poniedziałek, 8 sierpnia 2011

#828 - Karuzela Głupców

Jak ostatnio przekonywałem kolegę - komiks wcale nie musi być drogą, elitarną rozrywką. Można czytać cały czas fajne, wartościowe tytuły i nie płacić za nie setek złotych. Do tego latem rynek wtórny bywa dla czytelnika naprawdę łaskawy. "Karuzela głupców" poza sezonem wakacyjnym chodzi czasem powyżej ceny okładkowej, a mi udało się ją niedawno kupić za śmieszną kwotę 10 zł... I uważam, że to jedne z lepiej zainwestowanych 10 zł w moim życiu.

Postanowiłem przeczytać ten komiks niejako z obowiązku, głównie po to, by poszerzyć swój - odrobinę chłodniejszy, niż u większości dziennikarzy komiksowych - obraz twórczości Jasona Lutesa. Muszę od razu przyznać, że "Karuzela" była dla mnie niezwykle miłym zaskoczeniem. To dalej rzecz odbijająca się od "Kings in Disguise", dalej z piętnem neorealizmu, ale przez to, że oderwana od jakichkolwiek narzuconych ram i konwencji, jest niepomiernie bardziej szczera, liryczna i niewymuszona. W pewnym sensie komiks ten może stawiać twórczość Lutesa w ciekawej pozycji, bo osadzony fabularnie w realiach amerykańskiej biedoty pokazuje, że ten "neorealizm" - jak do przeciętnego współczesnego czytelnika - mógł przyjść do autora okrężną drogą. Czuje się tu bowiem ducha specyficznego dla filmów Jarmuscha, amerykańskiego kina niezależnego i atmosferę tożsamą z deprecjonującą amerykański sen literaturą. Przez to Lutes nie musi też budować świata przedstawionego, bo jest on nam bardzo dobrze znany. To senne amerykańskie miasto, a nasi bohaterowie to przedstawiciele wymierających zawodów - oszust, któremu życie zatruwa nadchodzący boom techniczny z kasami fiskalnymi na czele i borykający się z alkoholizmem iluzjonista. To postacie już złamane przez życie, dotknięte bezdomnością i mogące równie dobrze być bohaterami piosenek Toma Waitsa, Johnny'ego Casha czy Leonarda Cohena. Okładka zresztą dość jednoznacznie na takie związki wskazuje, bo odwołuje się do klasycznej już piosenki Leonarda Cohena "Bird on the wire". Tu pragnę podkreślić rzecz dla mnie istotną - że to również postacie, których bardzo brakuje w "Berlinie"... w Berlinie, który teoretycznie przecież rozbrzmiewał songami opiewającymi opryszków rodem z "Opery za trzy Grosze" czy piosenkami Kurta Tucholsky'ego.

"Karuzela głupców" to pierwszy album jaki wydał Lutes. Bardzo miło jest się spotykać z wczesnymi pracami artysty, którego twórczość zna się dobrze od dawna. Tym bardziej, gdy okazują się być tak znakomite. Patrząc na Berlin trzeba przyznać, że od czasów debiutu autor bardzo rozwinął się plastycznie, ale jeśli idzie o pisanie fabuł, to czuć, że gdzieś po drodze stracił swój autentyzm i polot... Może zgubił się szukając środków ekspresji, próbując przełożyć literackie sposoby narracji na komiks, może zachłysnął się niesamowicie pozytywnymi recenzjami pierwszego "Berlina"? Może popadł w marazm i rutynę, bo - tak jak pisałem w ostatniej recenzji - drugiemu zbiorczemu tomowi dokucza rozlazła serialowość? Nie wiem. Dla mnie "Berlin" to 500 stronicowy, nieszczery i kalkulowany pod publiczkę, poprawny politycznie (i niezwykle wartościowy jedynie w obrębie medium) tasiemiec, a "Karuzela głupców" to rozpisana na zaledwie 150 stron łamiąca serce prosta i szczera, jak blues skrzywdzonego człowieka historia, która przy tym nie popada w moralizatorstwo czy infantylizm.

Po lekturze zacząłem się przez chwilę przyglądać swojemu gustowi i zastanawiać nad tym, czy przypadkiem w tej formie po prostu nie wydaje mi się to atrakcyjniejsze. Czy nie jest trochę tak, że "piosenki brzmią lepiej, gdy są śpiewane po angielsku"? Ale to chyba nie do końca tak... Jestem wszak oddanym fanem Bukowskiego, i ten cały "amerykański splendor" jest mi równie dobrze znany, jak filmy i książki o niemieckich realiach międzywojennych. Wydaje mi się, że wytłumaczenie jest prozaiczne - debiut Lutesa to najzwyczajniej znakomity album. Chodzi po prostu o autentyzm, bo tak naprawdę parszywe czasy znajdą nas wszędzie, w każdej epoce i nie ma wielkiej różnicy, czy opowiada nam o tym Wiktor Hugo, Mark Twain czy Will Eisner. A tak swoją drogą, ciekawe czy jakiś Tom Waits naszych czasów śpiewa dziś czułe piosenki o złamanym przez życie twórcy komiksowym? To w końcu równie wymierający i romantyczny zawód jak iluzjonista ...



6 komentarzy:

Krzysztof Ryszard Wojciechowski pisze...

Tekst został napisany już jakiś czas temu, więc proszę nie wiązać jego wydźwięku z "Tokyogate". Z góry dziękuję.

Marcin Zembrzuski pisze...

ładne zakończenie

Kuba Oleksak pisze...

Youtubową wklejkę widać na końcu?

Krzysztof Ryszard Wojciechowski pisze...

Widac!

Rob pisze...

Karuzelę wydał Timof, a nie KG.

Krzysztof Ryszard Wojciechowski pisze...

Nie ja stawiałem tagi. Już poprawione.