Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joann Sfar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joann Sfar. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 stycznia 2016

#2035 - Sokrates półpies

W "Jaskini filozofów", dramacie Zbigniewa Herberta, Sokrates mówi: "jest w nas krew jasna i ciemna. Jasna obmywa nasze ciało i krzepi je. Określa kształt człowieka. Gromadzi się pod czaszką. Ciemna bije głęboko w piersi. Jest źródłem mętnych obrazów wróżbiarzy i poetów. Jeśli usłyszycie w sobie tętent, jest to głos ciemnego źródła. Kiedy dotrze do serca, nie ma ucieczki przed lękiem". Dla Sokratesa ciemne źródło, to cielesne pragnienia, głębokie, histeryczne emocje oraz namiętności. 

poniedziałek, 7 września 2015

#1947 - Kot rabina #6: Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną

Dwa lata temu opublikowałem listę dziesięciu najlepszych komiksów, jakie mi było dane przeczytać w 2013 roku. Na pierwszym miejscu wylądowało zbiorcze wydanie "Kota Rabina" Joanna Sfara. Nikt wówczas pewnie nie przypuszczał, że pierwszy i drugi nakład wyprzeda się na pniu. Dlatego Wydawnictwo Komiksowe poszło za ciosem i właśnie do księgarń trafiło trzecie wydanie, które można (należy!) zakupić wespół z pozycją "Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną". Ponieważ integral zawiera pięć tomów z przygodami algierskiego kota, a omawiana pozycja nosi na grzbiecie numer 6.

wtorek, 10 stycznia 2012

#944 - Mały wielki świat Joanna Sfara

Twórczość Joanna Sfara jest na wskroś dziecinna - wszystko może się w niej wydarzyć. W filmie opartym na motywach "Kota Rabina"" również dzieje się dużo, ale gdzieś ulatuje nastrój beztroskiej zabawy obecny w oryginale.

 

"Kot Rabina" wskoczył na duży ekran wprost z kart, znanego również w Polsce, komiksu Joanna Sfara. Niemała to odległość dla kota, nawet tak wygadanego jak ten, ale od czego ma swoje przysłowiowe cztery łapy? Bynajmniej nie po to, aby w pocie czoła rysować setki plansz, które złożą się na jego pełnometrażowy debiut. Od tego jest sztab animatorów, grafików i ilustratorów. Im właśnie zawdzięcza swój filmowy żywot. To również ich należałoby winić za ewentualne niepowodzenie. Kotu zawsze się upiecze, co innego człowiekowi. Może za wyjątkiem Joanna Sfara. Ten ma w sobie coś z kota - zawsze ląduje bezpiecznie w ramionach swoich słuchaczy. Tak pięknie potrafi opowiadać, że jego opowieści odrywają się od swojej pierwotnej formy i żyją w czytelniku jeszcze długie lata po tym, jak albumy pokryje gruba warstwa kurzu. Przy całym moim podziwie dla talentu Sfara przyznaję, że momentami bywa to nieco kłopotliwe. Szczególnie dla potencjalnego adaptatora. Wyzwaniem jest nadążyć za tempem opowieści Francuza. Jak się okazuje to problem również dla samego autora. Zakrawa to na ironię, biorąc pod uwagę tempo pracy Sfara, który rysuje niestrudzenie kolejne albumy, znajdując przy tym czas na kręcenie filmów, teledysków i nagrywanie płyt z muzyką klezmerską.

Ilość zwykle nie idzie w parze z jakością, ale nie w przypadku Sfara. Tacy jak on tworzą w pośpiechu, który bierze się z uczucia nienasycenia, bo zanim jedna opowieść dobiegnie końca, na horyzoncie już rysuje się kolejna. Łączą się one w nieprzerwany łańcuch narracji i dopiero wespół tworzą kompletne dzieło. Każda z osobna doprasza się obecności pozostałych. Nie przypadkowo "Klezmerzy" i "Kot Rabina" kończą się wzmianką o nadchodzącej kontynuacji przygód bohaterów. Muszą oni powrócić, aby narracja mogła toczyć się dalej. W filmie Rabin i jego kot porzucają życie w mieście i wyruszają w podróż w głąb Afryki z nadzieją na odkrycie miasta zamieszkanego przez czarnoskórych Żydów. Łatwo się jednak zorientować, że to tylko pretekst, aby oderwać się od codzienności i zakosztować przygody. Co zaskakujące to fakt, że zakochany w tradycji autor przemawia tu ustami postmodernisty – dla niego liczy się sama idea podróżowania, cel jest nieistotny póki bohaterowie poruszają się naprzód. W końcu jednak przyjdzie kres tych wojaży i bohaterowie powrócą do porzuconej narracji. Ciągłość zostanie zachowana.

Sprytny wybieg, ale nie przyniósł spodziewanych korzyści. Rama fabularna, jaką Sfar wykorzystał, sprawia, że opowiadana historia gubi swoją lekkość i czar. Blaknie i staje się zwyczajną anegdotą. Marzy mi się serial na motywach "Kota Rabina", lub "Klezmerów", bo twórczość Sfara jest idealnie skrojona pod telewizję. Uniwersum, które stworzył jest maleńkie, ale przebogate. W filmie za całą wieczność musi starczyć ledwie półtorej godziny, a to dla autora "Małego świata Golema" zdecydowanie za mało.


"Kot Rabina" ma w sobie wiele uroku. Nie sposób nie polubić tego wygadanego kocura i całej galerii ekscentrycznych postaci, które Sfar powołał do życia – oszalałego Rosjanin wywijający na przemian szablą i butelką, świeżo zmartwychwstałego malarza o twarzy Chagalla, czy zidiociałego dziennikarza z Belgii, podróżującego ze swoim śnieżnobiałym psem (choć jego akurat wymyślił ktoś inny). Każdy z nich wywołuje radosny śmiech, pomieszany ze współczuciem, a nawet coś na kształt podziwu. To pełnokrwiści bohaterowie i każdy z nich mógłby być bohaterem osobnego filmu. Przykro patrzeć jak tłoczą się na pace ciężarówki przecinającej piaski Afryki.

To, co najbardziej uwodzi w tym filmie to opowieść - można się w niej zasłuchać do nieprzytomności. Dla samej przyjemności słuchania warto obejrzeć "Kota Rabina". Konstrukcja tego paradoksu jest jednak zbyt krucha, aby wynagrodzić idące za tym nieprzyjemności.

"Kota Rabina" ("Le Chat du rabbin") Joann Sfar wyreżyserował wespół z Antoine'em Delesvaux. Film nie doczekał się jeszcze polskiej premiery. Można go za to było zobaczyć na festiwalach "Etiuda&Anima" w Krakowie i "Ale Kino" w Poznaniu. Fabuła opiera się na trzech tomach z serii o przygodach gadatliwego kota – "Bar Micwie", "Malce lwim królu" oraz "Afrykańskim Jeruzalem". Ten ostatni nie został (jeszcze) wydany w polskim tłumaczeniu.

niedziela, 28 czerwca 2009

#192 - Mały Świat Golema

Na kartach „Małego świata Golema” jego autor Joann Sfar, chyba jeden z najpłodniejszych i najwybitniejszych obecnie komiksowych twórców, zaprasza czytelnika na opowieść wraz z bohaterami znanymi z innych jego dzieł. W tym nietypowym crossoverze wezmą udział między innymi dwaj spryciarze - elegancki Michel Douffon i zgryźliwy Vincent Ehrenstein, nie mogący się zdecydować, w którą stronę wyruszyć Drzewiec, komisarz wileńskiej policji nazywany złośliwie Humpty`m Dumpty`m, melancholijny wampir Fernand oraz piękna Mandragora.

Niestety, polski czytelnik nie miał jeszcze okazji zapoznać się z tymi postaciami, występującymi na łamach swoich własnych tytułów i serii. W„Małym świecie Golema” cały ten konglomerat został bardzo udanie połączony w jedną, spójną i frapującą całość, co znamionuje komiksowy kunszt Sfara, znanego z „Kota Rabina” (wydawanego nakładem Postu) i „Klezmerów” (niedawno opublikowanych przez Kulturę Gniewu). Francuski artysta żydowskiego pochodzenia w swoim komiksie łączy krótkie nowelki z bohaterami w nich występującymi delikatną nicią głównego wątku, tworząc nastrojową opowieść. Pełną humoru, napisaną i narysowaną lekkim piórem, ciepłą, ironiczną, ale jednocześnie mądrą. W swoich pracach Sfar bardzo często dotyka tradycji żydowskiej i „Golem” od tej reguły nie jest wyjątkiem. Ja mogę się tylko domyślać znaczenia i wymowy tu i ówdzie pozostawianych przez autora śladów, bo nie jestem specjalista w tej dziadzienie, przez co moja lektura nie może być pełna.

Pod względem wizualnym komiks prezentuje się bardzo dobrze. Sfar narysował „Mały świat Golema” urokliwą i skromną czarno-białą kreską, adekwatną do swobodnie prowadzonej historii. Chwilami lirycznej i spokojnej, a chwilami bardzo ekspresyjnej, albo i nawet ekspresjonistycznej.

Mroja Press chwali się wysoką jakością edytorską swoich komiksów i rzeczywiście, trudno coś zarzucić „Małemu światu Golema” pod tym względem. Odpowiednio utwardzona okładka ze skrzydełkami, dobrej jakości, gruby papier, oryginalne liternictwo i świetne tłumaczenie. Co więcej, ciekawym pomysłem jest wydanie komiksu w wersji „czystej”, to jest pozbawionej czegokolwiek, co nie należy do dzieła. Na skrzydełkach nie znajdziemy biogramu twórcy, na tylnej stronie okładki nie ma krótkiego streszczenia utworu i wyliczanki patronów medialnych.

Nie wahałbym się nazwać „Małego świata Golema” komiksem z licznymi elementami poetyki postmodernistycznej, gdyby nie to, że obdarzając go takim określeniem wyrządzę prędzej więcej szkody niż pożytku. Nie chcę obciążać go brzemieniem utworu wydziwionego i niezrozumiałego, bo przecież „Golemowi” bardzo od tego daleko. Ale da się dostrzec w komiksie kilka cech charakterystycznych dla tradycji ponowoczesnej, z których korzysta Sfar. W same założenia jego komiksu wpisana jest nieoryginalność, bowiem autor swobodnie korzysta ze swoich poprzednich utworów. Podkreślona została jego umowność jako utworu literackiego (strona 29 i przerwanie ciągłości narracji), a samego komiksu nie można traktować jako utworu koherentnego, spójnego (w 1894 roku nie mógł istnieć taki samochód, jakim poruszają się Michel i Vincent). Wreszcie „Golem” wyrasta z lokalnego i indywidualistycznego doświadczenia swojego autora, które nijak ma się do wartości powszechnie uznawanych za uniwersalne i powszechne, choć ten argument chyba najłatwiej obalić.

„Mały świat Golema” jest dobrą, a może nawet bardzo dobrą pozycją w dorobku wybitnego i płodnego twórcy, ale nie prezentuje klasy choć zbliżonej do „Kota Rabina”. Słowem – nie jest to wybitny komiks.