środa, 14 grudnia 2011

#922 - Żywe Trupy: Narodziny Gubernatora

Dla Roberta Kirkmana „Żywe Trupy” stały się trampoliną do wielkiej kariery. Najpierw, w 2003 roku, na rynku zdominowanym przez superbohaterskie produkcje DC i Marvela udowodnił, że da się realizować swoje autorskie komiksowe projekty, docierać z nimi do szerokiego grona komiksowych czytelników i konkurować z największymi przebojami schodzącymi seryjnie z taśm majorsów. Dla głównego nurtu była to prawdziwa rewolucja, porównywalna z pojawieniem się Vertigo w zeszłym wieku. Kiedy autor „Invincible” i „Battle Pope” krocząc ową „drogą Kirkmana” osiągnął już wszystko, co było do osiągnięcia na komiksowym poletku, postanowił spróbować swoich sił w… telewizji.
Produkowany przez Franka Darabonta serial gromadząc przed ekranami ponad 600 milionów widzów w 122 krajach na całych świecie okazał się bardzo udaną produkcją, która umocniła jeszcze medialną markę „Żywych Trupów”. Kirkman korzystając znajdując się na wznoszącej fali popularności serialu, która nakręca sprzedaż komiksu, postanowił zainwestować jeszcze w literaturę, bo właściwie czemu nie? „Narodziny Gubernatora” to pierwsza (z serii?) powieść osadzona w świecie wykreowanym na kartach komiksu. Kirkman wraz z pisrzem Jay`em Bonansingą opowiada historię okrutnego Gubernatora, rządzącego zamkniętą społecznością Woodsbury. Oczywistą bolączką tego typu spin-offa, który opowiada originową historię jednego z bohaterów, jest to, że wiemy, jak ma się skończyć. Znamy ten punkt, do którego zmierza cała historia i opowieść staje się poniekąd grą z czytelniczymi oczekiwaniami, które w tym przypadku przybierają formę pytania – jak narodził się tytułowy Gubernator? Co stało się z człowiekiem, który przeżył zombie-apokalipsę, że stał się tym człowiekiem, który zadebiutował w piątym tomie „Żywych Trupów”?

Odpowiadając na tak postawione pytanie Kirkman wraz z Bonansingą snuje tę samą historię, którą znamy z on-goinga, wałkując ciągle jeden i ten sam schemat. W książce czuć rękę autora „Walking Dead” i ma to swoje dobre, jak i złe strony. Na pewno zachowano spójność continuity tego odcinku image-verse, w którym po Atlancie szlajają się Kąsacze, ale z drugiej strony to jest po prostu ta sama fabuła opowiedziana na nowo. Treść „Narodzin Gubernatora” układa się w ten sam schemat, który obowiązuje w oryginalnej serii, a także w sporej ilości innych zombie-utworów, w różnych kombinacjach. Uciekają, szukają schronienia, są przerażeni tym, czym stał się świat, spotykają innych ludzi, cliffhanger, popełniają głupie błędy, próbują je naprawić, umierają, cliffhanger. Swoją szablonowością „Żywe Trupy” zaczęły męczyć mnie w okolicach szóstego tomu, a i tak uważam, że długo udało mi się utrzymywać zainteresowanie. Kirkmana trzeba doceniać za to, że potrafił świetnie rozegrać obyczajowy dramat z elementami pulpowego horroru. Doskonale operował napięciem, wiedział, jak wykorzystać cliffhangery i potrafił naprawdę zaskoczyć swojego czytelnika – oczywiście do czasu, bo nie da się jechać ciągle na jednym i tym samym patencie. Nawet w branży komiksowej.

Ale wracając do samej książki – opowiadając o losach komiksowego villaina, nawet na kartach powieści, nie da się uciec od konwencjonalności i ograniczeń narzuconych przez popularny charakter utworu. Nie oczekujcie zatem błyskotliwego opisu formowania się psychiki okrutnego tyrana, prób przełamania klisz i schematów, ani też kunsztownego literackiego rzemiosła. Kirkman i Bonansinga odwalają kawał dobrej i momentami wciągającej pulpy, które w porównaniu z fatalnym czytadłem, jakim był powieściowy „Thorgal”, prezentuje się naprawdę solidnie. Ale przestrzegałbym przed spodziewaniem się czegoś więcej – literacki zachwyt nad „Narodzinami Gubernatora” raczej nikomu nie grozi.

Powieść napisana jest całkiem zgrabnie, czyta się ją bez większych zgrzytów. Widać, że Jay Bonansinga to solidny literat z warsztatem, który w dodatku całkiem nieźle uchwycił ducha „Żywych trupów”. Na tłumaczenie Bartosza Czartoryskiego również nie zamierzam narzekać, choć wydaje mi się, że kilka angielskich idiomów i zwrotów wydaje mu się obcych. Przy kilku fragmentach korekta wyraźnie przysnęła, co nie umknęło nawet mojej, znanej z przepuszczania różnych językowych usterek, uwadze. „Phillip podaje broń Phillipowi i każe korzystać z niej mądrze” - to mój ulubiony lapsus, który znajdziecie w połowie stronie 242.

Sine Qua Non wyraźnie próbuje skorzystać na promocji dużych, popkulturowych wydarzeń. Premierze nowego „Assasin`s Creed” towarzyszył komiks, startowi drugiego sezonu „Żywych Trupów” – książka. Nie wiem jak pod względem finansowym ta taktyka się sprawdza, ale jakościowo – szału nie ma, choć z doborem tytułów krakowskie wydawnictwo radzi sobie lepiej, niż Egmont w przypadku „Komiksowych Hitów”. Jak na początki w komiksowie – całkiem nieźle. Oby później było jeszcze lepiej.

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

"to mój ulubiony lapsus, który znajdziecie w połowie stronie 242"

Ale wytykając mógłbyś się już pilnować ;-)
Z.Tomecki

Kuba Oleksak pisze...

Uwierz mi, staram się jak mogę :)

Anonimowy pisze...

Pisze się „Assassin`s Creed, a nie Assasin's.

Pums pisze...

książkę mam, ale poczeka trochę... mam jeszcze wiele innych książek do przeczytania.