Pierwszy Krakowski Festiwal Komiksu był i odbył się. Kropka. Żadnych docinków na fejsie nie odnotowano. Zabrakło blogowych przepychanek z anonimami, fanowskich fotorelacji na serwisach, wszędobylskiego w komiksowie krytykanctwa. Choć od imprezy minął już dobry miesiąc, to w komiksowych mediach i okolicach panuje cisza, jak makiem zasiał.
Troszkę mnie to zdziwiło, bo w wielu miejscach Małopolskie Studio Komiksu mocno wystawiło się na krytykę i szukający dziury w całym mieliby niezłe używanie. Ja czuje się zobowiązany napisać kilka słów, bo w festiwalowy weekend stawiłem się w bibliotece na Rajskiej, żądny komiksowych atrakcji. Poza tym warto poświęcić kilka akapitów Michałowi Jankowskiemu i wszystkim, którzy w organizację KaFKi włożyli niemało przecież wysiłku.
Przede wszystkim szumne określanie raczkującej, lokalnej imprezki Festiwalem to semantyczne nadużycie i nie widzę tu żadnej potrzeby wydłużania sobie siuraka. Wiem, że krakowskie powietrze robi dobrze na ego, ale znajmy proporcję – festiwal to mamy póki co w Łodzi, a grodowi Kraka daleko jeszcze do Poznania, Warszawy czy Gdańsku. Dobrze, że mamy jakieś podstawy – cieszy, że władze biblioteki łaskawym okiem spoglądają na komiksową inicjatywę i zapewniają odpowiednie warunki do integrowania i działania krakowskiego towarzystwa komiksowego. Ale KaFce daleko jeszcze do miana festiwalu, ponieważ na imprezie nie było niczego, co mogłoby przyciągnąć publiczność większą, niż taka, która niejako z fanowskiego obowiązku stawia się karnie na każdym tego typu evencie. Przy okazji opolskiej „Operacji komiks” pojawiły się opinie, że nawet dla kilku osób warto organizować komiksowe atrakcje. Nie mogę się z tym zgodzić – robienie konwentów to nie sztuka dla sztuki. Szczególnie w czasach, kiedy organizatorzy lokalnych spotkań stają na głowie i wpadają na naprawdę oryginalne pomysły (multimedialny Komiksofon we Wrocławiu, przesłuchania podejrzanych o zabójstwa polskiego komiksu w Katowicach), aby przyciągnąć jak największą publiczność. Duże festiwale przyciągają duże audytorium dużymi nazwiskami, więc podejście „hej, zróbmy sobie konwent!” niezbyt mnie przekonuje.
Jeśli Michał Jankowski chciał sprawdzić czy wystawą zakurzonych prac Dagmary Matuszek, spotkaniem z Rafałem Szłapą, Łukaszem Okólskim czy Wojciechem Birkiem w roli main eventu przyciągnie na Rajską tłumy, to już powinien wiedzieć, że to niemożliwe. Rozumiem, że impreza była dopinana na kilka dni przed jej rozpoczęciem, ale mnie, jako hipotetycznego uczestnika, niewiele to obchodzi. Chcę fajnych, pomysłowych spotkań, prowadzących potrafiących wyciskać ostatnie soki z zaproszonych gości, giełdy z atrakcyjnymi cenami (akurat pod tym względem nie można było narzekać, bo Fankomiks naprawdę miał solidną ofertę) i wystaw nie będących zbiorem przypadkowo zebranych plansz. Z ciekawości poszedłem na Birka, ale spotkanie zostało brutalnie zarżnięte przez prowadzącego, który pozwolił rozwodzić się tłumaczowi „Thorgala” nad meandrami przygotowań metodologii do definiowania pojęcia „komiks” (z kolorowymi tabelkami i pełną bibliografią – serio, serio!) w swojej pracy doktorskiej. Birek potrafi ciekawie opowiadać o komiksie, a akademickie podejście nie musi być nudne, ale mielenie w nieskończoność istoty komiksowości jest zwyczajnie nudne. Do cholery, trzeba było zaprosić story-artowców z „Ha!artu” i na pewno byłoby ciekawiej! Żałuję również, że zamiast cmokać na „Corto” nikomu nie chciało się przycisnąć Andrzeja Rabendy i pociągnąć Post za język w kilku kwestiach.
To oczywiście tylko moje subiektywne wrażenia, ale jeśli mierzyć sukces imprezy ilością rozplotkowanych osób na papierosku, a więc jednym z najważniejszych konwentowych wskaźników, to KaFKa wypada bardzo blado. W bibliotece nie było ruchu, panowała wręcz grobowa atmosfera, wszyscy sennie snuli się po giełdzie/wystawie/sali konferencyjnej jakoś tak bez przekonania. I to jest mój największy zarzut wobec festiwalu – brakowało w nim komiksowej zajawki, energii, którą w tych ciężkich czasach ładuje się akumulatory będąc w Łodzi czy Warszawie.
Rozumiem, że pierwsza edycja Krakowskiego Festiwalu Komiksowego była przetarciem przed kolejnymi, niezbędnym, aby zebrać doświadczenia, które w niedalekiej przyszłości mają procentować, ale MSK w tym roku po prostu za bardzo się pośpieszyło. Miałem takie niemiłe uczucie, że zrobiono tę imprezę tylko po to, żeby odhaczyć kolejny zrealizowany projekt. To zarzut, który zresztą tyczy się większości działań Studia. Oprócz tego, że siłami wydawców i darczyńców potrafiła przygotować dość zasobny księgozbiór, niewiele potrafi zaproponować komiksowemu czytelnikowi z Krakowa. Z chęcią odszczekam te słowa za rok, kiedy pojawię się na drugim Komiksowym Krakowie, zwabiony naprawdę ciekawymi punktami programu, interesującymi gośćmi i pomysłowymi wystawami. I oby tak właśnie się stało.