sobota, 20 listopada 2010

#619 - Komix-Express 63

Od drugiego tygodnia listopada blogosferę zaatakowały Polskie Zombie! Strona, na której prezentowani są zzombifikowani celebryci/"celebryci" jest rodzimą odpowiedzią na zakończony już projekt Frederika Peetersa Portraits as Living Deads, który w sieci ciągnął się od września 2008 roku do maja roku kolejnego. Tam też pojawiło się około 200 zombich - m.in. Alan Moore, Rocco Siffredi czy Jan Paweł II. Po biało-czerwonej części internetu do tej pory pojawił się chociażby Tadeusz Rydzyk czy Kasia Cichopek, której truchło rozpoczęło cały cykl. Osobą odpowiedzialną za Polskie Zombie jest Leszek Wicherek, lecz na blogu pojawiają się prace stworzone również przez innych twórców, bowiem każdy chętny może zmalować kolejnego żywego trupa (po szczegóły należy się zgłaszać do pomysłodawcy akcji). Trzymam kciuki, żeby projekt ten nie zakończył się zbyt szybko i żebyśmy doczekali się przynajmniej tylu odsłon co u Peetersa - żyjcie długo Polskie Zombie! (ŁM)
 
Odnaleziono oryginalne plansze komiksów autorstwa Tadeusza Raczkiewicza! Jego prace zaginęły na początku lat dziewięćdziesiątych, po przesłaniu do Romana Pierzgalskiego, z wydawnictwa Old Baron, jednego z bohaterów produktowego "Kącika Białego Kruka". Po licznych perypetiach zaginione materiały udało się odzyskać. Pierwotnie miały pojawić się przy okazji spotkania z Raczkiewiczem na ostatnim festiwalu w Łodzi, ale dopiero teraz udało im się wrócić do autora. Paczka z odnalezionymi oryginałami zawiera kompletny zestaw plansz do "Piętnastoletniego Kapitana", "Tajemnicy Czerwonego Teepee", albumu "Tajfun - Na tropie Skorpiona", a do "Tajfun - Monstrum" brakuje zaledwie dwóch ostatnich plansz. Oprócz tego odnaleziono nigdy wcześniej nie publikowane kolorowe plansze tytułowe do tych komiksów. Według autora paczka powinna zawierać wszystkie części "Tajfuna", więc poszukiwania "Zagadki Układu C-2" i "Afery Bradleya" będą trwały nadal. Natomiast w najbliższym czasie nakładem krakowskiego wydawnictwa Ongrys zapewne ukaże się reedycja albumu "Monstrum" z oryginalnymi kolorami, które wcześniej można było oglądać jedynie w edycji ze "Świata Młodych". Niektóre z odzyskanych plansz można obejrzeć na oficjalnej stronie Tadeusza Raczkiewicza, gdzie również znajduje się pełen raport z mozolnych poszukiwań. (KO)
 
Na forum Alei Komiksu wydawnictwo Taurus Media przerwało milczenie i po dłuższym czasie odpowiedziało na zaległe pytania czytelników, niejako przy okazji zarysowując wstępne plany wydawnicze na 2011 rok. Jeszcze w tym roku, na przełomie listopada i grudnia na księgarskich półkach zagości czwarty tom "Borgii" Jodorowskiego i Manary. Kolejny tom "Żywych Trupów", największego chyba przeboju warszawskiego wydawnictwa, ukaże się już w styczniu, a w 2011 roku mają pojawić w sumie się aż cztery tomy tej znakomitej serii Roberta Kirkmana i Charliego Adlarda. Również na początku nowego roku zostanie opublikowany czwarty tom entuzjastycznie przyjętego przez czytelników "Torpedo", a później i piąty, ostatni album serii autorstwa Enrique Sánchez Abulíego i Jordiego Berneta. To jednak nie będzie ostatni komiks rysowany przez tego artystę, gdyż Taurus przymierza się do "Krakena" ze scenariuszem Antonioe Segury. Wraz z westernem "Sunday" Victora Mory (tekst) i Víctora de la Fuente (grafika) uzupełni hiszpańską ofertę Taurusa. Na druga połowę przyszłego roku planowane są kolejne tomy "Queen & Country - Za Królową i Ojczyznę", "Nokturno" i niecierpliwie oczekiwane komiksy Jasona - "Ostatni Muszkieter" i jeszcze jeden tytuł, który będzie miał francuską premierę w przyszłym roku. Ze złych wiadomości - na kontynuację serii "Ja, wampir" nie ma co liczyć, jeśli rynkowa sytuacje się nie poprawi, nic dobrego nie słychać także w obozie "Mr. Puncha". Taurus nie planuje również wznowienia "300" Franka Millera i Lynn Varley, a "Strangers in Paradise" Terry`ego Moore`a mają szansę ukazać się pod szyldem Mroja Press. (KO)
   
Komiksowe inicjatywy nie giną w narodzie - w Poznaniu rozpoczyna się cykl Spotkań Komiksowych. Pierwsze odbędzie się już 25 listopada o godz. 18:00 przy ul. Piekary 5; prelekcja i panel dyskusyjny będą dotyczyć podobieństw i różnic pomiędzy komiksem zachodnim a japońskim, spotkanie poprowadzą Paweł Olejniczak i Filip Bąk, zaś plakat promujący całą inicjatywę wykonał Karol "KRL" Kalinowski. Podczas kolejnych spotkań organizatorzy planują m.in.: omawiać nowości wydawnicze, prowadzić dyskusje okołokomiksowe oraz zachęcać fanów do udziału w różnych konkursach. Cykl spotkań organizowany jest przez poznański sklep komiksowy KiK oraz Wyższą Szkołę Języków Obcych. Marcinowi Łuczakowi vel "ironowi" dziękujemy za cynk, a poznaniaków zapraszamy do tłumnego przybycia. (RW)
 
Trwają prace nad prawdopodobnie pierwszą polską mangą w stylu magical girls. "Mahou Shojo Andromeda" (czyli po polsku "Magiczna Wojowniczka Andromeda") będzie nawiązywać do estetyki nieodżałowanej i w pewnych kręgach kultowej "Czarodziejki z Księżyca". Projekt jest na razie w powijakach - twórcy (scenarzysta i rysowniczka) pracują nad pierwszym rozdziałem opowieści, który ma zachęcić któregoś z rodzimych mangowych edytorów do zainwestowania w ich tytuł. Całość ma zmieścić się na 120 stronach i liczyć 10 rozdziałów. "Andromeda" miałaby się ukazać w przyszłym roku. Nawet jeśli do jego publikacji nie udałoby się nakłonić żadnego z wydawców, komiks zostanie opublikowany w mniejszym nakładzie, jako zin. I właściwie niewiele więcej o tym tytule da się powiedzieć, oprócz tego, że dwie główne bohaterki będą nazywały się Monika i Dorota, a akcja, czyli walka z demona wprost ze słowiańskiej mitologii, będzie rozgrywała się w Warszawie. Więcej informacji o projekcie można znaleźć na blogu i na facebook`owym profilu. (KO)
 
W ramach festiwalu 3. Międzynarodowego Festiwalu Twórczości Kobiet "No Women No Art" odbędzie się w Poznaniu komiksowa wystawa "Ucieczka od wolności". Nietypowo, bo w pojazdach MPK i na przystankach będę prezentowane praca autorstwa Olgi Wróbel. Komiks powstał w roku 2009 na konkurs "Draw your freedom, draw your solidarity". Oprócz tego w Bibliotece Centrali ukaże się "Silva Rerum". Autobiograficzny album opowiadający o kilkunastu miesiącach z życia Olgi, podczas których cierpi na depresję, kończy studia i wieloletni związek, wyprowadza się od rodziców, szuka nowego partnera i uczy się definiować siebie poza związkami. I jak zapewnia sama autorka - "ukończyłam już szkice do pierwszego z dwunastu rozdziałów. Ma 28 stron i jestem bardzo zadowolona z tempa pracy i efektu". Premiera planowana jest na rok 2011. (KO)
 
Wielu nie wierzyło, że ten dzień nadejdzie, niektórzy w prowokującej akcji promocyjnej widzieli niesmaczny happening, a inni z całych sił wspierali ambitne przedsięwzięcie przywrócenia komików kioskom. W końcu, w zeszłym tygodniu, dokładnie w poniedziałek 15 listopada słowo stało się ciałem i pierwszy numer "Konstruktu" trafił do pierwszych szczęśliwych nabywców. Nakład premierowej pozycji wydawnictwa Czarna Materia sięga 23000 egzemplarzy, więc wydawcy (i jednocześnie autorowi) trudno odmówić rozmachu w swoich działaniach. Wśród pierwszych reakcji na komiks przeważają głosy zadowolenia i pozytywne recenzje. Przedpremierowo o "Konstrukcie" pisano na "Ziniolu", swoje opinie wyrazili również Maciej Pałka, Michał Misztal, Łukasz Okólski i niektórzy gildiowicze. Prędzej czy później i u nas pojawi się podobny tekst. (KO)

piątek, 19 listopada 2010

#618 - The Batmans: Track 64 - Tomasz Bereźnicki

Tym razem batmana w nieco innej, bardziej filmowej, niż muzycznej wersji, zawdzięczamy Tomaszowi Bereźnickiemu. Krakowski artysta od roku 2005 zajmuje się komiksem. Debiutował w futbolowej antologii Kultury Gniewu "Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o piłce..." rok później i również wtedy triumfował w drugiej edycji konkursu Epizody Powstania Warszawskiego. Później otrzymał również drugą nagrodę w konkursie "Powstanie '44 w komiksie" w 2008 roku, a podobnych triumfów ma na swoich koncie jeszcze kilka. Za "Ostatni dymek" został wyróżniony podczas Festiwalu Myśli Drukowanej w Szczecinie (2006), za "Zemstę Charpagany" otrzymał wyróżnienie w konkursie Egmontu na kontynuację "Kajka i Kokosza" (2007). Podobne nagrody dostał za"Ulubionego" w konkursie Wysokich Obcasów i Gutek Film w plebiscycie na komiks o charakterze autobiograficznym oraz w konkursie FOR za "Drogę do jutra" w 2008 roku. Zapraszamy na jego stronę i facebook'owy profil. (KO)
Wskazując prawidłowo na twórcę powyższego Batmana do naszej zabawy dołączył Andrzej Janicki! Cieszymy się bardzo i gratulujemy pierwszego punktu!

W przeciwieństwie do ostatnich edycji, dzisiaj atakujemy z nowym Batmanem nieco wcześniej, aby uhonorować tych, którzy wstają skoro świt, a nie spędzają pół dnia w łóżku. O zasadach wspominałem przy każdej prawie okazji, więc tym razem sobie daruję. Zapraszam więc serdecznie do zgadywania! Natomiast końca całego batmaniego cyklu można się najprawdopodobniej spodziewać przy +/- 80 edycji. (ŁM)

czwartek, 18 listopada 2010

#617 - Zmutowane Czwartki (1): Top X

Komiksy z serii "X-Men" nie były pierwszymi kolorowymi zeszytami, po które sięgnąłem. Przed 1992 rokiem czytałem (czy raczej oglądałem, bo dopiero na komiksach uczyłem się składać litery) fascynujące "Thorgale", pierwsze "Spider-Many" czy "Punishery". Ale to właśnie do mutantów Marvela zapałałem moją pierwszą, komiksową miłością.

Doskonale pamiętam pierwszy numer. Ubrani w pstrokate kostiumy superherosi z fantastycznymi mocami i ich "większe niż życie" przygody od razu mnie zauroczyły. Czego od komiksów mógł chcieć kilkuletni szkrab łaknący comiesięcznej dawki niesamowitości? Mutanci okazali się prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Dopiero z czasem na nowo odkryłem resztę Ameryki – przebojowego Człowieka Pająka, nastrojowego Mrocznego Rycerza w wersji Granta i Breyfogle'a i Punishera, konkurującego z męskim kinem w formacie VHS. Później były "Produkt", "Slaine", "Jeż Jerzy" i tak to z tymi komiksikami poszło. A wszystko zaczęło się uchodzących dziś za klasykę "Uncanny X-Men" w wersji Chrisa Claremonta i Johna Byrne'a.

Zamiast wstępu do nowego czwartkowego cyklu, krótkiego zarysu historii komiksów z iksem w tytule, chciałbym zafundować sobie małą wycieczkę w przeszłość. Do tych nieodżałowanych czasów, kiedy w każdym kiosku można było kupić komiks za pięć złotych. W zestawieniu dziesięciu najlepszych x-pozycji, jakie ukazały się na polskim rynku siłą rzeczy musiały dominować rzeczy wydane przez TM-Semic, bo inne wydawnictwa (Egmont, Mandragora, Axel Springer, a ostatnio Mucha Comics) jedynie okazjonalnie sięgały po przygody Wolverine'a i spółki.

Przy sporządzaniu listy najlepszych komiksów zmutowanych, trudno było mi przyjąć jakieś dobre, formalne kryterium. Bo jak dobrać wspólny mianownik dla rodziny komiksów, które prawie od dwudziestu lat wydawane były w najróżniejszych formatach? Od klasycznych, 24-stronicowych zeszytów, przez liczące dwa razy więcej "semiki", aż po edycje w twardych oprawach i zbiorcze essentiale. Niekiedy daną historię bardzo trudno przykroić do objętości trejda czy mini-serii, czasem chciałem wyróżnić jedną, konkretną historię, a innym razem – cały run.

Postanowiłem więc nie zwracać na to większej uwagi i wyróżnić po prostu dziesięć najlepszych historii. Oto i one:

10. "Sąd nad Magneto" ("The Trial of Magneto"); "X-Men" #09 (5/93), wyd. TM-Semic
Autorzy: Chris Claremont (scenariusz) i John Romita Jr. (rysunek)


"Sąd nad Magneto" to jedna z tych zakurzonych perełek, które odnajdujemy w starym pudle z Semikami, przy okazji wiosennych porządków. Komiks, który w swoim czasie nie zwrócił na siebie niczym uwagi i przeszedł zupełnie bez echa, nie licząc pewnych kontrowersji związanych z umiejscowieniem jego akcji także w Polsce, dziś prezentuje się bardzo korzystnie. Role w tym sądowym dramacie zostały bezbłędnie rozpisane przez Claremonta. Trawiony chorobą Charles Xavier występuje w roli obrońcy skruszonego Magneto, który przed międzynarodowym trybunałem sprawiedliwości odpowiada za swoje zbrodnie przeciw ludzkości. W pozostałych rolach występuje para pragnących zemsty Niemców, francuski prokurator, pani mecenas żydowskiego pochodzenia i radziecki pułkownik w roli świadka. Sceny z rozprawy przeplatane są potyczkami X-Menów, więc obok retorycznych popisów nie braknie również typowej dla trykociarzy akcji. Do wysokiego poziomu Claremonta dostosował się John Romita młodszy, znajdujący się wówczas w wyśmienitej formie.

9. "Plan X-Terminacji" ("X-Tinction Agenda"); "X-Men" #14-15 (4-5/94), wyd. TM-Semic
Autorzy: Chris Claremont (scenariusz) i Jim Lee (rysunek)


W roli regularnego rysownika X'ów Jim Lee miał prawdziwe wejście smoka. "Plan X-Terminacji" stanowi jeden z najlepszych crossoverów z mutantami w roli głównej. Szkoda, że w polskiej wersji został fatalnie przykrojony do trylogii z koszmarnie uciętą końcówką. Dlatego też klasyfikuje go oczko niżej od "Upadku Mutantów", nieco lepiej potraktowanego przez redaktorów Semika. Te dwa wiosenne numery były prawdziwym przeskokiem w historii mutantów z lat osiemdziesiątych, do dziewięćdziesiątych, zgodnie zresztą z krzyczącym sloganem na okładce ("nowa generacja mutantów!"). Historię o holocauście mutantów zorganizowanym przez fikcyjny afrykański kraj Genoshy brawurowo zilustrował Lee – czegoś takiego w komiksie jeszcze nie było. Fabularnie momenty też były, i to jakie! Pojedynek Archangela z Wolverinem, przerażający Cameron Hodge, polski debiut Cable'a i naśladująca Bruce'a Willisa Jubilee.

8. "Upadek Mutantów" ("The Fall of the Mutants"); "X-Men" #12-13 (2-3/94), wyd. TM Semic
Autorzy: Chris Claremont (scenariusz) i Marc Silvestri (rysunek)


Wedle dzisiejszych standardów "Upadek Mutantów" uchodziłby za event pełną gębą. Crossover, w który zamieszane były właściwie wszystkie ważniejsze x-tytuły, opowiadał o walce mutantów z Adversarym, istotą pragnącą zniszczyć naszą rzeczywistość. Polskie wydanie tej historii oczywiście skupiło się na roli X-Men, występujących w dość nietypowym składzie ze Strom, Forgem, Wolverinem, Collosussem, Rogue i Havokiem w rolach głównych. W komiksie najbardziej ujmuje rozmach historii, udzielająca się atmosfera końca świata, zwieńczona bardzo dobrym finałem, co w przypadku takich dużych historii zawsze bywa równie dużą bolączką. Nie zdradzę chyba żadnej tajemnicy, że ostatecznie X-Menom udało się przeżyć, ale tym razem zostało to w miarę logicznie uzasadnione. Kolejny, dobry skrypt Claremonta na liście, solidnie zilustrowany przez dopiero wschodzącą gwiazdę Marka Silvestriego.

7. "Wolverine" mini-seria, wyd. Egmont
Autorzy: Chris Claremont (scenariusz), Frank Miller (rysunki)


Miałem bardzo duże oczekiwania wobec wspólnego projektu dwóch supergwiazd amerykańskiego komiksu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, Chrisa Claremonta i Franka Millera. I chociaż nie wszystkie zostały spełnione, opowieść o podróży Logana do Japonii, wciąż pozostaje pozycją godną uwagi w mutanckiej bibliografii. Pomimo upływu czasu i sporej warstwy kurzu pokrywającej ten album, jego lektura wciąż sprawia sporo satysfakcji. Miller ze swojego okresu pracy w Marvelu rysował bardzo klasycznie, co mogło się podobać. Claremont do tajemniczej biografii Wolverine'a dopisał romantyczny epizod z kraju kwitnącej wiśni i pokazał go z nieco innej, do tej pory nieznanej strony.

6. "Wolverine: Origin"; sześć zeszytów, 9/2002-4/2003, wyd. Mandragora
Autorzy: Paul Jenkins (scenariusz), Andy Kubert (rysunki), Richard Isanove (kolory)


Tajemnica pochodzenia Wolverine'a, zdecydowanie najpopularniejszego z mutantów, przez wiele lat była przedmiotem dociekań i spekulacji fanów. Kiedy Joe Quesada i Bill Jemas zdecydowali się zdradzić historię jego przeszłości, zagwarantowali sobie tłumy fanów z pochodniami demonstrującymi swoje niezadowolenie pod siedzibą Domu Pomysłów i kontrowersje "łamiące Internet w pół". Według mnie, przesiąknięty amerykańskim duchem "Origin" wyszedł świetnie. Paul Jenkins, przerywający hegemonię Claremonta na mojej liście, wespół z Andy'm Kubertem i Richardem Isanove, stanęli na wysokości zadania, wzbogacając i tak interesującą Logana o jego narodziny. Pisząc "interesującą", mam oczywiście na myśli te odległe czasy, zanim Rosomak ciągnął trzy solowe tytuły i nie pojawiał się w kolejnych dziesięciu, by robić tłok w panelach i od czasu do czasu wysunąć pazury i mruknąć coś srogiego.

5. Pakiet "Życie/Śmierć" i "Ranny Wilk" ("Lifedeath" i "Wounded Wolf"); "X-Men" #07-08 (2-3/93), wyd. TM-Semic
Autorzy: Chris Claremont (scenariusz) i Barry Windsor-Smith (scenariusz i rysunki)


Reakcjom czytelników na X-Menów w wersji Barry'ego Windsora-Smitha daleko było od zachwytów, w kolumnach z listami przeważały raczej negatywne recenzje. "Patetyczne romansidło" to jedno z lżejszych określeń, które wtedy padały. A "Ranny Wilk" i "Życie/Śmierć" były dwiema spokojnymi, obyczajowymi historiami skupionymi odpowiednio na bestii tkwiącej w Loganie i skomplikowanym związku Ororo Munroe z Forgem. Scenariuszowo może nie zachwycały, ale jak były narysowane! Myślę, że BWS doczeka się jeszcze rehabilitacji, jako jeden z mistrzów komiksu amerykańskiego i będzie stawiany w jednym rzędzie z takim tuzami, jak Bill Sienkiewicz czy Frank Miller. Jeśli już tak nie jest. A na tej liście będzie jeszcze miejsce, aby rozpływać się nad geniuszem tego twórcy…

4. Seria "Astonishing X-Men vol.3", wyd. Mucha Comics
Autorzy: Joss Wheadon (scenariusz) i John Cassaday (rysunki)

O trzeciej serii "Astonishing X-Men" będę pisał jeszcze w osobnym tekście. W tym miejscu tylko wspomnę, że Joss Wheadon i John Cassaday udowodnili, że w XXI wieku wciąż da się zrobić naprawdę dobry x-komiks, nawiązując przy tym do najlepszych, claremontowskich tradycji. Nieco gorzej wyszła kontynuacja "AXM" pisana przez Warrena Ellisa, który przyzwyczaił mnie, że umie pisać przygody umięśnionych mężczyzn w kolorowych trykotach, co nie jest wcale takie powszednie wśród scenarzystów, którzy markę wyrobili sobie w Vertigo lub na scenie niezależnej. Najnowszą serią "Astonishing" przygotują Daniel Way i Jason Pearson.

3. "X-Men" vol.2 #1-7; "X-Men" #23-26 (1/95-4/95)
Autorzy: Chris Claremont (scenariusz) i Jim Lee (rysunki)

Po tym, co Jim Lee pokazał w polskich "X-Menach" nie sądziłem, że można jeszcze lepiej, więc pierwsze numery serii z 1995 roku były dla mnie prawdziwym szokiem. Dziś rysunki do drugiego miesięcznika z mutantami nie robią może już takiego wrażenia jak dawniej, ale wciąż prezentują się korzystnie. Komiks, który w Ameryce bił rekordy popularności, sprzedając się w rekordowych, jak na zeszytówkę, nakładach sięgających 9 milionów egzemplarzy, opowiadał o trzeciej generacji mutantów (jeśli przyjmiemy, że pierwszą był oryginalny skład Lee i Kirby'ego, drugą "All New, All Different" Claremonta i Byrne'a, czwartą "New X-Men" Granta Morrisona, a jak na razie piątą i ostatnią – "Astonishing X-Men" Wheadona i Cassaday'a). Recepta Claremonta i Lee na sukces była prosta – więcej, szybciej i jeszcze efektowniej. I chwyciło!

2. "Weapon X"; "Mega Marvel" #05 (4/94)
Autor: Barry Windsor-Smith (scenariusz i rysunki)

Pierwszy, klasyczny origin Wolverine'a, wyjaśniający jak Logan wszedł w posiadanie swoich nasyconych adamantium pazurów. Jako scenarzysta Windsor-Smith nie umiał może wyjść poza schemat opowieści o walce Logana z rodzącą się w nim bestią i okrucieństwie, jakich dopuszczali się naukowcy w pracy nad Bronią X, ale jako grafik udowodnił, że jest jednym z najwybitniejszych współczesnych artystów komiksów. Tak, jak "Weapon X" jest prawdziwą perełką wśród innych, w zasadzie bardzo do siebie podobnych x-komiksów, tak BWS to artysta pełną gębą, a nie żaden komiksowy wyrobnik, jakich wielu wśród rysujących przygody X-Menów.

1. "Dark Phoenix Saga"; "X-Men" #01-05 (1/92-1/93), wyd. TM-Semic
Autorzy: Chris Claremont i John Byrne (scenariusz) i John Byrne (rysunki)

Nie wybrałem "Dark Phoenix Sagi" przez pryzmat mojego dziecięcego sentymentu. Dzieło Claremonta i Byrne'a to wciąż cholernie dobry komiks, w którym jest wszystko, co być powinno w takim utworze. Kosmiczne dekoracje w fantastycznym retrofuturystycznym stylu, superbohaterskie ratowanie wszechświata, sentymentalny wątek miłosny, a całość zwieńczona została znakomitym, chwytającym za gardło finałem, godnym greckiej tragedii. Claremont wspiął się na wyżyny swoich możliwości, a Byrne dołączył do szeregu klasyków amerykańskiej kreski, takich jak Jack Kirby, Steve Ditko czy George Perez. Po dziś dzień uwielbiam jego szlachetną kreskę z tamtego okresu i stanowi dla mnie archetyp amerykańskiego stylu rysowania komiksów.

środa, 17 listopada 2010

#616 - Western

Westernów już się w Hollywood nie kręci. Na nic zdały się próby rewizji skostniałego modelu opowieści o kowbojach wypracowanego w drugiej połowie zeszłego wieku. Dziki Zachód odstawiono do lamusa. Jednak w świecie komiksu western wciąż jest żywy i to po obydwóch stronach Oceanu. W Ameryce swoją drugą młodość przeżywa "Jonah Hex", po gatunek sięgają tacy twórcy, jak Garth Ennis ("Kaznodzieja") czy Brian Azzarello ("Loveless"). A w Europie, oprócz wciąż żywych klasyków pokroju "Blueberry'ego" czy "Lucky Luke'a", do tematyki nawiązali Jean Van Hamme i Grzegorz Rosiński w wydanym w 2001 roku "Westernie".
Potentat hodowli bydła Ambrosius Van Deer po wielu latach bezowocnych poszukiwań wreszcie odnalazł swojego bratanka. Rodzina małego Eddiego została zamordowana prze Indian, kiedy miał zaledwie kilka lat. Porwany przez czerwonoskórych i nieświadomy swojego pochodzenia był wychowywany na jednego z nich. Nikt nie spodziewa się, że szczęśliwy powrót czternastoletniego chłopaka na łono rodziny stanie się przyczyną tragedii…

"Western" Van Hamme'a i Rosińskiego nawiązuje do tradycji antywesternów, w których nie ma już bohaterskich szeryfów stojących na straży prawa, dzielnych traperów karczujących drogę postępowi i cywilizacji białego człowieka, a Indianie mają do odegrania rolę albo szlachetnych wojowników, albo bezlitosnych barbarzyńców. Odbrązowiony Dziki Zachód to świat w którym za garść dolarów strzela się w plecy, takie pojęcia jak honor, sprawiedliwość i uczciwość to tylko frazesy ze Starego Kontynentu, a racja stoi zawsze po stronie silniejszego.

Jean Van Hamme świetnie się sprawdza, jako scenarzysta opowieści sensacyjnych. Dobrze czuje się w komiksie, w którym dzieje się dużo, akcja gna na złamanie karku, a fabuła osnuta jest wokół szpiegowskiej lub kryminalnej intrygi. Dowodami jego kunsztu są serie "XIII" i "Largo Winch". Niezgorzej daje sobie radę z poczciwą fantasy, czego "Thorgal" jest najlepszym przykładem. Przynajmniej przez pierwsze dwadzieścia klika tomów, bo przecież każda formuła musi się kiedyś wyczerpać. Równie dobrze poradził sobie z formułą obyczajowej sagi rodzinnej, dzięki czemu "Władcom Chmielu" nieco bliżej jest tradycji europejskiej powieści realistycznej, niż harlequinowym tasiemcom. Mówiąc najogólniej, znakomicie radzi sobie z literacką konfekcją. Potrafi wiele wykrzesać z najbardziej ogranych i sztampowych motywów, długo utrzymując wysoką jakość swoich prac.

Wyjątkową pozycją w jego bibliografii stanowi trylogia "Szninkiel", rzecz wybitna i aspirująca do jednego z najważniejszych dzieł w najnowszej historii komiksu europejskiego. "Western" stworzony również w kooperacji z Grzegorzem Rosińskim, miał być w swoich założeniach czymś podobnym. Projektem niezwykłym, oderwaniem się od ciężkiej harówy nad, między innymi, "Thorgalem". I niestety nie udało się. Van Hamme pewnie potrafiłby napisać znakomitą opowieść o Dzikim Zachodzie, w którym dzielni kowboje staczaliby pojedynki w samo południe, bandyci napadaliby na banki i pociągi, a Indianie bronili swoich ziem przed białym najeźdźcą. Dramatyczna opowieść o powikłanej ludzkiej doli wyszła mu o wiele gorzej. W rękach innego scenarzysty, z "Westernu" dałoby się wycisnąć poruszająca, niemal antyczną tragedię o bezlitosnym Losie, którego wyrokom nie sposób się sprzeciwiać. A tak, powstał nie dramat, tylko wyrób melodramatyczny. Ckliwa historia o rozdzielonej rodzinie, przypominającej bardziej telenowelę, w której kochanek okazuje się bratem, a dawno uważana za zmarłą stryjeczna ciotka jednak przeżyła lotniczą katastrofę i przez siedem ukrywała się w amazońskiej dżungli.Na początku nowego wieku, kiedy Grzegorz Rosiński szukał nowego stylu, sięgał po nowe środki wyrazu pracując właśnie nad "Westernem". Porzuciwszy klasyczny warsztat komiksowego rysownika, postanowił wrócić do farb. Przeskok od "Thorgali" nie jest jeszcze tak radykalny, jak miało to miejsce w przypadku "Zemsty Hrabiego Skarbka", ale według mnie "Western" pod względem wizualnym prezentuje się znacznie lepiej od dwuczęściowej opowieści o polskim malarzu-emigrancie. Zamiast kiczowatej, pseudo-impresjonistycznej estetyki Ros postawił na surowe, ziarniste, wyprane z kolorów ilustracje, przynoszące na myśl fotografie z początku zeszłego wieku. Taka grafika jak ulał pasuje do opowiadanej historii, a dodatkowym atutem komiksu są fantastyczne wielkoformatowe "obrazy" wplecione w historię i odgrywające rolę specyficznych interludiów.

Graficznie rzecz biorąc opowieść o Edwinie Van Deerze, obok najlepszych odcinków "Thorgala", to mój ulubiony Rosiński, świetnie panujący nad materią komiksu i popisujący się swoim artystycznym kunsztem. Wielka szkoda, że Van Hamme (tym razem) nie potrafił się dostosować do jego poziomu.

wtorek, 16 listopada 2010

#615 - Czwórka na pokładzie

Na Kolorowych raczej rzadko piszemy o webkomiksach. Tytuł serwisu zobowiązuje, w końcu "zeszyty" to papier, więc to na nim trzeba się koncentrować, nie? Zabawne, bo akurat od pisania o komiksach internetowych zacząłem swoją skromną karierę komiksowego gryzipiórka - wpierw na łamach PCWK, potem okazjonalnie w stosownym dziale "Esensji". A potem przestałem. Tytułem, który zmobilizował mnie do powrotu do korzeni jest "Czwórka na pokładzie", duetu Dominika Węcławek i Piotr Bartosiak. Prawdopodobnie najlepszy polski sieciowy debiut A.D. 2010 i jeden z najlepszych krajowych komiksów, jakie się w tym roku ukazały. Nie tylko wśród tych z przedrostkiem "web-".
"Czwórka na pokładzie" ukazuje się na platformie warszawianki.pl - internetowego serwisu Życia Warszawy przeznaczonego dla kobiet. Co dwa tygodnie pojawia się nowy czterostronicowy odcinek, fabuła oparta jest na faktach i osobistych doświadczeniach scenarzystki W pierwszym, dziesięcioodcinkowym sezonie przedstawiła ona historię swojej drugiej ciąży, od niepokojących pierwszych badań przez napięte oczekiwanie aż po udany (całe szczęście!) poród. W drugim, który rozpoczął się na początku listopada, pojawia się cała "czwórka" w komplecie. I pierwsze problemy związane z powiększoną rodziną...

...ktoś pewnie powie, że to zwykłe babskie pitolenie, o intymnych kobiecych sprawach dla innych pań, że takich ciążowo-rodzicielskich pamiętniczków autorek skłonnych do obnażania przed światem zawartości własnego brzucha i relacji z partnerem było już parę i że w ogóle nic specjalnego.

Możliwe.

Tyle że, jak dla mnie, "Czwórka" to komiks wyjątkowy. Wszystko w nim jest idealnie wyważone, Węcławek potrafi opowiadać, wartko prowadzi narrację i nie przynudza. W pewnych sprawach bywa szczera do bólu i nie stroni od trudnych tematów (rozważanie aborcji czy też niezbyt pozytywny stosunek rodziny do kolejnej ciąży), ale jednocześnie nie ucieka się do niesmacznego ekshibicjonizmu. Serdecznie i z humorem przedstawia perypetie swojej własnej najbliższej familii, unikając przy tym bombardowania czytelników wysokim stężeniem macierzyńskiej sacharozy i filozofującego zadęcia, co bywa przypadłością podobnych produkcji autorstwa młodych matek. Zwyczajnie, po ludzku opowiada o takich sprawach jak kolejne wizyty u lekarza, przemęczenie ogromem obowiązków, wspólne wyczekiwanie, lęk przed przyszłością.
Kilka pierwszych odcinków zrealizował Filip "Phi" Lipiński, rysownik na co dzień zamieszkały w Niemczech. Jego styl przypominał mi niektóre wczesne prace Tomka "Asu" Pastuszki. Po czwartym odcinku nastąpiła zmiana ołówkowego, teraz graficzne stery dzierży Piotr "Canty" Bartosiak. I jest to zdecydowanie zmiana na lepsze, jako że Canty operuje lekką i dynamiczną krechą, która świetnie pasuje do charakteru opowieści. Rysunki przestały być przyciężkawe, nabrały pełni życia, aż miło się ogląda. Duet twórczy doskonale rozumie język komiksu, dobrze się czyta różnorodnie skomponowane plansze.

Jedyne do czego mógłbym się przyczepić, to kiepska zaprojektowana nawigacja pomiędzy kolejnymi odcinkami na stronie, uciążliwa zwłaszcza dla kogoś kto nie śledzi "Czwórki" regularnie i od początku. Co cztery plansze trzeba wracać do głównego indeksu, gdyby nie funkcja nowych kart w przeglądarce, to bym skisł podczas krótkiej lektury przed pisaniem tego tekstu. Ale rozumiem, że takie są wymogi serwisu a nie osobiste widzimisię autorów.

Generalnie cymesik - jeden z najciekawszych obecnie polskich komiksów obyczajowych, na którego dalsze odcinki chętnie czekam. Jeżeli komuś marzy się struganie komiksu autobiograficznego, powinien bez wahania sięgnąć po "Czwórkę" jako wzór, bo to świetny przykład, jak można pisać o samym sobie bez żenady. Webkomiks tkliwy ale absolutnie nie ckliwy. Liczę na kolejne sezony oraz na eleganckie i zbiorcze papierowe podsumowanie duetu twórczego Węcławek & Bartosiak.

poniedziałek, 15 listopada 2010

#614 - "Nowa Fala"?

Na wstępie zaznaczam, że w tym tekście ledwo co napoczynam temat i pobieżnie zbieram do kupy różne drobne obserwacje. Bardziej to słodkie pierdololo niż poważne analizy "naukowo-komiksologiczne", bo do takich po prostu nie nadaję.

Wszystko zaczęło się na blogu Daniela Chmielewskiego. Daniel w typowym dla siebie sążnistym stylu relacjonuje wrażenia z Warszawskich Spotkań Komiksowych 2009, przy okazji wspominając, że Robert Sienicki to najlepszy cartoonista "naszej fali". Po czym nastąpiło wyjaśnienie, które pozwalam sobie przytoczyć w całości:
O co mi chodzi z tą "naszą falą"? Zdegustowany wszelkimi idiotycznymi dyskusjami o "pokoleniach", czego wisienką na torcie lub kroplą przelewającą czarę goryczy był artykuł o Pokoleniu Power, doszedłem do wniosku, że bezpieczniej będzie mówić o falach, czyli ludziach mających debiuty w podobnym czasie. Karol Kalinowski jest raptem o rok starszy ode mnie, ale jego Kaerelki czytałem w Produkcie na początku tej dekady. Marcin Podolec ma 17 lat, ale zadebiutował Sercem w tym samym czasie, co ja Powidokiem. Tak więc i Marcin i ja i Rafał Bąkowicz i Wojtek Stefaniec i Unka Odya są kolejną falą po Produktywnych. Ile już fal miała polska historia komiksu? To już jest sprawa dla komiksologów.
Daniel w tym momencie podnosi kwestię, że w kwestiach klasyfikacyjnych liczy się moment debiutu, nie zaś metryka. Dlatego też może swobodnie postawić samego siebie na jednej rampie z prawie o dekadę młodszym Marcinem Podolcem, jako że ich debiuty przypadły w okolicach roku 2008, podobnie jak w przypadku paru innych twórców. Zaledwie o rok starszy od Daniela KRL przynależy w tym momencie do fali wcześniejszej, bo udzielał się w "Produkcie" około 10 lat wcześniej. A gdzieś pomiędzy lokuje się Mikołaj Tkacz (o którym Daniel nie wspominał), niby rówieśnik Podolca, ale w komiksowie znany jako weteran "Jeju" i "Maszina". Moment debiutu, czyli tak na dobrą sprawę moment, w którym komiksiarz daje o sobie znać generałowi publicznemu, bo coś tam może sobie smarować wcześniej przez kilkanaście lat do szuflady, pokazywać kolegom, publikować w gazetkach ściennych albo na zapomnianym przez Boga blogasku. Ale dopóki nie da wypłynie na szersze wody, zinowo-forkowo-fejsbukowe, dopóty środowisko nie uzna go jako pełnoprawnie odkrytego.

Cały wtręt o "fali" jest tak naprawdę wybitnie mimochodem w bardzo długim tekście Daniela, ale wypada o nim wspomnieć, bo właśnie na niego powołują się kolejni publicyści, próbując ostatnio zdefiniować zjawisko. W zasadzie to powołuje się na ten tekst całych dwóch publicystów, w tym jeden bardziej.

Temat podjął po dłuższym czasie Maciej Pałka, w artykule prezentującym polskie twórczynie komiksowe, przy okazji wyliczając sześć (albo nawet i siedem) fal, jakie nawiedziły polski komiks od początku lat 90. XX wieku. Tutaj również pozwolę sobie na cytacik:
Tradycyjnie trwa sinusoida inspiracji i kontry. W okresie od mitycznego dla obecnych nastolatków Upadku Komuny mieliśmy już:
- stracone pokolenie Wielkiej Komiksowej Smuty lat '90
-
Produktywnych z przełomu wieków
-
zinowców opróżniających szuflady podczas Zbioru Plonów Timofa
- webkomiksiarzy
-
kadrę postzinowców wykutych w warsztatach JEJU
-
Najnowszą Nową Falę, o której pisał Daniel Chmielewski, która to Nowa Fala ustępuje już Najnowszej Nowej Fali
Bardzo rzeczowe i szczegółowe to wyliczenie, pokrywa niemalże wszystkich obecnie udzielających się w środowisku. Można by tylko podyskutować o tym, kogo w tym momencie Maciej określa mianem webkomiksiarza - pionierów medium na polskim gruncie takich jak endo czy rroar, wysyp postlosuxowców a może twórców Netkolektywu, których można przyporządkować również do innych grup. Ale poza tym, to dobra klasyfikacja. Przy okazji, u Macieja Danielowa "nasza fala" przekształca się w "nową falę". Pojęcie, które wkrótce podchwyci kolejna osoba, jako że inspirację tymi dwoma felietonami widać w ostatniej twórczości publicystycznej Bartka Biedrzyckiego. Godai, ostatnio jako jedyny, lansuje to określenie zarówno w tekstach jak i w nowym podcaście. "Nowa fala". "Nowa fala". Znowu się spotykamy, "Nowa Falo" Hmm.

Początkowo parsknąłem śmiechem, gdy zobaczyłem, że w tekście Biedrzyckiego Tomek Pastuszka został zaliczony do "Nowej Fali". Nie ze złośliwości - mocno się zasugerowałem dwoma powyższymi blognotkami, które tym mianem zdawały się określać komiksiarzy dających o sobie znać w okresie ostatnich dwóch lat. Tymczasem Asu aktywny jest od paru ładnych lat, wpierw jako autor paski.org, później uczestnik konkursu wrakowego, wreszcie twórca progresywnego magazynu komiksowego "Jeju". W moim odczuciu prawdziwy weteran na scenie komiksowej.

Ale potem zacząłem myśleć. I faktycznie, z punktu widzenia roku 2010, kilkuletnia aktywność twórców ze stajni "Jeju" wydaje się być "od zawsze", zaś nawet dwuletnia różnica w długości obecności na scenie między dwoma twórcami wydaje się już przepaścią pokoleniową. Zwłaszcza, że w Internecie czas zdaje się biec szybciej. Ale z biegiem czasu będzie się to zacierać, debiut i okresy działalności będą rozpatrywane nie konkretnymi latami, a dekadami, zaś dla ewentualnych badaczy fakt, czy dany komiksiarz debiutował w roku 2003 czy też 2009 nie będzie miał aż takiego znaczenia, jak to czy da się ich zaklasyfikować do pewnego nurtu.

No właśnie. Czy w tym przypadku da się wyodrębnić i scharakteryzować jakiś nurt - albo obecnie panujący bądź też dopiero co dochodzący do głosu? Bartek Biedrzycki np. stwierdził, że nie, pisząc na twitterze, iż Postprodukcja to w ogóle nie jest jednolite zjawisko, tylko jedna wielka wciąż rozwijająca się "fala". To mi dało do myślenia - na pewnie takie niejednolite? Oczywiście, nie da się paroma zdaniami określić 100% twórców komiksowych w naszym kraju, wątpię jednak, żeby w jakimkolwiek momencie i w jakiejkolwiek innej dziedzinie by się dało. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie się wymykał nawet najszerszym ramom i egzystował na uboczu obecnie obowiązujących prądów.

Trochę wzdragam się przed używaniem tego terminu, bo samo jego brzmienie jest wyjątkowo banalne. W historii tak już określano kilka różnych grup twórczych - francuskich filmowców, polskich poetów, muzyków tworzących w latach 80. Semantycznie zaczyna to określenie funkcjonować jako wygodny wytrych, dobry na opisanie czegoś co jest faktycznie nowe, jakieś takie inne, w opozycji do już zastanego... ale z braku lepszej definicji wskazuje się uwagę przede wszystkim na tą "nowość". Dość narzekania - według tego, co sugerują ww. koledzy, komiksowi "nowofalowcy" znad Wisły to twórcy urodzeni w latach 80. i 90. XX wieku, debiuty większe i mniejsze (sieć/zin/albumy) zaliczają w pierwszej dekadzie XXI wieku. Metrykalnie zatem to Generacja Y - i być może to spostrzeżenie nie będzie dla przyszłych badaczy bez znaczenia, jako że twórcy urodzeni w tych latach w pewnym stopniu mogą odzwierciedlać to właśnie pokolenie.

Rzeczą, która w tym momencie bezpośrednio rzuca się w oczy i jest chyba jak na razie jedynym prawdziwym punktem wspólnym dla całej rzeszy najmłodszych twórców jest hołdowanie estetyce cartoonu - znamiennym faktem, że bardzo, bardzo mało młodych komiksiarzy obecnie operuje klasycznym stylem realistycznym. Owszem, można wymienić kilka-kilkanaście osób, które preferują właśnie taki typ rysunku (szczególnie, jeżeli ukończyli ASP), można też wymienić paru innych, którzy idą w underground. Wciąż jednak stanowią mniejszość w porównaniu do cartoonistów, których jest u nas na pęczki. A im komiksiarze rocznikowo młodsi, tym trudniej znaleźć wśród nich niecartoonistę.

Pisząc o podziale cartoon/realizm, mocno w tym momencie upraszczam. Nie jest to bowiem żadna dychotomia, w przypadku komiksu trzeba tu mówić bardziej o Wielkim Trójkącie McClouda. Styl każdego twórcy można umieścić w dowolnym punkcie tej figury, pomiędzy realizmem, uproszczeniem a abstrakcją. Trudno oprzeć się wrażeniu, że gros młodszych polskich twórców trzyma się jak najdalej od tego realistycznego wierzchołka, gromadząc się tłumnie w kącie wyznaczanym przez McCloudowskie "meaning".

Nie przypadkiem sztandarowy obecnie magazyn "Nowej Fali" to "Karton", programowo poświęcony wyłącznie stylistyce prostej kreski. Już w "Jeju" nieoficjalnie dominował cartoon, w przeciwieństwie do wcześniejszych zinów typu "Ziniol" czy "KGB"; powstanie "Kartonu" opartego w znacznej mierze na starej ekipie "Jeju" wydaje się naturalną konsekwencją dążeń i upodobań twórców.

Skąd ta miłość do cartoonu? Da się to zauważyć chociażby w osobistych preferencjach. W przeciwieństwie do starszego pokolenia twórców i czytelników (zwłaszcza tych w okolicach trzydziestki and above), dla których dobrze narysowany realizm to świetność, najwyższy kunszt, wyznacznik potwierdzający klasę rysownika, młodzi twórcy komiksu nie zwracają na to aż tak bardzo uwagi, kto i w jaki sposób potrafi odwzorować rzeczywistość. Stąd też słynne żarty z "pleców konia", wyśmiewające obsesyjne wręcz przywiązanie starszych wiekiem komiksiarzy do realistycznej kreski. "Nowofalowcy" zdają się większą estymą darzyć Janusza Christę i Tadeusza Baranowskiego niż Grzegorza Rosińskiego czy Bogusława Polcha - ze "Żbików" czy "Thorgali" zdarza im się dworować, natomiast "Kajki" i "Wody sodowe" to święte lektury. Nierzadko te, na których uczyli się czytać. Plus fala kreskówek, którymi twórcy nasiąkali w dzieciństwie w latach 90. - to mogło odcisnąć swoje piętno na gustach i twórczych dążeniach. Jest w tym jakaś typowa dla wspomnianej Generacji Y mocna nostalgia za dzieciństwem, napędzana przez Internet - vide popularność wszelkich stron, gdzie autorzy z rozrzewnieniem wspominają gumy Turbo, kapsle czy też do znudzenia analizują własne traumy związane ze śmiercią Mufasy lub Buką z Muminków. Ta nostalgia mogła ukształtować wielu młodych twórców.

Stylistyka cartoonu niesie za sobą tendencję do operowania absurdem i groteską. I to właśnie widać w pracach "Nowej fali", chociaż bynajmniej nie jest to cecha specyficzna tylko dla nich. Twórcy "Nowej Fali" nie starają się odwzorowywać rzeczywistego świata, w małym stopniu dbają o realizm, chętnie bawią się formą, zaskakują pomysłami, radują ich gry słowne. Tworzą własne światy, dążą do osiągnięcia jak najbardziej oryginalnego stylu, który zapada w pamięć. Widać w tym dalece posunięte jednostkowe zindywidualizowanie. Tu znów jak echo powraca niechęć do stylu realistycznego.

Jest jeszcze zupełnie poboczna kwestia Internetu; debiutuje tu obecnie miażdżąca liczba twórców, czy to pod postacią internetowych portfolio, blogów czy całych webkomiksów. Na samym początku dekady webkomiksy w wykonaniu twórców z poprzedniego pokolenia były czymś bardzo rzadkim i egzotycznym. Znak czasów i kolejny punkcik do koszyczka Generacji Y, tej zinformatyzowanej i mocno bazującej na postępie technologicznym.

To kilka takich spostrzeżeń, podejrzewam, że trzeba by tu tęższego umysłu niż mój oraz dodatkowo odczekać kilka lat, na rzeczowe wypełnienie tej listy kolejnymi cechami immanentnymi dla "Nowej Fali" polskiego komiksu, czymkolwiek się ona okaże.

niedziela, 14 listopada 2010

#613 - Trans-Atlantyk 112

Covered to dosyć znany blog, na którym od stycznia 2009 roku co chwila prezentowane są (do tej pory pojawiło się ich już przeszło pół tysiąca!) przeróbki komiksowych okładek w wykonaniu autorów mniej i bardziej znanych. Zgłębiając zakątki WWW trafiłem na stronę podobnego projektu, tyle tylko, że na Repaneled prezentowane są reinterpretacje pojedynczych komiksowych kadrów. Twórcą bloga i pomysłodawcą jest Anthony Vukojevich, który sam często chwyta za ołówek i przerabia kadry na swoją modłę. W zabawie tej może wziąć udział każdy, a dokładne informacje na temat tego jak do niej przystąpić można znaleźć pod tym adresem. Jeśli komuś nie chce się przeglądać całej zawartości bloga (póki co nie jest tego za wiele) to polecam szczególnie przeróbkę Matthewa Allisona, który wziął się za "Prison Pit" Johnny'ego Ryana oraz Isaaca Bidwella i jego wersję Usagiego Yojimbo! Z podobnych projektów zachęcam również do odwiedzenia strony projektu Fantastic Four No.9, na którym różni artyści (m.in. James Kochalka, Jeffrey Brown) za namową Jasona Younga przerabiają całe plansze z dziewiątego numeru przygód F4! (ŁM)

Chyba nikt nie spodziewał się, że za zeszyt komiksowy wydany zaledwie kilka lat temu, będzie można zgarnąć grubą kasę. Niemal idealny egzemplarz, oceniony na 9.9 w systemie CGC premierowego odcinka "The Walking Dead" został sprzedany za 1825 dolarów. Za ten sam komiks, w nieco gorszym stanie (9.6) można było wycisnąć półtora tysiąca, a ceny zwykłych, nie chronionych przez specjalistyczne koszulki zeszytów, wahają się w granicach 420$. Jeszcze niedawno dało się je kupić za "tylko" 250 dolców. Na amerykańskim rynku wtórnym są to ceny, których od dawna żaden tak świeży komiks nie osiągnął. W pełni glorii wracają lata dziewięćdziesiąte, czy to raczej jednorazowy trend związany z gorącym przyjęciem serialowych"Żywych Trupów"? (KO)

Ledwo co zaczęła się nowa era w życiu Człowieka Pająka ("Big Time" - póki co zbiera dobre recenzje), a w sieci zaprezentowano teaser kolejnego wielkiego wydarzenia zapowiadanego jako... "Śmierć Spider-Mana"! I póki co jest to jedyne info na temat tego co też ma się stać w lutym przyszłego roku. W kilkadziesiąt godzin później konkurencyjne DC Comics wypuściło równie ciekawą informację - niebawem nastąpić ma powrót Doomsdaya, którego większość z naszych czytelników zapewne pamięta jako tego-który-zabił-Supermana! Hasło powrotu przyozdobiła słynna grafika z zakrwawioną eSką. A żeby było śmieszniej ową rewelację konkurenta zripostował Dom Pomysłów zapowiadając... "Reign of Doopsday". Czyżby X-Statix miało niebawem powrócić do Domu Pomysłów? (ŁM)

"Superman: Earth One" okazał się wielkim sukcesem, debiutując na pierwszym miejscu najlepiej sprzedających się powieści graficznych według "New York Timesa". Nie budzi więc zdziwienia, że DC Comics bardzo szybko zapowiedziało powstanie jego kontynuacji tym bardziej, że cała koncepcja nowego formatu "Ziemi Jeden" była pomyślana jako cykl albumów. Za niespodziankę może natomiast uchodzić fakt drastycznego przyspieszenia prac nad tym projektem - scenarzysta komiksu, J. Micheal Straczynski rezygnuje całkowicie z pisania serii on-going i chce skupić się wyłącznie na długim metrażu. W związku z tym osieroci dwie serie, które całkiem niedawno przejął - "Wonder Woman", które zostanie przejęte wraz z numerem #605 przez Phila Hestera, natomiast w "Supermanie" jego run dokończy Chris Roberson, poczynając od zeszytu oznaczonego jako 707 z kolei. Dla JMS'a to nie pierwszyzna, bo jego "Twelve" z Marvela wciąż czeka swojego finału (podobno ma je dokończyć Chris Weston), a "The Brave and the Bold" wciąż przebywa w komiksowym limbie. (KO)

Image Comics kontynuuje swoją teaserową kampanię, prezentując szereg kolejnych tajemniczych ilustracji. I kolejna piątka jest niemniej wykręcona, niż poprzednia seria. Stalin wspominające "stare, dobre czasy", Ronald Reagan w fryzurze "na Elvisa" czy wreszcie Jay Leno i Dcik Cheney. Coraz dziwniej i dziwniej, ale też coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że wszystkie te grafiki dotyczą tego samego projektu komiksowego, co z początku nie było wcale takie oczywiste. Akcja Image najwidoczniej rozsierdziła Marvela, bo w zeszłym tygodniu Dom Pomysłów wypuścił własną serię teaserów promujących nowy event z mutantami w roli głównej. "Age of X" Mike Carey'a na moje oko zapowiada się na kolejną postapokaliptyczną/futurystyczną/dystopijną przyszłość/rzeczywistość alternatywną, być może w jakiś sposób powiązaną z "Age of Apocalypse". Na rysunku przygotowanym przez Oliviera Coipela znajdują się Gambit, Hellion, Berserker, Frenzy, Basilisk, Nightmare, Magneto, Cannonball oraz Rogue i Phoenix. (KO)

W szesnastym numerze "Batman & Robin" Grant Morrison przeprowadził prawdziwą rewolucję w życiu powracającego do znanej rzeczywistości Bruce'a Wayne'a. Solennie ostrzegam przed ogromnymi spoilerami!

Na konferencji prasowej szef Wayne Enterprises przyznał, że od wielu lat finansuje walkę z przestępczością prowadzoną przez Batmana. Stając się takim nieco Tony'm Starkiem DCU oddalił tym samym podejrzenia jakoby to on mógłby kryć się pod maską Nietoperza. Kiedy Dick będzie pilnował porządku w Gotham, Bruce ma jeździć po całym świecie, nakłaniając innych herosów od wykupienia bat-franczyzy na walkę ze złem. Nowy redaktor naczelny DC, Bob Harras, zapewnia, że wszystkie te zmiany to pomysły Granta Morrisona, które nota bene bardzo mu się podobają, ale on sam nie maczał w nich palców. (KO)

Mroczny Rycerz zostanie bohaterem musicalu! "Batman Live" będzie wysokobudżetową produkcją, która na swojej trasie odwiedzi największe miasta Wielkiej Brytanii, a 2o lipca 2011 odbędzie się premierowe przedstawienie w Manchesterze. W Stanach Zjednoczonych (i w innych krajach Europy?) pojawi się (dopiero?) w 2012 roku. Fabuła skupi się na wspólnych relacjach Bruce'a Wayne'a i jego nastoletniego partnera, Dicka Graysona, który z osieroconego akrobaty zamieni się na scenie w Cudownego Chłopca. W kadrze villainów znajdą się między innymi Joker, który w otwierającej scenie ucieknie z Arkham, Catwoman, Riddler, Penguin, Two-Face i Harley Quinn. Akcja będzie rozgrywała się na ulicach Gotham, w posiadłości Wayne'ów i w bat-jaskini. Jak zapowiadają producenci, na przedstawienie będzie można wybrać się ze swoimi pociechami, bo "Batman Live" pozbawione jest ograniczeń wiekowych. (KO)

"Geek Honey of the Week"
(Lucy Pinder jako Supergirl)

sobota, 13 listopada 2010

#612 - Komix-Express 62

Po kilku miesiącach przerwy na pytania czytelników odpowiedział Tomasz Kołodziejczak, szef działu komiksowego Egmontu, którego rynkowym poczynaniom od kilkunastu tygodni baczniej przyglądają się i zaniepokojeni czytelnicy i mniejsi wydawcy. I cóż można rzec - jest kiepsko. Do tegorocznego kryzysu na rynku dołączy już niebawem VAT na książki i te dwa czynniki najbardziej wpływają/będą wpływać na to, że "jest jak jest". W pierwszej połowie następnego roku nie pojawią się żadne nowe serie, a na tę chwilę zawieszony zostanie również "Largo Winch" oraz "Hellblazer". Wydawnictwo zastanawia się również co zrobić z "Sagą o potworze z bagien" jak również mangami, które nie sprzedają się tak, jakby sobie tego życzył Egmont. Ciężko też coś powiedzieć o wprowadzonych w tym roku nowych tytułach takich jak "Fantasy Komiks" czy "Komiksowe Hity" - z jednej strony nie znajdują one tylu nabywców, żeby wydawnictwo było zadowolone ze sprzedaży, a z drugiej jest ich taka ilość, że - licząć na zmianę tej sytuacji - żal byłoby skasować je z planów wydawniczych już teraz. Na chwilę obecną wiadomo jednak, że Egmont zrezygnował z zamiarówyw wypuszczenia kolejnego magazynu w podobnym formacie. Z bardziej pozytywnych informacji - kontynuowane będzie wydawanie twardookładkowych wznowień takich serii jak "Sin City" czy "Sandman" (kolejny tom w pierwszym kwartale przyszłego roku); w połowie 2011 roku pojawi się trzeci tom zbiorczego "Lucky Luke'a" (wcześniejsze przyjęły się w sposób "umiarkowany") oraz kolejny "Usagi Yojimbo"; w lutym kolejny tom "Dylan Doga"; w przyszłorocznych planach znajduje się również "Hellboy: The Wild Hunt", czwarty album z dziełami Willa Eisnera (początek 2011 r.), "Batman" (nie wiadomo póki co jaki i kiedy dokładnie się pojawi), kontynuacja "Sambre" i "Armady" oraz dwa reprinty "Kajtka i Koka" ("W Londynie", "Profesor Kosmosik"). Dobrze natomiast sprzedają się tytuły z serii "Star Wars" i stąd też rozszerzenie oferty o chociażby "Star Wars Extra". (ŁM)

Nawiązując jeszcze do powyższego - na forum Alei Komiksu na pytania czytelników Egmont odpowiada od 2006 roku. Jest to oczywiście przykład dobrego podejścia do swoich odbiorców, bo przecież równie dobrze wydawnictwo mogłoby się ograniczyć jedynie do prezentowania zapowiedzi wydawniczych i przekazywania informacji za pomocą wywiadów czy spotkań z czytelnikami podczas festiwali komiksowych. Jednak przy ostatniej porcji odpowiedzi po raz kolejny razi dosyć olewczy stosunek osób zajmujących się przekazywaniem wydawnictwu pytań od czytelników. Te - powtarzające się, pozbawione korekty, często z rażącymi błędami ortograficznymi i gramatycznymi - sprawiają, że zamiast czytać to co do powiedzenia ma Tomasz Kołodziejczak na samym forum AK, wolę chwilę poczekać, aż z tego chaosu najważniejsze informacje wysupłają czytelnicy i umieszczą na np. Forum Gidii albo na konkurencyjnych serwisach. A nie tędy chyba droga Alejo... (ŁM)

W zeszłą niedzielę ogłoszono wyniki plebiscytu "KiK c.d.", który miał wyłonić twórców, którzy mogliby przygotować kontynuację serii "Kajko i Kokosz". W głosowaniu oddano odpowiednio 314 głosów (w kategorii głównej serii) i 215 (w kategorii pobocznych). Mało czy dużo - kwestia sporna. Warto chyba podkreślić, że żaden z proponowanych na blogu "Na plasterki!" kandydatów pozostał bez głosu, choć zdarzały się głosy odżegnujące się od pomysłu kontynuowania dzieła Janusza Christy. Zwycięzcą wśród rysowników serii głównej został Zbigniew Derkacz (zdobywca 35% głosów), a na podium uplasowali się jeszcze Ryszard Jałowy (30%) i Łukasz Ciaciuch (15%). Pierwszą piątkę zamykają Sławomir Kiełbus (mój faworyt) i Arkadiusz Klimek. W kategorii spin-offów zwyciężył również Derkacz zgarniając, aż 44% głosów, tuż za nim znaleźli się... Jałowy (34%) i Ciaciuch (27%). Kolejne miejsca zajęli znowu Kiełbus i Maciej Mazur. Komplet wyników, który można sprawdzić na stronie, doczekał się również komentarzu ze strony wydawnictwa Egmont, posiadającego prawa to "Kajka i Kokosza", mającego decydujący głos w sprawie sequelu... (KO)

Wydana na ostatnią MFKę reedycja "Laleczek" Macieja Pałki, została określona przez Tomasza Pstrągowskiego jako "chyba najoryginalniejsza polska postapokalipsa". A teraz, dzięki autorowi komiksu, można wejść w posiadanie egzemplarza z rysografem bądź nawet oryginalnej planszy ze środka! Koszt przyjemności numer jeden wynosi 22 zł (wraz z przesyłką), natomiast strona komiksu to 150zł. Dla kolekcjonerów (i nie tylko) jest to więc nie lada gratka. Tym bardziej, że do nabycia są również storyboardy do fragmentu komiksu napisanego przez Bartosza Sztybora - 5 plansz z rozrysowanymi na każdej z nich czterema stronami z komiksu wyceniono na 300 zł. Święta blisko, więc jeśli ktoś nie ma pomysłu na prezent dla komiksiarza... (ŁM)

Mucha Comics na życzenie dwóch fanów przedstawiła swój wstępny plan wydawniczy na rok 2011, który (jeszcze?) nie został potwierdzony na oficjalnej stronie wydawnictwa. Jeszcze w listopadzie zostanie wydana pierwotnie planowana na łódzki festiwal antologia "War Stories", ze scenariuszami Gartha Ennisa i rysunkami między innymi Gibbonsa i Lloyda. Pierwszy trejd "New Avengers" ma ukazać się już w styczniu. "Breakout" zbiera pięć pierwszych zeszytów serii pisanej przez Briana M. Bendisa i rysowanej przez Davida Fincha. Kolejne dwa tomy ("Sentry" z fenomenalnym Steve'm McNivenem oraz "Secret and Lies" z Finchem, Frankiem Cho i Rickiem Maysem) wyjdą po trzech, czterech miesiącach. Na wiosnę zaplanowano również "Wolverine: Enemy of the State" Marka Millara i Johna Romity Jra. (KO)

Na Multiversum ruszyła kolejna atrakcyjna promocja. W ramach "MVN Holiday Sale" wybrany tytuły z oferty sklepu można kupić z upustem sięgającym nawet 60%. Reklamowana jako największa tego typu akcja w historii sklepu zawiera ponad tysiąc tytułów z Marvela, DC Comics, Dakr Horse, Image Comics i innych edytorów. Co prawda poprzednia promocja dotyczyła tylko albumów z Domu Pomysłów, ale ceny były obcięte równo o połowę. Teraz rabaty wynoszą w większości "tylko" 40% (dosłownie kilkanaście komiksów da się kupić jeszcze taniej), ale można pokusić się o komiksy innych wydawnictw. Promocja trwa do 15 grudnia 2010 roku. (KO)

piątek, 12 listopada 2010

#611 - The Batmans: Track 63 - Paweł Sambor

Kolejny z naszych Batmanów wyszedł spod ręki Pawła Sambora, reprezentującego Polskę na arenie międzynarodowej, a dokładniej za Oceanem. Artysta ten urodził się 4 lipca 1980 roku i pochodzi z Radomia. Właśnie tam, na Politechnice Radomskiej skończył kierunek Edukacja Artystyczna w Zakresie Sztuk Plastycznych w Katedrze Sztuki. Wraz z Jarkiem Zielińskim i Pawłem Gierczakiem założył magazyn "B5". Jego rodzima bibliografia może nie jest zbyt bogata - można w niej znaleźć prace publikowane na łamach "Kartonu" (szczypta realizmu w numerze trzecim), komiks z "Przewodnika po Warszawie" oraz występy w antologiach: "Strefa Komiksu #06: Tod Robot. Re-animacja" i "Powstanie '44 w komiksie"(edycja 2009), ale w Stanach, podczas ostatniego konwentu w San Diego ukazał się jego debiutancki album "Harbor Moon" do scenariusza Ryana Colucciego. Zapraszamy na bloga Pawła, jego galerię na digarcie i portfolio na artserwisie. (KO)Bez większego zaskoczenia mogę napisać, że kolejny punkt do swojego konta dołożył Maciej Pałka. Po raz czternasty gratulujemy twórcy "Laleczek"!

Spokój długiego weekendu (może nie dla wszystkich) przerywamy kolejną odsłoną naszej batmaniej zgadywanki w której zasady niezmiennie wyglądają w następujący sposób: 24h to czas w którym należy odgadnąć kto jest autorem fragmentu grafiki widocznej obok i jeśli taka odpowiedź padnie, zaprezentowana zostanie pełna wersja obrazka wraz z biogramem twórcy! Zapraszamy do zabawy! (ŁM)

czwartek, 11 listopada 2010

#610 - Wielkie Derby (na komiksowo)

Z racji naszych (Łukasza i moich) kibicowskich sympatii, już jutro, w piątek 12 listopada odbędzie się dla nas najważniejszy mecz tego roku. O godzinie 20:00 w dawnej Stolicy Polski na stadionie przy ulicy Reymonta 22 naprzeciw siebie staną jedenastki Wisły Kraków i Legii Warszawa. Czy szukający formy i stylu zespół Białej Gwiazdy przerwie serię czterech zwycięstw stołecznego zespołu dowodzonego przez Macieja Skorżę? Ja liczę na to, że trzy punkty zostaną w Krakowie, Łukasz zapewne spodziewa się odwrotnego rozstrzygnięcia.Przy okazji tego piłkarskiego klasyku naszej ekstraklasy, postanowiłem zorganizować inny mecz, w którym zmierzyłby się zespoły reprezentujące dwóch innych odwiecznych konkurentów. Ale nie futbolowych, a komiksowych. Staną w nim w szranki dwie jedenastki wystawione przez Dana DiDio i Joe Quesadę – FC Marvel i DC United. Nie pokusiłbym się o wytypowanie wyniku, ale mogą przedstawić obie drużyny.

W zespole FC Marvel bramki zespołu strzegłby rozciągliwy jak guma i potrafiący sięgnąć dosłownie każdej piłki Reed Richards. Dzięki jego znakomitemu intelektowi świetnie dyrygowałby linią obrony, której filarem byłby jego przyjaciel z Fantastycznej Czwórki, Ben Grimm. Twardy, jak skała (dosłownie!) Thing byłby niezastąpiony na pozycji stopera. W parze z czarnoskórym Luke'm Cage'm, kolegą z New Avengers, tworzyliby zaporę nie do przejścia, prawdziwy mur, od którego odbijaliby się napastnicy drużyny przeciwnej. Ich ewentualne niedostatki w szybkości mógłby nadrabiać Quicksilver (obecnie pozbawiony niestety mocy), szybki jak błyskawica boczny obrońca. Pietro wyprawiałby się na drugą połowę i potrafiłby wrócić na swoją pozycję, zanim jeszcze przeciwnik wyprowadziłby kontratak. Warto w defensywie zarezerwować jeszcze miejsce dla Tony'ego Starka. Nawet, jeśli przepisy nie pozwolą mu wystąpić w zbroi Iron-Mana, sprawdziłby się na obecne nieco archaicznej pozycji libero. Jako piłkarz łączącej linię obrony z pomocą najlepiej mógłby spożytkować swoje walory.

Ustalanie składu FCM zaczynałoby się rzecz jasna od kapitana drużyny, czyli Steve'a Rogersa, byłego Kapitana Ameryki. Grający na pozycji rozgrywającego nadawałby ton linii środkowej i całemu zespołowi. Dzięki swojemu wieloletniemu doświadczeniu w dowodzeniu znakomicie wywiązywałby się z roli reżysera gry ofensywnej drużynie Marvela. Charyzmatyczny lider potrafiący pociągnąć za sobą kolegów z drużyny, kiedy na boisku niezbyt się układa, stanowi prawdziwy skarb. Tuż za jego plecami operowałby defensywny pomocnik, którego rolę odgrywałby Wolverine. Dzięki swojej żelaznej, czy wręcz adamantowej kondycji, byłby zawodnikiem nie do zdarcia, zgodnie z angielskim zwyczajem walczącym box to box. Ewentualne niedostatki wzrostu nadrabiałby zadziorność, nieustępliwością i ambicją. Dzięki swoim wyostrzonym zmysłom przewidywałby posunięcia przeciwnika i świetnie sprawdzałby się w odbiorze piłki. Poza tym, kto chciałby się na boisku spotkać z takim twardzielem, jak Logan? Na pozycji skrzydłowego szalałby Nova, reprezentant kosmicznej części uniwersum Marvela i nowy członek Secret Avengers. Zabójczo szybki, siałby popłoch w szykach obronnych przeciwnika swoimi rajdami, raz lewą, raz prawą stroną boiska. Linię pomocy uzupełniałby Hawkeye. Clint Barton byłby niezastąpiony przy stałych fragmentach gry dzięki swojej niezrównanej celności, a i jego finezyjna technika i waleczność na pewno przydałyby się na boisku.

W napadzie wysuniętego napastnika grałby Thor. Dzięki swoim warunkom fizycznym i nadludzkiej sile doskonale radziłby sobie w walce tyłem do bramki i w starciach z rosłymi defensorami drużyny przeciwnej. Wysoki, świetnie sprawdzałby się przy kornerach. No i nie można zapominać, że Bóg Piorunów to jeden z najpotężniejszych herosów Marvela, więc zawsze warto mieć takiego zawodnika w swojej drużynie. Spider-Man, jego partner w linii ofensywnej, to piłkarz o zupełnie innej charakterystyce. Sęp pola karnego, dzięki swojemu pajęczemu zmysłowi potrafiłby wyczuć nawet najmniejszy błąd rywala i skwapliwie go wykorzystać. Niezrównany drybler, wchodzący z głębi pola, umiejący kiwką minąć kilku obrońców i stworzyć zagrożenie pod bramką. A wraz z Hawkeye'm doskonale nadawałby się do dyskutowania z arbitrem przy okazji spornych sytuacji.

Skład DC Comics United w pewnej części będzie składał się z herosów dysponującymi analogicznymi umiejętnościami, co superpiłkarze z FC Marvel. I tak w bramce stanąłby mający podobne atuty, co lider Fantastycznej Czwórki, Plastic Man. Choć pozbawiony genialnego intelektu swojego vis-a-vis z Domu Pomysłów, z pewnością należałby do jednych z najbardziej nieprzewidywalnych i szalonych zawodników na boisku. Często tacy zawodnicy decydują o ostatecznym wyniku spotkania. Środek obrony trzymaliby wskrzeszony podczas "Brightest Day" Hawkman i Cyborg, były Tytan i obecnie członek JLA. Do znakomitych warunków fizycznych tego pierwszego dochodziłby znakomity przegląd pola z powietrza, natomiast Cyborgowi nie straszna byłaby żadna kontuzja, bo w razie urazu mógłby skorzystać ze swoich bionicznych zamienników. Boków obrony pilnowałby Booster Gold. Pomimo tego, że nie posiada żadnych nadzwyczajnych umiejętności, ani nie zachwyca warunkami fizycznymi, potrafiłby wyprzedzić każdego przeciwnika, dzięki swoim możliwościom podróży w czasie. Stawkę uzupełniałby Mister Miracle, znany z crossovera "Panika na Niebie", publikowanej w polskim "Supermanie". Przybysz z Nowej Genesis, potrafiłby rozszyfrować każdy atak i dobrać odpowiednie środki do jego odparcia.

Suwerenem środkowej linii boiska byłby Batman. Bo któżby inny lepiej od Bruce'a Wayne'a sprawdziłby się w roli organizującego grę ofensywną playmakera? Podobnie, jak w roli strażnika Gotham, tak i na boisku, Mroczny Rycerz miałby plan na każdą okazję i żadna z zagrywek drużyny przeciwnej nie mogłaby go zaskoczyć. Wypada mieć jedynie nadzieję, że dla dobra drużyny unikałby egoistycznej gry pod siebie. Nieco w jego cieniu znajdowałby się drugi środkowy pomocnik, Martian Manhunter, o ile tylko, jako Marsjanin dostałby wizę pozwalającą mu grać w zespole DCU. J'onn J'onz byłby dobrym duchem zespołu, harującym na całej długości boiska dla dobra swojej drużyny. Dzięki nadludzkiej sile, szybkości i wytrzymałości świetnie sprawdzałby się, zarówno w odbiorze, jak i w rozegraniu piłki. Na skrzydle z prędkością dźwięku zasuwałby któryś z Flashów, Barry Allen lub Wally West. Jego pojedynki toczone z Novą i Quicksilverem z pewnością byłyby ozdobą każdego meczu. Kwartet pomocników uzupełniałbym Green Arrow, który znowu odgrywałby analogiczną rolę do Hawkeye'a z Marvela. Strzelec wyborowy do bicia rzutów wolnych i kornerów, niewyparzona gęba do thrash talków z sędzią i zawodnikami z drugiej strony boiska.

Dodatkowym atutem Olliego byłaby jego wieloletnia przyjaźń z Halem Jordanem, pierwszym napastnikiem w zespole. Razem tworzyliby duet partnerów rozumiejący się bez słów, dogrywających piłkę z zamkniętymi oczami. Nawet bez swojego pierścienia mocy Hal na boisku błyszczałby nieszablonowymi i nieprzewidywalnymi akcjami i wyróżniałby się brakiem strachu by włożyć głowę tam, gdzie inny boją się użyć nogi. Oby tylko zawodnicy przeciwnej drużyny nie grali w żółtych koszulkach. Partnerem ziemskiego Green Lanterna byłby oczywiście Superman, którego atutów raczej nie trzeba wymieniać. Przybysz z Kryptonu byłby doskonałym zaprzeczeniem piłkarskiej prawdy, że mecz nie wygrywa pojedynczy zawodnik, a cała drużyna.

Kto według Was wyszedł zwycięsko z tego starcia? Ja w każdym razie kibicowałbym chłopakom Joe Quesady i chyba Łukasz też byłby za ekipą Marvela. Jak widać komiks może łączyć tych, których podzielił futbol…