Na wstępie zaznaczam, że w tym tekście ledwo co napoczynam temat i pobieżnie zbieram do kupy różne drobne obserwacje. Bardziej to słodkie pierdololo niż poważne analizy "naukowo-komiksologiczne", bo do takich po prostu nie nadaję.
Wszystko zaczęło się na blogu Daniela Chmielewskiego. Daniel w typowym dla siebie sążnistym stylu
relacjonuje wrażenia z Warszawskich Spotkań Komiksowych 2009, przy okazji wspominając, że Robert Sienicki to najlepszy cartoonista "naszej fali". Po czym nastąpiło wyjaśnienie, które pozwalam sobie przytoczyć w całości:
O co mi chodzi z tą "naszą falą"? Zdegustowany wszelkimi idiotycznymi dyskusjami o "pokoleniach", czego wisienką na torcie lub kroplą przelewającą czarę goryczy był artykuł o Pokoleniu Power, doszedłem do wniosku, że bezpieczniej będzie mówić o falach, czyli ludziach mających debiuty w podobnym czasie. Karol Kalinowski jest raptem o rok starszy ode mnie, ale jego Kaerelki czytałem w Produkcie na początku tej dekady. Marcin Podolec ma 17 lat, ale zadebiutował Sercem w tym samym czasie, co ja Powidokiem. Tak więc i Marcin i ja i Rafał Bąkowicz i Wojtek Stefaniec i Unka Odya są kolejną falą po Produktywnych. Ile już fal miała polska historia komiksu? To już jest sprawa dla komiksologów.
Daniel w tym momencie podnosi kwestię, że w kwestiach klasyfikacyjnych liczy się moment debiutu, nie zaś metryka. Dlatego też może swobodnie postawić samego siebie na jednej rampie z prawie o dekadę młodszym Marcinem Podolcem, jako że ich debiuty przypadły w okolicach roku 2008, podobnie jak w przypadku paru innych twórców. Zaledwie o rok starszy od Daniela KRL przynależy w tym momencie do fali wcześniejszej, bo udzielał się w "Produkcie" około 10 lat wcześniej. A gdzieś pomiędzy lokuje się Mikołaj Tkacz (o którym Daniel nie wspominał), niby rówieśnik Podolca, ale w komiksowie znany jako weteran "Jeju" i "Maszina". Moment debiutu, czyli tak na dobrą sprawę moment, w którym komiksiarz daje o sobie znać generałowi publicznemu, bo coś tam może sobie smarować wcześniej przez kilkanaście lat do szuflady, pokazywać kolegom, publikować w gazetkach ściennych albo na zapomnianym przez Boga blogasku. Ale dopóki nie da wypłynie na szersze wody, zinowo-forkowo-fejsbukowe, dopóty środowisko nie uzna go jako pełnoprawnie odkrytego.
Cały wtręt o "fali" jest tak naprawdę wybitnie mimochodem w bardzo długim tekście Daniela, ale wypada o nim wspomnieć, bo właśnie na niego powołują się kolejni publicyści, próbując ostatnio zdefiniować zjawisko. W zasadzie to powołuje się na ten tekst całych dwóch publicystów, w tym jeden bardziej.
Temat
podjął po dłuższym czasie Maciej Pałka, w artykule prezentującym polskie twórczynie komiksowe, przy okazji wyliczając sześć (albo nawet i siedem) fal, jakie nawiedziły polski komiks od początku lat 90. XX wieku. Tutaj również pozwolę sobie na cytacik:
Tradycyjnie trwa sinusoida inspiracji i kontry. W okresie od mitycznego dla obecnych nastolatków Upadku Komuny mieliśmy już:
- stracone pokolenie Wielkiej Komiksowej Smuty lat '90
- Produktywnych z przełomu wieków
- zinowców opróżniających szuflady podczas Zbioru Plonów Timofa
- webkomiksiarzy
- kadrę postzinowców wykutych w warsztatach JEJU
- Najnowszą Nową Falę, o której pisał Daniel Chmielewski, która to Nowa Fala ustępuje już Najnowszej Nowej Fali
Bardzo rzeczowe i szczegółowe to wyliczenie, pokrywa niemalże wszystkich obecnie udzielających się w środowisku. Można by tylko podyskutować o tym, kogo w tym momencie Maciej określa mianem webkomiksiarza - pionierów medium na polskim gruncie takich jak endo czy rroar, wysyp postlosuxowców a może twórców Netkolektywu, których można przyporządkować również do innych grup. Ale poza tym, to dobra klasyfikacja. Przy okazji, u Macieja Danielowa "nasza fala" przekształca się w "nową falę". Pojęcie, które wkrótce podchwyci kolejna osoba, jako że inspirację tymi dwoma felietonami widać w ostatniej twórczości publicystycznej Bartka Biedrzyckiego. Godai, ostatnio jako jedyny,
lansuje to określenie zarówno w tekstach jak i w
nowym podcaście. "Nowa fala". "Nowa fala". Znowu się spotykamy, "Nowa Falo" Hmm.
Początkowo parsknąłem śmiechem, gdy zobaczyłem, że w tekście Biedrzyckiego Tomek Pastuszka został zaliczony do "Nowej Fali". Nie ze złośliwości - mocno się zasugerowałem dwoma powyższymi blognotkami, które tym mianem zdawały się określać komiksiarzy dających o sobie znać w okresie ostatnich dwóch lat. Tymczasem Asu aktywny jest od paru ładnych lat, wpierw jako autor
paski.org, później uczestnik konkursu wrakowego, wreszcie twórca progresywnego magazynu komiksowego "Jeju". W moim odczuciu prawdziwy weteran na scenie komiksowej.
Ale potem zacząłem myśleć. I faktycznie, z punktu widzenia roku 2010, kilkuletnia aktywność twórców ze stajni "Jeju" wydaje się być "od zawsze", zaś nawet dwuletnia różnica w długości obecności na scenie między dwoma twórcami wydaje się już przepaścią pokoleniową. Zwłaszcza, że w Internecie czas zdaje się biec szybciej. Ale z biegiem czasu będzie się to zacierać, debiut i okresy działalności będą rozpatrywane nie konkretnymi latami, a dekadami, zaś dla ewentualnych badaczy fakt, czy dany komiksiarz debiutował w roku 2003 czy też 2009 nie będzie miał aż takiego znaczenia, jak to czy da się ich zaklasyfikować do pewnego nurtu.
No właśnie. Czy w tym przypadku da się wyodrębnić i scharakteryzować jakiś nurt - albo obecnie panujący bądź też dopiero co dochodzący do głosu? Bartek Biedrzycki np. stwierdził, że nie,
pisząc na twitterze, iż
Postprodukcja to w ogóle nie jest jednolite zjawisko, tylko jedna wielka wciąż rozwijająca się "fala". To mi dało do myślenia - na pewnie takie niejednolite? Oczywiście, nie da się paroma zdaniami określić 100% twórców komiksowych w naszym kraju, wątpię jednak, żeby w jakimkolwiek momencie i w jakiejkolwiek innej dziedzinie by się dało. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie się wymykał nawet najszerszym ramom i egzystował na uboczu obecnie obowiązujących prądów.
Trochę wzdragam się przed używaniem tego terminu, bo samo jego brzmienie jest wyjątkowo banalne. W historii tak już określano kilka różnych grup twórczych - francuskich filmowców, polskich poetów, muzyków tworzących w latach 80. Semantycznie zaczyna to określenie funkcjonować jako wygodny wytrych, dobry na opisanie czegoś co jest faktycznie nowe, jakieś takie inne, w opozycji do już zastanego... ale z braku lepszej definicji wskazuje się uwagę przede wszystkim na tą "nowość". Dość narzekania - według tego, co sugerują ww. koledzy, komiksowi "nowofalowcy" znad Wisły to twórcy urodzeni w latach 80. i 90. XX wieku, debiuty większe i mniejsze (sieć/zin/albumy) zaliczają w pierwszej dekadzie XXI wieku. Metrykalnie zatem to Generacja Y - i być może to spostrzeżenie nie będzie dla przyszłych badaczy bez znaczenia, jako że twórcy urodzeni w tych latach w pewnym stopniu mogą odzwierciedlać to właśnie pokolenie.
Rzeczą, która w tym momencie bezpośrednio rzuca się w oczy i jest chyba jak na razie jedynym prawdziwym punktem wspólnym dla całej rzeszy najmłodszych twórców jest
hołdowanie estetyce cartoonu - znamiennym faktem, że bardzo, bardzo mało młodych komiksiarzy obecnie operuje klasycznym stylem realistycznym. Owszem, można wymienić kilka-kilkanaście osób, które preferują właśnie taki typ rysunku (szczególnie, jeżeli ukończyli ASP), można też wymienić paru innych, którzy idą w underground. Wciąż jednak stanowią mniejszość w porównaniu do cartoonistów, których jest u nas na pęczki. A im komiksiarze rocznikowo młodsi, tym trudniej znaleźć wśród nich niecartoonistę.
Pisząc o podziale cartoon/realizm, mocno w tym momencie upraszczam. Nie jest to bowiem żadna dychotomia, w przypadku komiksu trzeba tu mówić bardziej
o Wielkim Trójkącie McClouda. Styl każdego twórcy można umieścić w dowolnym punkcie tej figury, pomiędzy realizmem, uproszczeniem a abstrakcją. Trudno oprzeć się wrażeniu, że gros młodszych polskich twórców trzyma się jak najdalej od tego realistycznego wierzchołka, gromadząc się tłumnie w kącie wyznaczanym przez McCloudowskie "meaning".
Nie przypadkiem sztandarowy obecnie magazyn "Nowej Fali" to "Karton", programowo poświęcony wyłącznie stylistyce prostej kreski. Już w "Jeju" nieoficjalnie dominował cartoon, w przeciwieństwie do wcześniejszych zinów typu "Ziniol" czy "KGB"; powstanie "Kartonu" opartego w znacznej mierze na starej ekipie "Jeju" wydaje się naturalną konsekwencją dążeń i upodobań twórców.
Skąd ta miłość do cartoonu? Da się to zauważyć chociażby w osobistych preferencjach. W przeciwieństwie do starszego pokolenia twórców i czytelników (zwłaszcza tych w okolicach trzydziestki and above), dla których dobrze narysowany realizm to świetność, najwyższy kunszt, wyznacznik potwierdzający klasę rysownika, młodzi twórcy komiksu nie zwracają na to aż tak bardzo uwagi, kto i w jaki sposób potrafi odwzorować rzeczywistość. Stąd też słynne żarty z
"pleców konia", wyśmiewające obsesyjne wręcz przywiązanie starszych wiekiem komiksiarzy do realistycznej kreski. "Nowofalowcy" zdają się większą estymą darzyć Janusza Christę i Tadeusza Baranowskiego niż Grzegorza Rosińskiego czy Bogusława Polcha - ze "Żbików" czy "Thorgali" zdarza im się dworować, natomiast "Kajki" i "Wody sodowe" to święte lektury. Nierzadko te, na których uczyli się czytać. Plus fala kreskówek, którymi twórcy nasiąkali w dzieciństwie w latach 90. - to mogło odcisnąć swoje piętno na gustach i twórczych dążeniach. Jest w tym jakaś typowa dla wspomnianej Generacji Y mocna nostalgia za dzieciństwem, napędzana przez Internet - vide popularność wszelkich stron, gdzie autorzy z rozrzewnieniem wspominają gumy Turbo, kapsle czy też do znudzenia analizują własne traumy związane ze śmiercią Mufasy lub Buką z Muminków. Ta nostalgia mogła ukształtować wielu młodych twórców.
Stylistyka cartoonu niesie za sobą tendencję do operowania absurdem i groteską. I to właśnie widać w pracach "Nowej fali", chociaż bynajmniej nie jest to cecha specyficzna tylko dla nich. Twórcy "Nowej Fali" nie starają się odwzorowywać rzeczywistego świata, w małym stopniu dbają o realizm, chętnie bawią się formą, zaskakują pomysłami, radują ich gry słowne. Tworzą własne światy, dążą do osiągnięcia jak najbardziej oryginalnego stylu, który zapada w pamięć. Widać w tym dalece posunięte jednostkowe zindywidualizowanie. Tu znów jak echo powraca niechęć do stylu realistycznego.
Jest jeszcze zupełnie poboczna kwestia Internetu; debiutuje tu obecnie miażdżąca liczba twórców, czy to pod postacią internetowych portfolio, blogów czy całych webkomiksów. Na samym początku dekady webkomiksy w wykonaniu twórców z poprzedniego pokolenia były czymś bardzo rzadkim i egzotycznym. Znak czasów i kolejny punkcik do koszyczka Generacji Y, tej zinformatyzowanej i mocno bazującej na postępie technologicznym.
To kilka takich spostrzeżeń, podejrzewam, że trzeba by tu tęższego umysłu niż mój oraz dodatkowo odczekać kilka lat, na rzeczowe wypełnienie tej listy kolejnymi cechami immanentnymi dla "Nowej Fali" polskiego komiksu, czymkolwiek się ona okaże.