piątek, 16 września 2011

#858 - Lucyfer #7: Exodus

Ze wszystkich popłuczyn po Sandmanie, serii odpryskowych i innych spin-off’ów, historia Lucyfera to opowieść, która wybiła się ponad zwykłą kontynuację i rozbudowę uniwersum Śnienia. Narracja snuta przez Mike’a Carey’a wybiła się na niepodległość, uzyskała status samoistnej, w pełni świadomej i odrębnej serii. Chociaż czasami odwołującej się do swego pierwotnego źródła, czyli do świata wykreowanego przez Neila Gaimana. Moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie, ale to drobny szczegół, który lekko się wybacza.

Ponieważ pojawienie się w kadrach bieżącego albumu Lucjana i Mervyna, można potraktować, jako dwustronicowe mrugnięcie okiem do starych znajomych. „Bieżącego”, czyli siódmego albumu wydanego w Polsce. Lubię tę serię. I z niecierpliwością czekam na każdy kolejny tom. Poprzedni, który nosił tytuł „Dworce ciszy”, ukazał się dokładnie rok temu. W tym tempie wydawania, biorąc pod uwagę fakt, że są jeszcze cztery oryginalne tomy, to potrwa co najmniej trzy lata. Poczekam, ale życzyłbym sobie, aby Egmont doprowadził serię do końca.

W „Lucyfer: Exodus” kontynuowany jest wątek zniknięcia(?), ukrycia się(?), odejścia(?) Jahwe – Boga Przymierza, pana i władcy Pierwszego Stworzenia. Uważam, że narracyjny aspekt związany „nieobecności Boga”, który występuje w całej serii, jest bardzo prowokacyjny, widowiskowy i atrakcyjny. W tym albumie powstałą po Jahwe pustkę, uzurpują dla siebie dwaj tytani – bracia Gyges i Garamas. Mają prosty plan polegający na zapełnieniu sobą pustki i staniu się Bogiem w liczbie mnogiej – Elohim. Chcą zdobyć, poprzez bramę we wszechświecie Lucyfera, znajdujące się w górze Srebrne Miasto. Tam będą przyjmować akty czci i wiary ze strony ludzi, aniołów, cherubinów i całego stworzenia. Tytani mają swój plan. Gwiazda Zaranna również – chce przeszkodzić pradawnym braciom w podbiciu Srebrnego Miasta. Co jednak nie jest wcale łatwym zadaniem, gdyż jego moc, bez sygnatury Jahwe, nie ma nad nimi władzy. Podobnie zresztą jak moc jego brata – Michała, generała niebiańskich zastępów.

Kluczową kwestią dla całej akcji w omawianym tomie, jest sprawa związana z dekretem Lucyfera, wydanym już po zakończeniu działań wojennych w niebie. Pan Wtórego Stworzenia nakazuje, aby wszyscy nieśmiertelni opuścili jego Wszechświat. I ta część albumu, w której opowiada się, w jaki sposób i kto sprawdził, zweryfikował wykonanie rozkazu Gwiazdy Zarannej, jest, według mnie, dużo mniej ciekawa od pierwszej „wojennej” części. Jak to bywa w komiksach, do których scenariusz napisał Mike Carey, narracja prowadzona jest równocześnie na dwóch torach, płaszczyznach: w czasie, gdy teamy stworzone przez Elaine Belloc, sprawdzają wykonanie rozkazu Lucyfera , snuta jest historia tkacza Thole oraz chłopca imieniem Martin. Pod koniec albumu następuje zetknięcie i rozwiązanie obu wątków.

Mocną stroną tej serii są wyraziste postaci stworzone przez scenarzystę. Zarówno samego Lucyfera – cynicznego gościa, który z wielką zdolnością manipuluje wszystkimi dookoła, jak i wiernej mu Mazikeen. Bardzo lubię także dziewczynkę Elaine Belloc oraz zabawną parę demonów – Spero i Gaudium. Akcja komiksu jest miejscami zakręcona, ale na tyle interesująca, że niektóre plansze, dla pełnego zrozumienia niuansów, należy przeczytać trzy lub cztery razy.

Zmęczony, czy też raczej znużony, już jestem kolorami nakładanymi przez Daniela Vozzo na kadry w tej serii. Nic zaskakującego i nieoczekiwanego na przestrzeni tych kilku tomów nie dzieje. Oczywiście, pełen profesjonalizm, ale nawet, gdy nad górami zachodzi słońce, kadry są jakieś takie szare. Do rysunków Grossa i Kally’a nie mogę się przyczepić, a kadrowanie miejscami jest bardzo interesujące. Za to niektóre okładki serii zeszytowej, stworzone przez Christophera Moellera, to same w sobie prawdziwe perełki, jak na przykład ta:

czwartek, 15 września 2011

#857 - True Faith

Nigel Gibson u progu dorosłego życia stracił wiarę w Boga. Do tej pory był to jedyny, w miarę solidny fundament jego egzystencji. Osamotniony, nie bardzo wie co dalej ze sobą robić, dopóki nie spotka Terry`ego Adaira. Sprzedawca produktów toaletowych obiecał Bogu śmierć, a Nigel stanie się mimowolnym towarzyszem jego krucjaty. Za dnia będzie tym samym bezwartościowym szkolnym fajtłapą, wieczorami zaś stanie się terrorystą, podpalającym angielskie kościoły.

Kojarzy się z "Preacherem"? A powinno, bo "True Faith" to swoisty komiks-wprawka Gartha Ennisa. Poligon doświadczalny dla pomysłów, wątków i motywów, które potem zostały wykorzystane i w pełni rozwinięte na łamach jego najbardziej znanego komiksu. To tutaj scenarzysta wpada na koncept zabicia Boga (cóż za oryginalność!), tu pojawiają się Faith Commandos, paramilitarna organizacja religijna pod przywództwem kompletnego wariata, wypisz-wymaluj protoplasta Graala. I podobnie, jak "Kaznodzieja", "Prawdziwa Wiara" to satyra wymierzona w religię chrześcijańską, w której Ennis nie stroni od chwytów skalkulowanych na kontrowersje. Porównanie Boga do gówna (w komiksie ujęte, jako "s-word") zapychającego ubikację, będącej metaforą wszechświata - na takim poziomie znajduje się retoryka Ennisa. I pomimo całej swojej wulgarności pełna jest truizmów i banału. Kiedy Nigel z naiwnością przygłupiego gimnazjalisty pyta dlaczego świat jest taki zły, skoro Bóg jest nieskończenie dobry, ma się ochotę palnąć go w łeb odpowiedzią o wolnej woli.

W "Kaznodziei" dało się znieść tępą anty-religijność ideologię dzięki innym wątkom, które Ennisowi wyszły całkiem nieźle. W "True Faith" brakuje choćby tego - niedostatki scenariusza obnażają przesadnie przerysowani i kompletnie niewiarygodni bohaterowie. Ennis pogrąża się jeszcze bardziej, kiedy próbuje przykryć własne braki w warsztacie wysilonymi kloacznymi dowcipami i szarganiem świętości. Kościół akurat na błaznowanie komiksiarza pozostał niewrażliwy, w przeciwieństwie do brytyjskiej sceny politycznej. Sportretowanie Margaret Thatcher, jako wszechwładnej "p.m." trzymającej Zjednoczone Królestwo za jajca sprawiło, że komiks miał pewne trudności w trafieniu na rynek.

Odpowiadający za oprawę wizualną Warren Pleece należy do tych artystów, którzy nie boją się i potrafią korzystać z farb przy pracy nad komiksem. Grafika stoi na solidnym poziomie i robi bardzo pozytywne wrażenie. Paleta ciemnych i ponurych barw dobrze komponuje się z fabułą. Pleece ma również talent w oddawaniu emocji na twarzach swoich bohaterów. Wszelakie grymasy złości, gorączkowy pośpiech czy szaleństwo bijące z oczu są sprawnie przez niego odwzorowane.

Bardzo trudno traktować mi "True Faith", inaczej niż jako ciekawostkę, nastawioną na tanie szokowanie. Momentami, kiedy w wersy Apokalipsy według św. Jana wplecione są w toaletowe filozofie, kiedy dowiadujemy się, w jaki sposób formuje się Komandosów Wiary czy docieramy do zakończenia nie sposób nie czuć zażenowania. To nie tak, że nie lubię odważnych i nieortodoksyjnych ujęć tak ważnych spraw, jak wiara czy Bóg, bo lubię. Ale Ennis spłyca temat, w stylu godnym najlepszych angielskich tabloidów. Jest efekciarski i prymitywny, intelektualnie obskurancki. Czytelnika traktuje jak debila, spragnionego widoku płonących kościołów. Chwilami "Preacher" przy "True Faith" wyrasta na wyrafinowana traktat teologiczny. A nie przeczę, scenarzysta miał kilka wątków, które mógłby pociągnąć – choćby konflikt dwóch nastolatków startujących do jednej dziewczyny. Prócz Nigela, jest to Henson, gorliwy chrześcijan i kapitan szkolnej drużyny rugby, krótko ścięty faszyzujący osiłek, mogący być interesującą trawestacją Boga. Ale umiem zrozumieć, że ukrzyżowany na drzwiach owczarek alzacki jest dla kogoś bardziej interesujący.

środa, 14 września 2011

#856 - Lucyfer #6: Dworce Ciszy

Po dłuższej przerwie na Kolorowych znowu gościmy Michała Ochnika, który powraca z recenzję szóstego tomu popularnego Lucka. Michał miał na warsztacie inny tekst (a przy pomyślnych wiatrach cały cykl) i mam nadzieję, że kiedyś uda mu się ten projekt zrealizować. Jak nie u nas, to gdzie indziej, bo naprawdę warto. A piszę tu o tym, żeby spróbować go zmobilizować do roboty, a póki co zapraszam do lektury.

Lucyfer” to seria, która na polskim rynku ma już mocną, ugruntowaną pozycję – stałą bazę czytelników czekających, jak rozwinie się bizantyjska intryga snuta przez niegdysiejszego Władcę Piekieł. Szkoda tylko, że z tomu na tom spin-off legendarnego „Sandmana” coraz bardziej obniża loty, a jego fabuła zaczyna powoli zjadać własny ogon.

Tytułowe Dworce Ciszy to kosmologiczny odpowiednik folderu „pozostałe” – zaświaty, gdzie trafiają wszystkie dusze niedające się jednoznacznie sklasyfikować. Jako wymiar bardzo niestały, Dworce nie mogłyby znieść obecności tytułowego bohatera komiksu, dlatego też posyła on tam dość osobliwą zbieraninę postaci, które przewijały się przez poprzednie tomy. Cel – oswobodzić Elaine Belloc, dziewczynkę, która poświęciła życie ratując Lucyfera. Wszystko po to, by przeciągnąć na swoją stronę archanioła Michała, ojca Elaine. Sytuacja zaczyna być bowiem patowa – Lucyfer odkrył, jak przejrzeć myśli Jahwe i dowiedzieć się, jak wiele działań Boskiego Latarnika zależało od jego wolnej woli – i czy w ogóle jakiekolwiek?

To chyba najsłabszy z dotychczasowych tomów „Lucyfera” – cała ta wyprawa do Dworców Ciszy miała zapewne posłużyć do uprzątnięcia licznych wątków pobocznych, w jakie obrosła seria. Nie narzekałbym, gdyby scenarzysta serii, Mike Carey zrobił to w sposób należyty. Niestety, jest wprost przeciwnie. Obserwowanie zmagań załogi Naglfara z kolejnymi niebezpieczeństwami czyhającymi w czasie wyprawy obserwujemy raczej ze znużeniem – brak tam jakiegoś pomysłu na przeprowadzenie eskapady, przez co wątek ten zmienia się w kompilację chaotycznych perypetii. Nieco ciekawiej przedstawia się wątek Lucyfera i Michała, którzy decydują się zajrzeć Jahwe przez ramię i dowiedzieć się, co też planuje. Całość kończy się niestety w bardzo rozczarowujący sposób – o ile poprzednie tomu miały zazwyczaj jakiś pomysł na finał, jakiś twist fabularny czy zaskakujące domknięcie wątków, o tyle w „Dworcach Ciszy” mamy do czynienia z najgorszego rodzaju deus ex machina. Sytuacji nie ratuje nawet przesympatyczny epilog przedstawiający dalsze losy Elaine i Mony.

O warstwie graficznej mogę napisać tylko tyle, że jest. Żaden z etatowych rysowników ani nie wybija się ponad słodką przeciętność tego, do czego przyzwyczaili nas w poprzednich odsłonach cyklu, ani nie kompromitują się jakimiś spektakularnymi wpadkami. Jedynym urozmaiceniem jest incydentalny występ Davida Hahna, którego stylistyka kompletnie nie współgra z dokonaniami pozostałych rysowników, przez co „Dworce Ciszy” tracą na spójności graficznej.

Nie popisał się tu Carey, oj, nie popisał – a szkoda, bo naprawdę można było rozegrać to lepiej. Koncepcja „piekła dla niechcianych” niosła ze sobą naprawdę szerokie pole do popisu dla wyobraźni scenarzysty, który jednak kompletnie to zignorował na rzecz sprzątania swojego własnego fabularnego bałaganu. No cóż, pozostaje mieć nadzieję, że kolejne tomy będą pod tym względem znacznie bardziej dopracowane.

wtorek, 13 września 2011

#855 - Tarcza kontra Latarnia

W te wakacje byliśmy świadkami filmowych narodzin dwóch superbohaterów – Green Lanterna i Kapitana Ameryki. Tym samym rywalizacja między DC, a Marvelem weszła w nową fazę. Opisuje Łukasz Gręda.


Marvel Studios pod kierownictwem Kevina Feige`a skrupulatnie realizuje strategię drobnych kroczków. Żaden z wyprodukowanych przez nich filmów nie odniósł spektakularnego sukcesu, ale każdy osiągnął satysfakcjonujący wynik, który gwarantował stabilny rozwój studia. Marvela jako młodego gracza na rynku nie było stać na wystawne superprodukcje. Koszty na tle konkurencji nie były wysokie – Marvel zatrudniał reżyserów cieszących się opinią sprawnych rzemieślników i aktorów, którzy swoje najlepsze lata mieli za sobą (Mickey Rourke, Robert Downey Jr.) lub nie udało im się przebić do gwiazdorskiej ekstraklasy (Chris Hemsworth, Chris Evans). Wydawałoby się, że w czasach, kiedy budżety superprodukcji sięgają kwot rzędu 200 milionów dolarów nikt nie zwróci uwagi na filmy Marvela. Stało się jednak inaczej.

Paradoksalnie to, co uchodziło za ich największą wadę okazało się źródłem sukcesu. Ogromne koszty blockbusterów doprowadziły do sytuacji, w której tylko nieliczni mogą pozwolić sobie na ich wyprodukowanie. Mniejsi gracze nie mogą z nimi konkurować. Marvel miał jednak coś, czego nie miała konkurencja – galerię znanych i lubianych bohaterów tworzących bogate uniwersum. Siła Marvela leży w ilości i znalazło to swoje odzwierciedlenie w strategii ich firmy produkcyjnej - filmy są ze sobą ściśle powiązane i tworzą nieformalną całość jak, nie przymierzając, komiksowe uniwersum. Przynosi to same korzyści. Raz, jako w pełni samodzielne produkcje wymagałyby większych środków, a tak rozkładają się one na poszczególne części. Dwa, sukcesywnie zbliżają widzów do zawiązania akcji w „The Avengers”. W efekcie wszystkie utrzymują równy poziom zarówno, jeśli chodzi o wpływy i walory artystyczne – w grupie ich niedostatki się równoważą.

„Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie” jest zwieńczeniem dotychczasowej kampanii Marvel Studios. To ostatnie ogniwo dzielące nas od „The Avengers” i ostatni film z cyklu o „narodzinach”. W dodatku bardzo udany. To niczym nieskrępowana zabawa w stylu retro. Johnston zadbał o wartkie tempo akcji, co było bolączką poprzednich filmów Marvela i stworzył najbardziej udany, obok Iron Mana, film studia.


Sukces Marvela dowiódł, że możliwe jest uniezależnienie się od wielkich wytwórni. Do tej pory wydawnictwa udzielały tylko praw do ekranizacji, pozbywając się przy tym części zysków. Dom Pomysłów formując własne studio zatrzymał większość wpływów przy sobie. Czy DC nie zechce pójść w jego ślady? Stworzenie studia na wzór konkurenta wydaje się niemożliwe z uwagi na powiązania DC z koncernem Timer Warner – właścicielem wytwórni Warner Brothers, która zajmuje się produkcją filmów na licencji DC. Dla obu stron to doskonałe rozwiązanie. Wytwórnia finansuje film i inkasuje wpływy. Sukces filmu napędza sprzedaż komiksu i wzmacnia markę bohatera z korzyścią dla wydawnictwa. Każdemu wedle zasług, bo DC nie byłoby w stanie sfinansować takiego filmu jak choćby „Mroczny Rycerz”. Wytłumaczenie jest prozaiczne – Batman to zbyt kosztowny bohater, podobnie jak Superman. Obaj są gwarantami sukcesu, ale ma on swoją cenę – filmy z ich udziałem wymagają dużego udziału efektów specjalnych, gwiazdorskiej obsady itp. Gigantyczne przedsięwzięcia DC i Warner Brothers trudno porównywać do średnio budżetowych filmów Marvela. Dla wielu mogłoby to przypominać walkę między Dawidem, a Goliatem. Mimo to szala zwycięstwa przesuwa się dziś na stronę Domu Pomysłów.

Choć DC dysponuje bogatą galerią postaci to kojarzone jest głównie z Batmanem i Supermanem. Jeszcze dziesięć lat temu w podobnej sytuacji był Marvel, ale sukcesy trylogii o Spider-Manie i X-men na stałe wpisały go we współczesną popkulturę. Od tamtego czasu sukcesywnie przenosił na ekran kolejnych bohaterów, budując od podstaw swoje filmowe imperium. Dziś podobny cel przyświeca DC, a „Green Lantern” ma być pierwszą cegiełką filmowego uniwersum wydawnictwa. Ewentualny sukces filmu oznaczałby zielone, nomen omen, światło dla reszty mniej rozpoznawalnych bohaterów. Krótko po ogłoszeniu przystąpienia do realizacji filmu o Halu Jordanie w internecie zawrzało. Wszyscy wydawali się wierzyć w ten projekt, podzielając tym samym nadzieje DC. Jednak wraz z pojawianiem się kolejnych informacji dotyczących szczegółów produkcji nastroje stopniowo opadały. W międzyczasie Marvel wystartował z kampanią promocyjną Thora i Kapitana Ameryki skutecznie odciągając uwagę od premiery „Green Lanterna”.


DC nie myliło się wybierając Hala Jordana na pierwszego bohatera swojej filmowej ofensywy. Wśród fanów komiksów należał do jednego z najbardziej popularnych herosów. Kolejny raz jednak sprawdziła się zasada, że filmy o superbohaterach nie powstają dla fanów. Stanowią oni jedynie część publiczności gotowej wydać pieniądze na bilet. Nie wystarczą nawiązania do historii bohatera, ani postacie znane z kart komiksu. Film musi się bronić i bez tego. „Green Lantern” z kolei przywodzi na myśl okres, kiedy adaptacje komiksów spotykały się z miażdżącą krytyką z racji ich niedostatków scenariuszowych i dominacji efektów specjalnych. Wydawałoby się, że dzięki produkcjom Marvela i sukcesowi Batmanów Nolana czasy „Elektry” i „Fantastycznej Czwórki” odeszły na dobre do przeszłości. Film Martina Campbella dowodzi, że nigdy nie należy chwalić dnia przez zachodem słońca. „Green Lantern” to wysokobudżetowy kicz, którego przed całkowita porażką bronią, paradoksalnie, efekty specjalne.

Niezależnie jednak od wartości filmu przegrywa on z produkcjami Marvela jeszcze na jednym polu. Trudno nie ulec wrażeniu, że „Green Lantern” powstał jako film, który nie ma wiele wspólnego z uniwersum DC. Marvel konsekwentnie szpikuje swoje filmy ukrytymi nawiązaniami do komiksów - u Campbella próżno ich szukać. Dzieje się tak, ponieważ przygody Jordana w założeniu skierowane były dla szerokiej publiczności, dla której podobne nawiązania byłyby nieczytelne. Takie rozwiązanie nie dziwi, jeśli uświadomić sobie, że za produkcją filmu stoi wytwórnia, a udział DC jest tylko częściowy. W przypadku Marvela to byłoby nie do pomyślenie, co jeszcze raz dowodzi, że pozbycie się pośredników może wyjść wszystkim na dobre.

Green Lantern i Kapitan Ameryka to nie tylko starcie dwóch strategii marketingowych, ale przede wszystkim dwie wizje superbohatera. Wojskowy eksperyment uczynił ze Steve'a Rogersa (Chris Evans) super żołnierza, ale wewnątrz pozostał on tym samym chłopcem, który zbierał cięgi w ciemnych uliczkach Brooklynu. Tylko ktoś, kto przez całe życie był słaby i poniżany będzie w stanie odczuć prawdziwą wartość siły – tak tłumaczy swój wybór Erskine. Co charakterystyczne dostrzegł to dopiero uchodźca z hitlerowskich Niemiec. Dopiero w oczach Europejczyka pozorna słabość objawiła swój prawdziwy charakter. Dla pułkownika Phillipsa (Tommy Lee Jones) Rogers nie przedstawia większej wartości. Jak sam przyznaje na jego widok chce mu się płakać. Jego kandydatem jest atletycznie zbudowany osiłek, który zmiótłby Rogersa swoim prawym sierpowym. Wybór nie przypadkowy, bo przyglądając się historii Stanów Zjednoczonych jawią się one jako kraj siłą wywierający wpływy na innych. Silny i szlachetny Rogers ucieleśnia, więc taką Amerykę, za jaką chciałaby ona uchodzić. Niekoniecznie taką, jaka jest w rzeczywistości.


Hal Jordan (Ryan Reynolds) stanowi fizyczne zaprzeczenie Rogersa – jest świetnie zbudowany, w dodatku jest pilotem myśliwca, prawdziwym okazem zdrowia. Gdyby o pozycji społecznej decydowały warunki fizyczne, oblatywacz Ferris Air należałby do wąskiej elity nadludzi. W porównaniu do innych członków Korpusu Zielonych Latarni jest jednak słabeuszem. O byciu superbohaterem zdecyduje coś innego. Hal otrzymuje nadludzką moc z rąk Abina Sura, ale tym, co czyni go herosem nie jest pierścień, ale jego człowieczeństwo. Członkowie Korpusu Zielonej Latarni każą nazywać się nieustraszonymi i jakby na przekór temu Jordan reprezentuje odwrotne założenie - boję się, więc mogę być nieustraszony. Tylko wiedząc czym jest strach jestem w stanie się mu przeciwstawić. Jeszcze raz to, co uchodziło za słabość przerodziło się w największą zaletę.

Jordan i Rogers są dziećmi swoich czasów. Pierwszy z nich jak przystało na obywatela XXI wieku obciążony jest traumatycznym wspomnieniem – w tym przypadku śmierci ojca. Drugi wychowany w czasach kryzysu ma obsesję na punkcie powinności wobec ojczyzny. Każdy z nich reprezentuje inną epokę w historii Ameryki, na których cieniem kładą się krach na giełdzie i zamach z 11 września. Obaj są żołnierzami – Rogers walczy na froncie drugiej wojny światowej, Jordan bierze nieformalny udział w wojnie z terrorem. Parallax jest wcieleniem idei terroryzmu – karmi się strachem swoich przeciwników. Red Skull jest mniej wyrafinowanym przeciwnikiem – jego celem jest „tylko” władza nad światem, ale droga do niej, jak wiadomo, wiedzie przez Amerykę. Obaj superbohaterzy pomimo wielu podobieństw różnią się jednak diametralnie, jeśli chodzi o sposób bycia. Rogers jest odrobinę staroświecki, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Jordan to nieodpowiedzialne duże dziecko, które nie potrafi dorosnąć. Nic dziwnego, że sympatię widzów zdobywa Kapitan Ameryka. Duża w tym zasługa Chrisa Evansa, który przekonująco pokazał przemianę swojego bohatera z normalnego chłopaka w superbohatera. Reynoldsowi ta sztuka się nie udała.

Trudno powiedzieć jak klęska „Green Lanterna” wpłynie na rywalizację między Marvelem, a DC. Z jednej strony zapowiedziano już kontynuację przygód Jordana. Z drugiej nikt nie ma chyba złudzeń, co do triumfu Marvela. Tegoroczne starcie gigantów to jednak tylko preludium do tego, czego świadkami będziemy w przyszłym roku – na swoje premiery czekają „The Dark Knight Rises”, „The Avangers” i „The Amazing Spider Man”. Kto będzie wygranym? Marvel jak zwykle ma przewagę liczebną, ale prognozowane zyski ostatniej części trylogii Nolana to miliard dolarów. I to tylko przy założeniu, że film nie sprzeda się gorzej niż „Mroczny Rycerz”. Pytanie czy będzie to triumf DC, czy Warner Brothers? Marvel, w odróżnieniu od swojego konkurenta, może być pewien, że ewentualny sukces zapisze się złotymi cyframi na jego koncie.

poniedziałek, 12 września 2011

#854 - Przepis na Blera

Dziś, dzięki uprzejmości redakcji Kolorowych Zeszytów, przepis na planszę "Blera"! Głos oddajemy mistrzowi komiksowej kuchni - Rafałowi Szłapie.

Potrzebne będą: obgryziony ołówek, gumka, kartka papieru, komputer z tabletem, drukarka, podświetlany blacik dowolnego typu, czarne pisaki różnej maści i pochodzenia, tusz, korektor biały, trochę czasu, scenariusz komiksu "Bler" - najlepiej własnego autorstwa..

1. Czytamy dokładnie scenariusz i staramy się przypomnieć sobie, jakie obrazki towarzyszyły nam jego spisywaniu. Następnie szkicujemy wszystkie plansze, jako uproszczone miniaturki. Ważne, żeby można było się z nich zorientować, co przedstawiają i mniej więcej jaka będzie kompozycja kadrów. Jeśli szkic będzie nieczytelny kompletnie do niczego nam się nie przyda i żmudny proces odtwarzania trzeba będzie powtarzać w nieskończoność.
2. Następnie zasiadamy do zasadniczego szkicu planszy. Można to zrobić na komputerze, albo na kolanie. Ważne, żeby było jak najdokładniejsze. Konstruujemy postaci, zabudowujemy plan detalem, zaznaczamy obiekty składające się na tło, komponujemy plamy czerni. Kiedy jesteśmy zadowoleni z otrzymanego efektu i czujemy, że dalej już nic tu nie wskóramy, możemy bezstresowo przejść do etapu numer trzy.

3. Kładziemy szkic na podświetlany blacik, a na niego kartkę czystego papieru. Obrysowujemy na niej raz jeszcze całość dodając detale i szczegóły, które uprzednio umknęły nam przy pracy nad szkicem. W miarę możliwości pławimy się w czystej rozkoszy tworzenia. Lubiącym wpadać przy takiej okazji w trans zalecamy pilnowanie, aby piórko nie wychodziło poza obręb kartki, stołu i pokoju.
4. Gotową planszę skanujemy do kompa i kolorujemy w photoshopie. Robimy wszystko, żeby nie dać ponieść się chęci dorzeźbiania każdej grudki ziemi, gałązki czy awersu monety, jeśli takowe znajdują się na obrazku. Dużą pomocą w takiej sytuacji są napięte do granic niemożliwości terminy. Gotową pracę zapisujemy, używając jakże przydatnej opcji "save". Staramy się numerować pliki z planszami w takiej kolejności, w jakiej znajdą się w komiksie. Wszystko, żeby nie dopuścić do sytuacji w której powstanie nam opowieść zupełnie różna od tej opisanej w scenariuszu.. Wyjątkiem jest sytuacja w której komiks otrzymany z przestawienia plansz jest lepszy niż w scenariuszu.


Gotową całość wrzucamy do InDesigna i wypiekamy pdf, który następnie (jeśli tego naprawdę bardzo chcemy) wysyłamy do umówionej wcześniej drukarni. Po około dwóch tygodniach otrzymujemy gotowy komiks, którym możemy chwalić się przed rodziną i wśród znajomych. Smacznego!

niedziela, 11 września 2011

#853 - Trans-Atlantyk 154

Pierwsze numery DC sprzedają się jak świeże bułeczki. I są to już nie tylko murowani kandydaci dodruków, tacy jak "Action Comics", "Justice League" czy "Batgirl", ale również serie o znacznie mniejszym potencjale. Nakłady "Hawk And Dove", "Justice League International", "Batman & Robin" się wyczerpały jeszcze przed pojawieniem się w sprzedaży. Amerykańskie sklepy komiksowe zacierają ręce, ale... nie wszystkie. W "Comics Conspiracy" z Północnej Karoliny nie będzie można kupić pierwsze zeszytu "Action Comics" i innych komiksów Granta Morrisona. Właściciel tego komiksowego przybytku wzywa wszystkich chrześcijańskich fanów komiksu do bojkotu nowej wersji Człowieka ze Stali Morrisona, który "jest policzkiem wymierzonym w twarz" komiksowej legendy. Powodem tego świętego oburzenie, jest panel, w którym Kal El wypowiada słowo "GD". I to dla właściciela "CC" jest zbyt dużo. Zaciskał zęby sprzedając bezeceństwa Ennisa, takie jak "Crossed" czy "The Boys", przecierpiał, że w "Archie Comics" pojawili się geje, ale Morrison zmuszający Supermana do wezwania imienia Boga na daremno to już zbyt wiele. Nazwany "szkockim głąbem" Morrison na stronie DC Comics tłumaczył oburzonemu przedsiębiorcy, że w rzeczonym panelu nie pada słowo "Bóg" ("God"). "GD" to efekt dźwiękowy wskazujący na to, że bohater nie może oddychać, zaczerpnąć tchu. Bojkot odwołano, "Comics Conspiracy" przeprosiło wszystkich, którzy poczuli się urażeni, ale jakiś niesmak jednak pozostał. (KO)

Ogłoszono nominacje do nagród fundowanych przez Spike TV. "Scream Awards" przyznawane są najlepszym popkulturowym wyrobom, które da się zakwalifikować jako utwory science-fiction, fantasy lub horrory. Wyboru dokonała specjalna komisja, w której skład weszli między innymi Neil Gaiman, Tim Burton, Wes Craven, Damon Lindelof, George A. Romero, Robert Rodriguez i Rob Zombie. Wśród komiksowym kandydatów szansę we wszystkich trzech kategoriach (najlepszy komiks/powieść graficzna, najlepszy scenarzysta, najlepszy artysta) mają "Żywe Trupy", Robert Kirkman i Charlie Adlard. Wśród najlepszych serii znalazły się "Amerykański Wampir" Snydera i Albuquerquego, "Chew" Laymana i Guillory`ego, "Daytripper" Moona i Ba i "Locke & Key" Hilla i Rodrugueza. Syn Stephena Kinga konkuruje również o laury najlepszego scenarzysty z Edem Brubakerem, Grantem Morrisonem i Mike`m Mignolą. Wśród rysowników Mark Buckingham, Duncan Fegredo, John Romita Jr. i Bernie Wrightson mają szansę na wygraną. Wybierane przez fanów "Scream Awards" zostaną przyznane 15 września w Los Angeles. (KO)

Jeszcze we wrześniu swoją premierę będzie miała "Habibi", długo oczekiwana powieść graficzna napisana przez Craiga Thompsona. Komiks, nad którym autor "Blankets" pracował przez długie sześć lat, przedpremierowo ukaże się w specjalnej, limitowanej do stu egzemplarzy edycji na konwencie Small Press Expo. Opowiadając o losach dwóch sióstr, Dodoli i Zam, chrześcijanin Thompson otwiera się na ekumeniczny dialog z islamską tradycją i wschodnią estetyką. Ale "Habibi" nie będzie opowieścią tylko o religii - znajdzie się w niej miejsce na wiele innych wątków, ale wydaje mi się, że Thompson przede wszystkim chce znowu pokazać siłę drzemiącą w narracji obrazkowej. (KO)

Na konwencie w San Diego Brian K. Vaughan niespodziewanie ogłosił, że pracuje nad nową serię. Pomysł na "Sagę" pojawił się kiedy scenarzysta był jeszcze dzieciakiem, ale dopiero teraz miał czas i możliwości, aby zabrać się za zrealizowanie epickiej space-opery. Nie bez znaczenia jest to, że BKV pracował nad scenariuszem, kiedy stawał się ojcem, a jednym z głównym wątków opowieści o galaktycznej wojnie ma być właśnie historia człowieka, który zakłada rodzinę. "Saga" to jedyny komiksowy projekt, nad którym pracuje obecnie Vaughan i obiecuje, że będzie jedno z jego najlepszych dzieł. Obecnie kończy pisanie drugiego rozdziału i chwali rysunki Fiony Staples, której praca zrobiła na nim piorunujące wrażenie. (KO)

Tegoroczny gość łódzkiego konwentu Ramon Perez pracuje nad nowym projektem. "A Tale of Sand" będzie komiksową adaptacją jednego z nigdy nie zrealizowanych skryptów Jima Hensona, twórcy legendarnych Muppetów. Historia, napisana wraz z Jerrym Juhlem, jest opowieścią o Macu, młodym człowieku, który budzi się na pustyni tylko z plecakiem pełnym przypadkowych rzeczy. Dla Pereza, fana "Muppetów", ożywienie oryginalnego scenariusza z 1974 roku było wielkim wyzwaniem. Jak zapewnia artysta, "A Tale of Sand" to rzecz bardzo eksperymentalna, głęboko zanurzona w popkulturze, a jednocześnie zaangażowana społeczna. Jak po ponad 30 latach będzie wyglądała w komiksowej formie? Przekonamy się jeszcze jesienią. Komiks ukaże się nakładem wydawnictwa Archaia Press z okazji 75. rocznicy urodzin Hensona. (KO)

sobota, 10 września 2011

#852 - Komix-Express 105

Światło dzienne ujrzał plakat tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Komiksu (i Gier) w Łodzi. Choć byłoby lepiej, gdyby nie ujrzał. Wczorajszego dnia, wszyscy komiksiarze z niedowierzaniem patrzyli na gadające majtki i suchy żart robota. Po ostatnich znakomitych grafikach Jacka Frąsia i Tomasza Leśniaka, nikt nie spodziewał się takiego plakatu-kuriozum. Czy naprawdę mający tak duży budżet, MFKiG stać tylko na zachętę z suchymi majtkami? Podobno festiwal jest już reklamowany w mieście Łodzi, przez kartonowe roboty rozstawione tu i ówdzie. Być może, sam w sobie pomysł z robotem jest trafiony. Jednak fotografia, której autorem jest Jan Kriwol nie przekonuje chyba nikogo. Kto do zdjęcia dodymał dymki, tego na razie nie wie nikt. Miejmy nadzieję, że "to coś" (czytaj: plakat) nie kosztowało zbyt wiele. Tymczasem zupełnie inne grafiki zaproponował Krzysztof Ostrowski. Nie trzeba być znawcą aby dojrzeć różnicę między - jak to określił Michał Śledziński - biedaplakatem, a grafiką Ostrego. Na szczęście w komiksach wydawnictwa Egmont, festiwal jest reklamowany właśnie przez jego Orient-Mena i Supermano-Snoopy`ego. Przynajmniej tyle. Na facebookowym profilu eMeFKi trwa w najlepsze mała akcja pt. "Zostały trzy tygodnie. Jeszcze jest szansa na zmianę plakatu", którą niechcący wywołała moja skromna osoba, a podchwycili i rozpowszechnili Maciej Pałka i Łukasz Mazur. Można się pośmiać, ale tak naprawdę od patrzenia na ten plakat, po plecach przechodzą ciarki. (KC)

Plakat niepokoi jeszcze jedną informacją, a raczej jej brakiem. Na facebookowym profilu Leszka Kaczanowskiego z wydawnictwa Ongrys, pojawiła się okładka zapowiadanego na październik (czyli na festiwal), albumu znakomitego rysownika (choć bardziej trafne byłoby stwierdzenie "malarza") Zbigniewa Kasprzaka. "Spadająca gwiazda. Marilyn Monroe.", to kolejny po "Yansie", "Podróżnikach" i malarskim "Halloween Blues" album autorstwa Polaka, mieszkającego obecnie w Belgii. Wszyscy fani talentu popularnego Kasa, marzący o pięknym malunku w najnowszym albumie, mogą się jednak srogo zawieźć. Mimo, że przybycie autora było (i nadal jest) zapowiadane na oficjalnej stronie MFKiG 2011, na słynnym plakacie, nazwiska Kasprzak jakoś nie widać. Chyba nic więcej nie muszę dodawać. Ale album i tak kupię, bo Zbigniew Kasprzak jest prawdziwym mistrzem komiksu. (KC)

Egmont odkrywa karty - znane są już zapowiedzi Klubu Świata Komiksu do końca roku. Z jednej strony prezentują się one całkiem zacnie - Moore, Sakai, Rosiński, Herge, Christa - komiksowa ekstraklasa, jakby nie patrzeć. Z drugiej jednak - martwi zachowawcza postawa rynkowego potentata. Nie można mieć za złe Tomaszowi Kołodziejczykowi, że wydaje komiksy, które mają się dobrze sprzedać także poza komiksowym gettem - szczególnie nakład nowego "Thorgala" (25 tysięcy egzemplarzy!) nastraja bardzo optymistycznie. Ale rynek komiksowy w dużej mierze opiera się na fandomie, a w tym roku największy komiksowy wydawca nie rozpieszczał czytelników-fanbojów, którzy zmęczeni są już czekaniem na nowe tomy "Hellblazera", "Potwora z Bagien", "Hellboy`a", wyglądanie na nowe pozycje z kolekcji sensacji czy science-fiction. Jak zwykle cieszy nowy tom "Usagiego Yojimbo", listopadowy pakiet "Tintinów" i nowa "Liga Niezwykłych Dżentelmenów", ale czuję się pewien niedosyt. (KO)

Wygląda na to, że wreszcie pojawił się serwis komiksowy z prawdziwego zdarzenia - pracująca na silniku blogowym Komiksowa Agencja Informacyjna rozpoczęła swoją działalność z wielkim impetem. Pod względem ilości, jakości i szybkości zamieszczania newsów z polskiego rynku wyprzeda o kilka długości tradycyjne portale, takie jak komiksowa Gildia czy Polter. Co więcej - nie ogranicza się tylko do informacji podesłanych przez wydawnictwa lub też wyczytanych w blogosferze - na stronie KAI można znaleźć mnóstwo informacji, o których nikt się nie zająknął. Jak na początek działalności - jest naprawdę dobrze, choć Magica, zawiadującego stroną, czeka jeszcze mnóstwo pracy. Trafiają się błędy, design nie wygląda zbyt atrakcyjnie, wypadałoby również trochę oporządzić bałagań w tagach, niemniej - Kolorowe mocno kibicują Agencji! (KO)

W sieci można znaleźć informacje o "Biegunie", nowym komiksie do scenariusza Tobiasza Piątkowskiego, z rysunkami Jarosława Gacha. Album zostanie opublikowany przez Instytut Marka Kamińskiego jeszcze we wrześniu. W opisie wydawcy można przeczytać:

To historia trójki przyjaciół – Tomasza, Jana i Mateusza, których drogi rozeszły się wraz z wkroczeniem w dorosłość. Kiedy wiele lat później Mateusz ulegnie wypadkowi w górach Jan postanowi ściągnąć Tomasza do rodzinnego miasteczka. Jednak wspomnienia wspólnych eskapad to za mało by wyrwać przyjaciela z pourazowej traumy. Potrzeba wyzwania w postaci realizacji szalonego planu z dzieciństwa – podróży na biegun północny. Przy pomocy mieszkańców miasteczka, swojej asystentki i skandynawskich inwestorów Tomasz udowodni, że można to zrobić nie opuszczając granic kraju, a wielkiego podróżnika można spotkać w przydrożnym warsztacie samochodowym.

Na digartowym profilu Gacha można zobaczyć sporo (świetnych!) kadrów z komiksu. (KO)

W poniedziałek 19 września, o godzinie 18.00, w Gdańskiej Pracowni Komiksowej (przy ulicy Paderewskiego 11) odbędzie się wernisaż wystawy "Wernisaż na tle eksplozji", czyli prezentacja komiksowych prac Tomasza "Spellcastera" Grządzieli. Pokazywane będę jego ilustracje, grafiki, paski i szorty komiksowe. Zapowiedziano również prezentację fragmentu pełnometrażowego albumu "Tramwaj", nad którym obecnie Grządziela pracuje. A do tego wszystkiego kieliszek wina, kawałek ciasta i opowieści Spella o Wietnamie. Wystawę reklamuje świetny plakat. Kolorowe Zeszyty zapraszają! (KO)

I ostatni, ale jakże ważny news: "Biceps" informuje, że "Triceps" się nie ukaże. Na blogu Bicepsa, pojawiło się sporo nowych informacji. Jedna zła i kilka dobrych. Nie ukaże się zapowiadany na październik magazyn komiksowy "Triceps" - to ta zła informacja. Teraz będą tylko dobre. Przede wszystkim pojawi się trzeci numer zina "Biceps", a nakład "Szkicownika" Karola Kalinowskiego i jego "La masakry", ostał się jeszcze w małej liczbie egzemplarzy, które będzie można kupić na stoisku Małych Inicjatyw Komiksowych. A czymże jest to stoisko? Otóż było pomysłem Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego na tegorocznej Komiksowej Warszawie. Można było na nim kupić wszystkie niezależne albumy, ziny i magazyny komiksowe. Zebrano je w jednym miejscu i sprzedawano ku chwale polskiego komiksu. Chłopaki z "Bicepsa" podchwyciły pomysł i planują coś podobnego w Łodzi, razem z ziomami z "Handmade". Cytując blog Bicepsa:

"Jeśli wydałeś zin/komiks/album i chcesz go przekazać w czytelnicze ręce podczas łódzkiej imprezy - jesteśmy dla Ciebie i służymy pomocą. Tak więc: Potencjalna Mała Inicjatywo Wydawnicza - zapraszamy po informacje na maila biceps.zin[at]gmail.com; "

No koniec dzisiejszego wydania K-E - bicepsowa modyfikacja plakatu Festiwalu. Bo żartów z plakatu nigdy za wiele... (KC)

piątek, 9 września 2011

#851 - Trzy Palce Gate

Egzemplarz recenzencki "Trzech Palców" trafił do mnie stosunkowo późno. Wiedziałem jednak wcześniej, że przyjdzie mi się nim zająć, próbowałem więc unikać czytania publikowanych w internecie recenzji. Nie udało się - ze szczątków docierających do mnie informacji domyśliłem się że opinie były raczej nieprzychylne. Z częścią krytycznych głosów nie sposób się nie zgodzić, ale ja osobiście nie do końca uważam ten album za zły... Wydaje mi się też, że warto go przeczytać, zwłaszcza teraz, gdy w Komiksowie królują afery, zazdrość, zawiść i dość nieciekawe, apokaliptyczne nastroje.


"Trzy Palce" to album w konwencji paradokumentu, w którym możemy się doszukiwać zarówno parafrazy życia prawdziwych postaci, takich jak Walt Disney czy Elia Kazan, jak i ikonicznych bohaterów amerykańskiej animacji - Myszki Miki czy Królika Bugsa. To bardzo trafna satyra, która dzięki wykorzystaniu kojarzonych z kreskówkami animorfów pozwala nam zdystansować się i odkryć niedorzeczności, jakie tkwią w ludzkim rozumowaniu na temat mechanizmów rządzących różnymi hermetycznymi środowiskami zawodowymi czy grupami etnicznymi. Koslowski, stawiając przed nami krzywe zwierciadło nabija się z pewnej histerycznej postawy, z demonizowania, które możemy zaobserwować również u naszych rodaków i w polskiej sferze życia publicznego.

Unika się tu (no, oprócz Marilyn Monroe) prawdziwych nazwisk, tak jak unika się bardzo istotnych w tym wszystkim słów pokroju "komunista", "żyd" czy "lewak". Jedną z funkcji tego albumu jest bardzo skuteczne przypomnienie nam, że owy "lewaczek" czy "żydek" to często dla ludzi synonim kogoś, kto wygląda czy myśli inaczej niż oni, lub - jak w tym przypadku - kogoś, komu się po prostu udało osiągnąć sukces. Trudno ludziom zaakceptować fakt, że pozycja, którą ktoś osiągnął to częściej kwestia farta, niż specjalnych zasług. Na tej płaszczyźnie to twór udany i muszę przyznać, że autor skutecznie dopiął swego. Wszystko zostało ujęte szyderczym (ale przez to dość trzeźwym i zdystansowanym) spojrzeniem na mentalność i historię Ameryki, przez co i my Polacy - czy nawet jeszcze hermetyczniej- komiksiarze w "czasach zarazy" możemy bez bólu popatrzeć w lustro.

We wstępie wspomniałem, że komiks zgarnął u nas sporo nieprzychylnych recenzji i fakt - formalnie jest to pozycja najzwyczajniej uboga, nieciekawa, stricte literacka, ale według mnie nie skreśla jej to całkowicie i uważam, że mimo tych niedostatków jest warta Waszej uwagi. Zaznaczam jednak, że postrzeganie jej w kategoriach komiksowych byłoby krzywdzące, bo Koslowski wykorzystuje zaledwie ubogi ułamek możliwości medium. Co prawda udało mu się utrzymać atmosferę paradokumentu, ale to, co zaprezentował w warstwie graficznej, to zaledwie minimum wysiłku i pójście na łatwiznę (używanie kilkukrotnie tych samych kadrów itd). Można oczywiście powiedzieć, że nie powinno się budować komiksu na gadających głowach, ale według mnie nie do końca w tym tkwi problem - "Niedoskonałości" Adriana Tomine to w końcu też głównie gadające głowy, a dla mnie to komiks, o którym myślę w kategoriach arcydzieła. Jestem przekonany, że da się z takiego komiksowego paradokumentu wycisnąć znacznie więcej i że twórca ambitniejszy czy lepiej rozumiejący język medium zrobiłby to ciekawiej.

środa, 7 września 2011

#850 - Transmetropolitan: Rok drania

Ostatni wydany w Polsce album "Transmetropolitan" okazuje się być tym zdecydowanie najsłabszym. Nie jest wprawdzie kiepski, ale zdaje się być zbiorem wszystkiego tego, co w Ellisie najbardziej szpanerskie. Bowiem tym razem co bardziej krzykliwe fragmenty nie są już tylko efektownym dodatkiem, lecz czymś, co wygląda, jakby miało maskować niedostatki scenariusza.

Zaczyna się całkiem obiecująco. Oto w Mieście nastaje prawdopodobnie najbardziej znienawidzony przez Pająka Jeruzalem okres - gorączka kampanii wyborczych. Naprzeciwko siebie stają dwaj najmocniejsi kandydaci na urząd prezydenta - konserwatysta wymownie nazywany Bestią oraz plastikowy liberał o pseudonimie Śmieszek. Pająk robi wszystko, by zdystansować się od zbliżającej się elekcji, ale jego "ukochany" pracodawca oczywiście mu na to nie pozwoli. Pod opiekę wysyła mu pewną gniewną outsiderkę, która ma być jego nową asystentką, pilnującą by wziął się w garść zamiast ćpać w domowym zaciszu. Oczywiście nie będzie to łatwa znajomość, ale w końcu najbardziej wywrotowy pismak w okolicy ruszy wraz z nią do boju, a czytelnicy otrzymają kolejną wykładnię bezkompromisowego dziennikarstwa w stylu Gonzo. Co rzecz jasna nie może się skończyć inaczej, jak wywróceniem kampanii polityków do góry nogami.

O ile przez pierwszych 60 stron historia rozwija się ciekawie, o tyle później Warrenowi Ellisowi chyba zabrakło odpowiedniej ilości pomysłów. Aczkolwiek już początek zdradza tendencję zniżkową - wątek nowej asystentki Pająka jest niemalże kalką jego znajomości z jej poprzedniczką, która odeszła we wcześniejszym tomie "Transmetropolitan". Oczywiście sytuacje, w jakich się z nią znajduje są inne (czasem diametralnie), ale ciężko nie nazwać tego inaczej, jak zwykłą powtórką z rozrywki. Zdaje się też to uwypuklać błąd, jakim było porzucenie tej bardzo fajnej przecież postaci. Ellis robi, co tylko może, aby Yelena znacznie różniła się od Channon, ale nie jest w stanie wypełnić pozostałej po niej luki, czy chociaż sprawić, aby rozwiązanie to było bardziej ożywcze. Być może byłoby inaczej, gdyby z wprowadzeniem jej odczekał jakiś czas (album czy dwa).

Tradycyjnie przygodom Pająka towarzyszy dawka czarnego humoru, wulgarności i absurdu. To pierwsze jest jak zwykle bardzo udane, ale zdaje się pojawiać w mniejszej, niż wcześniej ilości. To drugie jest z kolei nadużywane i to stopniowo coraz bardziej, aż można odnieść wrażenie, że według scenarzysty tylko przekleństwa i prostackie scenki (bohater oddający ze swojego balkonu mocz na ulicę) mogą uczynić jego satyrę ostrą. Absurd od początku mi w tej serii przeszkadzał, a przynajmniej przeważnie, bo zdarza mu się zamieniać opowiadaną historię w zwykłą farsę. I tak też bywa i tutaj. Lepiej jest z samą konstrukcją dramaturgiczną "Roku drania", ale ta niestety gdzieś w połowie słabnie, a coraz mniej oryginalne rozwiązania fabularne zdecydowanie jej nie pomagają. Cóż, faktem jest, że obecnie ciężko jest w futurystycznej satyrze politycznej powiedzieć coś nowego, więc Ellis podjął się nie lada wyzwania. Ale nie jest to wartością samą w sobie.

Choć zdarzają się fragmenty naprawdę dobre i zaskakujące, całość okazuje się rzeczą dosyć nijaką, silącą się na jakąś niekoniecznie potrzebną bezkompromisowość. Nawet sama postać Pająka czasem rozczarowuje, gdyż jego nieprzewidywalność wykorzystywana bywa w zupełnie niepotrzebnych do tego fragmentach. Jakkolwiek dziwacznie by to nie zabrzmiało - ten komiks jest nazbyt przerysowany. Na szczęście "Rok drania" to nie jedyna opowieść zawarta w tym albumie. Oto bowiem na zakończenie otrzymujemy deser w postaci bardzo gorzkiej opowiastki świątecznej. Tak samo prowokacyjnej, ale świeżej i szczerej. Szkoda, że to jedyny w pełni udany fragment całości. Cieszę się tylko, że kupiłem ten album za pół ceny na Allegro, lata po jego premierze. Bo jakbym miał za niego zapłacić 80 zł, to po lekturze wkurwiłbym się tak, jak Pająk Jeruzalem wkurwia się na szumowiny, z którymi walczy.

poniedziałek, 5 września 2011

#849 - Trans-Atlantyk EXTRA!

Przez te kilka ostatnich tygodni zebrało się sporo interesujących wieści z Ameryki, postanowiłem więc przygotować dodatkowe wydanie Trans-Atlantyku. Większość zaległości nadrobiłem w poprzednim TA, dzisiejsze poświęcone jest w większości informacjom, które pojawiły się na kanadyjskim konwencie Toronto Fan-Expo. A zacznę od małego skandalu. Znany z przepięknych okładek i designów Marko Djurdjevic ogłosił, że końcy współpracę z Marvelem. Pochodzący z Serbii artysta nie ograniczył się tylko do lakonicznego oświadczenia - zamienił panel poświęcony Fantastycznej Czwórce i przyszłości serii "FF" w seans nienawiści. Słowem - Djurdjevic jechał po Marvelu, jak po łysej kobyle. Według niego redaktorzy Domu Pomysłów to żerujące na talencie Djurdjevica sępy, przeliczający jego prace na ilość sprzedanych egzemplarzy, traktujący go jak śmiecia. Grafik nie widzi możliwości współpracy z ludźmi, którzy nie wiedzą czego chcą i każą mu ciągle poprawiać swoje prace. Jonathan Hickman próbował łagodzić nieco sytuację, ale nie udało mu się powstrzymać kolegi po ołówku. Przy okazji jego tyrady oberwało się również J. Michealowi Straczynskiego, którego komiksy zostały zrównane z papierem toaletowym. JMS nie omieszkał wystosować stosownej repliki w swoim stylu, podobnie zresztą, jak Mark Waid, który niespodziewanie włączył się do dyskusji. (KO)

"Alpha Flight" z mini-serii awansowała do regularnego tytułu. Seria z kanadyjskimi bohaterami, którzy powrócili w historii "Chaos War", przypadła do gust czytelnikom na tyle, że Dom Pomysłów zdecydował się przedłużyć jej żywot. Decyzja ta najbardziej cieszy autorów komiksu - scenarzystów Grega Paka i Freda Van Lente oraz rysownika Dale`a Eagleshama. Duet, który potrafił zrobić z on-goinga z Herculesem przebój, chce teraz powtórzyć to samo z "AF". Na razie udało im się przywrócić na łono Marvela grupę superbohaterów, na którą od wielu lat nie było pomysłu. Autorzy zapowiadają, że w nowej serii wraz z Wolverinem kręcącym się wokół Heather Hudson powrócą klasyczne wątki. Van Lente i Pak chcą również podjąć temat związków ośrodków władzy państwowej z superherosami, a już w czwartym numerze ma zadebiutować zespół Alpha Strike, ścigający wyjętych spod prawa Alpha Flight. (KO)

Grupa Justice Society of America w końcu powraca do DC Comics, ale nie jako część uniwersum po re-boocie. Klasyczni bohaterowie, którzy zadebiutowali podczas II Wojny Światowej pojawią się rzeczywistości znanej, jako Ziemia-2. Scenariuszem zajmie się James Robinson, który ma na swoim koncie komiksy z tymi klasycznymi herosami - "JSA: The Golden Age", "JSA" czy "Starmana". Oprawą graficzną zajmie się Nicole Scott. Choć DC wróciło do konceptu multiversum, to nikt chyba nie spodziewał się, że bohaterowie i serie, które nie zmieściły się w "Nowej 52" będą pojawiać się na którymś z równoległych światów. (KO)

Dziś Marvel kojarzony jest niemal wyłącznie z komiksami o superbohaterach, a niegdyś, w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku wydawnictwo przodowało w publikowaniu tytułów z przerażającymi monstrami w roli głównej. Pięcioczęściowa mini-seria pod tytułem "Destroyers" nawiąże do tych zapomnianych nieco czasów. Scenarzysta Fred Van Lente i rysownik Kyle Hotz zbiorą grupę najbardziej potwornych bohaterów z Domu Pomysłów w jednym zespole. She-Hulk, A-Bomb, Beast i Thing ramię w ramię z Karkasem i Devil Dinosaurem, postaciami wymyślonymi przez samego Jacka Kirby`ego, będą musieli zmierzyć z tym, co przed milionami lat zmiotło z powierzchni ziemi dinozaury. Na kartach komiksu pojawią się również Destroyer, żona Ricka Jonesa, Marlo Chanlder i kolejna kreacja Kirby`ego - Moon Boy. (KO)

W Toronto Dom Pomysłów zaprezentował kolejne komiksy, które ukażą się pod banderą CrossGen. Peter Milligan wraz z Romanem Rosanasem przygotują remake "Kiss Kiss, Bang Bang", sensacyjnej opowieści utrzymanej w stylu bondowskim. Młody agent MI6 Alan McGrath w swoim kolejnym zadaniu będzie musiał udawać asa brytyjskiego wywiadu, Charles`a Kissa. Dla McGratha Kiss jest kimś w rodzaju idola, ucieleśnieniem ideału, do którego dąży w swojej pracy. Jak widać u Milligana znowu powracają wątki krążące wokół problemu tożsamości, przypominające trochę to, co robił w "Human Target". Kolejnym tytułem, który dostanie swoją drugą szanse będzie "Route 666". Scenarzysta Roberto Aguirre-Sacasa i rysownik Peter Nguyen opowiedzą historię o tajemniczych zbrodniach popełnianych na trasie słynnej amerykańskiej autostrady oznaczonej numerem 66. W komiksie klasyczny motyw opowieści drogi spotka się z horrorowym sztafażem, a jak zapewnia Aguirre-Sacasa - nie braknie również humoru. (KO)

DC Comics nie było skore do korzystania z usług Briana Wooda, więc rękę po utalentowanego komiksiarza średniego pokolenia wyciągnął Marvel. Autor, znany z takich pozycji, jak "DMZ" czy "Northlanders" pracuje nad serią, w której pojawi się pewien kanadyjski mutant. Teaser nie pozostawia chyba żadnych wątpliwości, o kogo chodzi. Komiks ma pojawić się w 2012 roku. Wood, który od 2006 realizował swoje autorskie projekty dla DC, w 2000 roku zaliczył krótką przygodę z Marvelem, pisząc wraz z Warrenem Ellisem "Generation X" w ramach "Counter-X", akcji odświeżającej linię mutanckich tytułów. (KO)

Pomysł J. T. Krula na serię "Captain Atom" przypomina nieco koncept Alana Moore`a na Doktora Manhattana. Z perspektywy Nathaniela Adama, dysponującego niemal nieograniczoną, boską mocą, nasza ziemia jest tylko małym, niewiele znaczącym punktem w skali całego wszechświata. Jednocześnie sama ludzkość jest czymś niezwykłym i wyjątkowym. Kapitan Atom doskonale uświadamia sobie tę dychotomię. Komiks będzie utrzymany w stylistyce science-fiction, w czym duże zasługi będzie miał również rysownik, Freddie Williams II. Krul o swoje pracy opowiada bardzo ciekawie i mam nadzieję "Captain Atom" pozytywnie zweryfikuje te zapowiedzi. (KO)

Gene Luen Yang, autor "American Born Chinese" i "The Eternal Smile", ogłosił na swoim blogu, że już wkrótce ukaże się komiks, nad którym pracował od stycznia 2011. "The Promise" będzie powieścią graficzną osadzoną w uniwersum popularnej kreskówki "Avatar: The Last Airbender". Oprawą graficzną zajął się japoński duet Gurihiru, a sam Yang jest wielkim fanem serii stworzonej przez Mike`a DiMartino i Bryana Konietzko. Obaj autorzy byli zresztą mocno zaangażowani w powstawanie "The Promise". Komiks ukaże się w styczniu 2012 roku nakładem wydawnictwa Dark Hores Comics. (KO)

niedziela, 4 września 2011

#848 - Trans-Atlantyk 153

1 września rozpoczęła się nowa era w historii uniwersum DC. Zakończyło się "Flashpoint", wystartowała "Nowa 52", której pierwszym akordem jest premierowy zeszyt "Justice League". Amerykańskie sklepy komiksowe dawno nie przeżywały takiego oblężenia, a autorzy komiksu, Geoff Johns i Jim Lee, w pocie czoła podpisywali kolejne egzemplarze szczęśliwych nabywców. W ledwie dwa dni po premierze zapowiedziano już trzeci dodruk nowej "Ligi" (ze świetną okładką). DC Comics rusza ostro do ataku i bije rekordy sprzedaży, ale Tom Brevoort z Marvela zachowuje spokój. Wyklucza możliwość podobnego rebootu, nawet w przypadku powodzenia konkurenta. Jest przekonany, że DC jest w stanie zdobyć przewagę na rynku dopóki urok nowości nie pryśnie. Marvel myśli bardziej długofalowo, upatrując swojej szansy w ciągłym rozwijaniu continuity i budowaniu skomplikowanej mitologii. To już nie tylko dziesiątki zeszytów składających się na wielkie eventy, ale wielkie eventy składające się na... jeszcze większe eventy! Czyżby związki pomiędzy "Fear Itself", "Children Crusade" i "Schism" miały stać się zapowiedzią nowej strategii Marvela? (KO)

Alternatywna rzeczywistość stworzona na potrzeby "Flashpoint" nie zniknie wraz z finałowym zeszytem. Eddy Berganza mówi o możliwości powstania serii spin-offów pod tytułem "Untold Tales of Flashpoint", rozwijających wątki znane z ostatniego letniego eventu DC. Na pierwszy ogień mogłyby pójśc historie z dzieciakami Shazam! i walce między Wonder Woman i Aquamanem. Swoją szansę może dostać również Hal Jordan. Wiadomo również, że Barry`ego Allena w nowym DCU czeka kawalerski los - jego małżeństwo z Iris West zostało wymazane z continuity. W życiu najszybszego żyjącego człowieka pojawi się natomiast inna kobieta, a będzie nią Patty Spivot, jego wieloletnia koleżanka z pracy. (KO)

Pozostanie martwy, ale powróci. Aby pocieszyć pozostających w żałobie fanów Hellboy`a, na łamach periodyku "Dark Horse Presents" ukaże się krótka, ośmiostronnicowa historia z niedoszłą Bestią Apokalipsy w roli głównej. Mike Mignola i Richard Corben powrócą do jego wcześniejszych przygód, do 1956 roku, kiedy BBPO wysłało swojego najlepszego agenta do Meksyku, aby zbadał serię tajemniczych morderstw. Tam, spotka się z aztecką mumią, luchadorami i meksykańskim bogiem nietoperzy i wszystko skończy się wielką rozpierduchą. W tym samym numerze "DHP", który ukaże się w styczniu 2012 roku, pojawi się również krótka historia "B.P.R.D.: An Unmarked Grave", której tytuł mówi sam za siebie. Nie podano jeszcze, kto napisze scenariusz i zajmie się oprawą graficzną (autorem zaprezentowanej ilustracji jest Duncan Fegredo). (KO)

Daniel Clowes został uhonorowany nagrodą amerykańskiego PEN Center USA. Autor komiksowy znany z takich tytułów, jak "Ghost World", "David Boring", "Wilson" czy "Mr. Wonderful" doceniony został za całokształt swojej znakomitej twórczości. Amerykańska organizacja to stowarzyszenie promująca na świecie słowo pisane i strzegąca praw autorskich. Swoje narody przyznaje od 1982 roku, a komiksiarzy honoruje od 2010 - za pierwszym razem triumfował Matt Fraction. Clowes oprócz honorów, zainkasował również premię w wysokości 1000$. (KO)

Na Edinburgh International Book Festival Grant Morrison opowiadał o tym, czego można spodziewać się po jego wersji Wonder Woman. Seria rysowana przez przebojowego Ethana Van Scivera może zadebiutować już w przyszłym roku. Według Morrisona współcześni komiksiarze odarli Supermana z jego pierwotnej brutalności, zabrali pistolet Batmanowi, ale w swojej istocie natura tych bohaterów się nie zmieniła, bo dalej chodzi o przemoc. Diana została pomyślana przez psychologa Williama Moultona Marstona, jako uosobienie kobiecej seksualności. DC pozwoliło, aby Człowiek ze Stali pozostał uosobieniem męskości i brutalności. A w jaki sposób Wonder Woman ma być wcieloną kobiecością, skoro nie może mieć nic wspólnego z seksem, pyta szkocki scenarzysta. W swojej pracy Morrison chce odtworzyć pierwotny mit WW, posiłkując się nowoczesnym feminizmem i w tym celu czyta różne książki - od Simone de Beauvoir do Andrei Dworkin. (KO)

Seria on-going "Herc" dobiegnie swojego kresu wraz z numerem dziesiątym. Przygody greckiego bóstwa pozbawionego swoich nadnaturalnych zdolności po wydarzeniach przedstawionych w "Chaos War" pisane były przez Grega Paka i Freda Van Lente od kwietnia. Niestety, komiks nie stał się godnym następcą przebojowego "The Incredible Hercules" z 2007 roku. Sprzedaż serii była bardzo niska, fanom nowa koncepcja nie przypadła do gusta. W ostatniej historii Herc i Zeus znajdą się w samym środku wojny gangów. Rosyjska mafia, Elektra, Baba Jaga i domek na kurzej łapce - zapowiada się wybuchowy finał. Okładki przygotują Carlo Pagulayan i Mike Oeming, a oprawą graficzną zajmie się David Hahn. (KO)

Na konwencie w San Diego wydawnictwo IDW Publishing zapowiedziało powrót "Magic: The Gathering" w komiksowej formie - teraz przedstawiono nieco więcej szczegółów. Poprzednio, prawie dekadę temu, obrazkowa adaptacja najpopularniejszej gry karcianej pojawiła się za sprawą Dark Horse i Valiant Comics. Teraz, przeniesieniem magicznego uniwersum na komiksowe łamy zajmą się Matt Forbeck (scenariusz) i debiutujący artysta Martín Cóccolo. W grudniu wystartuje czteroczęściowa mini-seria. Do poszczególnych numerów będą dołączane specjalne karty, których będzie można używać w grze. W komiksie pojawią się znane z fabuły karcianki postacie i motywy. Licencję na popularnego "Magica" IDW odkupiło od Hasbro. (KO)

Pojawienie się solowej serii "Voodoo" w ramach "Nowej 52" było jedną z najbardziej zaskakujących decyzji DC. Nowym wcieleniem znanej z "WildC.A.T.S." bohaterki zajmie się Ron Marz. Scenarzysta zapowiada, że Priscilla Kitaen z DCnU będzie nieco inną postacią, niż jej odpowiednik z Wildstorm, a odkrywanie różnic między jedną, a drugą postacią będzie prawdziwą przyjemnością dla fanów. Resztę uspokaja - tak, Pris nadal pozostanie seksowną striptizerką. Marz potwierdza również, że wątek konfliktu Deamonitów z Kherubinami znajdzie odzwierciedlenie w jego serii, a sam komiks ma być utrzymany w stylistyce opowieści sensacyjno-szpiegowskiej, doprawionej odpowiednio fantastyką i erotyką. Kto, jak kto, ale scenarzysta "Witchblade", "Shinku" czy "Magdaleny" jest chyba najlepszą osobą, do prowadzenie takiego tytułu. (KO)

Drugi sezon serialu "Żywe Trupy" startuje 16 października. Premierowy epizod będzie liczył 90 minut, a w sumie wyemitowanych zostanie 13 odcinków podzielonych na dwie części. Na pierwszą partie złoży się sześć odcinków, na drugą - siedem, puszczanych od 12 lutego. Co ciekawe, wraz z tą drugą częścią AMC zaprezentuje kolejny serial mocno związany ze światkiem komiksu. Również w lutym zadebiutuje nowy telewizyjny projekt autorstwa Kevina Smitha zatytułowany "Secret Stash". Nie będzie to serial, ale reality show dla geeków, w którym uczestnicy będą pracowali w sklepie komiksowym Smitha w New Jersey. Casting do programu ruszył w zeszłym tygodniu. (KO)

sobota, 3 września 2011

#847 - Komix-Express 104

Dzień dobry, jestem fanem komiksów i mam 20-40 lat. I narzekam. Narzekam, bo w moim małym komiksowym światku trwa kryzys. Komiksów skierowanych do mnie, Wielki E wydaje ostatnio tyle, co kot napłakał. Więc muszę nadrabiać uzupełnianiem zaległości. W sumie jest wporzo, bo mam spore braki. We wrześniu kupię sobie potrójnego "Lucky Luke`a" i 21. tom "Miecza nieśmiertelnego".

Za miesiąc wyjeżdżam na trzy dni do Łodzi. To dla mnie było, jest i zawsze będzie święto. Tym razem jednak, jakby mniejsze, bo Egmont zapowiedzi ma cieniutkie. Nie kupię sobie Plansz Europy i Mistrzów Komiksu, Obrazy Grozy będą szczuplutkie, a oczekiwany przeze mnie "Yans" z kolekcji mistrza Rosińskiego, też nie trafi do mej torby. I co ja biedny pocznę? Mam siąść w kącie ŁDK`u i płakać? Chyba tak zrobię.

Ale chwila, moment!. Właśnie mi ktoś powiedział, że powinienem przyjrzeć się ofercie innych edytorów. Niech będzie, co mi szkodzi. Sprawdzę zatem zapowiedzi przedfestiwalowe, kliku klik. No proszę - komiksowy "Mistrz i Małgorzata" - toż to moja ulubiona powieść! Tego "Mistrza" biorę w ciemno! "Szelki" nie odstają malarskim poziomem od haceków publikowanych przez "E". Można je pomylić z Planszami Europy, gdyby nie brak reklamowego obwoluto-paska. Jeszcze jakieś Obrazy Grozy by się przydały, bo bać to ja się lubię i tu z pomocą przybywa Kultura Gniewu. "Diefenbach" wygląda obiecująco, nawet lepiej niż "Joker" od wujka Kołodziejczaka. Album wydany z okazji przyjazdu Azzarello i Risso wcale mnie nie jara, jak gniewny "Diefenbach".

No to sprawdzam listę. Mistrz komiksu i jego Małgorzata - są. Wspominałem już, że bać to ja się lubię? Pewnie nie. No to właśnie wspomniałem. Zatem Obrazy Grozy - "Diefenbach i "Joker" - odnotowane. Plansze Europy - rozbuchane plastycznie "Szelki". Zamiast nowego albumu z Thorgalem - powieść o Thorgalu, na Odyna! A przecież są jeszcze świeże "Asteriksy", "Marzi" i nieprzebrane bogactwo komiksów na giełdzie. Liczę, że we wrześniu pojawią się zapowiedzi "na ostatnią chwilę" - zwykle tak właśnie bywa. A tuż po MFK`a ma pojawić się nowy "Thorgal", "Usagi", więc nie ma co płakać. Zapowiada się naprawdę miodny festiwal! (KC)

Kolejną polską premierą na łódzkim festiwalu będzie kontynuacja "Blera". Wszystko wskazuje na to, że album ukaże się zgodnie ze słowem danym przez Rafała Szłapę niemal rok temu. Na stronie poświęconej "Blerowi" po zaprezentowaniu okładki tomu drugiego, ruszył notatnik z produkcji komiksu, zatytułowany wymownie "Produkszyn Diary". Do sieci przeciekły również zdjęcia oryginalnych plansz z komiksu, które wypłynęły na blogu Trzech Ponurów Grzybów. Wkrótce i na Kolorowych Zeszytach pojawią się ekskluzywne informacje o jednym z najciekawszych polskich projektów komiksowych ostatnich lat. (KO)

Tomasz Kleszcz ostro pracuje nad drugim tomem "Kamienia przeznaczenia". Chce zdążyć na MFKiG, zresztą nie tylko on (mam wrażenie, że "wszystkich" ogarnęła jakaś niezdrowa gorączka pracy, rysują, piszą, kolorują – chcą zdążyć na Łódź). Tomek napisał na swoim blogu: "Komiks jest na ukończeniu, tydzień wytężonej pracy i powinno styknąć na zamknięcie tomu 2. Wszystkie plansze zostały wykonane w kolorze, a w moim chorobliwym hobby wsparła mnie Magda Saramak, która wykonała aż trzy piękne dwustronicowe plansze". Jak udało mi się dowiedzieć druk będzie czarno biały, ale autor ma zamiar "dołączać płytę z plikiem w kolorze, więc może całą robota nie przepadnie, a dzięki temu będzie znacznie taniej dla mnie i dla ewentualnych nabywców, których się może paru znajdzie". (MG)

Kolejnym, obok Blera rodzimym superherosem, który powróci w kolejnym komiksie będzie Człowiek bez Szyi. Twór Rafała Kołsuta i Adama Czernatowicza pojawi się w trzecim numerze swojej solowej serii. W najnowszej odsłonie do bezkręgowego bohatera dołączą nowe postacie, jak Major Nabiał czy Amarantowa Lampka, do spółki z mniejszością francuską i niezrównoważonym generałem policji. "CBS" to superbohaterski pastisz garściami czerpiący z tradycji popularnych niegdyś zeszytówek, skąpany w mocnym sosie z absurdalnego humoru. Nad nowym numerem oprócz wspomnianych Kołsuta i Czernatowicza pracował cały szwadron utalentowanych rysowników - Piotr Bartosiak, Tomasz Grządziela, Katarzyna Kruszyńska, Jacek Kuziemski, Łukasz Rydzewski i Igor Wolski. (KO)

Jacek Jastrzębski z Alei Komiksu informuje o premierze kolejnego albumu z przygodami "Likwidatora". Jeszcze w sierpniu nakładem wydawnictwa Zielony Front ukaże się "Prawda smoleńska. Biały komiks (suplement do białej księgi)", w której Ryszard Dąbrowski ujawni całą prawdę o tragicznych wydarzeniach z 10 kwietnia 2010. Według zapowiedzi, ma się dostać wszystkim po równo - z lewa i z prawa, tym z PiSu i z PO, Kaczyńskiemu i Tuskowi, stronie polskiej i rosyjskiej. Likwidator będzie sprawiedliwie rozdzielał amunicję za pomocą broni maszynowej. Komiks będzie pewnie można kupić na łódzkim festiwalu. (KO)

Zaprzyjaźniony z Kolorowymi Zeszytami blog Niezwyciężonego prowadzony przez niezmordowanego Pawła Deptucha został zaatakowany przez żywe trupy. Po ankiecie przeprowadzonej wśród czytelników strona poświęcona bez wątpienia najlepszemu komiksowi superbohaterskiemu zostanie wzbogacona o sekcję poświęcona komiksowym i filmowym "Walking Dead". Zmiana designu bloga to tylko początek zmian, bo trupy legną się również na Facebooku za sprawą Kirkmanii i infekują kolejne osoby. Zachęcamy do odwiedzania, lubienia i czytania, po Paweł odwala naprawdę kawał dobrej roboty! (KO)

W połowie września ukaże się kolejny zeszyt z serii "Henryk Kaydan". Na razie wydawca zaprezentował okładkę edycji limitowanej, ograniczonej jedynie do 100 egzemplarzy. Seria, która debiutowało na zeszłorocznej eMeFCe w ekspresowym tempie i bez większego rozgłosu dobiła do piątego numeru i terminowo ukazuje się co miesiąc. Na październikowym festiwalu ukaże się one-shot "Zmora" pod szyldem HK Productions, a jego autorem będzie znany z "HK" Jakub Martewicz. Udostępniona grafika mile kojarzy się z Toddem McFarlane`am, a komiks ma być "przerażającą historią o mitologicznej istocie, która wcale nie jest słowiańskim zabobonem". Rzecz przeznaczona jest dla dojrzałych czytelników. (KO)