piątek, 27 stycznia 2012

#956 - 4000 znaków... Krakowski Festiwal Komiksu, akt pierwszy

Pierwszy Krakowski Festiwal Komiksu był i odbył  się. Kropka. Żadnych docinków na fejsie nie odnotowano. Zabrakło blogowych przepychanek z anonimami, fanowskich fotorelacji na serwisach, wszędobylskiego w komiksowie krytykanctwa. Choć  od imprezy minął już dobry miesiąc, to w komiksowych mediach i okolicach panuje cisza, jak makiem zasiał.  

Troszkę mnie to zdziwiło, bo w wielu miejscach Małopolskie Studio Komiksu mocno wystawiło się na krytykę i szukający dziury w całym mieliby niezłe używanie. Ja czuje się zobowiązany napisać kilka słów, bo w festiwalowy weekend stawiłem się w bibliotece na Rajskiej, żądny komiksowych atrakcji. Poza tym warto poświęcić kilka akapitów Michałowi Jankowskiemu i wszystkim, którzy w organizację KaFKi włożyli niemało przecież wysiłku.  

Przede wszystkim szumne określanie raczkującej, lokalnej imprezki Festiwalem to semantyczne nadużycie i nie widzę tu żadnej potrzeby wydłużania sobie siuraka. Wiem, że krakowskie powietrze robi dobrze na ego, ale znajmy proporcję – festiwal to mamy póki co w Łodzi, a grodowi Kraka daleko jeszcze do Poznania, Warszawy czy Gdańsku. Dobrze, że mamy jakieś podstawy – cieszy, że władze biblioteki łaskawym okiem spoglądają na komiksową inicjatywę i zapewniają odpowiednie warunki do integrowania i działania krakowskiego towarzystwa komiksowego. Ale KaFce daleko jeszcze do miana festiwalu, ponieważ na imprezie nie było niczego, co mogłoby przyciągnąć publiczność większą, niż taka, która niejako z fanowskiego obowiązku stawia się karnie na każdym tego typu evencie. Przy okazji opolskiej „Operacji komiks” pojawiły się opinie, że nawet dla kilku osób warto organizować komiksowe atrakcje. Nie mogę się z tym zgodzić – robienie konwentów to nie sztuka dla sztuki. Szczególnie w czasach, kiedy organizatorzy lokalnych spotkań stają na głowie i wpadają na naprawdę oryginalne pomysły (multimedialny Komiksofon we Wrocławiu, przesłuchania podejrzanych o zabójstwa polskiego komiksu w Katowicach), aby przyciągnąć jak największą publiczność. Duże festiwale przyciągają duże audytorium dużymi nazwiskami, więc podejście „hej, zróbmy sobie konwent!” niezbyt mnie przekonuje. 

Jeśli Michał  Jankowski chciał sprawdzić czy wystawą zakurzonych prac Dagmary Matuszek, spotkaniem z Rafałem Szłapą, Łukaszem Okólskim czy Wojciechem Birkiem w roli main eventu przyciągnie na Rajską tłumy, to już powinien wiedzieć, że to niemożliwe. Rozumiem, że impreza była dopinana na kilka dni przed jej rozpoczęciem, ale mnie, jako hipotetycznego uczestnika, niewiele to obchodzi. Chcę fajnych, pomysłowych spotkań, prowadzących potrafiących wyciskać ostatnie soki z zaproszonych gości, giełdy z atrakcyjnymi cenami (akurat pod tym względem nie można było narzekać, bo Fankomiks naprawdę miał solidną ofertę) i wystaw nie będących zbiorem przypadkowo zebranych plansz. Z ciekawości poszedłem na Birka, ale spotkanie zostało brutalnie zarżnięte przez prowadzącego, który pozwolił rozwodzić się tłumaczowi „Thorgala” nad meandrami przygotowań metodologii do definiowania pojęcia „komiks” (z kolorowymi tabelkami i pełną bibliografią – serio, serio!) w swojej pracy doktorskiej. Birek potrafi ciekawie opowiadać o komiksie, a akademickie podejście nie musi być nudne, ale mielenie w nieskończoność istoty komiksowości jest zwyczajnie nudne. Do cholery, trzeba było zaprosić story-artowców z „Ha!artu” i na pewno byłoby ciekawiej! Żałuję również, że zamiast cmokać na „Corto” nikomu nie chciało się przycisnąć Andrzeja Rabendy i pociągnąć Post za język w kilku kwestiach.
To oczywiście tylko moje subiektywne wrażenia, ale jeśli mierzyć sukces imprezy ilością rozplotkowanych osób na papierosku, a więc jednym z najważniejszych konwentowych wskaźników, to KaFKa wypada bardzo blado. W bibliotece nie było ruchu, panowała wręcz grobowa atmosfera, wszyscy sennie snuli się po giełdzie/wystawie/sali konferencyjnej jakoś tak bez przekonania. I to jest mój największy zarzut wobec festiwalu – brakowało w nim komiksowej zajawki, energii, którą w tych ciężkich czasach ładuje się akumulatory będąc w Łodzi czy Warszawie. 

Rozumiem, że pierwsza edycja Krakowskiego Festiwalu Komiksowego była przetarciem przed kolejnymi, niezbędnym, aby zebrać doświadczenia, które w niedalekiej przyszłości mają procentować, ale MSK w tym roku po prostu za bardzo się pośpieszyło. Miałem takie niemiłe uczucie, że zrobiono tę imprezę tylko po to, żeby odhaczyć kolejny zrealizowany projekt. To zarzut, który zresztą tyczy się większości działań Studia. Oprócz tego, że siłami wydawców i darczyńców potrafiła przygotować dość zasobny księgozbiór, niewiele potrafi zaproponować komiksowemu czytelnikowi z Krakowa. Z chęcią odszczekam te słowa za rok, kiedy pojawię się na drugim Komiksowym Krakowie, zwabiony naprawdę ciekawymi punktami programu, interesującymi gośćmi i pomysłowymi wystawami. I oby tak właśnie się stało.

9 komentarzy:

Daniel Gizicki pisze...

hmm, miałem się wybrać ale jakoś w tym samym czasie mieliśmy "Dniówkę" w Gliwicach i potem musiałem po tym odpocząć. Czyli w sumie dobrze, że do Kraka nie pojechałem, bo poza spotkaniami ze znajomymi na papierosku mało atrakcji.
btw "Poznania, Warszawy czy Gdańsku" Donaldu Tusku?

Kimonek pisze...

;) byłem, widziałem i podpisze się pod Twoimi słowami ;>

Sebastian Frąckiewicz pisze...

A nie mogłeś kolegom z Krakowa podpowiedzieć, żeby zrobić spotkanie z Ha!Artem? Bo rozumiem, że organizatorów znasz??

Anonimowy pisze...

jakiś konkretny powód, dla którego czekał miesiąc żeby się przypierdolić?

Kuba Oleksak pisze...

@Seba

Organizatorów jakoś tam poznałem na dwa tygodnie przed imprezą. Trudno powiedzieć, że ich znam i raczej nie kwapiłem się się z pouczaniem zróbcie tao zróbcie tamto bo nie wiadomo jeszcze do końca wtedy było co z tej kafffki wyjdzie. Ale teraz mówiem!

@Anon
Nie, nie było konkretnego powodu.

6pancerny pisze...

Nie byłem, ale z ciekawością przeczytałem relację z imprezy, krytyczną ale równocześnie rzeczową. Istotnie słowo "festiwal" w nazwie jest pewnego rodzaju nadymaniem się, cóż można by skromniej. Tym bardziej że Kraków lata temu organizował całkiem spore, ciekawe i wypełnione atrakcjami imprezy. Wiem, gdyż uczestniczyłem w nich z dużą przyjemnością, a goście na nie zjeżdżali z całej Polski, a bywało że i z zagranicy. Tradycje są, fajnie że coś się zaczęło znowu dziać i trzymam kciuki żeby to "coś" rozwinęło się w cykliczną imprezę.

Anonimowy pisze...

Impreza była mała. Nazwa "Festiwal" owszem zdecydowanie na wyrost, ale to jeszcze nie powód, żeby w chamski sposób dosrywać ludziom, z których co najmniej kilku znasz a innych mógłbyś, gdybyś nie miał jakichś swoich wewnętrznych oporów (nieśmiałość? Kompleksy?) bez trudu poznać.

Jakież to banalne i typowo polskie; "jeżdżę lepiej od Kubicy", "Wiem, co powinien zrobić Małysz - dopracować telemark"; "Zrobiłbym lepiej tą imprezę - zaprosił redakcję HA!Artu" bla bla

Wybździć taki tekst w piątkowe popołudnie jest dużo prościej niż przyłączyć się do któregokolwiek z organizowanych w twojej okolicy komiksowych inicjatyw. Ale tu trzeba byłoby się wysilić i ruszyć tyłek. Po co, skoro łatwiej być "kanapowym" działaczem i kopać innych. Zawsze można powiedzieć, że wiedziało się lepiej, tak bezpieczniej, bo w ten sposób łatwiej odgrywać role wyroczni. To obrzydliwe

Kuba Oleksak pisze...

Taaa, klasyczny anonim. Lubiem takich. Retoryka, imputowanie, wyzywanie od "polskości" i złośliwości i klasycznym argumentem - nie podoba się, zrób lepiej. O, i jeszcze wzorowe wyciąganie "kompleksików", hiihii. Nie klasyczny, ale wzorowy anonim.

Ale serio - myślicie, że ktoś takie wypowiedzi traktuje na poważnie?

Tak się składa, że Michała Jankowskiego poznałem i kilka osób, które się wokół niego kręcą. Nie wszystkich, bo nie ze wszystkimi chce się poznać.

Prawem Michała jest robienie festiwalu tak, jak on chce. Moim prawem, jako publicysty i uczestnika jest krytykowanie i marudzenie. Jak chciał się przekonać na własnej skórze, że spotkanie w takiej formule z Birkiem to porażka, niech tak robi. Ja powiedziałem mu to prosto w twarz. Powiedziałem też kilka innych rzeczy. Zaproponowałem chęć współpracy. Co miałem jeszcze więcej zrobić?

Zresztą na Boga - odwróćmy to pytanie. Czemu np. Jankowski nie zwrócił się do kogś kto mógłby mu służyć mądrą radę, tylko robił, tak ja on chce? Może dlatego, że tak właśnie, a nie inaczej, chciał? Czemu nie zdał się na Repka np, który ma bardzo duże doświadczenie w konwentowaniu

(i właściwie nie powinien na taki wpis reagować - całkiem uzasadnione byłoby anionimie spierdalaj)

godai pisze...

Fak je, bo jak kogoś znasz, to masz głaskać, a nie ganić.

A jak głaskasz znajomego, to jest kółko miziania pytkami po szyjka, bo Zosie nie wiedzą, co w końcu same chcą :D