przed Internetu, pokolenie, musi mieć się na baczności, bo my jesteśmy pomostem między starą kulturą i nową kulturą. Nasze dzieci nie rozumieją już naszej rzeczywistości, naszych wartości, bo technologia inaczej warunkuje im świat. Naszym zadaniem jest wplecenie pewnych elementów starej kultury w tę nową, zanim odejdziemy w niebyt. Musimy wybrać, które elementy zachować i musimy je propagować. Z nowymi nie da się walczyć, możemy je, co najwyżej równoważyć.Wolisz X-Menów czy Avengersów?
„Avengersi” to lamerzy. Czytałem te dwa „Mega Marvele” z nimi i była to papka straszliwa. W Australii nie zbierałem żadnych serii regularnie, ale mam kilka odcinków „X-Factor”, „Factor X”, „X-Men 2099” i zwykłych „X-menów”. Szybko z nich wyrosłem, ale na Cable’u z crossoveru „X-Cutioner’s Song” uczyłem się rysować wielkie giwery i obładowanych sprzętem superbojowników. Czasem żałuję, że z tego wyrosłem.
środa, 17 września 2008
#56 - Wielka nadzieja białych
Pokusiłem się o zestawienie najbardziej rokujących młodych komiksiarzy, którym udało się zrobić na mnie najlepsze wrażenie. Przygotowując taką listę od razu należy się zastanowić nad kryterium doboru debiutantów. U mnie są one dosyć rozmyte – potencjalny talent powinien debiutować nie wcześnie niż zeszłoroczna eMeFka i powinien mieć na koncie „odpowiednio” dużo materiału żeby móc wydać jakąś miarodajną oceną. Zwykle przyjmowałem, że jeden „album” wystarczy. Nie trzymałem się ściśle i z łatwością na mojej liście znajdą się odstępstwa od obydwóch tych reguł.
Daniel Chmielewski to dla mnie najjaśniejszy debiut 2008 roku. O ile jednak „Zostawiając powidok wibrującej czerni” (Timof i cisi wspólnicy) jako komiks średnio mi się podobał, bo drażniła mnie jego pretensjonalność, dziwnie pojmowana „artystowskoość” a model refleksji nad rzeczywistością do mnie nie przemawiał, to sam Daniel dał się pokazać jako autor, którego rozwój warto śledzić. Zresztą umówmy się, w samym komiksie samego Chmielewskiego było sporo. To artysta, który podchodzi do komiksu z odpowiednią perspektywą, to poniekąd „człowiek z zewnątrz”, spoza komiksowego bagienka. Ma głowę pełną świetnych, świeżych pomysłów, wolną od pewnych utartych schematów. Wystarczy zobaczyć, w jaki sposób narrator „Powidoku…” operuje ironią (romantyczną?), jak otwiera swoje dzieła, jak bawi się strukturą fabularną. Sposób, w jaki wchodzi w dialog z czytelnik, grę, którą z nim toczy w kolejnych epizodach to coś, czego w polskim komiksie jeszcze nie było, albo ja przynajmniej nie znalazłem. Często zabiegi formalne stosowane przez Daniela bardziej mnie zajmują niż sama treść jego tworów, o ile oczywiście można arbitralnie rozdzielić w tym przypadku sferę znaczeń od formy. Osobiście traktuje go bardziej jako scenarzystę, który jest zmuszony osobiście ilustrować swoje komiksy. Cóż, przypadek dość rzadki w skali naszego rynku, w którym przeważają rysownicy wymyślający sobie scenariusze.
Rysownikiem i jednocześnie scenarzystą, czyli komiksiarzem pełną gębą jest natomiast Łukasz Ryłko. Myślę, że warto zaaranżować spotkanie Daniela z Łukaszem – jestem cholernie ciekawy, co by mogło urodzić się z takiego związku. Ryłko zaczął naprawdę z wysokiego C – Kultura Gniewu nie wydaje byle kogo, a jeśli stawia na debiutanta, to musi coś w tym być. „Śmiercionośni” okazali się jednym z najlepszych komiksów 2007 roku w ogóle. Powiedzieć, że Ryłko świetnie czuje komiks, doskonale układa kadry, mistrzowsko panuje nad narracją, perspektywą i wszystkim, co w komiksie jest ważne to powiedzieć za mało. Ryłko ma zadatki na prawdziwego poetę obrazkowego języka, a „Śmiercionośni”, będący iście koronkową robotą w dziedzinie komiksu niemego, są tego najlepszym przykładem. To typ twórcy, który dokładnie wie, co chce powiedzieć, wie, co chce stworzyć i, co najważniejsze, ma do tego odpowiednie możliwości. Mam świadomość, że może trochę na wyrost chwalę Łukasza, ale liczę, że drugi epizod „Śmiercionośnych”, zapowiadany na tegoroczną eMeFKę, przebije jedynkę i nie zrobi ze mnie kłamcy i naciągacza.
Drugim twórcą, który świetnie rozumie komiksowe esperanto jest Daniel De Latour. Do tej dał się pokazać szerszej publiczności na łamach piłkarskiej antologii od KG „Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o piłce nożnej…” oraz próbował swoich sił w konkursie na komiks o Powstaniu Warszawskim. Według mnie wyszło więcej niż dobrze i teraz Daniel pracuje nad „Zupełnie nieznaną przygodą dobrego Wojaka Szwejka w mieście Przemyślu” wraz z Karolem Konwerskim („Blaki”). De Latour jest niemniej finezyjny od Ryłki, dysponuje jednak bardziej „miękką” i „delikatną” kreską. Jego praca w powstańczej antologii pokazuje, że nawet z dość niewdzięcznego tematu zdolny twórca jest w stanie stworzyć niebanalną, oryginalną i wciągającą opowieść.
Paweł Gierczak ma na swoim koncie więcej niż jeden album (właściwie zeszyt), a na komiksowej scenie pojawił się już w 2005 roku. Pomimo tego, warto wymienić „popularnego” Gierka w tym towarzystwie, gdyż do tej pory spotkał się on raczej albo z mniej lub bardziej kumoterską pochwałą, albo z kuriozalną „recenzją z Alei Komiksu”. Warto o nim napisać kilka ciepłych słów, bo zwyczajnie na to zasługuje. „Wędrówki po mieście robotów” były cokolwiek artystycznym falstartem i raczej sceptycznie podchodziłem do jego dalszej twórczości. Z niejakim niepokojem sięgałem po „Gangi Radomia” (Timof i cisi wspólnicy), a pierwszy epizod „Ołtsajdersów” musiałem po prostu mieć. Gierczak dysponuje uproszczonym, momentami topornym i prymitywnym stylem, jego kreska jest jakby surowa i nieobrobiona. Cholernie do mnie trafia. W całej nagonce na jego „nieudolność”, kopiowanie Gary`ego Larsona na jego „dresiarski” fabuły niewielu czytelników zauważyło, że on potrafi przede wszystkim znakomicie opowiadać historię. Nie pamiętam żebym często wracał do jakiegoś komiksu dla samej przyjemności zapuszczenia się w świat przedstawiony, przeżycia jeszcze raz tej samej historii – a tak właśnie mam z „Ołtsajdersami”.
Nie tak daleko od estetyki Gierka znajdujemy Pawła Zycha. Jego „Kotlet i Zombi” (Taurus Media) z 2006 roku było bardzo mocnym wejściem na rynek. Do tej pory nie doczekaliśmy się kolejnej pełnometrażówki – autor podobno pracuje nad komiksem historycznym „Infamis”. Piszę podobna, bo nie mam pojęcia czy tak właśnie jest. Wiem natomiast, że w kategoriach absurdalnego humoru i cartoonowego stylu Zych jest absolutnie bezkonkurencyjny. Przynajmniej dla mnie. I właściwie trudno o nim pisać, jak o debiutancie – to w pełni ukształtowany komiksiarz, o w pełni wyrobionym stylu. Jedyne czego mu brakuje to czas, na robienie komiksów.
Oprócz powyższej piątki rozpatrywałem również kandydatury Macieja Banasia, który jeszcze solidnego debiutu nie zaliczył. Zwycięzca I Warszawskiej Bitwy Komiksowej udziela się głównie w zinach („Jeju”, „Maszin”) i zrobił naprawdę kolosalny progres w ostatnim czasie. Przebojem na scenę wdarł się Jacek Świdziński, budząc ekstatyczny zachwyt albo niekontrolowaną biegunkę. Mnie osobiście od „Paproszków” bardziej podobały się przygody „Bi-Bułki”, ale z Otoczaka chyba żaden debiutant. Oglądam blog Wojtka Stefańca i czekam na coś od niego. Bartek Sztybor „Szanownym” pozostawił również dobre wrażenie, zobaczymy jak wyjdzie mu „Destyluch” (grafika – Maciej Pałka). Drugi „Odmieniec” Marka Oleksickiego i Przemka Pawełka też zapowiada się nieźle.
Daniel Chmielewski to dla mnie najjaśniejszy debiut 2008 roku. O ile jednak „Zostawiając powidok wibrującej czerni” (Timof i cisi wspólnicy) jako komiks średnio mi się podobał, bo drażniła mnie jego pretensjonalność, dziwnie pojmowana „artystowskoość” a model refleksji nad rzeczywistością do mnie nie przemawiał, to sam Daniel dał się pokazać jako autor, którego rozwój warto śledzić. Zresztą umówmy się, w samym komiksie samego Chmielewskiego było sporo. To artysta, który podchodzi do komiksu z odpowiednią perspektywą, to poniekąd „człowiek z zewnątrz”, spoza komiksowego bagienka. Ma głowę pełną świetnych, świeżych pomysłów, wolną od pewnych utartych schematów. Wystarczy zobaczyć, w jaki sposób narrator „Powidoku…” operuje ironią (romantyczną?), jak otwiera swoje dzieła, jak bawi się strukturą fabularną. Sposób, w jaki wchodzi w dialog z czytelnik, grę, którą z nim toczy w kolejnych epizodach to coś, czego w polskim komiksie jeszcze nie było, albo ja przynajmniej nie znalazłem. Często zabiegi formalne stosowane przez Daniela bardziej mnie zajmują niż sama treść jego tworów, o ile oczywiście można arbitralnie rozdzielić w tym przypadku sferę znaczeń od formy. Osobiście traktuje go bardziej jako scenarzystę, który jest zmuszony osobiście ilustrować swoje komiksy. Cóż, przypadek dość rzadki w skali naszego rynku, w którym przeważają rysownicy wymyślający sobie scenariusze.
Rysownikiem i jednocześnie scenarzystą, czyli komiksiarzem pełną gębą jest natomiast Łukasz Ryłko. Myślę, że warto zaaranżować spotkanie Daniela z Łukaszem – jestem cholernie ciekawy, co by mogło urodzić się z takiego związku. Ryłko zaczął naprawdę z wysokiego C – Kultura Gniewu nie wydaje byle kogo, a jeśli stawia na debiutanta, to musi coś w tym być. „Śmiercionośni” okazali się jednym z najlepszych komiksów 2007 roku w ogóle. Powiedzieć, że Ryłko świetnie czuje komiks, doskonale układa kadry, mistrzowsko panuje nad narracją, perspektywą i wszystkim, co w komiksie jest ważne to powiedzieć za mało. Ryłko ma zadatki na prawdziwego poetę obrazkowego języka, a „Śmiercionośni”, będący iście koronkową robotą w dziedzinie komiksu niemego, są tego najlepszym przykładem. To typ twórcy, który dokładnie wie, co chce powiedzieć, wie, co chce stworzyć i, co najważniejsze, ma do tego odpowiednie możliwości. Mam świadomość, że może trochę na wyrost chwalę Łukasza, ale liczę, że drugi epizod „Śmiercionośnych”, zapowiadany na tegoroczną eMeFKę, przebije jedynkę i nie zrobi ze mnie kłamcy i naciągacza.
Drugim twórcą, który świetnie rozumie komiksowe esperanto jest Daniel De Latour. Do tej dał się pokazać szerszej publiczności na łamach piłkarskiej antologii od KG „Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o piłce nożnej…” oraz próbował swoich sił w konkursie na komiks o Powstaniu Warszawskim. Według mnie wyszło więcej niż dobrze i teraz Daniel pracuje nad „Zupełnie nieznaną przygodą dobrego Wojaka Szwejka w mieście Przemyślu” wraz z Karolem Konwerskim („Blaki”). De Latour jest niemniej finezyjny od Ryłki, dysponuje jednak bardziej „miękką” i „delikatną” kreską. Jego praca w powstańczej antologii pokazuje, że nawet z dość niewdzięcznego tematu zdolny twórca jest w stanie stworzyć niebanalną, oryginalną i wciągającą opowieść.
Paweł Gierczak ma na swoim koncie więcej niż jeden album (właściwie zeszyt), a na komiksowej scenie pojawił się już w 2005 roku. Pomimo tego, warto wymienić „popularnego” Gierka w tym towarzystwie, gdyż do tej pory spotkał się on raczej albo z mniej lub bardziej kumoterską pochwałą, albo z kuriozalną „recenzją z Alei Komiksu”. Warto o nim napisać kilka ciepłych słów, bo zwyczajnie na to zasługuje. „Wędrówki po mieście robotów” były cokolwiek artystycznym falstartem i raczej sceptycznie podchodziłem do jego dalszej twórczości. Z niejakim niepokojem sięgałem po „Gangi Radomia” (Timof i cisi wspólnicy), a pierwszy epizod „Ołtsajdersów” musiałem po prostu mieć. Gierczak dysponuje uproszczonym, momentami topornym i prymitywnym stylem, jego kreska jest jakby surowa i nieobrobiona. Cholernie do mnie trafia. W całej nagonce na jego „nieudolność”, kopiowanie Gary`ego Larsona na jego „dresiarski” fabuły niewielu czytelników zauważyło, że on potrafi przede wszystkim znakomicie opowiadać historię. Nie pamiętam żebym często wracał do jakiegoś komiksu dla samej przyjemności zapuszczenia się w świat przedstawiony, przeżycia jeszcze raz tej samej historii – a tak właśnie mam z „Ołtsajdersami”.
Nie tak daleko od estetyki Gierka znajdujemy Pawła Zycha. Jego „Kotlet i Zombi” (Taurus Media) z 2006 roku było bardzo mocnym wejściem na rynek. Do tej pory nie doczekaliśmy się kolejnej pełnometrażówki – autor podobno pracuje nad komiksem historycznym „Infamis”. Piszę podobna, bo nie mam pojęcia czy tak właśnie jest. Wiem natomiast, że w kategoriach absurdalnego humoru i cartoonowego stylu Zych jest absolutnie bezkonkurencyjny. Przynajmniej dla mnie. I właściwie trudno o nim pisać, jak o debiutancie – to w pełni ukształtowany komiksiarz, o w pełni wyrobionym stylu. Jedyne czego mu brakuje to czas, na robienie komiksów.Oprócz powyższej piątki rozpatrywałem również kandydatury Macieja Banasia, który jeszcze solidnego debiutu nie zaliczył. Zwycięzca I Warszawskiej Bitwy Komiksowej udziela się głównie w zinach („Jeju”, „Maszin”) i zrobił naprawdę kolosalny progres w ostatnim czasie. Przebojem na scenę wdarł się Jacek Świdziński, budząc ekstatyczny zachwyt albo niekontrolowaną biegunkę. Mnie osobiście od „Paproszków” bardziej podobały się przygody „Bi-Bułki”, ale z Otoczaka chyba żaden debiutant. Oglądam blog Wojtka Stefańca i czekam na coś od niego. Bartek Sztybor „Szanownym” pozostawił również dobre wrażenie, zobaczymy jak wyjdzie mu „Destyluch” (grafika – Maciej Pałka). Drugi „Odmieniec” Marka Oleksickiego i Przemka Pawełka też zapowiada się nieźle.
To chyba tyle. Kogo Wy byście jeszcze dodali do tego towarzystwa? Na kogo należy zwrócić baczniejszą uwagę?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


