niedziela, 11 marca 2012

#0986 - Komix-Express 130

Zmarł bóg europejskiego komiksu Jean "Moebius" Giraud. Europejskiego? Mało powiedziane! Można rzecz, ze Moebius był komiksowym kosmopolitą. Razem z legendą komiksu amerykańskiego Stanem Lee, stworzył znakomity komiks o Silver Surferze, wydany swego czasu w Polsce przez TM-Semic, pod tytułem "Silver Surfer: Przypowieść". Japonia i manga też Moebiusowi obcą nie była. Jiro Taniguchiego zna każdy fan ambitnego komiksu japońskiego. U nas sporo dzieł Japończyka na półkach fanów zawitało dzięki wydawnictwu Hanami. Nie mogło także zabraknąć "Ikara", za którego scenariusz odpowiada właśnie Jean Giraud. A jakie komiksy osiągają największe ceny na allegro? Oczywiście albumy Moebiusa: "Incal" i "Feralny Major"! Setki złotych za prawdziwą sztukę. Kto tworzył rysunki do serii "Blueberry"? Oczywiście Jean Giraud. Można by tak wymieniać i wymieniać. Moim ulubionym komiksem zmarłego dzisiaj Francuza, jest "Świat Edeny". Uważam, że to skończone arcydzieło. W CV twórcy "Feralnego Majora" znajduje się także komiks, którego wydanie, uważa się za przełomowy moment na rynku francuskim, czyli "Arzach". "Jak to, bez dymków, bez słów?" - zastanawiali się swego czasu czytelnicy. Tak to, wyobraźnia Moebiusa była nieskończona. Jego komiksy nie musiały posiadać nawet scenariusza, bo po niektórych używkach mózg tak genialny, jak rysownika "Incala" nie jest potrzebny. Komiks i tak będzie niesamowity. Złóżmy zatem hołd temu znakomitemu twórcy, bo tej pustki nie jest w stanie wypełnić naprawdę nikt! (KC)

Jean "Moebius" Giraud odwiedził Polskę w 2008 roku. Był gościem Międzynarodowego Festiwalu Komiksu w Łodzi:


Szczęśliwcy otrzymali autografy w swych albumach:


Ruszyła dawno zapowiadana przedsprzedaż albumów Craiga Thompsona "Habibi" i Alana Moore`a i Melindy Gebbie "Lost Girls"! Ceny są bardzo atrakcyjne, bo "Habibi" kosztuje na stronie Timofa tylko 100 zł (zamiast okładkowej 140 zł) a "Zagubione dziewczęta" 150 zł (zamiast 199,50 zł). Mało tego w cenę wliczona jest już przesyłka. I mało tego raz jeszcze, jeśli do 31. marca liczba zamówień na "Lost Girls" przekroczy 200, to każdy zamawiający w przedsprzedaży otrzyma etui. A zatem do sklepu komiksowi zboczeńcy marsz (ten drugi wyraz ma tutaj podwójne znaczenie)! (KC)

Co do komiksu w etui (lub bez etui) to mamy dla Was nieograniczoną ilość zaproszeń na "Seminarium dotyczące komiksu Lost Girls Alana Moore'a i Melindy Gebbie". A zatem garść informacji:

Koło Komiksu Collegium Civitas, we współpracy z wydawnictwem Timof Comics, Polskim Stowarzyszeniem Komiksowym oraz Magazynem KZ, zapraszają na seminarium poświęcone komiksowi "Zagubione Dziewczęta" Alana Moore'a. Opublikowanie w Polsce tej historii obrazkowej jest istotnym wydarzeniem kulturalnym z wielu powodów. Po pierwsze, "Zagubione dziewczęta" to jeden z najważniejszych komiksów autora "Strażników", "Prosto z Piekła" czy "Batman: Zabójczy Żart". Po drugie, opowieść przedstawiająca erotyczne przygody Wendy z "Piotrusia Pana", Alicji z "Alicji w Krainie Czarów" oraz Dorotki z "Czarnoksiężnika z Krainy Oz" łamie wszelkie możliwe tabu, co odbiło się szeroki echem w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Moore prowokuje i łamie konwencje, sprawiając, że pornografia zaczyna aspirować do rangi literatury wyższej. Czy mu się powiodło? Na to pytanie odpowie dr Lech Nijakowski, socjolog, publicysta oraz badacz dyskursów publicznych, autor książki "Pornografia. Historia, znaczenie, gatunki". W trakcie wykładu poznamy historię powstawania "Zagubionych dziewcząt", najważniejsze motywy fabularne oraz wpływ noweli graficznej na komiksowe medium, popkulturę oraz erotykę.

Spotkanie odbędzie się 27 kwietnia o godzinie 18:00 w Collegium Civitas w Warszawie. A zatem obrzeża, zjeżdżajcie do stolicy! (KC)

Niemal miesiąc wcześniej, w sobotę 31 marca odbędzie się ostatnie spotkanie komiksowego z cyklu "Kto zabił polski komiks?". O godzinie 16:00 w katowickim Rondzie Sztuki stawią się Szymon Holcman z wydawnictwa Kultura Gniewu, Sebastian Frąckiewicz, oraz Marek Turek, artysta i animator komiksowy. Spotkanie poprowadzi Daniel Gizicki. Może wreszcie dowiemy się kto stoi za tym nikczemnym morderstwem? W końcu krąg trzech mędrców, w którym zasiądą: wydawca, publicysta i autor musi siłą umysłów znaleźć odpowiedź na każde komiksowe pytanie. Bo jeśli nie oni, to kto? Bo jeśli nie teraz, to kiedy? (KO)

W sieci ukazał się 69. numer magazynu miłośników komiksu Kzet. Jego głównym bohaterem jest Daredevil. Omówiono najważniejsze pozycje poświęcone Człowiekowi bez strachu. Jest doskonałe przedstawienie przełomowych historii Franka Millera (zaaranżowane przez Michała Siromskiego), wkładu Briana M. Bendisa (Bartosz Spytkowski) i Ann Nocenti (Łukasz Chmielewski). Dokładnie przyjrzano się także dokonaniom Eda Brubakera i Marka Waida, które zrecenzowali debiutujący w tym numerze Jan Steifer i Radosław Pisula. Zachęcamy też do przeczytania przekrojowego tekstu dotyczącego Daredevila, w którym poznacie między innymi początki tego boatera (Mateusz Orzech). Nie zabrakło również trzech groszy w sprawie mniej popularnego ukazania Śmiałka wg. J. M. DeMatteisa (Michał Chudoliński), a także jego romansu ze srebrnym ekranem (Mateusz Albin). Lektury jest sporo, bo oprócz tekstów poświęconych rogatemu herosowi w Kzecie nie brakło standardowej dawki wywiadów, felietonów i artykułów. Zachęcamy do lektury! (KO)

Egmont przedstawił swoje zapowiedzi na kwiecień i maj 2012 roku, zastrzegając, że są one jeszcze niepełne. W kwietniu do sprzedaży trafią dziewiąty tom "Baśni" zatytułowany "Synowie Imperium" (200 stron, cena: 69.99 zło), czternasty tom "Armady" pod tytułem "Ostateczna rozgrywka" (48 stron, cena: 29.99 zło) oraz "Kriss de Valnor - Wyrok walkirii" (56 stron, 22.90 zło za miękką, a 29.99 za twardą oprawę). Oprócz albumów KŚK swoją premierę będzie miał szesnasty tom "Fantasy Komiks" oraz "Star Wars Komiks" i "Star Wars Clone Wars". Jeszcze bardziej obfita oferta pojawi się miesiąc później, w maju. Rządzą wznowienia -  ukażą się reedycje "Kajtka i Koka w kosmosie", "Hellboy`a" (premierowy album "Nasienie zniszczenia") i "Usagiego Yojimbo" (tom "Ronin", pierwotnie wydany przez Mandragorę). Z nowości dostaniemy (wreszcie!) nowy tom przygód Piekielnego Chłopca "Dziki ogon" (czyli oryginalne "Wild Hunt") oraz antologię "Powstanie ’44 w komiksie", a także "World of Warcraft" #1 (czyżby również wznowienie?). (KO)

Zgodnie z planem, 19 kwietnia 2012 roku ukaże się trzeci numer zina Łukasza Kowalczuka "Nienawidzę ludzi" (wraz z albumikiem "Automatyczną Skrzynią Skarbów"). Będzie też można go zakupić na koncertach 7 Seconds w Poznaniu oraz Slapshocie w Warszawie (potem, rzecz jasna, wysyłkowo u wydawcy/autora oraz w dobrych dystrybucjach komiksowych i punkowych). "Historia mafijna zbliży się ku finałowi, suchary będą wysuszone do granic możliwości, pojawi się sympatyczny dinozaur i nowi bohaterowie" - jak można przeczytać w opisie komiksu. "Nienawidzę ludzi" będzie miało trzy wersje okładki, 28 stron i 300 egzemplarzy nakładu. Cena - około 6 złotych. Niedługo (wraz z kolejnymi zajawkami) na stronie pojawią się dokładne informacje na temat kosztów przesyłki i cen, dla osób chcących kupić więcej sztuk (na pewno będzie można zakupić zestawy z 3 wariantami okładki). (KO)

W najbliższym czasie zorganizowane zostaną dwie wystawy poświęcone klasyce polskiego komiksu. Najpierw, 14 marca w Solcu Kujawskim (Muzeum Solca im. Księcia Przemysła w Solcu Kujawskim, ul. Toruńska 8) odbędzie się wernisaż wystawy "Komiks polski 1948 – 1983. Relax i propaganda", będącej propozycją nowego spojrzenia na historię komiks polskiego. Oglądać będzie można prace kultowych artystów tamtego okresu - Papcia Chmiela, Edwarda Lutczyna, Marka Szyszki, Tadeusza Raczkiewicza, Janusza Christy. Ekspozycji będzie towarzyszył wykład dr. Tomasza Marciniaka oraz warsztaty komiksowe prowadzone przez Romana Maciejewskiego. Dzień później, 15 marca, tym razem w Toruniu (Galeria Les Artes w Toruniu, ul. Mickiewicza 49a) na wystawie zatytułowanej "Jerzy Wróblewski: artysta wszechstronny, czy artysta idealny?" pokazane zostaną prace innego klasyka polskiej sztuki komiksowej, jednego z rysowników Żbika. Słowo wstępne wygłosi monografista Wróblewskiego dr Marcin Jaworski. Oba wydarzenia są częścią cyklu "Cztery pory roku z satyrą i komiksem". (KO)

Na koniec krótka, ale jakże sensacyjna wiadomość! Komiks naszego dzieciństwa "Podróż smokiem Diplodokiem", autorstwa Tadeusza Baranowskiego to drugi po "Łaumie" album, którego ekranizacja otrzymała dofinansowanie Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej! Tym razem kwota dofinansowania to 100 000 zł. "Diplodok" będzie filmem animowanym a jego twórcami są Wojtek Wawszczyk i Tomasz Leśniak. Gratulujemy! Myślę, że w tym wydaniu Komix-Expressu podaliśmy najlepsze wino na samym końcu.  (KC)

czwartek, 8 marca 2012

#0985 - Alois Nebel

Zawsze gdy czytałem wzmianki o "Aloisie Neblu", natykałem się na porównania do "Sin City" i "Pociągów pod specjalnym nadzorem". Mimo oczywistych związków, takie sugestie wprowadzają potencjalnego czytelnika w błąd. "Alois" okazał się zupełnie innym komiksem, niż się spodziewałem. Mimo gatunkowej, kryminalnej klamry i pewnej dozy dramatu obyczajowego, jest to właściwie opowieść aspirująca do bycia czymś zupełnie innym. Sam wątek kryminalny zdaje się być tylko pretekstowy, wybrany chyba gdy pomysł dopiero się klarował i właściwie szkoda, że przetrwał do finalnej wersji, bo w jakiś sposób ujmuje temu, czym ta trylogia jest naprawdę.

Alois Nebel to z pozoru zwykły czeski kolejarz związany z tą instytucją od trzech pokoleń. Kocha to, co robi, czuje powołanie, ale w pracy zaczynają mu przeszkadzać dręczące go wizje "pociągów widmo". W końcu zaczyna to tak niepokoić jego zwierzchników, że muszą się nim odpowiednio zaopiekować i wysyłają go do zakładu dla psychicznie chorych. Nietrudno zauważyć, że początkowo oś fabularna wydaje się być oparta na Keseyowskim "Locie nad kukułczym gniazdem". To bardzo dobry pomysł, ale muszę przyznać, że gdy tylko historia wyrywa się twórcom spod kontroli, zaczyna wędrować w dużo ciekawsze rejony. Warto w tym momencie zaznaczyć, że między pierwszym, a drugim tomem widać duży rozdźwięk. Wydaje mi się, że autorzy pozostawili sobie sporo swobody podczas pracy i nie do końca wiedzieli gdzie podążą (co zresztą odbiło się na niezbyt przekonującym domknięciu historii). Takie eksperymenty mają to do siebie, że są zazwyczaj nieudane i muszę przyznać, że początkowo jest tu sporo zgrzytów. Gdybym nie zdobył od razu kompletu, to zapewne nigdy nie sięgnął bym po drugi tom. Na szczęście na tle całej trylogii pierwsza cześć wydaje się poligonem doświadczalnym, na którym wyrosły dwie następne, naprawdę znakomite odsłony. Gdy myślę teraz o tym komiksie, to dochodzę do wniosku, że nie tylko wątek kryminalny jest tu pretekstowy. Wszystkie wydarzenia napędzające fabułę są dla autorów sposobnością do opowiadania w znacznie szerszym kontekście. To ambitny, poetycki i impresyjny obraz Czech, przez pryzmat których można dostrzec kawałek historii ludzkości. Sporo tu metafizyki i pytań o sens istnienia, a w najlepszym, środkowym tomie ("Dworzec Główny") komiks zamienia się w swoiste kolejowe "Koyanisquatsi", portretując cywilizację za pomocą monumentalnego praskiego dworca.

Zapewne warto też rozpatrywać "Aloisa Nebla" jako komiks historyczny. Wizje, które nawiedzają głównego bohatera, są ściśle związane z historią Czech. Przepływają przez niego lata komunizmu, echa Drugiej Wojny Światowej, wspomnienia o przodkach i początkach kolejnictwa. Dla polskich twórców to świetny przykład tego, jak zrobić komiks historyczny i nie podążyć w rejony "I byli Rambo w getcie". Nie jest to też rzecz pokroju "Berlina" Jasona Lutesa i w historycznym kontekście nie chodzi tu o odmalowywanie nastrojów społecznych. Jest za to w "Neblu" pewien element narracyjny, który skojarzył mi się z zabiegiem wykorzystywanym przez Lutesa. Tak jak nachodzą na siebie myśli obywateli Republiki Weimarskiej, tak w "Neblu" przecinają się tory niosące pociągi widmo, myśli i wspomnienia głównego bohatera. Warto też zestawić pracę Czechów z wydanym w zeszłym roku przez Egmont komiksem "Carlos Gardel - Głos Argentyny". Mimo, że autorzy postarali się o silnie zarysowanego bohatera i uzupełnili historię gatunkowymi motywami - co czyni "Aloisa" lekturą zjadliwą dla przeciętnego czytelnika - to konwencja, pewna pretekstowość sprawia, że oba komiksy są podobne.

Mimo, że to twór niepozbawiony wad w warstwie fabularnej, to trzeba przyznać, że od strony formalnej, graficzno-narracyjnej autorzy radzą sobie naprawdę znakomicie. W najciekawszych fragmentach ten komiks wręcz płynie, a obrazy tylko w niewielkim stopniu zostają uzupełnione tekstem, przez co opowieść zaczyna przypominać impresje filmowe. Tak naprawdę w rzemiośle Jaromira 99 zafascynował mnie raczej rytm i kompozycje plansz niż sama grafika. Jego styl ze względu na specyficzną manierę operowania czernią i bielą porównywany jest często do "Sin City", ale w narracji obrazem chodzi mu o coś innego niż Millerowi. Najczęściej operuje planem ogólnym i zbliżeniem - krajobrazem i ciasno poupychanymi małymi kadrami. Plan amerykański pojawia się tu stosunkowo rzadko. To nietypowy, nieczęsto spotykany w komiksie sposób opowiadania, ale o dziwo świetnie sprawdzający się przy tej historii.

Jestem ortodoksyjnym przeciwnikiem ekranizowania komiksów, ale tak się złożyło, że do nadrobienia "Aloisa" skłonił mnie szum wokół jego adaptacji pokazywanej w zeszłym roku na Warszawskim Festiwalu Filmowym( a już wkrótce będzie można ją obejrzeć na poznańskiej Ligaturze - przyp. Maciej). Sam jeszcze jej nie widziałem, ale cieszę się, że tak specyficzna rzecz dostała się w ręce filmowców. To zdecydowanie twór zasługujący na to, by wyjść poza nasze getto, a podczas przekładania na język filmu mógł zostać dopracowany w warstwie fabularnej, więc jestem dobrej myśli. To jedna z niewielu ekranizacji komiksowych, jakie mają szansę mnie zainteresować.

wtorek, 6 marca 2012

#0984 - Zaginienie w druku

Łukasz Mazur w znakomitym tekście „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” pisał o komiksach, które z różnych przyczyn, nigdy nie ujrzały światła dziennego. Pisał o niedokończonych projektach i pochowanych gdzieś w piwnicach szkicach, którym nigdy nie było dane trafić na sklepowe półki w formie kolorowego zeszytu. Uznałem, że temat ten jest na tyle obszerny, że warto podjąć go w kolejnym tekście, będącym niejako kontynuacją pracy, jakiej podjął się wtedy Łukasz.

Bezpośrednim impulsem do jego napisania był artykuł (część pierwsza i druga) zbierający pasujące do powyższego opisu przypadki, jaki ukazał się na serwisie CBR. Nie łudzę się nawet, że uda mi się wyczerpać temat. Wziąłem na warsztat ledwie kilka najciekawszych przypadków, za którymi kryją się ciekawe historie. A swoją wyliczankę zacznę od tych komiksów, którym od czasu publikacji tekstu Łukasza, udało się jednak ukazać. 

Doktor, który mógł zmienić historię komiksu

Choć wielu postawiło krzyżyk na „Batman: Odyssey”, Nealowi Adamsowi udało się samodzielnie zrealizować połowę z planowanej na dwanaście zeszytów autorskiej mini-serii. Na styczeń 2012 roku zaplanowana premierę 4 zeszytu drugiego woluminu. Warto wspomnieć, że komiks spotkał się z druzgoczącą krytyką wśród fanów. Po kilku latach również Frankowi Millerowi dał radę wreszcie skończyć „Holy Terror!”. Album, który został zapowiedziany w 2006, ukazał się nakładem Dark Horse Comics we wrześniu minionego roku. Jego fabuła pierwotnie miała opowiadać o Batmanie broniącym Gotham City przed atakiem terrorystów. Po rozstaniu z DC Comics Miller musiał zrezygnować z postaci Mrocznego Rycerza i zastąpić go bohaterem zwanym Fixer, ale fabularny kościeć i treść z grubsza pozostała taka sama. A jak już jesteśmy przy Batku i Millerze – już rok temu zapowiedziano, że w 2011 roku „All Star Batman & Robin, Boy Wonder”, przemianowane na „Dark Knight: The Boy Wonder”, zostanie dokończone. Ale od tamtego czasu w tym temacie panuje cisza, a Jim Lee, który był jednym z architektów rebootu DC, ma w co ręce włożyć. Nie spodziewałbym się dalszych postępów w tym temacie. Podobne rzecz ma się w przypadku pozostałych tytułów linii „All Star”, a więc tych z Batgirl (Geoffa Johnsa i J.G. Jonesa) i Wonder Woman (Adama Hughesa), które wydają się nie pasować do obecnej linii wydawniczej Dana DiDio. Choć Hughes pytany o Dianę zaprzecza, że jest martwa – znajduje się jedynie w głębokiej śpiączce, z minimalnymi szansami na przebudzenie.

A pozostając jeszcze przy Franku Millerze – obok wspomnianego już przez Łukasza projektu „Jesus”, dla Dark Horse Comics, mającym być wierną, inspirowaną tyleż Pismem Świętym, co podaniami historycznymi biografią Jezusa z Nazaretu, warto wspomnieć o innym zarzuconym komiksie, na którego realizację dziś nie ma już żadnych szans. W seriach Marvela z datą „luty 1981” na okładce pojawiła się zapowiedz, że stery w on-goingu „Doctor Strange” przejmą scenarzysta Roger Stern i właśnie Miller, który miałby się zająć ilustracjami. Stern po latach wspomina, że jego wspólna praca z jednym z największych współczesnych amerykańskich komiksiarzy przy Mistrzu Sztuk Mistycznych skończyła się jedynie na omówienie koncepcji tego, co chcieliby ze Strange`m zrobić i jednej okładce. W końcu Marshall Rogers został przydzielony Sternowi, a Miller pracując przy „Daredevilu” dołoży pierwszą cegiełkę do rewolucji komiksowej lat osiemdziesiątych. Ciekawe jakby dziś wyglądała historia amerykańskiego komiksu, gdyby wtedy zdecydował się na rysowanie Strange`a. Inny wspólny projekt spółki Stern/Miller, mini-seria z Nickiem Fury`m, nigdy nie wyszedł poza luźne rozmowy.

Strange`owi nie poszczęściło się z Millerem, nie poszczęściło się mu również z Harlanem Ellisonem. Kiedy w 2000 roku Joe Quesada przejął władzę w Marvelu zaczął szukać twórców spoza branży, których nazwiska przyciągałyby nowych czytelników. W kwietniu na WonderConie pojawiła się sensacyjna wiadomość, że Stranege`m zaopiekuje się Ellison i John Romita Jr. O współpracy z Domem Pomysłów ten znakomity pisarz science-fiction rozmawiał już wcześniej i przymierzał się do przejęcia „Silver Surfera”, ale ostatecznie miał opowiedzieć historię o śmiertelnej chorobie Dormammu, którego śmierć mogłaby przyczynić się do zagłady całego wszechświata. Strange musi ruszyć mu na ratunek. Niestety, szefostwo Marvela bardzo szybko zdementowało rewelacje młodszego Romity, który przedwcześnie wyskoczył z luźnym pomysłem, a do współpracy Domu Pomysłów z Ellisonem nigdy nie doszło.

Kino i telewizja vs. komiks

Kolejną, bardzo ciekawą komiksową historią alternatywną są losy Człowieka Pająka. W sierpniu 2002 roku Quesada w wywiadze dla magazynu „Cinescape” zapowiedział odświeżeni linii spider-komiksów. Kevin Smith i Terry Dodson mieli przejąć „Amazing Spider-Mana”, „Spider-Man” miał powędrować na ręce innego scenarzysty związanego z branżą filmową J. Micheala Straczynskiego i Johna Romity Jra, a Paul Jenkins i Humberto Ramos mieli dostać nowy tytuł. Dwie trzecie z tych planów dało się zrealizować – JMS wylądował ostatecznie w „Amazingu” i wywrócił życie Petera Parkera do góry nogami, a Jenkins i Ramos odwalili kawał dobrej roboty w „Spectacular Spider-Manie”. Skrypty Smitha do Pajęczaka może jeszcze kurzą się w jego szufladach, a być może jakaś ich cześć została wykorzystana w mini-serii „Spider-Man/Black Cat: The Evil That Men Do”, kolejnym nigdy nie ukończonym projekcie. Nieudane podejście do Spidera zaliczył również Jeph Loeb. Wraz z J. Scottem Campbellem, który w 2006 roku, jako jeden z najgorętszych rysowników podpisał ekskluzywny kontrakt z Marvelem, mieli przejąć któryś z spider-on-goingów w 2008. Potem zaczęła się huśtawka. Rok wcześniej projekt został skasowany, tylko po to aby powrócić w 2010. Niedawno Tom Brevoort zapewniał, że nad komiksem wciąż trwają prace, ciągle jest planowany, ale wciąż jest za wcześnie, aby mówić o jakichkolwiek konkretach. Nie wierzę, żeby tego Spider-Mana udało się dociągnąć do końca, podobnie, jak loebowe projekty z „kolorowego” cyklu – „Captain Amercia: White” i „ Iron-Man: Gold”. Loeb w tej chwili pracuje w telewizyjnym departamencie Domu Pomysłów i ma inne rzeczy na głowie.

Chociaż Straczynski zamknął swój run w „ASM” (choć nie bez pewnych problemów), ma na sumieniu kilka innych niedokończonych historii. „Superman” i „Wonder Woman” to dwa bardzo dobre przykłady rozpoczęcia dłuższej fabuły i zostawienia jej innemu scenarzyście/rysownikowi, aby zająć się innymi projektami (w tym przypadku rolę nowej zabawki odgrywa „Superman: Earth One”). Wciąż nie wiadomo, jaki los czeka „Samaritan X”, ogłoszonej w marcu powieści graficznej o pracy szpitala w Gotham City. JMS potwierdza, że nie zrezygnował z tego pomysłu, zajęty innymi rzeczami, nie mógł poświęcić „SX” odpowiednio dużo uwagi. Obiecuje, że już niedługo będzie o tym komiksie głośno. Kończąc wątek o związkach ze światem filmu trzeba jeszcze napisać o Bryanie Singerze. Ojciec sukcesu dwóch pierwszych części filmowych mutantów, po premierze sequela miał wraz z Danem Harrisem i Michealem Dougherty`m miał przejąć „Ultimate X-Men”, ale niestety pochłonęła go praca nad obrazem „Superman Returns”. Obecnie pomysł, po licznych zawirowaniach w ultimateverse, nie ma szans na realizację.

Złośliwość rzeczy martwych

Zaginione w druku komiksy zdarzają się nie tylko majorsom. Jednym z najciekawiej zapowiadających się projektów, na którego publikację wciąż istnieje szansa, jest „Everest: Facing The Goddess”. Dwunastoczęściowa seria miała być opatą na faktach opowieścią o zdobywaniu najwyższej góry świata. Wydawca, Oni Press, podczas Free Comic Book Day w 2004 roku opublikowało nawet kilka plansz, ale od tamtego czasu nabrało wody w usta. Autorzy tej serii, Greg Rucka i Scott Morse (ach, już widzę tej majestatyczne pejzaże dachu świata!), nie uważają sprawy za zamkniętą. Obaj spotkali się ostatnio na którymś z mniejszych konwentów i pomysł odżył. Czy uda się go skutecznie przenieść na papier?

W kategorii zapowiedzianych, ale opuszczonych skryptów prawdziwym rekordzistą jest jednak Warren Ellis. Trudno zliczyć ile pomysłów przeleciało przez jego głowę, ile pojawiło się w formie szkicu, a o ilu pojawiła się oficjalna informacja. Po częśc winna jeste temu awaria jego dysku twardego, przez którą w 2008 roku bezpowrotnie stracił kilka ze swoich scenariuszy. W cyfrowych odmętach na zawsze pogrążyła się kontynuacja powieści graficznej „Orbiter” pod tytułem „Stealth Tribes”. Komiks miał ukazać się pod koniec 2004 roku i po ciągłym odkładaniu daty premiery zwieńczonym rzeczoną awarię wypadł z planów Vertio. Ale Ellis i Colleen Doran zapewniają, że końcu ujrzy światło dzienne. Do lamusa odłożono „The Operation” dla Oni Press z rysunkmi Phila Hestera i Andego Parksa. Obszerny preview serii ukazał się „Oni Press Color Special 2002”, w którym zaprezentowano przygody grupy tajnych agentów na tropie spraw tyle paranormalnych, co dziwacznych i humorystycznych.Dla Image Comics Ellis miał przygotować scenariusz do sequela „J.U.D.G.E”, dzięki któremu Greg Horn przebił się do Marvela. Rysownik w 2000 roku zapewniał, że przygody Victorii Grace i jej radosnej bandy psychopatów miały być kontynuowane przez scenarzystę „Transmetropolitan” i „Planetary”. Z początku Horn był zachwycony tym, co wychodziło spod ręki Ellisa, ale komiks zwyczajnie zaginął w akcji i kompletnie nie wiadomo, co się z nim dzieje.

„Morning Dragons” był jednym z najwspanialszych pitchów, jakich dokonał Jim Valentino, szefujący ówcześnie Image Comics. Japonia, 1180 rok. Kiyimori, był kapłan, a obecnie samuraj przechadza się po swojej wiosce. Nagle, na tle zachodzącego słońca widzi sylwetki dwóch smoków zbliżających się do brzegu – to drakkary Wikingów… Brzmi nieźle, co? Niestety, perspektwa robienia stustronnicowej powieści graficznej ze Stevenem Lieberem na kiepskim kontrakcie nie uśmiechała się Ellisowi i zarzucił ten projekt. Natomiast w Avatarze miała wystartować seryjna antologia zatytułowana „Night Radio”, w której młodzi scenarzyści dostaliby możliwość pokazania swoich talentów i zaistnienia na rynku. Wśród jej autorów oprócz Ellisa padały również nazwiska Matta Fractiona i Antony`ego Johnstona. Był to grudzień 2001 roku i zanim cokolwiek w tym temacie się ruszyło, to Fractionowi i Johnstone`owi udało się przebić innymi drogami.

Na tą chwilę to wszystko, ale wcale nie mam zamiaru wcale podsumowywać tematu. Materiału jest jeszcze tyle, że bez problemu wystarczy na kolejny odcinek. I wcale nie są to jakieś resztki! Zapowiadane niedawno, bo w ledwie w 2009, „Multiversity” Granta Morrisona, wspólny komiks Matta Fractiona i Fabio Moona, nowa, godna XXI wieku wersja Kapitana Ameryki Chucka Dixona i Grega Landa. I wreszcie, prawdziwa wisienka na torcie - mini-seria z Punisherem i Nickiem Fury rysowana przez Jima Lee, kreską z najwcześniejszych dziewięćdziesiątych, zanim jeszcze przejął „Uncanny X-Men”. To jeszcze nie koniec…

poniedziałek, 5 marca 2012

#0983 - „Tajemny cech przy pracy” – wywiad z Grzegorzem Januszem

Nie ulega wątpliwością, że Grzegorz Janusz to jeden z najciekawszych współczesnych scenarzystów komiksowych w Polsce. Czy jest równie interesującym rozmówcą - o tym możecie się przekonać czytając wywiad z urodzonym w Łowiczu germanistą. A specjalnie na potrzeby naszej rozmowy trójka artystów komiksowych, z którymi Janusz wspólnie tworzy komiksy, przygotowała (fantastyczne!) portrety autora "Wykolejeńca", "Czasem" i "Tragedyji Płockiej". Zapraszamy do lektury!



Janusz wg. Marcina Podolca
Maciej Gierszewski: Zawsze interesowało mnie, jak wygląda warsztat scenarzysty komiksowego? Czy najpierw jest historia, a potem dobierasz słowa, które mają być w dymkach?

Grzegorz Janusz: Tak, najpierw jest pomysł na historię, którą staram się podzielić na plansze i na kadry, a nad dialogami czy monologami pracuję na końcu. Często się zdarza (na przykład jeśli jakiś fragment jest niezbyt czytelny), że zmieniam treść dymków w ostatniej chwili, gdy rysownik już wpisał wszystkie literki...

Mam wrażenie, może złudne, że scenarzyście bliżej do poety niż prozaika, ponieważ scenarzysta musi dbać o to, aby nie było zbędnych słów... Dużo skreślasz?

Grzegorz Janusz: Ciężko mi powiedzieć, czy scenarzyście blisko jest do poety – w życiu napisałem tylko dwa wiersze. Faktem jest, że przy pisaniu scenariuszy trzeba uważać na każde słowo. Wynika to z bardzo ograniczonego miejsca i na dymki, i w dymkach. Skreślam dużo, ale dopisuję też sporo, zwłaszcza gdy szwankuje klarowność historii.

Czyli preferujesz aktywną współpracę z rysownikiem? Czy w scenariuszu podajesz dokładne informacje, co ma być w kadrze? Jak mocno ingerujesz w pracę rysownika?

Grzegorz Janusz: Całych plansz nie kwestionowałem nigdy, tylko pojedyncze kadry, albo najwyżej sekwencje. I nie wynikało to z tego, że nie byłem zadowolony z pracy rysownika. Raczej byłem niezadowolony z własnej wizji, pomysłu. Po zrealizowaniu, narysowaniu, okazywało się, że czegoś brakuje lub czegoś jest za dużo, a wcześniej nie było tego widać.

Czy pracując nad „Wykolejeńcem” albo „Czasem” kwestionowałeś jakieś plansze?

Grzegorz Janusz: W „Czasem” musieliśmy dorobić cztery plansze: rozkładówkę na początku i bardzo podobną rozkładówkę tuż przed finałem. Rytm opowieści bez nich byłby niedobry.

Zauważyłem, że dużo pracujesz z młodymi rysownikami, to wybór czy przypadek?

Grzegorz Janusz: Owszem, często pracuję z młodszymi rysownikami, ale robiłem przecież też komiksy z Niewiadomskim, Gonzalesem, Gawronkiewiczem czy Truścińskim, którzy są moimi rówieśnikami, a w planach mam współpracę z prawdziwym nestorem komiksu polskiego (nic więcej na ten temat na razie nie zdradzę). Wiek rysownika nie ma więc żadnego znaczenia.

Znalazłem informację, że jesteś autorem nieukończonej powieści; pracę nad nią zarzuciłeś całkowicie, czy odwleka się w czasie?

Grzegorz Janusz: Powieść skończyłem. Szukam wydawcy dla niej.

Janusz wg. Bereniki Kołomyckiej
Możesz coś więcej o niej opowiedzieć? Zacząłeś swoją przygodę z literaturą od pisania opowiadań, dopiero potem przyszły scenariusze, a w ubiegłym roku ukazała się książka dla dzieci Twojego autorstwa.

Grzegorz Janusz: Powieść jest dosyć gruba, ma 77 rozdziałów, zaczyna się od epilogu, a jej bohaterami są obdarzone duszą zwierzęta.

Rzeczywiście, zacząłem od krótkich opowiadań pisanych do „Nowej Fantastyki”, które ilustrował Tomasz Niewiadomski. A gdy się w końcu poznaliśmy, w redakcji miesięcznika na Mokotowskiej, postanowiliśmy zrobić razem kilka krótkich komiksów o wymyślonym przez niego Ratmanie. Tak się właśnie zaczęła moja przygoda z komiksem.

Z tą powieścią wiąże się ciekawa historia, oczywiście komiksowa. Otóż na początku lat 90. w piśmie „Fantastyka Komiks” było kilka krótkich prac Gawronkiewicza i jego biogram, gdzie napisano, że jest on również autorem takich komiksów jak „Ja, fũhrer”, „Człowiek drabina” i „Dlaczego ptak nie zamyka oczu, gdy umiera”. Boże, jak ja chciałem przeczytać te komiksy, same tytuły tyle obiecywały!

Jakieś dwa lata później poznałem Gawronkiewicza (w redakcji na Mokotowskiej) i od razu na początku rozmowy zapytałem o te komiksy. Okazało się, że nie istnieją (taki żarcik w biogramie), ale, jeśli chcę, mogę spróbować je napisać. Spróbowałem i ten ostatni, o umierającym ptaku, rozrósł mi się przez wiele, wiele lat do prawie 500 stron. Tytuł powieści to „Jesień wszech czasów”. Postępy w szukaniu wydawcy tymczasem na razie skromne, niestety.

To przypomina trochę działania Pawła Dunina-Wąsowicza i jego książkę „Widmową biblioteka” – z przeczytanych powieści wypisywał tytuły, autorów, opisy fikcyjnych książek. W twoim wypadku doszło do napisania fikcyjnej powieści…

Grzegorz Janusz: Ten leksykon Dunina-Wąsowicza dobrze znam, przestudiowałem go przy okazji prac nad „Tymczasem”.

Dlaczego akurat do „Tymczasem”? Czego szukałeś?

Grzegorz Janusz: Są tam wszystkie fikcyjne książki Lema (oprócz tych z „Doskonałej próżni” i „Wielkości urojonej”). Zapoznałem się z nimi, zanim sam przypisałem mu kolejną.

Przypisałeś Lemowi kolejną widmową książkę. O czym ona była? I dlaczego właśnie za nią Lem w Twojej alternatywnej rzeczywistości dostał Nobla?

Cała zabawa polega na tym, że nikt nie wie, o czym ona była. Lem również lubił takie żarty (sepulki). A dostał Nobla, bo mu się należał za inne rzeczy, choćby za te zbiory fikcyjnych recenzji i wstępów.

Ty, jako autor, gdybyś tylko chciał, to mógłbyś wiedzieć. Postaci wiedzieć nie mogły (co ma związek z konstrukcją akcji), chociaż zauważyłem w „Tymczasem” pewną nieścisłość. Polega na tym, że z pamięci bohaterów znikają książki, a pamięć o tomiku poetyckim nauczyciela nie wyparowuje, postaci opowiadają nawet jakieś anegdoty dotyczące „Przedwiośnia namiętności”.

Grzegorz Janusz: Nie miałbym śmiałości wymyślić czegoś więcej, niż tytuł fikcyjnej powieści Lema.

Tak, ta nieścisłość niestety mi się przydarzyła. Wiersza nie było w pierwotnej wersji scenariusza, napisałem go, bo Przemek Truściński powiedział, że przydałby się kawałek, żeby zwizualizować działanie maszyny do kradzieży książek. Napisałem więc te cztery grafomańskie linijki i tak dobrze się przy tym bawiłem, że dopiero potem, gdy komiks został wydrukowany, uświadomiłem sobie, że nie powinno ich być.

Od biedy można to wytłumaczyć tym, że maszyna została zaraz zniszczona i nie do końca zadziałała na tomik wierszy nauczyciela. Ta maszyna nie była doskonała. Jakieś ślady po książkach, które zniknęły zawsze zostawały: tytuł, niejasne wspomnienie, poczucie straty.

Janusz wg. Jacka Frąsia
Ile miałeś czasu na napisanie scenariusza „Tymczasem”, czy Ministerstwo dało jakiś skrypt albo instrukcję, o czym ma być wspomniane? Czy nastąpiło zatwierdzenie ze strony Ministerstwa, ktoś coś dopisywał?

Grzegorz Janusz: Na napisanie scenariusza było chyba z pół roku, więc bez nerwów. Żadnych ingerencji w tekst nie było. Musiałem tam zamieścić nieco „programu obowiązkowego”, ale tylko w tle: plakaty, billboardy, foldery, książki na półce itp.

Mam jednak wrażenie, że niezupełnie, gdy pani bibliotekarka mówi o metodach kieszonkowców, to jakby czytała z folderu Ministerstwa....

Grzegorz Janusz: O kieszonkowcach napisałem sam z siebie. Przygotowałem się czytając książki „Kieszonkowcy. Tajemny cech przy pracy” i „Techniques of the Professional Pickpocket”.

Moje wątpliwości wzbudza także zachwianie potencjalnego prawdopodobieństwa, mam na myśli fakt, że nauczyciel z Sejn dzwoni do ministra, ma jego numer komórkowy (sic!), a pan Minister odbiera, rozmawia, nakazuje przyjechać – toż to czysta fikcja!

Grzegorz Janusz: Sytuacja z telefonem do ministra i w ogóle całość miała być właśnie nieco ironiczna, pastiszowa, "komiksowa".

Ironiczny jest sam tytuł i jego powtarzanie jak refren na kolejnych planszach. On ustawia całość z góry, odrealnia.

Grzegorz Janusz: Taki właśnie był zamysł. Być może to reakcja obronna na trochę propagandowy, lukrowany i laurkowy charakter całości.

A sprawa promocji książki nauczyciela, to naigrywanie się z gazet i stwarzania faktów medialnych, jakbyś próbował "aferę chopinowską" ośmieszyć.

Grzegorz Janusz: Nie nawiązałem do afery chopinowskiej świadomie, ale cieszy mnie, że można ten fragment „Tymczasem” tak odebrać.

Nie uważasz, że to dość dziwna sytuacja, jedno ministerstwo pokazuje komiks w Europie, a drugie go nie uznaje?

Grzegorz Janusz: Kwestia stosunku do komiksu: myślę, że po prostu MSZ ma rozsądniejsze podejście niż MKiDN.

Zauważyłem, że lubisz „ukrywać” ciekawe tropy w swoich pracach. Co ukryłeś w „Tymczasem”?

Grzegorz Janusz: Ukryta niespodzianka: na stronie 43 jest fasada BUW, a na niej tekst grecki (fragment dialogu „Fajdros” Platona): „Ten wynalazek niepamięć w duszach ludzkich posieje”.

Ciąg dalszy ciekawostki o fasadzie BUW – wystąpiła ona również w innym moim komiksie, w „Esencji”, gdyż jest tam fragment „Księgi Ezechiela” bardzo pasujący do fabuły: „Otworzyłem więc usta, a On dał mi jeść ów zwój, mówiąc do mnie: »Synu człowieczy, nasyć żołądek i napełnij wnętrzności swoje tym zwojem, który ci podałem«. Zjadłem go, a w ustach moich był słodki jak miód”.

Podobno „Czasem” jest tłumaczone na angielski?

Grzegorz Janusz: To „Tymczasem” jest przetłumaczone na angielski, a także na francuski, niemiecki i rosyjski. Wersja angielska ma być na papierze, pozostałe tylko w Internecie.

Szymon Holcman poinformował mnie, że „Tymczasem” zostało wydrukowane w nakładzie: 20 tysięcy po polsku i jakaś nieznana ilość po angielsku.

Grzegorz Janusz: Angielskiej wersji jeszcze nawet nie widziałem.

Przechodząc do „Czasem”, spodziewałeś się, że komiks zostanie tak dobrze przyjęty?

Grzegorz Janusz: Gdy pracowałem nad tekstem, nie spodziewałem się takiego odbioru. Komiks nie jest zbyt porywający od strony literackiej. To w zasadzie taki teatr telewizji: tylko para postaci, prawie wszystko dzieje się we wnętrzu, mało dialogów, dużo niezbyt błyskotliwych monologów.

Ale gdy zobaczyłem narysowane pierwsze plansze, zdałem sobie sprawę, że to jednak może być dobra rzecz.

Myślisz , że książka ma szanse na podbój rynku zachodnioeuropejskiego?

Grzegorz Janusz: „Podbój” to chyba za wielkie słowo. Ale chętnie wydalibyśmy komiks we Francji albo w Niemczech. Sądzę, że komiks jest w miarę uniwersalny i bardzo atrakcyjny w warstwie graficznej.

Mam wrażenie, że coś nam (krytykom, recenzentom, czytelnikom) umyka, gdy mówimy o morderstwie żony. Czy ono miało miejsce, czy nie?

Grzegorz Janusz: Jedyną wskazówką na temat stanu żony jest zdanie: „Oddychała, jestem pewien”. Sprawa wygląda więc tak: Ostatko nie jest mordercą, ale zapewne zostałby nim, gdyby na chwilę opuścił kanciapę.

Czy baśnie Adama Ostatko napisałeś specjalnie dla tego komiksu, czy też w jakiś sposób wiążą się z Twoją książką dla dzieci, która ukazała się w zeszłym roku?

Grzegorz Janusz: Wypaczone „Baśnie” Ostatki napisałem na potrzeby „Czasem”. Nie mają one nic wspólnego z opowiadaniami dla dzieci.

Twoja książka dla dzieci dostała nagrodę, możesz powiedzieć coś więcej?

Grzegorz Janusz: Zbiór opowiadań „Misiostwo świata” zdobył drugą nagrodę w konkursie na książkę dla dzieci organizowanym przez fundację „Cała Polska czyta dzieciom” i ukazał się prawie rok temu.

Można powiedzieć, że jesteś autorem konkursowym. Dużo twoich prac brało udział (i było nagradzanych) w wielu różnych konkursach. Piszesz specjalnie na konkursy? Konkursy mobilizują cię do pisania?

Grzegorz Janusz: Bardzo rzadko się zdarza, żeby jakiś gotowy tekst pasował do tematu konkursu, więc najczęściej muszę pisać zupełnie nowe rzeczy.

Myślę, że dzięki startom w rozmaitych konkursach wciąż się uczę, dzięki temu poruszam takie tematy, jakimi sam z siebie nigdy bym się nie zainteresował (stan wojenny, miasto Żyrardów, osada paleolityczna czy przygody Polaka w Japonii).

Który ze swoich komiksów lubisz najbardziej?

Grzegorz Janusz: Nie potrafię wskazać jednego albumu. Wszystkie kocham, każdy za coś innego.

#0982 - Trans-Atlantyk 178

Dzisiejsze wydanie Trans-Atlantyku w sporej części będzie poświęconeAvengers vs. X-Men”, zbliżającymi się coraz większymi krokami wielkiemu eventowi Marvela i wszelkim wiadomościom związanym z tą dwunastoczęściową historią. W ciągu ostatnich lat Cyclops sprawił, że diaspora mutantów, a przynajmniej ta jej część, której udziałem są heroiczne wyczyny, mocniej zintegrowała się ze superbohaterską społecznością Marvela. Niestety, w obliczu tak niezwykłego zagrożenia, jakim będzie zbliżająca się ku ziemi Phoenix, nie tylko wzmocni izolacjonistyczne nastroje wśród Mścicieli, ale uwypukli również podskórny konflikt, narastający od dłuższego czasu pomiędzy tymi frakcjami. Jakkolwiek kolejne mordobicie między kolegami w kostiumach zdaje się jak zwykle naciągane, o tyle kurs, w którym od dłuższego czasu podąża Cyclops nie może odpowiadać Kapitanowi Ameryce. Jak zapewnia Tom Brevoort starcie racji liderów obu obozów będzie jednym z najważniejszych elementów tej historii. Inna sprawa, że mutanci mają przewagę na polu bitwy – w ich szeregach jest Namor, Emma Frost, Magneto, Colossus dopakowany mocą Juggernauta. Nawet w obliczy zbliżającej się premiery filmowych „Avengers” trudno stawiać na zwycięstwo drużyny Rogersa, szczególnie, że redaktorzy zarzekają się, że tylko jedna ze stron okaże się zwycięska, a jej triumf będzie na tyle wyraźny, aby na dłuższy czas zdefiniować status quo na Earth-616.


Nick Lowe zapewnia, że konflikt pomiędzy mutantami a Mścicielami odbije się właściwie na każdej ważniejszej postaci występującej w „Avengers vs. X-Men”. Wśród mutantów przede wszystkim zostaną zrewidowane podziały, jakie pojawiły się po „Schism”. Po której stronie staną skłóceni z Summersem Wolverine i Beast? Storm będzie musiała wybierać pomiędzy wiernością wobec swoich przyjaciół i rodzimego zespołu, a miłością do męża, T`Challi, znajdującego się bliżej Avengers, do których niedawno dołączyła. Rozdarty będzie również Namor, biorący stronę Cyclopsa, ale żywiący wielki szacunek dla Steve`a Rogersa. Jego lojalność w poprzednich latach bywała bardzo, powiedzmy, elastyczna. O przeciwnych stronach barykady będą musieli stanąć przedstawiciele rodziny Braddocków – Brian, czyli Captain Britain i jego siostra Elisabeth, czyli Psylocke.

Brevoort zaznacza, że w tak zarysowanym antagonizmie bardziej po lewej stronie są mutanci, którzy chcą uniknąć rozwiązania siłowego, do którego dążą Avengers, skręcający bardziej w prawo. W tym drugim obozie, wątpliwości co do słuszności swojego postępowania będą mieli przede wszystkim Luke Cage, który ze względu na kolor swojej skory doskonale zdaje sobie sprawę, w jakiej sytuacji znajdują się X-Men, a także Hawkeye i Iron-Fist. Bardzo ciekawie przedstawia się również sytuacja Kapitana Ameryki i Iron-Mana, którzy w podobnym konflikcie stanęli po przeciwnych stronach barykady podczas „Civil War”. Obaj, przynajmniej po części mylili się w swoich osądach podczas starć o superbohaterską ustawę rejestracyjną i jak widać, od tamtego czasu, niewiele nauczyli się o sztuce kompromisu. Dla Rogersa decyzja o tym, żeby walczyć, że swoimi przyjaciółmi i sprzymierzeńcami znowu jest bardzo trudna.

Już teraz wygląda na to, że „AvX” może okazać się niesamowitym sukcesem – przynajmniej pod względem finansowym. Zamówienia na pierwszy numer sięgnęły już poziomu 200 tysięcy. Przypuszcza się, że crossover, w którym X-Men okładają się z Avengers okaże się największym sukcesem Marvela od czasów „Civil War”. Ten z kolei był pierwszym, większym przebojem po zapaści lat dziewięćdziesiątych, a już prawie na pewno okaże się jednym z najlepiej sprzedających się komiksów 2012 roku. Zarząd Domu Pomysłów widząc potencjał tej historii nie wahał się wydać kroci na reklamę i bardzo atrakcyjne pakiety dla sprzedawców – dla mnie nie ulega wątpliwościom, że Axel Alonso dwoi się o troi przed akcjonariuszami, żeby tylko pobić sprzedaż Nowej 52 i powrócić na fotel lidera amerykańskiego rynku komiksowego.

A im bliżej do premiery pierwszego zeszytu „AvX”, tym głośniej mówi się, że tym razem naprawdę nic nie będzie takie samo, jak opadnie kurz po starciu mutantów z Mścicielami. Pogłoski o ewentualnym relaunchu są umiejętnie przez Marvela podsycane, który ustami swoich redaktorów ani wyraźnie zaprzecza, ani potwierdza tego typu rewelacji. Trudno, żeby tak robił – w interesie wydawnictwa jest robienie jak największego szumu wokół eventu. W tej chwili nie można z całą pewnością wykluczyć zrestartowania Ziemi-616, ale niewiele na to wskazuje – swego czasu Alonso, Quesada i Brevoort mocno krytykowali DC za Nową 52. Na ich opinie zapewne miały wpływ wyniki sprzedaży, ale czy decydujący? Jeśli chcecie znać moje to głupotą byłoby marnowanie wydarzenia z takim potencjałem, jaki ma „AvX” na relaunch – samo starcie X-Men z Avengers sprzeda się odpowiednio dobrze i nie trzeba pod nie podczepiać nic dodatkowego. Jeśli relaunch miałby nastąpić, to stawiałbym, że pierwsze wzmianki o nim pojawią się po wakacjach, a jego realizację można planować albo tuż przed sezonem świątecznym, albo tuż po nowym roku. Oczywiście, to tylko czcze spekulacje, ale rynkowa logika podpowiada, że byłoby to optymalne wyjście.

Niektórzy fani w ostatnich posunięciach Domu Pomysłów widzą zwiastuny radykalnych zmian w Marvelu. Brian M. Bendis już jakiś czas temu zapowiedział, że porzuca pracę nad „Avengers” i nie zdradził kolejnego, dużego projektu, jakim miałby się zająć (o ile taki się pojawi). Niedawno, pojawiły się plotki, że miałby przejąć… X-Men. Byłoby to dość dziwnym posunięciem, bo Jason Aaron, Kieron Gillen i Christos Gage ledwo zdążyli się zadomowić w najważniejszych x-tytułach. Może więc „Fantastic Four” i „FF”, które po trzech latach zostanie osierocone przez Jonathana Hickmana w październiku? Wtedy Hickman mógłby przejąć któryś z tytułów z Avengers, przywrócić blask Największym Ziemskim Bohaterom, tak jak zrobił to z Pierwszą Rodziną Marvela i mielibyśmy dość nieoczekiwaną zamianę miejsc.


Nowe projekty Marka Millara (3): Frank Quitely jest jednym z najbliższych znajomych Marka Millara w brytyjsko-amerykańskim środowisku komiksowym. Znają się od przeszło dziesięciu lat, często spotykają się w swoim rodzinnym gronie, ale jeszcze nigdy nie trafiła się okazja do stworzenia wspólnego komiksu. Artysta, z takim talentem jak Quitely, był mocno eksploatowany przez majorsów i trudno było mu znaleźć chwilę czasu na współpracę ze scenarzystą, z którym razem przebijali się do pierwszej ligi ze swoim runem w „Authority”. Wreszcie Quitely mógł znaleźć czas, a Millar wyciągnął z szuflady projekt, który trzymał dla swojego przyjaciela. Według słów swojego twórcy „Jupiter`s Childrenzadowoli wszystkich, którzy co roku są rozczarowywani kolejnymi, mega-evantami od Marvela i DC. Millar chce opowiedzieć epicką historię super-hero, dorównującą swoim rozmachem „Gwiezdnym Wojnom” czy „Władcy Pierścieni”, którą będzie dało się czytać bez znajomości zawiłości historii uniwersum, bez setek tie-inów. A wszystko zacznie się we Francji w 1920 roku, gdy ekspedycja naukowa ginie podczas poszukiwań tajemniczego artefaktu. Niemal w sto lat później ten sam zespół naukowców pojawi się we współczesnym świecie z pewnym zadaniem. Millar zaznacza, że to jedynie wstęp, zarys jednego z motywów jego wielkiej, wielowątkowej historii, przy której znakomici „Ultimates” wydadzą się skromną nowelką. Jednym z głównych aspektów „Jupiter`s Children” będzie uwikłanie bycia superbohaterem z problemami współczesnego świata. Czy przebieranie się w kolorowy kostium i łapanie przestępców może mieć jakikolwiek wpływ na poprawę czegokolwiek? Czy ma w ogóle jakikolwiek sens w świecie targanym globalnym kryzysem? To pytania, które Millar chciałby sobie zadać.

W tym tygodniu nie ma już za bardzo miejsca, aby napisać coś więcej o dopiero co zakończonym konwencie Image Expo, ale w następnym wydaniu T-A napiszę nieco więcej o tym, co trzeci największy gracz na rynku planuje. A padło sporo ciekawych zapowiedzi - póki co przedstawię pokrótce plany imprintu Shadowline. Jego założyciel, Jim Valentino, przedstawił nowe serie oraz przypomniał o tych, które właśnie się ukazują. „Rebel Blood” będzie kolejny komiksem z zombiakami w roli głównej. Tym razem zaraza zamieniające istoty żywe w bezmózgie stwory łaknące jedynie mózgów względnie mięsa dotknie również zwierzęta. Głównym bohaterem komiksu będzie leśniczy walczący o przetrwanie. „Harvest” będzie traktowało o czarnym rynku handlu organami, a główny bohater serii będzie zajmował się odzyskiwaniem skradzionych dóbr i oddawaniem ich prawowitym właścicielom. „Debris” zapowiadane było pojedynkiem wielkiego robota z kobietą, a „Enormous” będzie komiksem o wielkich potworach. Po prostu. Bohaterami ostatniego zapowiadanego tytułu, „Grim Leaper”, jest para, która w wyniku przekleństwa musi ciągle umierać na różne, obrzydliwe sposoby, tylko po to, aby potem odradzać się w nowych ciałach.

sobota, 3 marca 2012

#0981 - Komix-Express 129

Witamy serdecznie w Komix-Expressie! Dzisiejsze wydanie zostało opanowane przez leśne bożki i małą dziewczynkę o imieniu Dorotka. Tak, dziś będzie sporo o ekranizacji "Łaumy"!


Ponad dwa lata temu, 3 lutego 2010 roku Kolorowe zeszyty i Motyw drogi podały sensacyjne info o ekranizacji komiksu Karola Kalinowskiego. Umowa między autorem „Łaumy", a firmą Lava Films, została podpisana zaledwie kilka miesięcy po premierze komiksu. Minęły dwa lata i widać, że w przypadku "Łaumy" nie ma mowy o niespełnionych obietnicach, jak w przypadku ekranizacji "Funky Kovala" i "Thorgala". Machina, którą uruchomiono w 2010 roku pędzi do przodu i najprawdopodobniej wyląduję miękko w polskich (i europejskich) kinach. Kilka dni temu na stronie Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej pojawiła się informacja, że Lava Films otrzyma dofinansowanie w wysokości 120 000 złotych. Ktoś zdążył zauważyć, że "nawet na waciki nie wystarczy". Chyba nie doczytał dokładnie. To nie jest dofinansowanie dla całego filmu, a jeno na napisanie scenariusza i development filmowej "Łaumy". Większe pieniądze twórcy (na realizację filmu) otrzymają z PISFu później. Przyznać trzeba, że 120 000 złotych to i tak tylko część z 353 440 zł, które jak obliczono, potrzeba na sam początek realizacji.

Filmowa "Łauma" to nie bajka, to już prawda. A jak doszło do podpisania umowy na realizację filmu? Nie ciekawi Was to? Mnie bardzo. Zebrałem, więc informacje z sieci, trochę popytałem i zebrałem to wszystko w całość. Zatem przedstawiam Wam Historię powstania filmowej wersji "Łaumy", od momentu narodzin, aż po dofinansowanie z PISF.

Mamy październik 2009. Trwa Międzynarodowy Festiwal Komiksu w Łodzi. Jeden z komiksów, którego rozdział publikowano wcześniej w sieci, ku uciesze gawiedzi, sprzedaje się, jak świeże bułeczki. Komiks otrzymuje też największą ilość głosów od publiczności w plebiscycie na najlepszy komiks roku. Niestety, nagroda nie zostaje mu przyznana, bo jak się okazuje, nie można było na ten komiks głosować, gdyż premiera odbyła się w dniu głosowania. Oficjalnie wygrywa reedycja komiksu o pewnym jeżu. To nic. "Łauma", bo o niej mowa, wygra za rok, już w zgodzie z regułami plebiscytu. Mija zaledwie kilka miesięcy od premiery. Możliwe, że niecałe trzy, któż to pamięta. Do wydawnictwa Kultura Gniewu dzwoni telefon... 


Lava się zgłasza

Do Szymona Holcmana zadzwonił przedstawiciel Lavy i zapytał o możliwość zakupu praw do komiksu "Łauma". Wydawca skontaktował się z KRLem: "Szymon od razu zadzwonił i powiedziałem, że zdaję się na niego. Był pośrednikiem, negocjatorem, pomocną dłonią, podpowiadał co i jak, bo się przecież zna - w Gutku pracował."

O prawach autorskich

Szymon Holcman: "Prawa do komiksu w 100% należały do autora. Kultura Gniewu nigdy nie bierze praw do komiksów, zostają  one przy autorach. Nie jesteśmy korporacją."

O Lava Films

Za Lava Films stoi czworo absolwentów łódzkiej szkoły filmowej. To stosunkowo nowa firma, ale założyli ją tak zwani "wyjadacze", którzy postanowili robić filmy pod własnym szyldem. Wcześniej wszyscy pracowali przy filmach np. w Belgii w TV Arte. Jedna z założycielek studia produkcyjnego, mieszka na stałe w Brukseli i jakiś czas pracowała nad projektem adaptacji "Marzi", więc co najmniej trochę na komiksach się zna. Poza tym widziała, że na zachodzie zaczynają się pojawiać adaptacje komiksów, i to nie tych superbohaterskich. Więc nic dziwnego, że po przeczytaniu "Łaumy", pojawił się pomysł realizacji filmu na jej podstawie. Po konsultacjach, postanowiono zgłosić się po prawa do komiksu.

Petraktacje

Karol Kalinowski: "Odezwali się 3 miesiące po premierze komiksu, albo jeszcze wcześniej. Spodobała mi się wizja, tzw. sprawy finansowe, nazwisko reżysera. Szymon pertraktował, a ja na końcu decydowałem o wszystkim."

Szymon Holcman: "Pertraktacje z Lavą trwały krótko tzn. nie było wielkich tarć. Oni zaproponowali brzmienie kontraktu, myśmy to skonsultowali. Oni dali swoją propozycję finansową, a my swoją, na którą się zgodzili. Trwało to trochę ze względu na to, że wszyscy w rozjazdach zajęci innymi projektami, a nie dlatego, że były jakieś problemy."

Inne propozycje

Poza Lava Films pojawiły się jeszcze co najmniej dwie propozycje, adaptacji przygód Dorotki i leśnych bożków. Po prawa do komiksu KRLa zgłosił się także reżyser filmowy, który dopiero co skończył studia, ale przegrał z Lavą, która miała znacznie lepszą wizję. "Potem Teatr warszawski chciał wystawić Łaumę jako sztukę, ale prawa były już sprzedane" dodaje Kalinowski. Jak napisał Tomasz Pstrągowski były plany, by ekranizacją "Łaumy" zainteresować Tomasza Bagińskiego. Były to jednak pobożne życzenia. Poza tym to było dawno i nieprawda. Prawdą jest realizacja filmu przez Lava Films.

Tylko "Łauma"?

Lava Films rozważała oprócz filmowej "Łaumy", która ich najbardziej interesowała, jeszcze coś Michała Śledzińskiego. Szymon Holcman: "Myśleli, że można Wartości rodzinne albo Osiedle Swoboda jakoś ugryźć, no i cały czas czekają na ostatni tom Na szybko spisane. Odniosłem wrażenie, że wszystkie rzeczy Śledzia interesują ich na podobnym poziomie. Ale na pierwszym miejscu Łauma. Nie dziwię się - jest najłatwiejsza do takiej adaptacji. Zwarta zamknięta historia z fajnymi bohaterami."

Dofinansowanie

Jak wiemy, twórcy filmu otrzymają z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej 120 000 zł na początkowe etapy realizacji filmu. Tzn. na scenariusz, logistykę, castingi, działkę za prawa autorskie i tak dalej. Krótko mówiąc: na przygotowania do filmu "na sucho". Pieniądze z PISFu to jednak tylko kropla w morzu potrzeb. Twórcy filmu szukają dofinansowania w różnych miejscach Polski i Europy. Podobno starają się też o pieniądze z analogicznej do PISFu instytucji w Niemczech. Rozmawiają z Francuzami, Norwegami... Szukają także producentów i sponsorów prywatnych. Na całość potrzeba pewnie minimum kilku/kilkunastu milionów złotych. Na profesjonalnie zrobiony film właśnie tyle potrzeba. Taniej filmowej "Łaumy" zrobić się nie da.

Obsada

KRL: "Nie. Nie mam żadnych mocy decyzyjnych co do obsady filmu. Mogę coś tam podpowiedzieć niby, ale nie jestem od tego i nawet nie chcę być". Nie wiadomo czy obsada będzie polska. Polski ma być na pewno reżyser i scenarzysta. Film jest międzynarodowy, możliwe, że postacie będą mówić językiem Szekspira."

Zapytałem Karola, kogo widziałby w filmie z polskich aktorów, czy mógłby podać chociaż jedno nazwisko. Pamiętając, że to jeno zabawa, na potrzeby Komix-Expressu, KRL odpowiedział: "Nauczyciela Dorotki - tego łysego, mógłby zagrać Stanisław Tym i to nawet byłoby niegłupie, bo on mieszka teraz na Suwalszczyźnie, gdzie dzieje się akcja komiksu."

Scenariusz i reżyseria

Już wiadomo kto jest scenarzystą Łaumy, ale na razie nie zostało to oficjalnie podane przez Lavę. Ponieważ również KRL nie chce zdradzić tej informacji, możemy tylko gdybać. Możliwe jest, że sam reżyser zajmie się scenariuszem tego filmu. Któż to wie, jaka jest prawda? "Scenarzysta kuma Łaumę i rozpisał ją mistrzowsko" - ucina KRL.

Reżyserem "Łaumy" został Paweł Borowski, znany głównie z filmu "Zero", (w którym zagrał między innymi Robert Więckiewicz). Reżyser został zresztą nagrodzony za ten film Złotym Gronem, na najstarszym polskim festiwalu filmowym o nazwie "Lubuskie Lato filmowe". Borowski został wybrany przez studio produkcyjne, ponieważ miał najlepszą wizję, która jak widać przypadła do gustu również autorowi komiksu:

"Reżyser Paweł Borowski ma niesamowity pomysł na ten film. Będą zmiany, ale moim zdaniem na lepsze. Głównie chodzi o rozwijanie znanych z komiksu wątków. Wszystko konsultował ze mną, choć wcale nie musiał. A mnie się cholernie podoba jego wizja!" - dodaje autor.

Wygląd postaci

Na Komiksomanii można znaleźć taką oto wypowiedź KRLa: "Przekonało mnie, gdy powiedzieli, że chcieliby zrobić film w stylu "Where the Wild Things Are" Spike'a Jonze'a". "Gdzie mieszkają dzikie stwory", to film w którym owe stwory są grane przez lalki i podobnie miało być z filmową "Łaumą". Wyobraźcie sobie muppetowego Ajtwara? Piękna wizja. Jednak z czasem koncepcja nieco się zmieniała. Tak miała wyglądać "Łauma" w pierwszych założeniach i pewnie będzie się zmieniała w zależności od budżetu. Na dziś stanęło na efektach. Wizja nie odeszła za daleko od pierwotnych założeń, ale lalki zostaną prawdopodobnie zastąpione efektami. KRL mówi, że "reżyser podał jeszcze inną wizję, ale producenci mówili o dzikich stworach na początku".

Tajemnice

a) "Wiem kto będzie odpowiadać za efekty specjalne ale nie mogę napisać."
b) "Efekty specjalne mogą też być klasyczne - wizualne, ale nie mogę..."
c) "Wiem kto będzie scenarzystą, ale na razie nie mogę podawać".

O reedycji i kontynuacji

"Drugie wydanie Łaumy pojawi się na księgarskich półkach, jak będzie film" - Holcman
"Na razie o kontynuacji nie myślałem. Na razie..." - KRL

Już 14 marca w Klubie Puzzle (bo gdzieżby indziej?) odbędzie się dziewiąta edycja Komiksofonu. Tym razem gościć będzie artystów spoza Wrocławia. A będą nimi Paweł Piechnik i nie kto inny, tylko twórca najlepszego hasła 2011. roku Krzysztof Ostrowski! Przynosić Chopiny do podpisu, nie czaić się!

Sylwetki autorów:

Paweł Piechnik – ur. 1981 r. w Poznaniu. Ukończył studia na Wydziale Architektury Politechniki Poznańskiej. W latach 2004-2005 studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. Od 2005 r. zajmuje się zawodowo: komiksem, ilustracją i grafiką. Aktualnie mieszka i tworzy w Poznaniu. Uczestnik i laureat wielu komiksowych konkursów. Ostatnio wyróżniony za komiks Cisza w ramach konkursu MFKiG w Łodzi. Publikował w wielu magazynach i antologiach m.in w antologii Powstanie 44.

Krzysztof Ostrowski – ur. 5 stycznia 1976 w Szczecinie – wokalista zespołu Cool Kids of Death, absolwent ASP w Łodzi, rysownik komiksów, grafik, animator. Jest autorem takich komiksów jak: Plastelina, Nadzwyczajni. Pantofel panny Hofmokl. Publikował w komiksowych antologiach: Powstanie 44, Kompot, Chopin New Romantic. Publikował również w: Machinie, Chichocie, Newsweeku, K-mag, City Magazine, Playboy’u, Podróżach, Ślizgu, Gazecie Wyborczej, Feniksie, Elle. Jest autorem okładki Wojny polsko-ruskiej Doroty Masłowskiej. Jest współautorem tekstów CKoD. Zajmuje się plastyczną oprawą działalności grupy. Jego dziełem są okładki płyt oraz większość teledysków zespołu. Kilkakrotnie nominowany przez Yach Film Festiwal w kategorii animacja m. in. za teledyski: Uciekaj – CKOD, OM – Smolika, Spaliny – CKOD. Robił animacje dla MTV, VIVA, TV Kultura, TV4, Breakthru Films i dla Przemka Wojcieszka do filmów Made in Poland i Sekret. Wykłada na łódzkiej ASP.

I plakacik:


Spotkanie z twórcami poprowadzi tym razem zdobywca nagrody za album roku na MFKiG 2011, Robert Sienicki. Kto żyw do Wrocławia!

26. lutego w gliwickiej Czytelni Sztuki przy ul. Dolnych Wałów, odbyła się premiera długo wyczekiwanej antologii o mieście Gliwice pt. „Niczego sobie. Komiksy o mieście Gliwice”. Za wydaniem tego albumu stoi Muzeum w Gliwicach, a dokładnie jeden z pracowników Muzeum - Mikołaj Ratka, który jest fanem komiksu, a także ich autorem. Dyrektor muzeum dowiedziawszy się o pasji swojego podwładnego, postanowił wykorzystać sytuację i polecił Mikołajowi stworzenie antologii, która miałaby promować historię Gliwic i samo miasto. W końcu tyle różnych miast promuje się ostatnio komiksami. Zebrano więc najlepszych polskich autorów i tak powstała antologia, ukazująca kilka najważniejszych momentów z historii miasta. Zbiorem stoi na wysokim poziomie artystycznym i stanowi "przekrój przez rozmaite gatunki komiksu, od humorystycznego, po bliski opowieściom grozy, obyczajowy i fantastyczny." Autorzy: Daniel Gizicki, Tomasz Kontny, Maciej Pałka, Grzegorz Pawlak, Marcin Podolec, Mikołaj Ratka, Marcin Surma, Przemysław Surma, Dominik Szcześniak, Anna Helena Szymborska, Rafał Szłapa, Marek Turek, Kajetan Wykurz. W sieci można zobaczyć taki oto filmik. Album liczy 116 stron, ma miękką oprawę i kosztuje 32,90 zł.

Był Wrocław i Gliwice, teraz przenosimy się do Tarnowskich Gór. Oto w Galerii Przytyck we wspomnianym mieście o godzinie 18:00 dnia dziewiątego marca 2012 roku, odbędzie się otwarcie wystawy Olgi Wróbel, która - w końcu mam okazję to napisać - robi zajebiste komiksy i to jest dokładnie to słowo, którego chciałem użyć. Wystawa o dźwięcznej nazwie "Odmiany masochizmu" powisi aż do dziesiątego kwietnia a Wy będąc w okolicy, macie święty obowiązek ją odwiedzić. Trzydzieści plansz komiksów, które zostały opatrzone ironicznymi komentarzami rysowniczki, to nie lada atrakcja. Sporo dobrego stuffu znajduje się na jej blogu a muszę przyznać, że wchodzę na tego bloga bardzo często, bo kolejne "Odmiany masochizmu", to jest to co lubię. Olga Wróbel zdaje się koloruje akwarelkami, a któż nie lubi akwarelkowych rysunków?



Wrocław, Gliwice, Tarnowskie Góry. Co dalej? Bydgoszcz i Bydgoska Sobota z Komiksem!Ponieważ informacja jest świeża jak bułka wyciągnięta dopiero co z pieca, nie piszemy własnymi słowami, tylko cytujemy słowa organizatora:

Urząd Miasta Bydgoszczy serdecznie zaprasza fanów komiksów na 3. edycję Bydgoskiej Soboty z Komiksem, która odbędzie się 31. marca 2012 w zaprzyjaźnionej Akademickiej Przestrzeni Kulturalnej przy ul. Królowej Jadwigi 14 w Bydgoszczy. Start o 10.30 od otwarcia wystawy z rysunkami Tadeusza Baranowskiego oraz Łukasza Ciaciucha.

Ponieważ 2012 rok jest pełen sportowych emocji, zaprezentowane zostaną także – dzięki uprzejmości Agory - wybrane plansze z serii komiksów „Słynni polscy olimpijczycy”. „Gościem sportowym” imprezy będzie bohater jednego z komiksów – Ryszard Szurkowski. W spotkaniu udział weźmie Łukasz Ciaciuch, który jest także autorem rysunków o polskim kolarzu.

Znawca komiksów Adam Rusek zaprezentuje subiektywny przegląd największych komiksowych bohaterów, a Maciej Pałka spotka się z publicznością i przedstawi swoją twórczość. Ci, którzy pamiętają magazyn komiksowy „Awantura” będą mogli się spotkać z jego twórcami. Duet Rzontkowski - Ozga przybliży świat Yorgiego Adamsa, ostatniego ze Świetlnych. Zaprezentowany zostanie także - dzięki uprzejmości Platige Image - film Damiana Nenowa „Paths of hate”, który otarł się o nominacje do Oscara. Damian Nenow to jeden z absolwentów Liceum Plastycznego w Bydgoszczy, który z powodzeniem robi błyskotliwą światową karierę. W czasie BSzK będzie miała miejsce premiera filmu dok. „Comic Book Confidential”, reż. Ron Mann. Jest to fascynujący obraz rewolucji, która dokonała się na kartach komiksu dzięki takim artystom jak Robert Crumb, Will Eisner czy Art Spiegelman. Komiks „wydoroślał”, przestał być medium wyłącznie dla dzieci. Dla nich, tj. dla dzieci, także przygotowano atrakcje. Przez cały czas imprezy firma PEGAZ prezentować będzie gry planszowe – to zabawa dla dużych i małych. Dla uczestników Bydgoskiej Soboty z Komiksem znani rysownicy przygotowali niespodziankę. Dobrym duchem czuwającym nad niespodzianką jest nieoceniony Maciej Jasiński. Zapraszamy 31 marca do APK!"

Tomasz Kleszcz kończy ostatnie prace nad trzecim tomem "Kamienia Przeznaczenia". Kolorowe Zeszyty wzięły w swoje patronackie ręce projekt, któremu naprawdę warto kibicować - choćby doceniając pracę i pasję, jaką Tomek wkłada w swoje dzieło. Wkrótce zostanie zaprezentowana okładka albumu, u nas zaczną pojawiać się ekskluzywne materiały, a już dziś znane są nazwiska pierwszych twórców, którzy zaprezentują swoje prace w "KP". Będą to w komplecie artyści, którzy wierzą w polską zeszytówkę - Jakub Kijuc z "Konstruktu", Jakub Martewicz z "Henryka Kaydana" i Maciej Kmiołek z "Orła Białego". 

W sieci pojawiła się oficjalna strona komiksu Yorgi. Niedługo na stronie będzie można wygrać plakat z komiksu, oryginalną planszę, która ostatecznie nie znalazła się w komiksie i...bilet. Na co ten bilet nie wiadomo. Pewnie na podróż kosmicznym krążownikiem, bo na cóż by innego? Tymczasem o "Yorgi" i "Bez końca" dyskutowano w Tygodniku Kulturalnym na TVP Kultura. Cały program można zobaczyć tutaj.



Na koniec przypominamy, że już w ten wtorek 6 marca w Collegium Civitas o godzinie 15:00 w Pałacu Kultury i Nauki (na XII piętrze aula A), odbędzie się konferencja dotyczącą komiksu "Batman: Zabójczy Żart"! Więcej informacji tutaj.

piątek, 2 marca 2012

#0980 - John Constantine:Hellblazer - Haunted

"Haunted" to początek nieoczekiwanie krótkiej przygody charyzmatycznego Warrena Ellisa ze światem Johna Constantine'a, która to, jak wiadomo, zakończyła się swego rodzaju skandalem. Przeglądając różne miejsca w sieci często spotykałem się z opinią, iż Ellis tak naprawdę nie zdążył wsiąknąć w tenże serial, że jego praca przerwana została w momencie, gdy dopiero zaczynał się rozkręcać. Na wszelki wypadek przygotowałem się więc na ewentualny niewypał. Dopiero w trakcie lektury uprzytomniłem sobie, że sugerowanie się opiniami innych  - tych, o których gustach nie ma się większego pojęcia - to jedna z najgłupszych rzeczy pod słońcem.


Fabuła jest stosunkowo prosta. Oto Constantine, chwilę po tym, jak kolejny dzień rozpoczął od sięgnięcia z łózka po paczkę papierosów, dowiaduje się z porannej gazety o brutalnym morderstwie dokonanym na jego ex-dziewczynie. Nie widział jej już kopę lat, ale jako, że jest jednym z tych wrednych skurwysynów, którzy jednak poszczycić się mogą dobrym sercem, na informację tę nie pozostaje obojętnym. Z pomocą pewnego zaprzyjaźnionego policjanta dociera na miejsce zbrodni, gdzie jasnym staje się, iż nazwanie mordu brutalnym to cokolwiek subtelne ujęcie rzeczy, a i sprawcy całego zamieszania daleko do "zwykłego" psychopaty. Chwilę później bohater przechadza się okolicznymi ulicami i spotyka uwięzionego ducha dziewczyny.

Pierwsza część historii nie zapowiada nic szczególnie oryginalnego, zresztą sama w sobie jest niekoniecznie interesująco opowiedziana (jeśli nie liczyć upiornego nastroju). Nie, żeby miało być od razu nijako, ale po prostu brakuje odpowiedniej dawki empatii. Tego czegoś, co sprawiłoby, iż łatwo byłoby uwierzyć, że zamordowana Isabel naprawdę coś dla bohatera znaczyła, a tym samym jej śmierć podziałałaby jakoś i na odbiorcę. Bo początkowo jedynym fragmentem, który w jakikolwiek sposób wpływa na emocje, jest wspomniana wizyta na miejscu zbrodni - ze względu na coraz to bardziej makabryczne szczegóły mordu.

Wkrótce jednak okazuje się, iż "Haunted" to rzecz diabelnie przemyślana, a przynajmniej w wypadku przeważającej większości składających się nań elementów. Co najważniejsze, główny wątek fabularny jest do pewnego stopnia pretekstowy. Scenarzysta posługuje się nim, aby móc wyprawić Constantine'a w niekończącą się podróż po najciemniejszych zakamarkach Londynu. Opowieść zaczyna w pewnym momencie budować na coraz liczniejszych, zawsze bardzo ciekawych dygresjach, od odniesień do polityki i kwestii społecznych po - przede wszystkim - specyficzne fakty historyczne dotyczącego angielskiej stolicy. Dygresje te początkowo jawią się jako ozdobniki głównego wątku, z czasem jednak zaczynają dominować, a wreszcie bardzo zgrabnie kleić się z nim w nierozerwalną całość, tworząc jeden wielki portret miasta - żyjącego organizmu u swoich podstaw mającego zbłąkane dusze zmarłych.

Wiecznie zbuntowany Ellis nadaje "Hellblazerowi" nonkonformistycznej tonacji. Szare tłumy pędzące za dnia do pracy, jak również pewne konsumpcyjne szopki, zestawia z tym, co brzydkie, brudne i paskudne, ale co, jak podkreśla, jest zdecydowanie prawdziwsze. Constantine'a czyni on przewodnikiem po miejskim krwiobiegu. Królem labiryntu składającego się ze slumsów, pustostanów czy podziemi, miejsc zamieszkałych lub regularnie odwiedzanych przez kolejnych społecznych wyrzutków. Autor tworzy więc nieco prowokacyjny portret nowoczesnej metropolii, dokładnie tak, jak robił to w kultowym "Transmetropolitan". Nie zapomina przy czym jednak o głównych wyznacznikach "Hellblazera", podporządkowując swój indywidualny styl oryginalnemu charakterowi serii. Londyn traktuje niczym narzędzie opowieści grozy. To żywe cmentarzysko zastępujące klasyczne gotyckie zamki, mroczne lasy czy bagna. Pod tym kątem Ellis robi więc mniej więcej to, za co we wstępie do tomu "Strach i wstręt" chwalił jednego ze swoich poprzedników, Gartha Ennisa. Grozę wyciska z szarej rzeczywistości, potworów odnajduje wśród ludzi.


Skojarzeń ze słynnym runem Ennisa jest zresztą ciut więcej. Pomijając co brutalniejsze fragmenty komiksu, największym podobieństwem jest portret samego Johna Constantine'a. Szybko dowiaduje się on, iż poszukiwany przezeń morderca Isabel jest magikiem, do tego zapatrzonym w okultystyczne eksperymenty legendarnego Aleistera Crowleya. Aby ułatwić sobie zadanie bohater odwiedza więc kolejnych starych znajomych po fachu, ci zaś okazują się odzwierciedlać jego ewentualne przyszłe oblicza, w zależności od tego, jaką drogą później podąży. A opcji do wyboru jest dużo. Brzmi znajomo? Wszak to - do pewnego stopnia - inna wariacja na temat kreacji bohatera zaprezentowanej przez Ennisa w tomie "Niebezpieczne nawyki".

Jeśli chodzi o stronę wizualną, to John Higgins spisał się całkiem nieźle. Prostotą i czytelnością przypominał mi nieco prace Steve'a Dillona, aczkolwiek jest i mniej monotonny i jednocześnie mniej charakterystyczny. Początkowo przeszkadzała mi jego interpretacja twarzy bohatera, kojarzyła mi się bowiem raczej z jakąś postacią z opowieści szpiegowskiej ("John Constantine, dzielny agent jej królewskiej mości"). Na szczęście z czasem przyzwyczaiłem się i o swoich skojarzeniach zapomniałem. Gorzej, kiedy w kilku scenach przyszło bohatera rozebrać - ciężko uwierzyć, iż ciało tak łajdaczącej się jednostki pokryte może być takimi mięśniami. Jakby właśnie wyszedł z siłowni. Od początku za to podobał mi się okazjonalnie stosowany, całkiem pomysłowy układ rysunków na wybranych stronach - kiedy to subiektywna narracja otrzymuje swoje własne miejsce poza kadrami. Wygląda to bardzo estetycznie. Ale najlepsze są i tak same okładki kolejnych zeszytów autorstwa mistrza realistycznej grafiki Tima Bradstreeta. Jego prace niemal zawsze rozkładają mnie na łopatki.

Żeby jednak nie było za miło, należałoby wspomnieć o pewnym grzechu, jaki scenarzysta tu, niestety, popełnia. Jest nim mianowicie częściowa niespójność. Jakkolwiek, jak pisałem, kolejne elementy zaczynają się bardzo zgrabnie ze sobą kleić, to jednak sam główny wątek jest niewątpliwie na siłę wydłużany. Autor pewnymi niejasnościami zwyczajnie maskuje fakt, iż historia powinna być jakieś dwa razy krótsza. Czyli dużo krótsza. Tyle że wówczas nie mógłby snuć tylu opowieści o życiu i zbrodni, które to w połączeniu z zakończeniem czynią "Haunted" esejem na temat natury ludzkiej. Mało tego, w najlepszych, mniej czy bardziej oderwanych od głównego wątku fragmentach jasnym staje się dlaczego swego czasu postrzegano  go jako artystę, który kiedyś być może stanie się godnym następcą Alana Moore'a.

czwartek, 1 marca 2012

#0979 - Zeszyty Komiksowe #12: Komiks historyczny

Dwunasty numer "Zeszytów Komiksowych" jest drugim, który wyszedł pod szyldem poznańskiej Centrali i drugim po całkowitym wizualnym redesignie przygotowanym przez Dennisa Wojdę. Do nowego formatu można się łatwo przyzwyczaić, choć fani folijałek będą pewnie narzekać, że na półce kolejne numery najważniejszego (i jedynego) magazynu o komiksach nijak do siebie nie pasują.

Oprawa graficzna może się podobać – nowy layout jest nowoczesny, oryginalny i wysmakowany, choć nijak mi nie pasuje do periodyku, który ma ambicje uchodzić za naukowy, a przynajmniej – poważny. Nie jestem pewien, czy stawianie efektownego wyglądu ponad przejrzystością (choćby w przypadku spisu treści) jest dobrym pomysłem, ale nie zamierzam też za bardzo zrzędzić z tego powodu. Bardziej liczą się dla mnie teksty oraz komiksy. Choć te drugie zawsze traktowałem jako przyjemne interludia w lekturze.

Jeśli idzie o danie główne, czyli publicystykę – jest jak zwykle bardzo różnorodnie. Od utrzymanych na wysokim poziomie wywiadów, przez mniej lub bardziej luźne felietony, po napisane z naukowym drygiem analizy. Mam jednak wrażenie, że w tym pisaniu o komiksie historycznym, który jest tematem tego numeru, dominuje myślenie… historyczne. Czy lepiej – historycznoliterackie (historycznokomiksowe?). Refleksja nad bogatym przecież materiałem ma charakter kronikarski, przeglądowy, da się również dostrzec zaczątki naszego, komiksowego strukturalizmu. W zatrzęsieniu tekstów tego typu wybija się felietonistyczny i bardzo wartościowy tekst Sebastiana Frąckiewicza. Na dobrą sprawę nikt inny w podobnym, syntetyzującym i uogólniającym tonie w magazynie się nie wypowiedział. Szkoda. Zabrakło mi z jednej strony aktualnej refleksji krytycznej nad stanem komiksu historycznego, a z drugiej – innego niż historyczne właśnie ujęcia produkcji z epoki PRL-u. Oczywiście, pojawiło się kilka podobnych wątków w innych artykułach – u Aleksandry Duralskiej czy Bartłomieja Janickiego, ale dla mnie ten temat nie został odpowiednio pogłębiony i wyczerpany. Nie liczę tutaj oczywiście ramowych tekstów Michała Błażejczyka, Michała Traczyka i Izabeli Kowalczyk, którzy próbowali wyznaczyć ramy pojęcia komiksu historycznego i poruszyć fundamentalne, nasuwające się same przez się zagadnienia, jak miejsce komiksu w innych historycznych narracjach czy problematyka obrazu historyczności w komiksie.

Czego mi jeszcze brakowało? Analiz zależności pomiędzy Opowieścią a Historią. Chwała Wojtkowi Birkowi za to, że w tekście poświęconym komiksom historycznym swojego autorstwa dotyka kwestii, która przynajmniej z punktu widzenia formalnego wydaje mi się szalenie istotna: problematyki autentyczności i wierności historycznym faktom. Jak godzi się wierność faktom z przynależną do sztuki komiksu poetyką przerysowania? Czy możliwe i sensowne jest rozgraniczanie pomiędzy utworami, które moglibyśmy nazywać świadectwem, a tymi, które poruszają tematykę historyczną? Sądzę, że podsunięcie kilku historykom komiksów mogłoby zaowocować czymś ciekawym.

Trudno oczywiście winić Błażejczyka i jego współpracowników za to, że nie spełniają moich partykularnych oczekiwań co do zawartości "Zeszytów Komiksowych". Najważniejsze, że są one wciąż żywe. Pomimo rynkowych i personalnych zawirowań, coś się dzieje, pojawiają się kontrowersyjne i ciekawe opinie. I tak jak ze spostrzeżeniami Frąckiewicza w "Za dużo Polski, za mało autora" całkowicie się zgadzam, tak tezy prezentowane przez Witolda Tkaczyka budzą mój stanowczy sprzeciw. I bardzo dobrze! To pokazuje, że środowisko komiksowe nie jest tak zabetonowane, jak się powszechnie sądzi, tylko stanowi przestrzeń, w której spotykają się różne głosy, różne opinie.

Publikowanie pod szyldem Centrali to najlepsze, co mogło się przydarzyć Michałowi Błażejczykowi. Dzięki wsparciu Michała Słomki, pomimo początkowych trudności, "Zeszyty Komiksowe" złapały drugi oddech. Pojawiły się nowe nazwiska (a wkrótce pojawi się ich więcej), znalazły się pieniądze z państwowego dofinansowania, polepszono dystrybucję.