Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dean Ormston. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dean Ormston. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 lipca 2018

#2439 - Ludzie północy tom 1: Saga anglosaska

5 grudnia 2007 roku ukazał się pierwszy zeszyt "Northlanders". Seria pisana przez Briana Wooda, ilustrowana przez różnych artystów, z okładkami przygotowanymi przez Massimo Carnevale utrzymała się na amerykańskim rynku do kwietnia 2012, gdy została skasowana przez szefostwo imprintu Vertigo. W sumie całość zamknęła się w równo 50 zeszytach zebranych później w siedem trejdów, a w polskiej wersji "Ludzi północy" dostaniemy w trzech opasłych tomiszczach. 


środa, 14 września 2011

#856 - Lucyfer #6: Dworce Ciszy

Po dłuższej przerwie na Kolorowych znowu gościmy Michała Ochnika, który powraca z recenzję szóstego tomu popularnego Lucka. Michał miał na warsztacie inny tekst (a przy pomyślnych wiatrach cały cykl) i mam nadzieję, że kiedyś uda mu się ten projekt zrealizować. Jak nie u nas, to gdzie indziej, bo naprawdę warto. A piszę tu o tym, żeby spróbować go zmobilizować do roboty, a póki co zapraszam do lektury.

„Lucyfer” to seria, która na polskim rynku ma już mocną, ugruntowaną pozycję – stałą bazę czytelników czekających, jak rozwinie się bizantyjska intryga snuta przez niegdysiejszego Władcę Piekieł. Szkoda tylko, że z tomu na tom spin-off legendarnego „Sandmana” coraz bardziej obniża loty, a jego fabuła zaczyna powoli zjadać własny ogon.

Tytułowe Dworce Ciszy to kosmologiczny odpowiednik folderu „pozostałe” – zaświaty, gdzie trafiają wszystkie dusze niedające się jednoznacznie sklasyfikować. Jako wymiar bardzo niestały, Dworce nie mogłyby znieść obecności tytułowego bohatera komiksu, dlatego też posyła on tam dość osobliwą zbieraninę postaci, które przewijały się przez poprzednie tomy. Cel – oswobodzić Elaine Belloc, dziewczynkę, która poświęciła życie ratując Lucyfera. Wszystko po to, by przeciągnąć na swoją stronę archanioła Michała, ojca Elaine. Sytuacja zaczyna być bowiem patowa – Lucyfer odkrył, jak przejrzeć myśli Jahwe i dowiedzieć się, jak wiele działań Boskiego Latarnika zależało od jego wolnej woli – i czy w ogóle jakiekolwiek?

To chyba najsłabszy z dotychczasowych tomów „Lucyfera” – cała ta wyprawa do Dworców Ciszy miała zapewne posłużyć do uprzątnięcia licznych wątków pobocznych, w jakie obrosła seria. Nie narzekałbym, gdyby scenarzysta serii, Mike Carey zrobił to w sposób należyty. Niestety, jest wprost przeciwnie. Obserwowanie zmagań załogi Naglfara z kolejnymi niebezpieczeństwami czyhającymi w czasie wyprawy obserwujemy raczej ze znużeniem – brak tam jakiegoś pomysłu na przeprowadzenie eskapady, przez co wątek ten zmienia się w kompilację chaotycznych perypetii. Nieco ciekawiej przedstawia się wątek Lucyfera i Michała, którzy decydują się zajrzeć Jahwe przez ramię i dowiedzieć się, co też planuje. Całość kończy się niestety w bardzo rozczarowujący sposób – o ile poprzednie tomu miały zazwyczaj jakiś pomysł na finał, jakiś twist fabularny czy zaskakujące domknięcie wątków, o tyle w „Dworcach Ciszy” mamy do czynienia z najgorszego rodzaju deus ex machina. Sytuacji nie ratuje nawet przesympatyczny epilog przedstawiający dalsze losy Elaine i Mony.

O warstwie graficznej mogę napisać tylko tyle, że jest. Żaden z etatowych rysowników ani nie wybija się ponad słodką przeciętność tego, do czego przyzwyczaili nas w poprzednich odsłonach cyklu, ani nie kompromitują się jakimiś spektakularnymi wpadkami. Jedynym urozmaiceniem jest incydentalny występ Davida Hahna, którego stylistyka kompletnie nie współgra z dokonaniami pozostałych rysowników, przez co „Dworce Ciszy” tracą na spójności graficznej.

Nie popisał się tu Carey, oj, nie popisał – a szkoda, bo naprawdę można było rozegrać to lepiej. Koncepcja „piekła dla niechcianych” niosła ze sobą naprawdę szerokie pole do popisu dla wyobraźni scenarzysty, który jednak kompletnie to zignorował na rzecz sprzątania swojego własnego fabularnego bałaganu. No cóż, pozostaje mieć nadzieję, że kolejne tomy będą pod tym względem znacznie bardziej dopracowane.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

#477 - Lucyfer #5: Inferno

"Lucyfer" może pochwalić się bardzo dobrą prasą. Przyznam, że kompletnie nie mogę pojąć tego fenomenu – komiks to dość przeciętny, może i sprawnie napisany, ale nie grzeszący ani oryginalnością, ani niczym innym. Piąty album serii, "Inferno", spotkał się z bardzo pochlebnym przyjęciem rodzimej krytyki komiksowej. Robię wielkie oczy ze zdziwienia, kiedy czytam, jaka to świetna opowieść – doskonale narysowana, z misternie skomponowaną fabułą, pełna wielowymiarowych, intrygujących postaci – i zastanawiam się czy aby na pewno czytaliśmy ten sam komiks…
Całą zasługą scenarzysty Mike'a Careya jest bardzo uważne przeczytanie "Sandmana", którego "Lucyfer" jest odpryskiem. Carey skrzętnie powiela schemat i rozwiązania fabularne Neila Gaimana, konstruując w gruncie rzeczy bardzo podobną historię, w tylko nieco innych dekoracjach. A że nie jest pisarzem choćby w połowie tak utalentowanym jak Gaiman, efekt jego pracy jest co najwyżej średni.

Połowę wartości "Lucyfera" stanowi jego główny bohater. Gwiazda Zaranna, były władca piekła, obecnie na emeryturze pomostowej, to charakter nakreślony efektownie i z rozmachem. Bezwzględny, ale honorowy, charyzmatyczny, umiejący porywać tłumy, ale chodzący własnymi ścieżkami. Do swoich celów zmierzający po trupach. Z przebiegłością i cwaniactwem godnym Johna Constantine'a, wychodzi obronną ręką ze wszystkich spisków knutych przeciwko niemu przez anielsko-piekielne koalicje. Trochę to już nudne, bo jak pułapka nie byłaby zmyślna, Lucek zawsze znajdzie sposób, żeby przechytrzyć swoich antagonistów. "To Lucyfer. On nie przegrywa". W istocie. Na kartach "Inferno" przekona się o tym anioł Amenadiel na równinach Effrul.

Inni bohaterowie wyglądają natomiast jakby byli wycięci z kartonu – bezbarwni, płascy, mogą służyć co najwyżej za tło gwieździe serii. Czyżby to, że nie zostali wymyśleni przez Neila Gaimana (tak, jak Lucyfer), miało jakieś znaczenie? Poczynania Susano-O-No-Mikoto są nudne i przewidywalne. Idę o zakład, że japońskie bóstwo burzy powróci akurat w finale. Wątek męża Mazikeen, kreowanej na jedną z najciekawszych postaci w Vertigo, swoim skomplikowaniem przypomina poboczny quest w jakiejś kiepskiej grze rpg.

Przepełzanie wątków z tomu na tom, to jedna z najbardziej irytujących rzeczy w komiksie Careya. Pierwsza historia domyka pewien wątek związany z sytuacją w Piekle i ogólnym położeniem głównego bohatera. Kolejna historia, "Niosąc dary", to 24-stronicowy one-shot, w którym los przeciętnych ludzi krzyżuje się z istotami z innych światów. Natomiast w "I zostaną osądzeni" powraca wątek półanielicy Ellaine Belloc, który będzie kontynuowany w kolejnym tomie zatytułowanym "Dworce Ciszy".Oprawa graficzna "Lucyfera" od pewnego czasu przygotowywana jest przez stały zespół rysowników. Peter Gross, Ryan Kelly, Dean Ormston i Craig Hamilton do wirtuozów komiksowej grafiki się niestety nie zaliczają, a ich prace do efektownych nie należą. Bezbarwne, mocno uproszczone, pociągnięte bardzo luźną, a momentami niechlujną kreską nie zachwycają, ale też nie przeszkadzają zbytnio w lekturze.

Głoszenie, że to jedna z najciekawszych serii w ofercie Vertigo, posiadająca pełno intrygujących postaci, świadczy o tym, że niewiele serii z tego imprintu się czytało. "Lucyferowi" jest bliżej do tłoczonych seryjne opowiastek o superherosach lub prostych fabułek snutych przez mistrzów gry podczas sesji RPG, niż do pełnokrwistego i finezyjnego komiksu, jakim był "Sandman". Nic dziwnego, że Carey o wiele lepiej radzi sobie z prostymi komiksami nurtu superhero ("X-Men", "X-Men: Legacy", "Ultimate Fantastic Four"), niż z literaturą ciut ambitniejsza.

środa, 2 września 2009

#238 - Lucyfer #4: Boska Komedia

Lucyfer wreszcie dopiął swego. Knując intrygę za intrygą, wbrew woli Boga, udało mu się stworzyć „trzecią drogę”. A dokładniej trzeci świat, obok Nieba i Piekła, do którego będą trafiały dusze zmarłych ludzi. Niestety, kraina rządzona przez Gwiazdę Zaranną stanie się łakomym kąskiem dla arkanów tarota Basanasów i demonicznych plemion Lilim. W starciu tych nadnaturalnych sił kluczową rolę odegra mała dziewczynka, Elaine Belloc, córka archanioła Michała, która zawarła przymierze z Lucyferem. I to właśnie od niej będzie zależał jego ostateczny los.

Powyższy opis, z grubsza streszczający fabułę czwartego tomu serii „Lucyfer” zatytułowanego „Boska Komedia”, nie pozwala mi spodziewać się wiele po utworze Mike`a Carey`a, wspomaganego przez rysowników Petera Grossa, Ryana Kelly`ego i Deana Ormstona. Carey, autor powieści fantastycznych i scenarzysta komiksowy, przez media usilnie kreowany jest na następcę Neila Gaimana, nie tylko dlatego, że rozwija stworzony przez niego na kartach „Sandmana” świat (między innymi na łamach „Lucyfera”), ale również dlatego, że stosuje podobne pisarskie sztuczki. Niestety, w budowaniu wielowątkowych historii, których poszczególne elementy misternie splatają się w finale, umiejętnym puszczaniu oczka w kierunku średnio oczytanego odbiorcy czy przekładaniu mitów, legend i podań na język, przyswajalny przez przeciętnego „pochłaniacza” popkultury, Carey prezentuje się co najmniej o klasę gorzej od Gaimana. Doskonale widać to właśnie w „Boskiej Komedii”, która jest dosyć nieporadnym zamknięciem przepełzających z tomu na tom wątków „Lucyfera” skleconych w jedną całość. Cóż, przyznam, że spodziewałem się jednak ciut więcej.

Carey nie ma tej gaimanowskiej lekkości snucia opowieści, nie pozwalającej oderwać się od komiksu, nim nie dobrniemy do jego ostatniej strony. Jego historiom brakuje dojmującego uczucia tragiczności, które towarzyszyło choćby finałowi „Sandmana” czy dramatyzmu ludzkich losów, będących jedynie zabawką w rękach lub środkiem do celu wyższych sił. Kiepskiej formie scenarzysty, wtórują również rysownicy. Oprawa wizualna autorstwa tercetu Gross-Kelly-Ormston pełna jest niedoróbek, sprawia wrażenie przygotowywanej w pośpiechu. Szczególnie cierpi na tym fizjonomia postaci. Utrzymana w charakterystycznym dla Vertigo („Kaznodzieja”, „Baśnie”, „DMZ”) „przeźroczystym” stylu tym razem nie zdaje egzaminu.

Poprzednie tomy „Lucyfera” może nie były, delikatnie mówiąc, rewelacyjnie, ale z pespektywy czwartego albumu, prezentują się naprawdę nieźle. Tym, którym dzieje Gwiazdy Zarannej przypadły do gustu od czasów „Diabła na progu”, po lekturze „Boskiej Komedii” poczują się rozczarowani. Ci, którzy zrezygnowali ze śledzenia przygód „Lucka” jeszcze mocniej utwierdzą się w przekonaniu, że dobrze zainwestowali swoje pieniądze, kupując inne tytuły. Niestety, „Boskiej Komedii” bliżej do tępej, superbohaterskiej nawalanki przysłoniętej mitologiczno-fantastycznym sztafażem, niż do pełnokrwistej opowieści spod znaku nowoczesnej fantastyki.