piątek, 16 grudnia 2011

#924 - Byłem bogiem (raz drugi)

John Arcudi to scenarzysta, który od jakiegoś czasu znany jest przede wszystkim ze ścisłej współpracy z Mike'm Mignolą, z którym to regularnie pisze kolejne historie z serii "B.B.P.O.", jak również osobne przygody Abe'a Sapiena czy - obecnie - 'legendarnego' Lobstera Johnsona. "B.B.P.O." i wspomniane spin-offy to, jak wiadomo, pozycje ocierające się o nurt superhero, ostatecznie jednak wpisujące się w zgoła odmienne rejony. Być może to właśnie dzięki tej wieloletniej już przygodzie ze światem Hellboy'a umysł Arcudiego spłodził "Byłem bogiem", jeden z najambitniejszych komiksów dotyczących superhero, jakie wydane zostały w Polsce. Szkoda tylko, że samo ambitne podejście do tematu nie jest jeszcze gwarancją jakości.


Dopóki pewien pozaziemski obiekt (sic!) nie uderzy w miejsce zamieszkania jednego z bohaterów, opowieść jawi się jako stricte obyczajowa. Jednakże w momencie, gdy wspomniany Eric Forester na wskutek tajemniczej katastrofy zyska nadludzkie moce, owe obserwacje dnia codziennego nie zejdą wcale na dalszy plan. Dołączą do nich fragmenty o charakterze socjologicznym, z którymi to razem stanowić będą doskonałą przeciwwagę dla dawno wypranych ze świeżości schematów rodem z klasycznych pozycji superhero. Wszystkie te elementy stanowić będą bardzo interesującą całość, aczkolwiek w pewnym momencie zaczną oddalać się od siebie dokładnie tak, jak świeżo upieczony obrońca ludzkości zacznie oddalać się od swoich najbliższych.

Arcudi zapoznaje czytelnika z psychologią tłumu, a pewnej krytyce poddaje stymulujące masami media, specjalizujące się w wyszukiwaniu kolejnych sensacji. Ukazane zostają przeróżne konsekwencje ogromnej sławy - przede wszystkim na przykładzie rodziny Erica - jak również proces wynoszenia danej jednostki na piedestał, a następnie jej publicznego napiętnowania. Bo pan Forester staje się nie tyle superbohaterem, co swego rodzaju celebrytą. Tyle że w jego wypadku zmieszanie go przez media z błotem zdaje się być dużo bardziej na miejscu, niż gdy dzieje się to odnośnie dobrze znanych nam gwiazd. Wszakże w końcu odwraca się on przeciwko ludzkości. Zaczyna gardzić nią, a następnie niszczyć, gdyż nadludzkie moce wyolbrzymiają nie tylko jego zalety, ale i wady - egoizm, hipokryzję, zazdrość. Przyczyniają się do powstania kompleksu wyższości, który należałoby tu nazwać kompleksem superbohatera. I właśnie w tym momencie zaczynają się przysłowiowe schody.

Nietuzinkowy portret - a właściwie reinterpretacja - komiksowego herosa zmierza nagle w rejony spoza świata kolorowych zeszytów. Oto Eric Forester okazuje się nietzscheańskim nadczłowiekiem wziętym w komiksowy cudzysłów, napędzanym jednak nie charakterystyczną dla niemieckiego filozofa żelazną logiką, lecz szczątkowo ujętym fanatyzmem religijnym. Forster wierzy, iż jest następcą biblijnego Samsona, następnie określa się mianem głosu bożego, aby w końcu samemu stać się bóstwem. Autodestrukcyjna ścieżka, jaką w związku z tym podąża, przywołuje z kolei na myśl "Zbrodnię i karę" Fiodora Dostojewskiego, który to w przeciwieństwie do Nietzschego wyższości jednych jednostek nad drugimi wcale nie propagował. Ale tak, jak logiczne argumenty kontrowersyjnego Friedricha amerykański scenarzysta zastąpił ledwie nakreśloną religijnością, tak dialektyczne ujęcie tematu, jakie znamy z arcydzieła Dostojewskiego, zastąpił enigmatycznością, dzięki której cała opowieść jest zaskakująca, ale jednocześnie powierzchowna. 

Oczywiście nie chodzi o to, aby porównywać komiks do dokonań XIX-wiecznych myślicieli i na tej podstawie go oceniać. Chodzi o to, aby poprzez takie zestawienie uwypuklić jego mankamenty. Problem polega bowiem na tym, że bardzo ambitnym, zahaczającym przecież o filozofię, podejściem do superhero Arcudi rzucił się na bardzo głęboką wodę. I nagle okazuje się, że wcale nie jest pływakiem tak dobrym, jakim początkowo zdawał się być. Czy może raczej - tak dobrym, na jakiego pozował.

Podstawą akcji są niedopowiedzenia, a motorem napędowym fabuły kwestia niemożliwości zrozumienia superbohatera przez zwykłych ludzi. Pozwala to autorowi na zdystansowanie się od swojej centralnej postaci. To rozwiązanie bezpieczne - unika on w ten sposób banału czy pretensjonalności - ale nie usprawiedliwia powstałej w ten sposób ogromnej luki. Psychologia superbohatera zostaje porzucona, aby był postacią bardziej tajemniczą, co okazuje się narzędziem służącym wyłącznie dramaturgii. Szczątkowe ujęcie aspektu religijnego czyni je trywialnym i niewiarygodnym. Brakuje podłoża intelektualnego, które dowodziłoby, że Arcudiemu chodziło o coś więcej, niż tylko pusty efekt. A tak kolejne elementy ostatecznie wcale nie łączą się w nierozerwalną całość, bo wspomniane braki to składniki niezbędne, aby wszystko ze sobą zgrabnie zespolić.

Zdecydowanie lepiej jest z samą oprawą wizualną. Rysunki Petera Snejberga - a dokładniej same twarze kolejnych postaci - początkowo jawiły mi się jako zbyt "umowne", jak na tak zapowiadający się scenariusz, ale już po kilku stronach zapomniałem o swoim wcześniejszym "kręceniu nosem". Jego prace płynnie przechodzą z tego, co "ładne i grzeczne" w to, co "brzydkie, brudne i paskudne". Przy tym nawet w najbardziej brutalnych fragmentach komiksu jego kreska pozostaje tak samo estetyczna. Można powiedzieć, że to swego rodzaju "plastik", którym rysownik wpisuje się w tak jednowymiarową historię, ale mi osobiście podobało się. Trochę podobnie jest odnośnie kolorów naniesionych przez niejakiego Bjarne Hansena. Miejscami wyglądają trochę sztucznie, miejscami zaś czynią rysunki zaskakująco sugestywnymi.

"Byłem bogiem" to niecodziennie spojrzenie na superbohatera przez pryzmat jego ludzkich słabości, co niewątpliwie tego typu postać bardzo uczłowiecza. Szkoda tylko, że tam, gdzie wiarygodność jest najbardziej potrzebna, tam jest jej akurat najmniej. Nie mam wątpliwości, że komiks ten byłby do samego końca dobry, gdyby tylko scenarzysta nie mierzył tak wysoko. Wówczas nie ocierałby się o grafomanię, a komiks wolny by był od intelektualnego bełkotu, w jaki ostatecznie popada.

7 komentarzy:

amsterdream pisze...

Główny zarzut obydwu recenzji to zbyt szybka przemiana głównego bohatera. Na początku też mi to trochę zazgrzytało, ale jak najbardziej jest to możliwe. Wystarczy, że facet był chory psychicznie (schizofrenia) lub miał osobowość socjopatyczną. A te wszystkie niedopowiedzenia fajnie budowały swoistą niepewność co przyniesie każda następna strona.

Lokus pisze...

Ja bym chciał tylko zwrócić uwagę na to, że w etykietach pojawia się "Image Comics", a Byłem Bogiem wydał WildStorm

godai pisze...

Lokus: a WidlStrom to nie był imprint Image'a na którymś etapie?

Anonimowy pisze...

godai,
był, ale nie na etapie publikacji A God Somewhere.

Po likwidacji Wildstormu, prawa do publikacji przejęlo (i wznowiło) Vertigo.

Anonimowy pisze...

Eric Forster - to jakieś nawiązanie do "Mody na sukces"?

Kuba Oleksak pisze...

Co trzeba, to już poprawiłem

Anonimowy pisze...

Marcin, mógłbyś rozwinąć ostatnie zdanie recenzji?