piątek, 30 grudnia 2011

#933 - Rok 2011 okiem twórców (część druga)

Maciej Pałka (niestrudzony animator lokalnego i globalnego środowiska komiksowego, twórca, redaktor, krytyk): zauważyłem, że w Waszych dorocznych podsumowaniach, w których biorę udział po raz trzeci, zawsze patrzę z nadzieją w przyszłość. Miło mi stwierdzić, że nie pomyliłem się w ocenie stanu polskiego komiksu. Co więcej, błądziłem tylko i wyłącznie w temacie wypalenia się zinów. Owszem, wczorajsze „cudowne dzieci” się wyprztykały i spoczęły na laurach, ale oto już nadchodzi kolejne pokolenie. Wysyp (świetnych!) zinów podczas MFK był dla wielu osób pozytywnym szokiem. Dla mnie też. Tak więc, tradycyjnie, z optymizmem stwierdzę: jest super! Polski komiks żyje i ma się coraz lepiej.

Mimo zauważalnej zwyżki formy artystycznej, rok 2011 ma wielkie szanse, aby w historii zapisać się, jako rok żenady. Przyczyną tego są działania niezwiązane bezpośrednio z tworzeniem, ale z atmosferą wokół komiksu i jego postrzeganie. Zaczęło się od Afery Szopenowskiej, która gdy już ucichła w mediach, dała wodę na młyn wielu marudom w komiksowie. Być może, utrącono jakiś medal od jednego ministra, ale za to drugi minister w tym czasie wykładał kasę na kolejny komiks. Akurat w apogeum Szopęgejt realizowałem projekt dla katowickiej „GW”. Ani razu nie usłyszałem choćby cienia aluzji do tej sprawy. Z mojej perspektywy, zwalanie winy za wszystkie komiksowe niepowodzenia na ten nieszczęsny cweloholokaust jest więc nadużyciem.

Po Szopenie posypały się kolejne przepychanki do koryta, petycje, listy do ministra od Rejtanów obrażonych za nieobecność w Tokio i jakieś smuteczki post-itowe. Wszystko to przy znaczącym milczeniu Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego, które jawi się jako twór okaleczony. Wykastrowany, pozbawiony języka i na domiar wszystkiego wbity na pal. Nawet już nie podryguje, a tylko wali ścierwem. Efektem jest ostateczne obnażenie ściemy pod nazwą „solidarność polskiego środowiska komiksowego”. Gdy chciałem dołączyć do PSK, ktoś mądry powiedział mi: „po co się w to angażować, skoro cała zabawa skończy się na rogatkach Warszawy”? Okazuje się, że milcząca większość wiedziała swoje i obrodziło inicjatywami lokalnymi: na Śląsku, w Krakowie, w Poznaniu czy w końcu w Lublinie. A każde środowisko wczepia się pazurami w funkcję reprezentowania polskiego komiksu na swoim podwórku. Totalna decentralizacja, patrzenie na czubek nosa i olewanie ciepłym moczem idei wspólnej walki o dobry los polskiego komiksiarza. Co śmieszniejsze, w tym szaleństwie jest metoda! To działa! Komiksowa mapa Polski powiększa się z każdym dniem. Oto kraina pełna udzielnych księstewek, zwaśniona, połączona siecią intryg – polskie komiksowo! Oto kraina obdarowana bogactwem różnorodności, pełna pracowitych pasjonatów kultywujących etos wolontariatu – polskie komiksowo!

Osobiście, rok 2011 będę wspominał bardzo miło. W ubiegłym roku narzekałem, że „jako artysta czuję się doceniony, ale nadal nie jestem dopieszczony, jako twórca”. Wydawało mi się, że stanąłem pod ścianą i swoją metodą pracy osiągnąłem już wszystko, co było do ugrania w polskim komiksowie. Perspektywa kolejnej dekady żmudnego doskonalenia się po godzinach. Co rok-dwa nowa (oby lepsza) książka, raz w roku dowartościowanie się podczas MFK i rosnąca frustracja wiecznej trzeciej ligi. Rok temu nie spodziewałem się, że 2011 będzie przełomem. Zacząłem od prestiżowego projektu komiksowego wydania „Gazety Wyborczej” dla Katowic starających się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, a kończę inauguracją działalności „Domu Słów – Pracowni Komiksu” w Lublinie. A to dopiero początek, co aż mnie nieco tremuje.

W ubiegłorocznym podsumowaniu obiecałem, że za rok wrócę też do tematu „Ziniola”. Udało się – „Ziniol” nie umarł, ale umocnił się jako marka. W sieci magazyn radzi sobie dobrze dzięki codziennej mozolnej pracy Dominika Szcześniaka. Ja pomogłem nieco w lokalnym wyjściu do ludzi - poza internet. Współorganizowaliśmy „Lubelskie Spotkania z Komiksem”, nawiązaliśmy współpracę z „Tekturą”, supportowaliśmy poetycki slam, zaprosiliśmy do Lublina Kasię Szaulińską i Sexy Armpit. Włączyliśmy się w działania związane z Nocą Kultury, Miastem Poezji i staraniem się Lublina o tytuł ESK. Udało nam się zrobić dwie akcje billboardowe – za drugą otrzymaliśmy nagrodę Ministra Spraw Zagranicznych. W międzyczasie był wykład na KUL`u. Zrobiliśmy przymiarkę do powrotu na papier, czego efektem jest antologia „The Best Off The Ziniols”. Symbolicznie żegnaliśmy się z xero (wydając specjalny 51 numer), aby 13 grudnia wrócić do tej formy oddając hołd twórcom niezależnej prasy drukowanej na powielaczach. „Dom Słów – Pracownia Komiksu” to w dużym stopniu efekt naszych lat w wolontariacie, dążenia do profesjonalizmu i zachowania szczerości w twórczości. Na pewno w przyszłym roku skoncentrujemy się jeszcze bardziej na działalności lokalnej, ale postaramy się o nieco większy rozmach. Plany mamy spore – chociaż ciągle liczymy siły na zamiary. Do tematu wrócimy dokładnie za rok.

Zresztą, wszystko się może zdarzyć. Trzymajcie kciuki.


Wojciech Stefaniec (któremu wreszcie udało się ukończyć „Szelki”): ten rok był świetny. Przede wszystkim dla polskiego komiksu.

Wielkie brawa dla twórców! Nie przypominam sobie, aby jednego roku powstało tyle świetnych komiksów, ile w mijającym. Ukazały się tak genialne komiksy jak „Rewolucje”, „Czasem”, „Tymczasem”, nowy „Diefenbach” i wiele innych. Brawa dla promotorów, którzy w 2011 roku z zapałem promowali komiks w mediach. Brawa dla wydawców. Stanęli na wysokości zadania, dając nam do ręki doskonale przygotowane albumy. Podziękowania należą się również czytelnikom, za to, że nie przechodzą obok polskiego komiksu obojętnie

Porzucając ton patriotyczny musze powiedzieć, że ten rok był dla mnie bardzo pracowity, emocjonujący, stresujący i rozczarowujący. Pracowity, gdyż musiałem w tym roku skończyć komiks, nad którym pracowałem około sześciu lat. Deadline to w sumie dobra rzecz. Mobilizuje i każe skończyć coś, co można robić w nieskończoność. Oprócz tego zajmowałem się innymi rzeczami. Emocjonujący, ponieważ nasze festiwale komiksowe są świetne. Czy ktoś policzył ile na taki mały, polski rynek komisowy przypada imprez? Dużo. I fajnie. Stresujący, gdyż twórczość musi mieszać się z rzeczywistością. Trzeba pracować, ponieważ z samego tworzenia komiksu pieniędzy nie ma. Trzeba godzić obowiązki życia wśród ludzi, ich zasad, zamiast robić albumy komiksowe. To jest trudne. A dla twórcy załamujące. Rozczarowujący przez kilka osób, ale nad tym nie będę się rozwodził.

Ten rok był świetny. Podsumowując, lepszy od poprzedniego. I o to chodzi. Z szacunkiem go pożegnam.



Marcin Podolec (kolejny komiksowy talent czystej wody, do którego należy tegoroczny rekord w szybkości ukończenia albumu): rok 2011 dla mnie to współpraca z Grzegorzem Januszem ukoronowana „Czasem”, „Urobkiem”, jednoplanszówkami „Uroboros” i „Miłosz”. W planach są kolejne projekty. Obecnie adaptuję scenariusz Grzegorza na potrzeby filmu animowanego, który swoją premierę będzie miał w październiku 2012 roku. Na moim blogu możecie śledzić pierwsze tła, niedługo pojawią się kolejne wycinki. Jakoś w okolicach maja usiadłem na poważnie do „Czasem”, dzięki czemu udało się zamknąć rysowanie albumu na przełomie lipca i sierpnia. Traktuję to jako trzymiesięczną podróż, nieobecność, choć w międzyczasie przyszło mi zdać sesję i kolejny raz wpakować nogę do gipsu, przy czym ostatnia kontuzja okazała się kontuzją ostateczną – nie mogę już grywać w kosza. Premiera „Czasem”, odbiór albumu, recenzje – wszystko wypadło wzruszająco pomyślnie. Bardzo się cieszę, że na nasze spotkanie autorskie przyszło 50 osób. Moment, kiedy komiks (a za nim twórca) wychodzi do ludzi jest zawsze bardzo emocjonujący.

Ciężko oceniać mi sytuację w środowisku – jakiś czas temu postanowiłem trzymać się z dala od dyskusji, które odbierają mi energię do zajmowania się komiksami. Uważam, że w tym roku zrobiliśmy w Polsce kilka naprawdę, naprawdę wartościowych rzeczy. Z tego, co widzę, przyszły rok również zapowiada się interesująco, jeśli chodzi o naszą scenę. Wciąż lubię identyfikować się ze światem komiksiarzy, a tegoroczne konwenty wspominam, jako bardzo udane, szczególnie ten w Łodzi, gdzie mieszkam od roku. No właśnie, 2011 rok to dla mnie faktyczna przeprowadzka z mieściny do dużego miasta. Studia: kilogramy obejrzanych obrazów i filmów, mocne poszerzenie horyzontów.

W styczniu zawiązaliśmy projekt kolec-lagu, lecz w grudniu skład (nie projekt) rozpadł się. Od czerwca nie mam już -nastu lat i myślę, że to był właśnie rok pewnego przejścia, przyspieszonego dorastania, jako twórcy. Przewartościowałem sobie to, czym jest dla mnie bycie rysownikiem. W ciągu ostatnich 12 miesięcy dostałem więcej, niż sobie zamarzyłem i naprawdę nie mam pojęcia, co stanie się w 2012 roku.

Choć pewne plany, oczywiście, są.


Piotrek Nowacki (jeden z redaktorów naczelnych „Kartonu”, który w komiksowie jest od zawsze): 2011 był dla mnie kolejnym udanym komiksowo rokiem, choć pojawił się również smutny akcent. Mam tu na myśli zamknięcie „Kartonu” po siedmiu numerach (o ile siódemka się ukazała - kiedy piszę te słowa raczej nie została jeszcze wydrukowana). Tłumaczyliśmy już powód takiego stanu rzeczy, więc nie będę się powtarzał. Szkoda, bo miałem nadzieję, że będzie to magazyn funkcjonujący na rynku ładnych parę lat.

Cieszę się jednak, że pod szyldem „Kartonu” udało mi się wypuścić mój autorski zeszycik „Moe”. Rozesłałem go kilku zagranicznych recenzentom specjalizujących się w tzw. mini komiksach i zebrał same dobre oceny, co oczywiście bardzo mnie cieszy. Nic jednak nie zastąpi mi radości, jaką odczuwam, kiedy widzę jak dużo frajdy ta moja komiksowa krotochwila, daje mojemu niespełna dwuletniemu synkowi. Uwielbia oglądać ze mną perypetie Moe i zdrowo zaśmiewa się kiedy np. osa robi pieskowi w łapę „kłuj, kłuj”. Choćby dla niego warto było narysować i wydać ten komiks.

W czerwcu udało mi się załapać do reprezentacji polskich komiksiarzy, którzy byli gośćmi festiwalu komiksowego w Strasburgu. Fajną relację z wyprawy napisał Marek Turek - http://turucorp.blogspot.com/2011/06/strasbulles-2011.html. Tam również „Moe” cieszył się wzięciem głównie wśród młodszej części odwiedzających nasze stoisko.

W tym roku pracowałem również nad pełnometrażowym albumem do scenariusza Bartka Sztybora. Kilka dni temu narysowałem ostatnią planszę. Teraz komiks jest na warsztacie kolorystki i mam nadzieję, że w 2012 uda się nam go wydać. Nie chcę w tym momencie za dużo zdradzać. Dodam tylko, że jest to historia bez słów. Mam również nadzieję, że w przyszłym roku uda mi się skończyć również inny pełnometrażowy projekt, jakim jest historyjka roboczo zatytułowana „Ti i Miki”. Jest to raczej rzecz dla młodszego czytelnika. Za scenariusz odpowiada Dominik Szcześniak, a kolory kładzie Sebastian Skrobol. Na tą chwilę jest gotowych piętnaście plansz. Obecnie czekam na dalszy ciąg scenariusza. Jak tylko go dostanę, ochoczo zabieram się do dalszej pracy.

Były jeszcze mniejsze publikacje, jak krótki komiks w antologii „Jazda” (sc. Sztybor, kolor Grzesiek Nita), inny szorciak w antologii „Silence” (sc. Sztybor, kolor Tomek Pastuszka), kolejny Kapitan Mineta w „Kolektywie”, plansza w cyklu „Klasyka na nowo” w trzecim „Bicepsie” czy plansza w sympatycznej broszurce z tributami dla Binio Billa. Oby w przyszłym roku udało się dalej tworzyć i jarać komiksem, tak jak dotychczas.

W kończącym się roku przeczytałem sporo komiksów, w tym kilka naprawdę znakomitych albumów autorstwa kolegów z Polski. Takie tytuły jak „Czasem”, „Diefenbach”, „Szelki” czy szósty tom „Rewolucji” to światowy poziom . Mam nadzieję, że naszym autorom uda się docierać poza nasz wciąż malutki rynek, bo naprawdę ich dzieła na to zasługują.


Jakub Kijuc (reanimator kioskowych zeszytów, którego ostatnio skusiły uroku cyfrowej dystrybucji): dziś w Krasnymstawie z samego rana spadł pierwszy poważny śnieg. Zrobiło się świątecznie i jakoś tak cieplej. Zaraz po tym, jak odczytałem pocztę, gdzie Kuba Oleksak delikatnie przypomniał mi o tym, że miałem coś napisać o mijającym komiksowym roku, zafundowałem sobie przedpołudniową dawkę wu-efu i porąbałem drwa na opał. W szczapki.

Uspokajam. Mail Kuby nie miał z tym nic wspólnego. Potem było „piro-piro”, bym już za chwilę pędził przez zimowe zaspy na pocztę.

Cały czas zastanawiałem się, co napisać o komiksikach w mijającym 2011 roku. Byłem pewien, że powinienem odnieść się przynajmniej w małej części do publikacji, które wydaję. Jednak nie do końca wiedziałem, w jakim ujęciu. Uwierzcie, że trzymając w rękach siekierę przed oczami miałem dosyć niepokojące obrazy. Kolorowe. Karmazynowe...

Ale bez reklamy. Bez promocji. Dlaczego?

Ano dlatego, że wracając z poczty, kiedy to spożytkowałem już sporą część nadmiaru energii, opanował mnie jakiś kosmiczny spokój. Nie zrozumcie mnie źle. Żadnych tam Cthulhu i Nyarlathotepów. Po prostu micha mi się śmiała. I wreszcie wiedziałem, co napisać. Albo inaczej. Wiedziałem, czego nie pisać. Bez sensu przy okazji tak miłych okazji jak Święta, czy nadchodzący Nowy Rok pisać elaboraty o tym, co będzie, i o tym, co było. Zważywszy na fakt, że nie w każdej chwili 2011 roku wokół moich działań panowała zdrowa atmosfera.

Nie będę niczego potwierdzał, ani niczego dementował. Wszystko, co miałem napisać w tym roku już napisałem. Nie będzie wrzutek z okrągłymi gadżetami, które wszyscy tak bardzo kochają. Nic z tych rzeczy. Mam po prostu nadzieję, że te Święta były dla Was wesołe, a Nowy Rok okaże się jeszcze bardziej komiksowy. Mam nadzieję, że pod choinką znaleźliście komiksy, których sami sobie nie wybraliście. Oby to był dobry znak na przyszłe 366 dni. Do usłyszenia w styczniu.

10 komentarzy:

arcz pisze...

No proszę, Jakub Kijuc po raz kolejny udowadnia, że nie ma absolutnie nic ciekawego do powiedzenia - nieważne czy dotyczy to konkretnie "Konstruktu" czy ogólnie jakiegoś podsumowania jak te / wypowiedzi na dany temat.

Plus za konsekwencję w działaniu, minus za całą resztę.

Grim pisze...

Nie mów tak, arczu, to pewnie zakamuflowana zapowiedź jakiejś nadchodzącej serii, tylko nie zrozumiałeś i się wyzłośliwiasz.

Mateusz Skutnik pisze...

"Po Szopenie posypały się kolejne przepychanki do koryta, petycje, listy do ministra od Rejtanów obrażonych za nieobecność w Tokio i jakieś smuteczki post-itowe."


drogi macieju. już nie komentuj wystawy w tokio, ok? bo twoje stanowisko kompletnie przeczy twoim pro-komiksowym oddolnym działaniom społecznym. chyba że nam, u góry drabiny nie wolno walczyć już o swoje.

Maciej Pałka pisze...

Drogi Mateuszu, obiecuję, że zrobiłem to ostatni raz.

tO mY: pisze...

Macieju, sorka, ale PSK chciało zaangażować się w Post-ity i inne działania na EKK. I w tym jednym przypadku okazało się jak bardzo w dupie ma się komiksowo. Możesz PSK dopierdalać do woli za różne grzeszki, ale za EKK odpowiedzialność nie leży po naszej stronie, bo rozmowy w cztery oczy się odbyły, a potem nastąpiła zlewka ustaleń.

Poza tym PSK promowało kilka innych wydarzeń, konkursów etc. Gwoli uzupełnienia.

Maciej Pałka pisze...

@Tomy - tradycyjnie dopierdalam się PRu PSK.

Maciej Gierszewski pisze...

to już takie tradycyjne dopierdalanie się, aż dziwi mnie, że ta mało i tak krótko.

Maciej Pałka pisze...

Bo ileż można? Skoro to i tak nic nie daje. Strona internetowa leży odłogiem, podobnie profil na FB. W marcu Bele odgrażał się, że zrobi porządek na stronie PSK. Skończył na info o FKW.

wonder pisze...

"Wszystko to przy znaczącym milczeniu Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego, które jawi się jako twór okaleczony. Wykastrowany, pozbawiony języka i na domiar wszystkiego wbity na pal. Nawet już nie podryguje, a tylko wali ścierwem."
http://www.youtube.com/watch?v=ju3h7yk4Hcg
Herbaty się napij.

Robert Zaręba pisze...

Że PSK nie odegra żadnej roli na naszej scence komiksowej wiadomo było już w chwili jego zawiązania, gdyż w jego powstanie zaangażowani byli ludzie, ktorzy gdzieś mają interes komiksu polskiego jako takiego, ale są głównie zainteresowani interesem swoim i swoich kolegów (pojęcie "interesu" rozumiem tu bardzo szeroko, jako pewną wizję komiksu, sposób dyskusji o nim, jego promocji, itd.).