czwartek, 14 lipca 2011

#805 - Każdy może mieć swojego Nietoperka

Jak wiadomo, wraz z niezwykle szybkim rozwojem Internetu oraz technologii cyfrowej na początku XXI wieku, kolejne amatorskie filmy zaczęły być realizowane i dystrybuowane na skalę wcześniej niespotykaną. Rozwinęło się kino niezależne, a tym samym także to fanowskie - produkowane przez pasjonatów chcących w jakiś sposób złożyć hołd swoim ukochanym bohaterom. Mimo, iż komiks nie cieszy się ostatnimi czasy jakąś szczególną popularnością, to właśnie komiksowi herosi - obok tych znanych z gier komputerowych - ciągle dominują w światku fanfilmów. Z kolei tym z nich, który pochwalić się może największą ilością dotyczących go obrazów jest Mroczny Rycerz.

"City of Scars"
Filmowy wizerunek Batmana i jego uniwersum zmieniał się drastycznie za każdym razem, gdy powstawały kolejne adaptacje jego przygód. Pierwszym kinowym filmem opisującym jego losy był obraz pt. "Batman zbawia świat" z 1966 roku, który ociekając infantylnością i tandetą, przypadkiem parodiował nie tylko komiksowy pierwowzór, ale i sam siebie, do dziś stanowiąc obiekt drwin. Nic więc dziwnego, że Hollywood sięgnęło po przygody Mrocznego Rycerza dopiero ponad 20 lat później. Reżyser Tim Burton swoimi gotyckimi wizjami znacznie poprawił jego wizerunek w oczach ludzi nie interesujących się komiksem. Drugim ze swoich filmów, "Powrotem Batmana", odważnie zbliżył się do tego, co w pierwowzorze było (moim zdaniem) najlepsze, choć to już niestety nie spodobało się szerszej publiczności tak bardzo. A już kilka lat później wszystko zepsuł Joel Schumacher, który popełnił odpychające gnioty w postaci "Batman Forever" oraz "Batman & Robin". Rażące nie tylko zabójczą dawką kiczu i efekciarstwa, ale też nawałem iście kuriozalnych pomysłów, z pamiętnymi sutkami na kostiumie herosa na czele. Dekadę po tym upadku, Batman odżył wraz z cieszącymi się niesłabnącą popularnością, pełnymi akcji obrazami autorstwa Christophera Nolana.

Wspomnienie o hollywoodzkich adaptacjach jest tu o tyle istotne, że bez nich większość fanfilmów wyglądałaby zupełnie inaczej, a część z nich w ogóle by nie powstała. Bo, jak się okazuje, dla większości amatorskich twórców są one tak samo lub niemal tak samo istotne, jak komiksy. Niektóre produkcje są zresztą bezpośrednią reakcją na kolejne widowiskowe tytuły, jak np. "Batman Forever and Ever" parodiujący nieudolne obrazy Schumachera, "Batman Brutality" i "Batman Duality" będące kontynuacją filmu "Batman: Początek" (a tym samym własną wersją "Mrocznego Rycerza", choć zrealizowaną przed jego premierą) czy wreszcie "Catwoman: Nine Lives" autorstwa fanów postaci Seliny Kyle, którzy zawiedzeni fatalnym "Catwoman" z Halle Berry w roli tytułowej postanowili pokazać, jak wg nich powinna wyglądać opowieść o słynnej kotce. To czy im się udało, to już inna sprawa.

Filmy fanowskie cechują się oczywiście niskim, czasem zerowym budżetem, oraz brakiem udziału profesjonalnych filmowców uczestniczących w ich realizacji. A przynajmniej z reguły. Niestety spora ilość amatorskich twórców stawia na efektowność, która poprzez niedobór środków obraca się przeciwko nim, czyniąc z ich obrazów zwykłą błazenadę. Także same scenariusze mają często niewiele do zaoferowania, kopiując przeważnie te same wzorce, w kółko przetwarzając nieświeże już historie. Innymi słowy: nietoperkowe kino fanów jest okropnie tendencyjne. Ale na szczęście nie zawsze. Przecież uniwersum Batmana to bogaty świat. Można zaglądać do przeróżnych jego zakamarków i niektórzy słusznie podążają tym tropem. Do tego sam bohater nie jest żadnym Supermanem czy herosem ze stajni Marvela. Jego dekadenckie Gotham wzorowane jest na deszczowych miastach znanych z kina noir, które wypełniają wprawdzie przestępcy upiorni i groteskowi, ale nie zawsze przecież obdarzeni jakimiś szczególnymi super-mocami. Problem z widowiskowością można więc też odhaczyć. Wystarczy chcieć.

"Harlequiun"

Twórcy, których nie ograniczają naciski filmowej branży, którzy działając non-profit nie muszą przejmować się prawami autorskimi (o ile nie przesadzają z pożyczaniem cudzych dokonań), w swoich dziełach pozwolić sobie mogą na więcej, niż hollywoodzcy reżyserzy. To tutaj Batmanowi pomagać może postać z innego komiksu (np. Superman w "World's Finest"), a nawet z całkiem innego universum (Punisher w "Batman: Dark Punishment"), co zresztą tyczyć się może i jego przeciwników (w "Batman: Dead End" zmierzyć się musi z Alienami i Predatorami, co oczywiście wzorowane było na pewnej znanej serii komiksowej). No i wreszcie nie zawsze to Mroczny Rycerz musi być najważniejszą postacią, czasem nie pojawiając się nawet wcale lub stanowiąc zwykły margines opowieści, jak w "Patient J" ukazującym wizytę Jokera u więziennego psychologa, czy "Harlequin", której trzon fabuły stanowi przemiana porwanej przez najsłynniejszego złoczyńcę Gotham "lekarki" w jego kochankę.

Zdarzają się też artyści, którzy swoimi filmami proponują inne spojrzenie na komiksowe legendy, czasem całkowicie je reinterpretując. Jednym z bardziej udanych tytułów tego typu jest "Robin's Big Date". Jest to też jeden z nielicznych widzianych przeze mnie komediowych fanfilmów, których humor zgrabnie unika poziomu żenady (znanego choćby z potworka pt. "Harley and Selina"). Oto Robin, chłopiec nieśmiały i zakompleksiony wybiera się na randkę z pewną pięknością do restauracji. Ale na jego nieszczęście szybko odnajduje go jego najlepszy kumpel, Batman, który tutaj jest typem cwaniaczka i prostaka. Mroczny Rycerz powoli acz konsekwentnie psuje romantyczną atmosferę wprowadzając Robina w coraz większe zakłopotanie. Obaj herosi przedstawieni są w zasadzie jako zwykłe nerdy, które lubią się przebierać w kolorowe kostiumy, a o których mówi się, że gdzieś tam podobno zdarzyło im się z kimś bić. Twórcy uczłowieczają ich i obdzierają z heroizmu w sposób pozbawiony jakiejkolwiek pretensjonalności. Proste i przyjemne.

Zdecydowanie najoryginalniejszym fanfilmem, jaki widziałem, jest "The Death of Batman", który zaczyna się od parafrazy słynnego dzieła Tima Burtona, po której bohater rażony paralizatorem traci przytomność i szybko staje się niewolnikiem przestępcy. Autor filmu, Donald Lawrence Flaherty, postawił jednak nie tyle na niezwykłą przewrotność i drapieżność, co na usilne szokowanie widza, co w połączeniu z realizatorskim anty-talentem (niezbyt udane nawiązania do "Powrotu Mrocznego Rycerza" Franka Millera) dobrze skończyć się nie mogło. Batman jest tu więc torturowany, faszerowany narkotykami, a potem też przez swojego dręczyciela zgwałcony. Analnie oczywiście. Szkoda, że Flaherty szybko, za pomocą tanich zagrywek przekroczył granice dobrego smaku, bo przecież tkwił w tym jednak pewien potencjał. Jego film z jednej strony jest dowodem na to, jak wiele można w nietoperkowym uniwersum zrobić, z drugiej strony na to, jak łatwo można się w tym zagubić. Oryginalność kosztem jakości.

Na szczególną uwagę zasługuje autor wspomnianego wcześniej "Patient J". Aaron Schoenke, lider grupy Bat in the Sun specjalizującej się oczywiście w produkcjach dotyczących przygód Mrocznego Rycerza. Wraz ze znajomymi kręci filmy już od prawie 10 lat, a że - z reguły - ich kolejne twory są stopniowo coraz lepsze, a praktycznie każdy z nich ma co nieco dobrego do zaoferowania, zebrał już grono fanów. Niektóre z jego filmów zarobiły trochę pieniędzy na różnych festiwalach, dzięki czemu budżet kolejnych produkcji stale rośnie. Już "Dark Justice" wyróżniał się całkiem pozytywnie na tle innych fanfilmów robionych niemalże w domowych warunkach, ale ostatnie jego dzieło, "City of Scars", wygląda miejscami jak profesjonalne kino. Konsekwencja i cierpliwość popłacają. Wszystkie produkcje Bat in the Sun, jakie widziałem, cechują się ponurą tonacją. Czasem do przesady, ocierając się o pretensjonalność, a czasem idąc bardziej w stronę przebojowości (jak w bardzo przyjemnym "Batman Legends").

"Ashes to Ashes"

Skoro już przy nieco większym budżecie jesteśmy, koniecznie dorzucić należy też nazwisko reżysera Sandy'ego Collorę. Jego wspomniany też wcześniej "Batman: Dead End", to prawdopodobnie najbardziej popularny batmanowy fanfilm w historii. I wcale się temu nie dziwię. Reżyserowi udało się stworzyć mroczną atmosferę, którą niespodziewanie zamienia w nie lada widowisko, mimo pozornego braku odpowiedniej do tego kwoty. Zaś niektóre ujęcia z filmu śmiało mogłyby nawet konkurować z fragmentami filmów Burtona. Dobra to rzecz. Szkoda, że reżyser nie zabawił w uniwersum Batmana na dłużej. Rok później stworzył jeszcze dwa trailery fikcyjnych filmów - "World's Finest" i "Grayson". Ten pierwszy przedstawia Batmana łączącego siły z Supermanem w walce przeciw Lexowi Lutherowi i Two Face'owi, ten drugi zaś ukazuje wielki powrót Robina po tajemniczej śmierci swojego mistrza. Chociaż gwoli ścisłości nagromadzeniem wątków i postaci przypomina bardziej trailer serialu, niż filmu. Oba tytuły całkiem ciekawe, ale niedosyt pozostaje. Collora wróć!

Choć oczywiście to Amerykanie dominują w fanowskich produkcjach, nieliczni Europejczycy wcale nie pozostają w tyle. Oto jednym z najciekawszych i najlepszych formalnie jest francuski "Ashes to Ashes", będący nietypową mieszanką Batmana z "Sin City" - zarówno oryginałem Franka Millera (fabuła), jak i adaptacją Roberta Rodrigueza (technika). Świetna wizualnie i odważna od strony scenariuszowej historia opowiedziany jest głównie z perspektywy drobnego bandziora pracującego dla Pingwina, a będącego mężem samej Harleen Quinzel. Właściwa część fabuły rozpoczyna się, gdy z pomocą kilku złodziei włamuje się do rezydencji Bruce'a Wayne'a, gdzie bestialsko morduje Alfreda. Efektem tego skazuje się oczywiście na nieuchronne spotkanie z Mrocznym Rycerzem, bardziej bezwzględnym, niż kiedykolwiek wcześniej. A to jeszcze nie wszystko. "Ashes to Ashes" to najmroczniejsza i najbrutalniejsza fanowska opowieść, jaką widziałem. Czasem efekciarska i nieczytelna, ale zgrabnie łączy tradycję czarnego kina z nowoczesnością, czym miejscami robi naprawdę duże wrażenie.

Innym dobrym przykładem na niezłą jakość europejskich fanfilmów jest hiszpańska animacja "Arkham Asylum", będąca oczywiście adaptacją słynnego albumu autorstwa Granta Morrisona i Dave'a McKeana. Rzecz wygląda wprawdzie jak zwiastun większej produkcji, ale w niczym jej to przecież nie ujmuje. Zaś niezwykle dopracowana strona techniczna zasługuj na gromkie brawa. Tej jakości nie ma się co dziwić - film powstawał przez jakieś 16 miesięcy. Powoli, ale konsekwentnie. Co ciekawe, z czasem pojawiła się też i polska produkcja hołdująca mrocznemu herosowi - "Batman: The Silent Movie" autorstwa człowieka ukrywającego się pod pseudonimem Breja. Jest to rzecz niekoniecznie udana, ale ciekawa. Jej trzon stanowią liczne fragmenty seriali i filmów animowanych, które odpowiednio ze sobą zmontowane tworzą zupełnie nową historię. Wiele można jej zarzucić, ale przywodzi na myśl ewentualną radę dla potencjalnych Polaków, którzy chcieliby w przyszłości nakręcić film fanowski - unikać dialogów, opowiadać samym obrazem. Bez przenoszenia Gotham w nasze realia, bo to nie mogłoby się dobrze skończyć.

Niezależnie od poziomu danych produkcji, jedno trzeba przyznać - ich autorzy dowiedli, że każdy może mieć własnego Nietoperka. Nie podobają Ci się kolejne hollywoodzkie filmy? Wiele rzeczy opowiedziałbyś inaczej? Zbieraj pieniądze, namawiaj kolegów, łap kamerę i kręć. Niektóre z fanfilmów są dowodem na to, że warto. Frajda tworzenia może przekształcić się we frajdę widza podczas oglądania, a chyba o to przede wszystkim chodzi. Nie mam wątpliwości, że Bob Kane byłby dumny. Być może nawet z tych produkcji kręconych tylko w domowych warunkach, tych najbardziej żałosnych, żenujących, niedopracowanych pod każdym możliwym względem. Bo przecież i one robione były z miłości.

Źródła:
Batcave
Fanfilms

wtorek, 12 lipca 2011

#804 - Berlin #2: Miasto Dymu

Od mojego pierwszego spotkania z Berlinem minęły jakieś trzy lata. Przeczytałem w tym czasie masę pełnych zachwytu "środowiskowych" recenzji. Żadna z nich nie uświadomiła mi, co takiego genialnego kryje się w tym komiksie. Dopiero znaleziony jakiś czas temu na Kopcu Kreta tekst Joanny Janowicz faktycznie wskazał mi kilka ciekawych rzeczy, których ja nie dostrzegłem w komiksie Lutesa. Traf chciał, że natknięcie się na tę recenzję zbiegło się z premierą drugiego albumu pod tytułem. "Miasto dymu". To była dobra okazja do powtórki pierwszego tomu i zweryfikowania swojego osądu na jego temat.

Podczas lektury "Miasta Kamieni" niewątpliwy talent Lutesa do opowiadania obrazem przykryła mi literackość tego komiksu. Literackość z jednej strony uzasadniona fabułą, z drugiej uwłaczająca możliwościom medium. Dziś, gdy możemy porównać obie części, widać, że ten nadmiar przydawał narracji pewnej klaustrofobii. Nie chcę nadinterpretować, ale zastanawiam się, czy nie był to świadomy zabieg, mający podkreślać zagubienie jednej z bohaterek. Tak czy inaczej, drugi tom zdaje się pod tym względem bardziej wyważony. Lutes już za pierwszym razem, zabierając nas na spektakle weimarskich kabaretów, pokazał, że ma smykałkę do scen ilustrujących muzykę, że umie uchwycić rytm, nastrój melodii. Teraz, między innymi dzięki wprowadzeniu postaci nieznającego języka niemieckiego czarnego jazzmana, mamy okazję oglądać dużo więcej narracji obrazem. Już kilka lat temu, gdy przeglądałem oryginalne wydanie "Miasta Dymu", długie, kilkuplanszowe sekwencje gry na klarnecie zrobiły na mnie duże wrażenie i sprawiły, że postanowiłem nie skreślać "Berlina" po pierwszym tomie. Okazało się to znamienne dla całego woluminu i potwierdziło, że było na co czekać. Zabaw językiem komiksu jest tu znacznie więcej, a Lutes, mimo, że przecina wszystko długimi politycznymi dysputami, to zaczyna zdecydowanie bardziej ufać rysunkowi i postanawia pokazać niemal tyle samo, co powiedzieć/napisać.

Jeśli jednak idzie o wydźwięk samej historii niewiele się zmieniło. Uczynienie jednym z głównych bohaterów lewicującego dziennikarza jest dla Lutesa bezpieczne. Pozwala mu zachować poprawnośc polityczną i upewnić czytelników, że on sam "stoi po właściwej stronie". Nie lubię takiej postawy u twórców, najzwyczajniej mnie ona irytuje... Wydaje mi się, że Ezra Pound, którego nazwisko pada w notkach wydawcy, w grobie się przewraca, gdy zestawia się go z czymś takim. O ile dobrze zapamiętałem, mimo tego, że w poprzednim tomie jeszcze śledziliśmy losy ojca i syna, którzy przystąpili do SA, to w tym wyeksponowane zostały już tylko i wyłącznie lewicujące lub stricte "czerwone" postacie. Przypomina mi się, że Lars Von Trier, tłumacząc się ostatnio ze swojej "kompromitującej wypowiedzi", mówił, że wszyscy jego aktorzy nie ma mają mu jej za złe. Wszyscy, oprócz Kirsten Dunst, która - jak to ujął Trier - wywodzi się z "innego kręgu kulturowego". Czytając "Berlin" nie miałem wątpliwości, że Lutes też wywodzi się z tego samego kręgu, co filmowa Mary Jane...

Nawet jeśli jego bohaterowie posiadają jakieś odchyły od normy, to są to zachowania w dzisiejszych czasach w pełni akceptowalne. Pomijając już kwestie światopoglądowe, to niejednoznaczność niektórych postaci - czy to moralna czy polityczna - mogłaby przecież dać pole do rozważań na temat natury ludzkiej, możliwość stawiania ciekawych pytań i może prowadziła do intrygujących wniosków.

Pisałem to już przy okazji notki o tomie pierwszym i tutaj jeszcze raz powtórzę: jak na razie "Berlin" jest rażąco wtórny wobec literatury i filmu, a to, że jest komiksem, nie nada mu wartości. Gdy myślę o nim w kontekście książek Remarque'a czy o dużo bardziej frapujących, trudnych i rozbudowanych psychologicznie filmach Viscontiego czy Fassbindera to, mimo oczywistych związków, najzwyczajniej czuję zażenowanie. Takie porównania mogą mu tylko zaszkodzić. Gdybyśmy jednak na siłę szukali analogii w kinie, to szukać musielibyśmy głównie w neorealizmie ("Niemcy rok zerowy", "Złodzieje rowerów"). To porównanie przypomina mi, że w międzyczasie skrytykowałem "Berlin" w kontekście dziejącej się w USA czasów Wielkiego Kryzysu klasycznej powieści graficznej "Kings in Dusguise", która pod wieloma względami zdaje się punktem wyjściowym dla serii Lutesa. Po lekturze drugiego tomu muszę jednak przyznać, że twórca zbliżył się już jakością do swojego pierwowzoru. A biorąc pod uwagę to, że seria się rozrasta i najprawdopodobniej to dopiero początek, wydaje mi się, że w końcu go przegoni. Co prawda rozdmuchiwanie tej opowieści działa w obie strony, i zaczyna mu to na pewnym poziomie szkodzić - pierwszy tom był ładną, zamkniętą całością, drugi ukazuje, że komiks zaczyna cierpieć na typową serialowość i jako zamknięta całość, samodzielna powieść graficzna zdecydowanie się nie broni.

"Berlinowi" szkodzą też zbyt pochlebne opinie prasy. Na świece serię mocno promuje Times, nazywając ją "szczytowym osiągnięciem medium" - w moich oczach takie stwierdzenie zahacza o absurd - a w Polsce gloryfikuje ją dziennikarz "Wyborczej" Wojciech Orliński który jednak, z tego co zauważyłem, diametralnie inaczej patrzy na komiks niż ja. No cóż. Mimo tego, że uważam to wszystko za nieporozumienie, to muszę przyznać, że drugi tom podobał mi się znacznie bardziej i nawet jeśli Lutes nie tworzy arcydzieła, to na pewno tworzy dzieło swojego życia. Wstrzymam się od sądu, czy dobrze to, czy źle, ale zapewne Berlin zostanie zapamiętany jako odzwierciedlenie głównej tendencji w komiksie naszych czasów.

poniedziałek, 11 lipca 2011

#803 - Berlin #1: Miasto kamieni

Berlin jest stolicą i największym miastem w Niemczech. Metropolię położona nad Sprewą i Hawelą zamieszkuje blisko 3,5 miliona mieszkańców. "Berlin" to także tytuł serii komiksowej autorstwa Jasona Lutes`a. Dzisiaj jej pierwszy tom, wydany w lutym 2008 roku przez Kulturę Gniewu opisuje Maciej Gierszewski. Natomiast jutro ukaże się recenzje drugiego albumu, który miał swoją premierę w maju tego roku pióra Krzysztofa Ryszarda Wojciechowskiego.


Jest wrzesień 1928 roku. Najpierw poznajemy Marthe Müller, która podróżuje pociągiem z Kolonii do Berlina. Do jej przedziału dosiada się Kurt Severing – dziennikarz, niezależny reporter berlińskiego tygodnika "Die Weltbühne" (tygodnik ten faktycznie ukazywał się w Berlinie w latach 1905-1933). Tych dwoje wdaje się w rozmowę, z której dowiadujemy się, że Marthe jedzie do stolicy studiować malarstwo, a Kurt wraca z wypadu z prowincji, podczas którego weryfikował "kilka informacji do cudzego artykułu w ramach przysługi dla (…) wydawcy". Kilka stron dalej dowiadujemy się, że Kurt sprawdzał informację o bezpośrednim załamaniu postanowień Traktatu Wersalskiego, zgodnie z którym Niemcom nie wolno się zbroić. Marthe i Kurt rozstają się na przystanku tramwajowym na Potsdamer Platz. Tych dwoje nie spotyka się ze sobą aż do grudnia. Kiedy to Marthe znajduje przypadkowo w płaszczu wizytówkę z adresem Kurta.

W czasie tych trzech miesięcy, które mijają między ich pierwszym a powtórnym spotkaniem, mamy okazję poznać innych bohaterów komiksu Jasona Lutes’a "Berlin: Miasto kamieni". Lutes wprowadza wiele kolejnych postaci, nurt opowieści snuje się powoli, leniwie, niczym Sprewa płynąca przez stolicę Niemiec. Poznajemy kolegów Marthe z Akademii: Annę, Willego, Ericha, Maksa, Richarda i Hanka (Heinricha), czteroosobową rodzinę Braunów: Gudrun oraz jej męża Oscara i dwójkę dzieci, Schwartzów – rodzinę zasymilowanych Żydów, których los wysunie się na bliższy plan, pewnie w następnych tomach "Berlina". Oczywiście to nie wszystkie postaci, które pojawiają się na kartach tego albumu. Jest ich naprawdę sporo, ale dzięki powolnej akcji i retrospektywom sięgającym aż do roku 1918 czytelnik ma okazję nie pogubić się w tym gąszczu bohaterów, a także powiązać jednych z drugimi. Sposób wprowadzania kolejnych bohaterów, "wiązania", zaplatania ich losów ze sobą ma dużo wspólnego ze stricte powieściowymi sposobami prowadzenia narracji.

Mimo wprowadzenia tak dużej ilości bohaterów, nie można bezspornie określić, który, która lub którzy z nich, to postaci pierwszoplanowe, kluczowe dla dalszego rozwoju akcji. To czysto formalny zabieg ze strony Jasona Lutes’a, gdyż to nie ludzie, nie Marthe, nie Kurt, nie Gudrun, nie Oskar są głównymi osobami dramatu, ponieważ to miasto, tytułowy Berlin, jest "postacią" pierwszoplanową, nadrzędną, centralną. Mam wrażenie, że wszyscy ludzie pojawiający się na kartach tego albumu, są traktowani przez autora raczej instrumentalnie, z pragmatycznym dystansem. Czy Lutes lubi, któregoś ze swoich bohaterów? Nie sądzę, każda z osób spełnia w tej opowieści jedynie służebny cel. Autor powołuje je do życia jedynie po to, aby za pomocą ich prywatnej/osobistej historii opowiedzieć fragment Historii Berlina.

Czy to źle? Niekoniecznie. Ponieważ dzięki takiemu podejściu udało mu się stworzyć, może nie arcydzieło, ale bardzo dobrą historyczną powieść graficzną. Powieść graficzną na łamach, której zostało odbudowane, zrekonstruowane z wielką dbałością o szczegóły architektoniczne miasto Berlin. Wszystko to zasługa bardzo realistycznego sposobu rysowania Lutes’a, chwilami bliskiego rysunkowi technicznemu.

Warto wspomnieć jeszcze o kilku formalnych zabiegach, tzw. smaczkach, które przykuły moją uwagę podczas czytania i oglądania "Miasta kamieni". Wprowadzenie w pole tekstowe myśli osób będących w kadrze, które chwilami zasadniczo odbiegają od tego, co aktualnie jest przez nie mówione. Ciekawe jest także prowadzenie narracji poprzez dziennik zarówno Marthe, jak i Kurta, rozróżnienie ich poprzez liternictwo – ona pisze ręcznie, on pisze na maszynie. Podobała mi się również próba urealnienia kadrów, w których Kurt ściąga okulary – obraz się wtedy zamazuje, rozmywa, traci ostrość. No i niby oczywista sytuacja w obrazowaniu, ale jednak niezbyt często stosowana, gdy Gudrun upada na ulicę, trafiona zbłąkaną kulą, kolejne kadry ukazują świat widziany jej oczyma, dlatego odwrócone zostały o dziewięćdziesiąt stopni. Niestety zaraz po tych czterech kadrach następują dwie najgorsze plansze w całym albumie. Trącące zbędnym banałem i sentymentalizmem.

niedziela, 10 lipca 2011

#802 - Trans-Atlantyk 145

W zeszłym tygodniu ogłoszono nominację do Harvey Awards, obok popularnych Eisnerów, najbardziej prestiżowych wyróżnień na amerykańskim rynku komiksowym. Wśród wyróżnionych szansę na pięć statuetek ma Darwyn Cooke i jego "Richard Stark’s Parker: The Outfit" w następujących kategoriach: "Best Letterer", "Best Cover Artist", "Special Award For Excellence In Presentation", "Best Cartoonist" i "Best Artist". W tej ostatniej rywalizuje z takimi twórcami, jak Dean Haspiel ("Cuba: My Revolution" nominowany również w kategorii "Best Colorist"), Brian Hurtt ("Sixth Gun" mający szansę na "Best New Series" i "Best Writer" dla Cullena Bunna), Ed Ryzowski (nominowany w kategorii najlepszego web-komiksu, najlepszego scenarzysty, najlepszego kolorysty i najlepszej nowej serii za "Gutters") i Chris Samnee (mający szansę na laur dla Najbardziej Obiecującego Młodego Talentu za "Thor: The Mighty Avenger"). I właśnie ta skasowana przez Marvela mini-seria pióra Rogera Langridge`a (który dodatkowo może otrzymać "Special Award for Humor in Comics" za "The Muppet Show") dość niespodziewanie otrzymała aż cztery nominacje - oprócz wspomnianych ma jeszcze szansę na statuetki dla Najlepszej Nowej Serii i Najlepszego Scenarzysty. W tej ostatniej kategorii rywalizuje z Joshuą Hale Fialkovem ("Echoes", które może otrzymać także tytuł Najlepszej Nowej Serii) i Markiem Waidem ("Irredeemable"). Znany z polskiego rynku "Amerykański Wampir" i jego współscenarzysta Scott Snyder nominowani są w kategoriach "Best New Series" i "Most Promising New Talent". Wśród komiksów zagranicznych szansę na triumf ma drugi tom "Torpedo" wydawany w Polsce przez Taurus Media oraz "The Killer", który znalazł się w planach tego wydawnictwa. Rywalizuje z "Blacksadem" i "It Was The War Of The Trenches" Jacquesa Tardiego. W kategorii "Best Graphic Album – Original" nominowano "Duncan, The Wonder Dog" Adama Hinesa, "Market Day" Jamesa Sturma, "Scott Pilgrm #6: Scott Pilgrim’s Finest Hour" Bryana Lee O’Malley`a, "Wilson" Dana Clowesa oraz "X’ed Out" Charlesa Burnsa. Pełną listę nominowanych komiksów i autorów można znaleźć na tej stronie. (KO)

Scott Snyder zapewnia, że od zawsze był wielkim fanem Mrocznego Rycerz i Potwora z Bagien. Od jakiegoś czasu pracuje nad on-goingami z Batmanem, więc teraz, kiedy przy okazji revampu DCU, otrzymał szansę pisania nowego "Swamp Thinga" był bardzo usatysfakcjonowany. W swojej wersji Snyder nie zerwie całkowicie z wieloletnią tradycją, budowaną przez takich twórców, jak Wein, Wrightson czy Moore. Z całą pewnością wydarzenia przedstawione na łamach "Brightest Day" i mini-serii "The Search for Swamp Thing", ale nie tylko. Przypuszczam, że za pomocą jakiegoś sprytnego retconopodobnego zabiegu Snyder będzie chciał ocalić jak najwięcej z mitologii Potwora, choć Snyder fanom zaniepokojonym koherentnością continuity radzi patrzeć w przyszłość. Zarząd DC swoimi decyzjami nie chce niszczyć przeszłości swoich bohaterów, tylko zapewnić większe możliwości twórcom. Nowe wcielenie "ST" zachowa swój mroczny, horrorowy charakter, ale zostanie wzbogacone o kilka superbohaterskich elementów. Jednocześnie Snyder zapewnia, że główne skrzypce serii ma grać Alec Holland i jego problemy. (KO)

Wieść o tym, że artyści tak różni, jak Robert Kirkman i Rob Liefeld stworzą wspólnie komiks, pojawiła się jakiś czas temu. Jak opowiada scenarzysta "Żywych Trupów", "Invincible" czy "Super Dinosaura", będąc nastolatkiem zaczytywał się w komiksach rysowanych przez Liefelda, które (wtedy) wydawały mu się bardzo cool. Kiedy tylko Kirkman zaczął pracować w komiksowej branży, szukał sposobności aby razem z nim stworzyć wspólnie komiks. Będzie nim "The Infinite". I chyba Kirkman nie znalazłby nikogo lepszego do zilustrowania historii Bowen, podróżującego w czasie super-żołnierza, cofającego się do przeszłości by zwerbować swoje młodsze ja do swojej walki toczonej w przyszłości. Pierwszy zeszyt serii ma ukazać się na Comic-Conie w San Diego w dwóch wersjach - zwyczajnej i kolekcjonerskiej, wzbogaconej o liczne materiały dodatkowe, z twardą okładką i w powiększonym formacie. "The Infinite" ukaże się w imprincie Skybound, będącym częścią Image Comics. (KO)

Niepisaną regułą w Marvelu staje się zabijanie przy okazji wielkich eventów pierwszoligowych bohaterów. "Civil War" kosztowało życie Kapitana Amerykę, podczas "Secret Invasion" zginęła Wasp, w "Siege" śmierć ponieśli Ares i Sentry, a na łamach trwającego jeszcze "Fear Itself" pierwszy zgon został/zostanie zaliczony. Ale jak powiedział Tom Brevoort, to jeszcze nie koniec. BleedingCool spekuluje, że kolejną ofiarą Matta Fractiona może być Hulk. W zapowiedziach Domu Pomysłów zaprezentowano plakat z zielonoskórym gamma-monstrum, którego treść utajniono. Miesięcznik "Incredible Hulks" skończy się wraz z nastaniem września, a Red Hulk odgrywa coraz ważniejszą rolę w uniwersum Marvela. Jeśli dodać do tego przypuszczenia, że Bruce Banner może paść ofiarą Draculi w mini-serii "Hulk vs. Dracula", to wszystko składa się w dość logiczną całość. Oczywistym jest, że taka postać nie pozostanie zbyt długo martwa, szczególnie, że w przyszłym roku będzie świętować swoje pięćdziesiąte urodziny i pojawi się na wielkim ekranie w "Avengers". (KO)

Właśnie ukazał się nowy album komiksowy autorstwa Warrena Ellisa zatytułowany "SVK" z rysunkami Matta "D'Israeli" Brookera. Jest on o tyle niezwykłą pozycję, gdyż kwestie z myślami poszczególnych postaci zostały napisane za pomocą niewidzialnego tuszu. Aby dało się je odczytać potrzebny jest specjalny czytnik, który można zamówić u wydawcy komiksu, londyńskiego studio BERG. Ta licząca sobie 40 stron opowieść o czytającym w myślach brytyjskim detektywie kosztuje 16 dolarów, a wstęp do niej napisali sam William Gibson, autor "Neuromancera", jeden z najwybitniejszych pisarzy kręgu science-fiction i Paul Gravett, który niedawno gościł w Polsce przy okazji poznańskiej Ligatury. (KO)

#801 - Komix-Express 96

Na forum Alei Komiksu wydawnictwo Mucha Comics zaprezentowało swoje plany na drugą połowę 2011 roku. Jeszcze w lipcu ukaże się drugi tom "Wolverine: Wróg publiczny" Marka Millara i Johna Romity Jra. Jak skończy się historia Wolverine`a, który po praniu mózgu stał się mordercą na usługach terrorystycznej organizacji, znanej jako HYDRA? Aby się tego dowiedzieć, trzeba będzie zapłacić 79 złotych za liczący 176 stron album w twardej oprawie. W sierpniu na półki trafi drugi tom "New Avengers", zawierający historię zatytułowaną "Sentry", pisaną przez Briana M. Bendisa z rysunkami fantastycznego Stevena McNivena. Jeszcze w tym roku ma ukazać się trzeci tom "NA". Oprócz tych pozycji w harmonogramie na ten rok figurują jeszcze "Fell" i "A God Somewhere". Pierwszy (z dziewięciu do tej pory wydanych) zeszyt serii autorstwa Warrena Ellisa i Bena Templesmitha ukazał się w 2005 nakładem wydawnictwa Image Comics. Seria, choć po dziś dzień nie dokończona, otrzymała dwie nagrody Eisnera w 2006 roku. Pierwsze osiem numerów zebrano w trejdzie "Fell, Feral City" liczącym sobie 152 strony. Natomiast "A God Somewhere" to całkiem świeża rzecz. Album autorstwa Petera Snejbjerga i Johna Arcudiego wydany został przez Wildstorm w czerwcu zeszłego roku wzbudzając umiarkowane zainteresowanie. Jeśli idzie o bardziej dalekosiężne plany, to niewykluczone, że w 2012 Mucha sięgnie po Supermana i X-Men. (KO)

Mateusz Skutnik w mijającym tygodniu skończył prace nad swoim najnowszym komiksem. Będzie nim najnowszy tom jego flagowej serii "Rewolucje". Tytuł na razie jest (oficjalnie) nieznany, ale wiadomo już, że album będzie liczył 84 strony i zostanie wydany we wrześniu nakładem wydawnictwa Timof Comics. W przeciwieństwie do "Dwóch dni" znajdą się w nim dymki z dialogami. Na potrzeby rynków zagranicznych do nowych "Rewolucji" zostanie dołączone anglojęzyczne tłumaczenie. Skutnik na razie nie przewiduje wersji cyfrowej. Co ciekawe, wszystkie te informacje (termin, objętość, wydawca) z grubsza pokrywają się z zapowiedzią "Rewolucji na morzu", którą można znaleźć na Gildii i prawdopodobnie chodzi o tą właśnie pozycję. (KO)

Tymczasem Marcin Podolec wytrwale pracuje nad swoim drugim albumem. "Czasem", do skryptu Grzegorza Janusza, jednego z najlepszych rodzimych scenarzystów, powstaje bardzo sprawnie. Według planu do końca lipca komiks ma być gotowy. Podolcowi zostało jeszcze 20 plansz do narysowania i chce, żeby powstały one do 15 lipca. Kolejne dwa tygodnie poświęci na nanoszenie poprawek, nakładanie szarości, przygotowanie wyklejki i generalnie postprodukcję. Obecnie trwają negocjacje z wydawcą. Wstępny projekt okładki ma zostać pokazany jeszcze w lipcu. Popularny Kolec bardzo chwali sobie model współpracy, który wspólnie wypracował z scenarzystą komiksu, Grzegorzem Januszem. Wzbarnia się przed powiedzeniem czegoś o fabule komiksu, odsyłając nas do scenarzysty. (KO)

W zeszłym tygodniu, szóstego lipca o godzinie 18:00 w zielonogórskiej Galerii BWA odbył się wernisaż wystawy "Butenko pinxit", prezentującej bogaty dorobek artystyczny Bohdana Butenki. Wystawa potrwa do szóstego sierpnia, a jej kuratorką jest Joanna Mielech. Będzie składała się z dwóch części - pierwsza to tradycyjna ekspozycja oryginalnych prac, komiksów i ilustracji znanych między innymi z "Gapiszona", "Gucia i Cezara", grafik przygotowanych dla "Misia", "Świerszczyka" czy "Płomyka". Drugą natomiast tworzą cyfrowe wydruki dzieł Mistrza w dużych rozmiarach. Wystawie "Butenko pinxit" będzie towarzyszył katalog, wydany w limitowanym nakładzie 300 sztuk, a krótką relację z imprezy można przeczytać na stronie Ziniola ( i wygrać owy katalog w konkursie). (MG)

Krakowskie wydawnictwo Post poinformowało, że 14 lipca swoją premierę będzie mieć polskie wydanie pierwszego tomu cyklu "Mglisty Billy" zatytułowany "Dar Ciemnowidzenia" autorstwa Guillaume Bianco. Komiks ten został wyróżniony Nagrodą dla Najlepszego Komiksu Francuskojęzycznego w zeszłym roku, nadawaną przez Instytut Francuski w Krakowie. Album miał mieć premierę w kwietniu, ale prace edytorskie niebezpiecznie się przedłużyły. Album ma mieć twardą okładkę oraz 144 strony. Kosztować będzie 99,99 zł. Tak wysoka cena najprawdopodobniej związana jest faktem, że "do komiksu została dołączona gratis plansza Ouija służąca do wywoływania duchów". Na fejsbukowym profilu wydawnictwa można obejrzeć aż 17 plansz z tego albumu. (MG)

Ukazało się najnowsze, już szóste, wydanie internetowego art-zina "Kofeina". Od tego numeru do składu reakcyjnego, jako stały współpracownik dołączył Michał Misztal odpowiedzialny za dział komiksowy i przygotował swój pierwszy blok poświęcony historyjkom obrazkowym. W numerze obok tekstów literackich można pooglądać rysunki Otusiunia oraz Joanny Grochockiej, przeczytać krótkie komiksy Barbary "lagu i lagu" Okrasy, Edyty "Mei" Bystroń, pierwszy odcinek "Najwydestyluchniejszego" Macieja Pałki i Bartosza Sztybora oraz recenzje komiksowe napisane przez Pawła Deptucha oraz znanego z łam Kolorowych Zeszytów Macieja Gierszewskiego. Szóstą "Kofeinę" można obejrzeć i poczytać on-line pod tym adresem. (KO)

środa, 6 lipca 2011

#800 - Fantasy Komiks #10/#11

Pomimo podniesionej ceny, ograniczenia obszaru dystrybucji i zmniejszenia ilości stron "Fantasy Komiks" zdaje się trzymać mocno. Wstęp do dziesiątego numeru wypełniony zapowiedziami nowych serii tchnie dużą dawką optymizmu, choć pokładane w magazynie nadzieję na znalezienie nowych czytelników i poszerzenie komiksowego rynku nie zostały spełnione. I raczej nie zostaną, choć trzeba przyznać, że magazyn redagowany przez Artura Szrejtera wypracował sobie grono wiernych czytelników, do którego i ja mam przyjemność się zaliczać.

W tomach 10 i 11 zadebiutowały dwa nowe tytuły – "Szafranowa Noc" i "Zmierzch Bogów". Ta pierwsza pozycja to kolejna opowieść ze świata Troy ze scenariuszem przygotowanym przez Christophe`a Arlestona i młodą pisarkę Melanyn, znaną już ze skryptu do "Wyprawy Alunysa". Oprawą graficzną zajął się Eric Herenguel, którego można pamiętać z rysunków do serii "Kran". Historia o królewskim rodzie zamieszkującym zamek zwany Szafranową Nocą, będący stolicą baronii o tej samej nazwie, zamyka się w dwóch tomach. Dzieje Trzmiela, Kleszcza, Ważki i Komara pod względem fabularnym (przynajmniej na razie) nie zachwycają i ze względu na wiek głównych bohaterów zdają się być przeznaczone dla młodszych czytelników, ale wizualnie prezentują się znakomicie. Herenguel, obok Flocha, to chyba najciekawszy artysta, który miał okazję pokazać się na łamach "FK". Żywe, dynamiczne rysunki przynoszą z jednej strony energiczną kreskę Loisela i europejską szkołę cartoonu w stylu Uderzo na czele.

Natomiast "Zmierzch Bogów" całymi garściami czerpie z podań o germańskich bogach i bohaterach, odwołując się do skandynawskich "Sagi o Wolsungach", staroniemieckiej "Pieśni o Nibelungach" czy słynnej tetralogii operowej Ryszarda Wagnera "Pierścień Nibelungów". Opowieść przygotowana przez scenarzystę Nicolasa Jarry`ego i rysownika Dijefa zdaje się projektem zakrojonym na iście epicką skalę, rozpisanym na mrowie wątków, które ciągnąć się mogą przez dziesiątki albumów. Mitologiczny materiał został jednak obrobiony bardzo sprawnie i historia pełna intryg, przenikania się świata ludzkiego z boskim i heroicznych wyczynów zapowiada się bardzo smakowicie. Scenarzyście udało uniknąć banału i skrótowości w adaptowaniu starych tekstów na potrzeby swojego utworu i naprawdę wkręcił mnie swoją wizję dziejów Asgardu i Midgardu. Szkoda, że do jego poziomu nie dopasował się Dijef, które ze swoją sztywną kreską, pełno sztucznych, komputerowych efektów niezbyt pasuje do tej historii o antycznych rodowodzie.

Jeśli idzie o serie kontynuowane to swoje finały miały dwie serie - "Legenda" Swolfsa i "Zaraza" duetu Gaudin-Peynet. O ile ostatni akt pseudo-średniowiecznej epopei w niczym nie mógł zaskoczyć swojego czytelnika, bo doszło po prostu do pojedynku tego dobrego z tym dobrym iżyli długo i szczęśliwie, o tyle opowieść o tajemniczej chorobie jest daleka od banałów konwencjonalnej fantasy. Ma swoją wymowę i naprawdę może się podobać. Tym samym "Zaraza" zalicza się do najciekawszych tytułów zaprezentowanych na kartach "Fantasy Komiks", choć nadająca się tylko do jednorazowej lektury. Jeśli idzie o "Rozbitków z Ythaq" Arlestona i Flocha to właściwie po lekturze kolejnego, dziewiątego już tomu, ciężko coś powiedzieć. Wciąż trzeba czekać na rozwiązanie zagadki gry Ythów, choć oczekiwanie na odpowiedzi skutecznie umila piracki epizod. Wśród serii humorystycznych z bardzo dobrej strony pokazały się rubaszne "Krasnoludy" Jarry`ego i Deplano.

Cóż można dodać na zakończenie? Pomimo tego, że "Fantasy Komiks" zniknął z pierwszych stron komiksowych serwisów i nie budzi już tak wielkich emocji, jak na początku, to pozostaje bardzo solidna pozycja na rynku. Wciąż atrakcyjna cenowo i całkiem niezła pod względem jakości, jeśli oczywiście gustuje się w europejskiej pulpie. Powiedziałbym nawet, że w porównaniu z kilkoma pierwszymi numerami, w których "Samuraj" czy momentami "Lasy Opalu" mocno odstawały swoim poziomem od innych komiksów, znacznie poprawił się dobór serii do magazynu. I oby tak dalej. Najnowszy, dwunasty numer "FK" ukaże się już 4 sierpnia, a na jego łamach zadebiutuje nowa seria - "W poszukiwaniu Graala".

wtorek, 5 lipca 2011

#799 - Rewolucja w DC oczami fanów

Z pytaniami o to, jak będzie wyglądało nowe, odświeżone DCU zwróciłem się do czytelników, którzy z komiksami z jednego z dwóch największych superbohaterskich wydawnictw stykają się na co dzień. W odpowiedzi fani opowieści spod szyldu DC Comics opowiedzili o swoich niepokojach i oczekiwaniach związanych z machinacjami tercetu Dan DiDio-Geoff Johns-Jim Lee. Czy czeka nas prawdziwa rewolucja na rynku komiksowym, czy całe to zamieszanie to tylko robiona pod publiczkę kosmetyka, mająca na celu podbicie sprzedaży? Czy kierunek zmian obrany przez DC jest właściwy? Na które z nowych-starych serii warto zwrócić uwagę, a które należy omijać szerokim łukiem?

Michał Chudoliński (redaktor naczelny Magazynu Miłośników Komiksu KZ)

DC: (Re)degradacja

Ogłoszenie reaktywacji serii wydawniczych DC Comics przypomina wylewanie dziecka z kąpielą. Zdesperowani wydawcy, chcący utrzymać zainteresowanie czytelników w czasie kryzysu, idą za ciosem i dokonują pośpiesznego "sprzątania” uniwersum. Rozpaczliwe to działanie, jeżeli przypomnimy sobie, że ostatni wielki event modyfikujący świat DCU zakończył się niespełna dwa lata temu ("Final Crisis”).

Skąd taki pośpiech? Po co zespół Lee/Johns/Didio to właściwie robi? Czy chodzi jedynie o to, by zerwać całkowicie z polityką wydawniczą Paula Levitza, byłego zarządcy DC? Nie wydaje mi się. Fakty są bardziej bolesne. Mówiąc oględnie, komiksy tracą na zainteresowaniu w konkurencji z innymi formami rozrywki. Zarówno stali, jak i nowi czytelnicy historii obrazkowych o superbohaterach odnajdują w nich coraz większy schematyzm i tendencyjność. Zmiany, jakie na przestrzeni ostatnich 10 lat zaszły w DC, nie były "zmianami" w prawidłowym sensie tego słowa, a jedynie kosmetycznymi poprawkami. Ludzie mają zwyczajnie dość komiksów superbohaterskich, a perełki trafiają się coraz rzadziej. Owszem, J.H. Williams III pokazał pazur w "Batwoman: Elegy", ale w treści to tylko standardowa historia o bohaterce i łajdaczce, jakich wiele.

Do tego dochodzą ciągłe opóźnienia w wydawaniu serii, które z założenia miały być hitami na rynku i zmienić postrzeganie danej postaci czy tytułu. Do zmęczenia konwencją dochodzi więc irytacja oczekiwaniem. Czytelnicy zaczynają szukać satysfakcji gdzie indziej, czego najlepszym dowodem jest ankieta na Comic Book Resources. Niemniej największym błędem DC jest brak jakichkolwiek jasnych informacji, co do tego, jak owy "reboot" ma w sumie wyglądać. Z strzępkowych informacji możemy się dowiedzieć, że będzie to sprzątanie na pół gwizdka, że pewne historie z przeszłości pozostaną nietknięte. Gdzie tutaj konsekwencja? I gdzie szacunek do wiernych fanów, gdy czytamy o powrocie Barbary Gordon w roli Batgirl? Kto o niej, do diaska, pamięta w tej roli, gdy większość z nas identyfikuje ją jako Oracle, osobę o niesamowitej sile woli, kobietę darzoną najwyższym szacunkiem za to, co robi? Co za granda!

Uderza to mnie w szczególności, jako wiernego fana Batmana (chociaż przyznaje, że ostatnimi czasy jest to bardziej przymusowa chęć bycia na bieżąco aniżeli przyjemność - obecnie trudno znaleźć bat-historie, które byłyby choćby ponadprzeciętne). Żal bierze górę, gdy widzę, jak ta postać jest rozmieniana na drobne, a inni bohaterowie z tego uniwersum biorą udział w groteskowych "pokazach mody". Trudno bowiem inaczej nazwać ciągłe zmiany w ich kostiumach. I te zabiegi, aby rysownicy brali również odpowiedzialność za scenariusz.... Rozumiem, gdyby to dotyczyło doświadczone osoby zarówno w jednym, jak i drugim rzemiośle. Ale żeby zabierali się za to profesjonalni rysownicy, tylko dla jednolitości wizji? Jak pokazuje niedaleka przeszłość, zwykle wychodzi to tak sobie. I na pewno nie jest to skuteczna metoda na wypracowanie porządnych historii.

Na koniec chciałem powiedzieć, że ambiwalentnym jest dla mnie to, w jaką stronę podąża obecnie DC Comics. Widzę obecnie, że wydawnictwo wciąż poszukuje własnej drogi, własnej formy ekspresji, ale jakoś mu się nie udaje. Co więcej, w tym poszukiwaniu własnej drogi ciągle strzela sobie w stopę i zamiast przyciągać nowych czytelników to sprawia, że ci najbardziej wierni odchodzą bezpowrotnie. Nie sądzę więc, by i przyszła zmiana przyniosła coś dobrego temu wydawnictwu. Jeżeli chcesz rozstać sie z komiksami superboahterskimi na dobre to lepszego momentu nie znajdziesz.


Błażej Deja (redaktor serwisu DC Multiverse):

Źle się ostatnio działo w świecie DC, oj źle. Tytuły z rodziny Supermana trzymały poziom nie wyższy, niż niektóre odcinki serialu "Smallville", uniwersum Green Lantern po "Najczarniejszej Nocy" również mogło odstraszać, a człowiek skąpany (wg. powszechnie znanego stereotypu) w cieniu Gotham City założył firmę Batman Incorporated. Niemniej, akurat w kwestii bat-tytułów sytuacja była naprawdę ciekawa i ustabilizowana – Dick Grayson (pierwszy Robin), jako Batman, syn zmarłego (wtedy) Bruce’a Wayne`a jako Robin, dawna Robin/Spoiler jako nowa Batgirl, oraz Batwoman zinterpretowana zupełnie inaczej, niż pozostałe bat-kobiety. Nie zmienia to jednak faktu, że styl wydawniczy DC można porównywać do sytuacji ekonomicznej Grecji. Częste odwoływanie się do wielgachnych (często słabych) eventów odpychało nowych czytelników, a przy DC zostawali już tylko prawdziwi fani, którzy siedzą w tym od lat i nie przeszkadza im że "synu, milion zeszytów wcześniej"...

Co zrobić? Można by wszystko wykreślić i zacząć budować komiksowe uniwersum całkowicie od nowa. Osobiści nie chciałbym tego, bo mimo wszystko siedzę w komiksach DC od lat i cenię ich tradycję. Tak oto powstała idea rebootu, ale nie do końca. Sposobem miało być odnowienie, odświeżenie, poprawienie a nie wykreślanie historii, której umiejętne wykorzystanie przyniesie sukces – tak zapewnie myśli szefostwo DC. Jeśli w ogóle jeszcze myśli, bo po niektórych komiksach można mieć co do tego spore wątpliwości.

Tak więc dostaniemy odświeżone wersje współczesnych herosów – Superman, Batmana, Nightwinga, Batgirl, Hawkmana, Kapitana Atoma, Firestorma, Aquamana, Flasha i wielu innych. "Justice League" i "Action Comics" będą prequelami obecnych komiksów. W "AC” Grant Morrison podejmie się lekkiego przerobienia mitologii Supermana, a Liga Sprawiedliwości będzie się dopiero formowała. Będziemy również mogli zobaczyć jej mroczną wersję – "Justice League Dark", która będzie czymś na kształt superbohaterskiego FBI, zajmującej się sprawami (tematyka zapewne zbliżona do nauk paranormalnych), o których "zwykli” herosi nawet nie wiedzą.

Ostatnio raczkować w DC zaczęło bardzo ciekawe uniwersum zapoczątkowane, które swój początek bierze w serialu animowanym "Batman Beyond”. Najpierw pojawiła się mini-seria, będąca ciekawym wymieszaniem świata serialu i DCU, a następnie pojawił się on-going, którą teraz czeka restart. W świecie Earth-Beyond mają pojawić się również dwa kolejne tytuły - "Superman Beyond" i "JLA Beyond". Bardzo dobrze, że o takich projektach nie zapomniano zajmując się odnawianiem całego uniwersum. Wspominam o tym również dlatego, bo uważam że przy doborze odpowiednich scenarzystów pozycje ze świata "Beyond" mają szansę okazać się finansowymi sukcesami niegorszymi od komiksów ze "zwyczajnego" kontinuum DC.

Można by rzecz, że forma wprowadzenia restartu jest dla fana (przynajmniej dla mnie) doskonała. Jednocześnie będę miał uczucie, iż zaczyna się coś nowego, będzie ten powiew świeżości, który uwielbiam, a zarazem nie muszę się martwić o spójność continuity. Liczę, że dzięku revampowi DC przyciągnie do swoich tytułów nowych czytelników, zarówno amerykańskich, jak i europejskich.


Damian Maksymowicz (redaktor serwisu DC Multiverse):

Pomysł ma nowe uniwersum DC ma sens, jeśli faktycznie uporządkuje istniejący bałagan. Rodzą się tylko pytania - ile z tych 52 tytułów przetrwa dłużej niż rok? Czy to brak scenarzystów spowodował, że rysownicy muszą coraz częściej brać się za pisanie skryptów? Jak bardzo rewolucyjne będą to zmiany? Póki co zdaje się, że Tytanów i rodzinę Supermana dotkną największe rewitalizacje…

Trudno oceniać zmiany zawczasu. Wiadomo jednak, że to nie ma być reboot, a swoisty update, który obejmie całe uniwersum i wszystkich bohaterów. Jeśli chodzi o kosmiczny zakątek DCU, to ostaną się dwie serie z Zielonymi Latarniami ("Green Lantern" i "Green Lantern Corps"), a dołączy do nich kolejna, "kolorowa", z przedstawicielami wszystkich Korpusów. Cieszy również, że całkiem nowy tytuł "Red Lanterns" będzie pisany przez Petera Milligana. W kwestii zielonych serii chciałbym tylko, aby wróciły one do poziomu sprzed "Blackest Night". Duże rozczarowanie wywołało u mnie powołanie na scenarzystę "Justice League International" Dana Jurgensa scenarzysty, który zatrzymał się w pisarskim rozwoju i nie potrafi nawet dobrze pisać przygód postaci, którą sam stworzył (mam na myśli Booster Golda). Judd Winick po maxi-serii "Generation Lost" wydawał się najlepszym kandydatem do tej serii. Szkoda, że DC sądzi inaczej.

Czekam również na "Justice League" Geoffa Johnsa i Jima Lee. Przy takim duecie za sterami seria ta ma szansę stać się godną swej nazwy i składu oraz stanowić świetną opozycję dla "Avengers" Briana M. Bendisa. Pewnie po kilku numerach Lee zacznie się nie wyrabiać z oprawą graficzną i przydarzą się liczne obsuwy. "Action Comics" Granta Morrisona jest z góry skazane na sukces. Po "All Star Superman" wierzę, że coś dobrego z błękitnym harcerzykiem może zrobić właśnie szalony Szkot. Ciekaw jestem również aż trzech tytułów z bat-uniwersum. "Batman and Robin" Petera J. Tomasiego i Patricka Gleasona, którzy wcześniej razem popełnili zaledwie trzy zeszyty tej serii, ale były one bardzo dobre. Oby udało im się utrzymać formę po przetasowaniach w Dynamicznym Duecie związanym z tym, że jedynym Batmanem w DCU będzie Bruce Wayne. Najlepszą rekomendacją "Batmana" jest nazwisko Scotta Snydera, choć szkoda, że rysunkami nie zajmie się Jock, jak miało to miejsce w "Detective Comics". Skoro Snyder znalazł wcześniej sposób na Batmana-Dicka Graysona to i w wypadku Wayne'a powinien podołać zadaniu. "Nightwing" Kyle'a Higginsa to seria, po którą sięgnę przez ogromną sympatię do postaci oryginalnego Robina, który wraca do dawnej tożsamości lepszy niż kiedykolwiek. Jeszcze jedna seria częściowo zahaczająca o bat-świat wydaje się interesująca, a jest nią "Red Hood and the Outlaws" Scotta Lobdella, który ma zająć się też "Teen Titans" i "Superboy`em" - na premiery tych tytułów chyba też będzie warto rzucić okiem. Scenarzysta zapowiada, że ten tytuł skopie nam tyłki - a tego właśnie potrzebuję, bo w to, że "Suicide Squad" wypełni tę lukę jakoś entuzjastycznie nie wierzę.


Andrzej Nowak (redaktor serwisu DC Multiverse):

Decyzja DC o relaunchu ich serii jest z pewnością ciekawą sytuacją dla czytelników. Osobiście jestem z niej (póki co) bardzo zadowolony. Uniwersum DC od kilku lat stało w miejscu, ciężko było nowemu czytelnikowi rozpocząć czytanie jakiejś serii, ponieważ wszystkie były do granic możliwości powiązane z różnymi eventami. Czy od września to się zmieni? Mam taką nadzieje. Wydawnictwo w każdym oświadczeniu zapewnia nas, że komiksy będą bardziej przystępne dla nowych czytelników, pozostaje nam więc czekać, by się o tym przekonać. Jestem jednak dobrej myśli. Kolejnym minusem, który może być naprawiony jest... Geoff Johnes. Bardzo cenię go, jako scenarzystę, choćby za genialny run w "JSA", czy serię "The Flash", jednak właściwie oprócz niego i Morrisona, DC nie posiadało innych scenarzystów, którzy mieli by wpływ na całe uniwersum. Na szczęście z Vertigo przybyli Scott Snyder ("Amerykański Wampir", obecnie "Detective Comics"), oraz Jeff Lemire ("Sweet Tooth", obecnie "Superboy"). Autorzy ci piszą dwie moje ulubione w danym momencie serie DC i wg zapowiedzi na wrzesień, będą kontynuować swoją prace, jednak już przy innych tytułach. Snyder, przyszły scenarzysta Batmana, w wywiadzie zapewnił, że wszystko, co się wydarzyło w uniwersum ciągle jest aktualne, to rozwiewa obawy, że cała historia tworzona od pierwszego kryzysu zostaje odcięta grubą kreską. W zapowiedziach pojawiło się również Stormwatch ze, śp. wydawnictwa, WildStorm. Znawcą tych postaci nigdy nie byłem, jednak wiedziałem, że Midnighter i Apollo (pojawiający się w zapowiedzianym Stormwatch), są gejami. Zastanawiało mnie, czy DC odważy się kontynuować ten wątek i dzięki Bogu, scenarzysta Paul Cornell w wywiadzie jasno stwierdził, że to się nie zmieniło. Jest to wg mnie szansa, że DC w końcu idzie do przodu i przestaje się bać niektórych tematów.

Inną rzeczą, która mnie bardzo cieszy jest ilość nowych serii, obecnie regularnie czytałem sześć serii DC, we wrześniu ich liczba wzrośnie dwukrotnie (ile z 52 serii się utrzyma to inna sprawa). Na pewno cieszy mnie fakt, że Deathstroke, Aquaman i Firestorm mają własne serie, są to bardzo ciekawe postacie, jednak ostatnio sprowadzane na margines uniwersum.

Jest jednak kilka spraw, które mnie martwią. Pierwsza z nich jest powrót Barbary Gordon do roli Batgirl, którą Alan Moore wysłał na wózek inwalidzki w swoim "Killing Joke". Od tamtego wydarzenia córka komisarza została Oracle, która była dla mnie bardzo ważną częścią uniwersum. Jednak nie mogę z góry przekreślić czegoś, czego nie czytałem, jestem jedynie sceptyczny wobec tego tytułu. Strój Supermana również pozostawia wiele do życzenia, choć Jim Lee słusznie stwierdził, że niektóre stroje trzeba odświeżyć. Niektóre wyszły bardzo dobrze (Deathstroke, Hawkman), niektóre dziwacznie (Superman, Superboy, Poison Ivy). Natomiast w niektórych przypadkach (okładka "Action Comics" #1) nie wiemy, czy mamy doczynienia ze strojem, który będzie używany w serii, czy tylko został stworzony na potrzeby okładki.

Mówiąc o Supermanie, Grant Morrison zostanie scenarzystą "Action Comics" i jak sam powiedział, chce zmienić mitologię Człowieka ze Stali. Nie jestem wielkim fanem tego, co Morrison zrobił w uniwersum Batmana. Właściwie to jestem wielkim przeciwnikiem tego, co zrobił i cieszę się, że od września będzie jeden Batman, a Dick Grayson wróci do bycia Nightwingiem. Jednak "All-Star Superman" autorstwa szkockiego scenarzysty, to jedna z moich ulubionych historii o Supermanie, dlatego w tym tytule pokładam duże nadzieje.

Podsumowując, relaunch jest moim zdaniem dobrą decyzją. Same okładki nie wiele nam wyjaśniają, jednak scenarzyści udzielają coraz więcej wywiadów naświetlających nam zmiany, jakie dotkną DC. W lipcu czeka nas jeszcze SDCC, na którym na pewno wiele rzeczy zostanie ujawnionych. Jedyne, czego nie rozumiem, to decyzja wydawnictwa na wprowadzenie nowych serii takich jak Bat Wing, a odłożenie tak znanych drużyn i postaci jak JSA, Power Girl, czy Shadowpact. Jednak nie można zapomnieć, że 52 serie zostały zapowiedziane na wrzesień, zawsze są szanse, że w późniejszym terminie do obecnych bohaterów dołączą inni, znani nam super herosi.


Łukasz Żerański (redaktor naczelny serwisu Daily Planet):

Na informację, że DC Comics postanawia zresetować ponad siedemdziesięcioletnie uniwersum najpierw zareagowałm złością. Jak można tak nagle uznać, że reboot to jedyne rozwiązanie, aby zainteresować nowych czytelników do sięgnięcia po komiksy? Dodatkowo wkurzające były zdawkowe informacje o kolejnych zmianach i nowych seriach. Czekając na zapowiedzi komiksów o rodzinie Człowieka ze Stali przeglądałem aktualnie zapowiedziane nowe/stare serie i coraz bardziej obawiałem się, jak bardzo namieszają z Supermanem.

W ciągu tego czasu złość jednak ustąpiła. No bo w sumie przez ostatnie kilka lat ze świecą szukać dobrej historii o Supermanie. Może to jest jednak czas na odważne i konkretne zmiany? Właśnie wtedy ogłoszono, że za "Action Comics będzie odpowiedzialny nieprzewidywalny, ale uznawany za genialnego Grant Morrison. Z jednej strony przestraszyłem się tej decyzji, ale z drugiej - dlaczego nie? Postanowiłem dać mu szansę i z nadzieją oczekuje września, wciąż pamiętając jego wizję eSa w "All-Star Superman". Wiedziałem również, że strój Supermana przeszedł lekkie zmiany. Pokazana okładka do pierwszego zeszytu "Supermana" niewiele wyjaśniała, ale nowy wygląd jednego z najstarszych super-bohaterów ostał się bez drastycznych modyfikacji. Dodatkowo nazwisko George Perez na okładce bardzo mnie uspokoiło.

Prawda jest taka, że nadal nie wiele wiadomo o tym jak cały reboot, reset czy re-launch, jak ostatnio nazywa go DC, będzie wyglądał. Widać, że wydawnictwo chwyta się brzytwy i obawiam się, że wszystkie te zmiany nie zostały do końca przemyślane. Mam nadzieję, że pomysły na odświeżone uniwersum DC nie wzięły się z pozostałości szkiców i rysunków, jakie wykonywał Jim Lee do gry "DC Universe Online". Patrząc jednak na wygląd niektórych bohaterów mam dziwne wrażenie, że tak właśnie było. Kto wie, może Lee i Didio spotkali się któregoś wieczora i po jednym drinku za dużo zdecydowali użyć niewykorzystane pomysłów na stworzenie nowego świata DC...

Wierzę, że tak nie było i mam nadzieję, że nowe DCU nie raz mnie jeszcze zaskoczy, a inne podejście do znanych bohaterów zostanie w pełni wykorzystane i komiksy z ich udziałem będą warte naszej uwagi.

poniedziałek, 4 lipca 2011

#798 - Relacja z "Ligatury", część druga

Piątek, 2011-06-03:

Urywam się z pracy tak szybko, jak to tylko jest możliwe. Jednak nie na tyle wcześnie, aby zdążyć na wernisaż "Le Darinier Cri", który odbył się o 13:00. Nie udaje mi się także załapać na otwarcie "Krótkich historii", ale myślę sobie, nic straconego. Pewnie będę miał jeszcze okazję, aby przejść się do "Głośnej" i może akurat zastanę Romana, to sobie z nim chwilę porozmawiam.

EAST COVER Ligatura Pitching 2011

Idea "pitchingu" polega na spotkaniu, zetknięciu ze sobą artystów komiksowych z wydawcami, redaktorami i innymi osobami, które są żywo zainteresowane promocją, rozpowszechnianiem i publikacją komiksów. Zasadniczo twórcy prezentują swoje prace przed międzynarodową komisją. Jej zadanie polega na wytypowaniu jednego projektu, który w późniejszym terminie zostanie wydany drukiem w Polsce. Pomysł na tego typu spotkanie, tak przeprowadzone, wydaje mi się bardzo dobry, wręcz świetny.

Dodatkowym atutem "pitchingu" w Poznaniu miał być katalog, o którym wspominają organizatorzy na swojej stronie, pisząc tak: "Podczas Festiwalu Kultury Komiksowej LIGATURA będzie dostępny katalog EAST COVER Pitchings zawierający profile wszystkich wybranych do prezentacji artystów. Po Ligaturze, katalog będzie rozsyłany do wydawnictw i organizatorów festiwali w Europie i USA". Niestety katalogu nie dorwałem. Nie wiem, czy się już ukazał i czy był dziś dostępny, a ja go przeoczyłem, czy też dopiero się ukaże.

Michał Słomka po polsku przedstawił ideę "pitchingu" oraz w kilku słowach przybliżył międzynarodowe jury. Wypowiedzi Michała przełożone zostały przez tłumacza (z pomocą Michała) na angielski. Szkoda jednak, że autorzy prezentujący swoje prace i projekty nie mieli wsparcia tłumacza, ponieważ nie wszyscy z nich biegle posługiwali się językiem angielskim. W piątek zaprezentowała się pierwsza grupa, a następnego dnia kolejna. Osobiście z tego, co widziałem, najbardziej podobała mi się prezentacja Kamila Tatary, czyli projekt komiksu pod tytułem "Golden Boy", który z wielką pasją mówił o swoim bohaterze, a także o swoim sposobie rysowania i przygotowywania kolejnych plansz. Bez żadnych wątpliwości mogę powiedzieć, że całość była genialnie narysowana. Chętnie kupiłbym album Kamila. Podobał mi się również projekt "Perpetum mobile" Jakuba Sytego oraz Mikołaja Ratki. Komiks zbudowany z osobnych, krótkich i zabawnych historyjek, bardzo ciekawie kadrowanych. Obok wymienionych przeze mnie osób swoje prace przedstawiali jeszcze: Agata Dębicka, Jeroen Funke oraz Filip Bąk.

W sobotę nie byłem na drugiej "pitchingowej" prezentacji, ponieważ w tym samym czasie odbywało się spotkanie autorskie Aleksandara Zografa, w którym uczestniczyłem. Tak informacyjnie podaję, że laureatem EAST COVER Ligatura Pitching 2011 został Jay Wright z Wielkiej Brytanii.


Sobota, 2011-06-04:

Nie udało mi się wstać na tyle wcześnie, aby wyrobić się ze wszystkimi porannymi czynnościami i na 11:00 zdążyć do Biblioteki Uniwersyteckiej, żeby wziąć udział w panelu dyskusyjnym "Co z tym komiksem?". Teraz oczywiście żałuję. Bardzo jestem ciekaw co mówiono, kto mówił, o czym i czy rozmawiano, może postawiono jakąś diagnozę. Chciałbym porozmawiać z kimś, kto był na panelu, chciałbym usłyszeć relację, skoro sam na nim nie byłem.

Wykłady mistrzowskie: Aleksandar Zograf

Dotarłem do Uniwersyteckiej dopiero na spotkanie z Aleksandarem Zografem, czyli na promocję komiksu "Pozdrowienia z Serbii. Dziennik komiksowy z czasów konfliktu w Serbii". Album, wydany przez poznańską Centralę, miał swoją ogólnopolską premierę właśnie tego dnia. Spotkanie rozpoczęło się z delikatnym poślizgiem, prowadził je Michał Słomka. Chociaż autor komiksu okazał się samograjem, który w ciekawy (i nieśmiały) sposób opowiadał o swoich rysowniczych początkach, o swoich fascynacjach, o codzienności w czasie wojny, o fałszywym obrazie bałkańskiej wojny, który prezentowany był w międzynarodowych mediach. Bardzo spodobała mi się pewna jego wypowiedź, do tego stopnia, że aż ją sobie zanotowałem: "Niezależnie od tego w jakim jesteś mieście, to znajdziesz w nim historie, które to miasto chce ci opowiedzieć, tylko musisz być twardy i chcieć jej wysłuchać".

Po spotkaniu uznałem, że nie ma większego sensu iść do "Ósemek" na drugą część "pitchingów", ponieważ już trwały i właściwie za chwilę miały się zakończyć. Miałem wolne pół godziny, dlatego poszedłem do "Głośnej", aby pooglądać zgromadzone tam w ramach "Krótkich historii" prace. Byłem jedynym widzem. Dziwnie się z tym czułem. Bacznie obserwowany przez cztery osoby z obsługi wystawy i kawiarni. Przyznaję, że może i miałem ochotę zabrać sobie do domu jakieś rysunki, najchętniej Aleksandry Woldańskiej-Płocińskiej i Kamila Tatary, ale przecież i tak bym tego nie zrobił, nie starczyłoby mi odwagi i bezczelności. Przy okazji pooglądałem sobie, ale nie kupiłem, pierwszy numer "Gili-Gili prezentuje: Eyjafjallajokull".

Story Art Review of Ligatura 2011

W "Ósemkach" pooglądałem prace Mikołaja Tkacza oraz wziąłem bierny udział w ostatnim punkcie programu tegorocznej Ligatury. "Story Art.…" miało się rozpocząć o godzinie 18:30, czekałem i czekałem, o 19:01 padło wreszcie sakramentalne „To zaczynajmy, zapraszamy do środka”, po którym do środka weszło 31 osób. Jurorzy ogłosili wyniki w każdej kategorii. Dużo tego…

Po kilku dniach spis nagrodzonych pojawia się na stronie organizatora.


Piątek, 2011-07-01, czyli epilog:

Po południu, gdy wracałem z pracy do domu na Garbarach natknąłem się Grzegorza Łuczyńskiego, z którym nie widziałem się od dnia naszego przypadkowego spotkania w Kinie "Muza" na wernisażu prac konkursowych "Silence". Okazało się, że był na kilku, innych niż ja, wystawach i wernisażach w czasie trwania Ligatury i dlatego nie było nam dane się zobaczyć. Mówił, że czytał moją relację z pierwszych dwóch dni na Kolorowych i dopytywał czy będzie druga część, odpowiedziałem, że po weekendzie. Wymieniliśmy opinię o całym festiwalu, a gdy wróciłem do domu, to pomyślałem, że właściwie mógłbym poprosić Grzegorza, aby napisał swój komentarz o Ligaturze. Napisał:

Ligatura z jednej strony jest wydarzeniem kulturalnym, które ma na celu pokazanie ludziom nieobytym ze sztuką komiksową, czym są opowieści graficzne. Pokazuje nieznane ogółowi prace zagranicznych oraz polskich artystów, jednocześnie mając na celu pokazanie artystycznej społeczności, że komiks to też sztuka… Niestety z drugiej strony twórcy Festiwalu zdają się nie zauważać, że polski rynek komiksowy jest bardzo malutki i hermetyczny. W naszym kraju historyjki obrazkowe czytane są tylko i wyłącznie przez świadomych fanów, a największą bolączką jest fakt, że niemal wcale nie pojawiają się nowi czytelnicy. Rynek przeżywa okres nadmiernej dojrzałości – publikowane są tylko i wyłącznie najlepsze dzieła najbardziej uznanych mistrzów gatunku. Młody czytelnik nie jest w stanie znaleźć nic dla siebie. W tym właśnie punkcie wzniosłe idee Ligatury napotykają na twardą barierę rzeczywistości. Obecni na atrakcjach są niemal tylko ludzie widoczni na każdym festiwalu komiksowym, więc pomysł szerzenia znajomości tej dziedziny sztuki wśród niezaznajomionych z nią ludzi upada. Nie sprawdza się też idea stawiania na Festiwalu na wystawy, gdyż niski poziom artystowskich (ciężko tu bowiem mówić o "artystycznych") prac dobieranych głównie ze względu na niszowość, nie zachwyca przybyłych na Ligaturę fanów, przyzwyczajonych do nieco wyższego poziomu rozpowszechnianych prac. Niestety czasy zafascynowania komiksem undergroundowym większość obecnych czytelników przeżyła w latach dziewięćdziesiątych poprzedniego wieku, natomiast działania takie jak Ligatura (mimo założonego celu) pokazują przez przypadek przybyłym młodym fanom, że komiks jako medium nie jest dla "ludzi", lecz dla "artystów".

Dlatego należy się zastanowić, czy działania takie jak Ligatura, które przypadkowym czytelnikom pokazują fałszywy obraz komiksu, natomiast zapalonych fanów rażą niskim poziomem wykonania organizatorskiego oraz merytorycznego, nie powinny przeobrazić się w coś zupełnie innego i promującego komiks wśród szerszego grona potencjalnych odbiorców.

niedziela, 3 lipca 2011

#797 - Trans-Atlantyk 144

Według szych z DC Comics 52 tytuły to nie jest zbyt dużo komiksów na miesięc - to zaledwie początek. Według obliczeń Dana DiDio w sumie w sklepach komiksów w każdym miesiącu będzie można znaleźć 80 nowych zeszytów firmowanych charakterystycznym gwiezdnym logo. Odliczając pozycje skierowane dla dzieci (sześć sztuk) oraz publikowane w imprincie Vertigo (około dziesięciu) zostałoby jeszcze dwanaście niewiadomych. Podczas wizyty przedstawicieli wydawnictwa w Dallas potwierdzono, że w nowym DCu znajdzie się miejsce dla zapowiadanych wcześniej on-goingów "Superman Beyond" i "Justice League Beyond". Do listy pewniaków można z pewnością doliczyć "Batman Inc." Granta Morissona oraz Chrisa Burnhama (zaplanowne na 2012 rok) oraz dwie mini-serie z Mrocznym Rycerzem - zmierzającą do swego finału "Batman Odyssey" i zapowiedzianą ostatnio "Batman: Mortality" Paula Levitza i Denysa Cowana. Przypuszczam, że z planów nie wypadły również "My Greatest Adventure" (będąca kontynuacją "Weird Worlds") Kevina Maguire`a i Aarona Loprestiego, ponieważ zostało potwierdzone nieco wcześniej oraz "Speed Force", gdyż palce w serii o rodzinie szkarłatnych speedsterów macza Geoff Johns. Pewności nie mam co do "Tom Strong and the Planet of Peril" (Pete`a Hogana i Chrisa Sprouse`a), "Top Ten: Season Two - part 2" (Zandera Cannona i Gene`go Ha), "Astro City" (Kurta Busieka) czy nowego projektu Briana Wood`a. Na etatach w DC wciąż pozostają Nicola Scott, Jamal Igle, Amanda Conner, Phil Jimenez i Scott Kolins, którzy prawdopodobnie pracują nad jakimś projektami. W przypadku Gail Simone i Ethana Van Scivera jestem tego niemal pewien. Natomiast wśród plotek padają takie tytuły, jak "Shade" w interpretacji Jamesa Robinsona i Jill Thompson czy projekt z Wonder Womana Morrisona i (prawdopodobnie) Jimeneza. W wydawniczym limbo wciąż znajdują się "T.H.U.N.D.E.R. Agents" Nicka Spencera, który jest obecnie zajęty pracą w Marvelu. Jedno jest pewno - DC nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa i przy najbliższej okazji (konwent w San Diego) wydawnictwo będzie chciało jeszcze podgrzać atmosferę i narobić jak najwięcej szumu. (KO)

Oczywiście, nie wszystkim obrany przez DC Comics kierunek zmian przypadł do gustu. Fani, którym idea wyzerowania liczników i mniej lub bardziej drastycznych zmian w continuity się nie podoba, chcą zorganizować właśnie w San Diego manifestację. Na razie niecałe trzysta osób zapewniło, że pojawi się na największym Comic-Conie w Ameryce, by dać wyraz swojemu niezadowoleniu. DiDio z pewnością zaciera ręce na samą myśl, że bandzie protestujących fanbojów uda się przebić na paski informacyjne amerykańskich telewizji, co przyciągnie jeszcze więcej uwagi do tego, co dzieje się w DCU. (KO)

Howard Chaykin pracuje nad pięcioczęściową mini-serią "Avengers 1959". Jak widać legendarnemu amerykańskiemu artyście bardzo spodobał się koncept zespołu "bohaterów", który w latach sześćdziesiątych poluje na przestępców z nazistowską przeszłością. Oddział dowodzony przez Nicka Fury`ego pojawił się w retrospekcjach na kartach serii "New Avengers" z oryginalną Silver Sable, Sabretoothem, Kravenem Myśliwym, Namorą, Dominickiem Fortune`m i Ulyssesem Bloodstone`m, ojcem Elsy. Nawiązując do wątków wymyślonych przez Briana M. Bendisa, Chaykin chce rzucić nieco światła na zamierzchłą historię Marvela. Pierwszy zeszyt ukaże się w październiku. (KO)

Podarowanie Czerwonym Latarniom własnego tytułu było dość zaskakującą decyzję. Jeśli jakiś z nowych korpusów miałby dostać własny tytułów, stawiałbym raczej na armię Sinestra albo Niebieskich, a nie na Red Lanterns, którzy odgrywali w "GL" rolę villainów. Właśnie to skłoniło Petera Milligana do pisania ich przygód. Scenarzysta widzi w nich wielki potencjał dostrzegając, że Atrocitus nie uważa się za złoczyńcę, a herosa wypełniającego moralnie słuszną misję. Milligan zauważa, że większość członków Czerwonego Korpusu dołączyła do niego w wyniku jakiegoś tragicznego wydarzenia. Oprócz epatujących brutalnością scen, które jak zwykle przyciągają czytelników, autor chce skupić się właśnie na bohaterach trawionych gniewem. Dużą rolę do odegrania będą mieli również Bleeze i Dex-Starr, który ma stać się pełnokrwistą postacią, a nie tylko humorystycznym dodatkiem. (KO)

Plotki o zbliżającej się premierze powieści graficznej "Holy Terror" zostały potwierdzone. Już we wrześniu komiks autorstwa Franka Millera zostanie wydany nakładem Legendary Press. Pierwotnie projekt zapowiedziany na WonderConie w 2006 roku, jako "Holy Terror, Batman!" miał opowiadać o walce Mrocznego Rycerza z Al-Kaidą i Osamą Bin Ladenem. Niestety, Miller od tamtego czasu nie pracuje już dla DC Comics, więc w roli głównego bohatera wystąpi zupełnie nowy heros, znany jako The Fixer. Jestem ciekaw, jak Millerowi udało się tak szybko skończyć cały album (bez szkody dla jego jakości) i jak operacja zastąpienia głównego bohatera odbiła się na fabule. Cała historia ma zamknąć się w 120 stronach i kosztować 30 dolarów. (KO)

sobota, 2 lipca 2011

#796 - Komix-Express 95

Na Bałtyckim Festiwalu Komiksu - GDAK 2011 niespodziewaną premierę na spotkaniu z wydającą "Bicepsa" oficyną ATY miała "La Masakra". Rozdawany w czarnych, ręcznie robionych kopertach niepozorny zeszyt, liczącyt sobie zaledwie 24 strony kryje w sobie dużo zinowo-undegroundowej niepoprawnego humoru. Do znanych z bloga Maxa Atlanty jednostronnicowych opowieści dodano materiał premierowy (w sumie dziewięć nowych opowieści) oraz wywiad z tym tajemniczym twórcą. Jak zapewnia edytor "La Masakra" została uznana przez Grzegorza Janusza za komiksowy album roku. Warto przypomnieć, że jego nakład ograniczony jest do zaledwie 111 egzemplarzy, a jego treści przeznaczone są jedynie dla osób dorosłych. Na tym jednak nie koniec. Podczas najbliższej edycji Międzynarodowego Festiwalu Komiksu w Łodzi oprócz premiery trzeciego "Bicepsa" do sprzedaży trafi również premierowy numer magazynu "Triceps". Nowa propozycja ATY ma skupić się na dłuższych formach - o ile w "B" królują komiksy do około pięciu plansz, o tyle w nowym tworze zakładamy, że będą to historie przynajmniej dwa razy dłuższe. Na łamach "T" mają pojawiać się bohaterowie zupełnie nowi, jak i dobrze znani. "Triceps" będzie ukazywał się wraz z co trzecim numerem "Bicepsa". Natomiast na trzeciej Komiksowej Warszawie wydany zostanie drugi "Szkicownik", którego bohaterem będzie Michał Śledziński i ta pozycja zapowiada się naprawdę znakomicie. (KO)

W zapowiedziach Albatrosa znalazły się dwa kolejne tomy "Mrocznej Wieży". Nieco ponad rok po premierze pierwszego i drugiego albumu komiksowej adaptacji cyklu powieści Stephena Kinga do sprzedaży trafią "Zdrada" (premiera 28 października 2011) i "Upadek Gilead" (15 Listopad 2011). Trzeci trejd będzie liczył sobie 144 strony, czwarty - 208, a oba kosztować będą 69,90 zł. Autorami komiksowej wersji przygód Rolanda Deschaina pozostaną scenarzyści Robin Furth i Peter David oraz graficy Jae Lee i Richard Isanove. Po wydaniu tych dwóch pozycji Albatrosowi pozostanie jeszcze do spolszczenia piąty tom cyklu "The Dark Tower: Battle of Jericho Hill", czekający na zebranie w edycji zbiorczej oraz spin-off "The Dark Tower: Sorcerer", skupiony na postaci złego czarnoksiężnika Martena Broadcloaka. (KO)

Również w październiku, na łódzkiej emefce swoją premierę będzie miał album zbierające perypetię "Pika i Robiego". Znajomość autorów komiksu - Piotra Kasińskiego (scenariusz) i Roberta Trojanowskiego (oprawa graficzna) - liczy sobie już dobre dziesięć lat i obaj uznali, że warto jakoś podsumować swoją współpracę. W albumie liczącym około 90 stron oprócz publikowanych w różnych miejscach historiach znajdzie się również miejsce na całkiem świeży i premierowy materiał. Bliższe szczegóły dotyczące tej publikacji na razie nie są znane. (KO)

Blog Thorgalverse podał daty premier najnowszych komiksów ze świata Thorgala. Najnowszy album głównej serii, czyli "Le Bateau-sabre" ("Statek-miecz") ze scenariuszem Yves`a Sentego i rysunkami Grzegorza Rosińskiego do sprzedaży na rynku franko-belgijskim trafi 4 listopada 2011 roku. Tego samego dnia ukaże się również pierwszy tom spin-offowej serii "Louve" zatytułowany "Raissa", ze skryptem napisanym przez Yanna i oprawą graficzną autorstwa Romana Surżenko, ale z okładką Rosińskiego. Oba covery można obejrzeć na blogu Kuby Sytego. Na polski rynek oba tytuły trafią prawdopodobnie w tych samych terminach. (KO)

Ostatniego dnia czerwca na blogu Czarnej Materii pojawiła się informacja, że już za chwilkę, już za momencik do sprzedaży trafią dwa kolejne zeszyty "Konstruktu" - numery #2.5 i #3. Termin - 11-12 lipca. Trzeci zeszyt miał ukazać się w lutym i od tamtego czasu był ciągle przekładany. Ostatnio miał ukazać się w okolicach Dni Fantastyki we Wrocławiu (ostatni weekend czerwca). Niestety i tej daty nie udało się dotrzymać. Nie jest żadną tajemnicą, że kluczową kwestią w wydawaniu zeszytówki jest właśnie terminowość. Jak widać Jakub Kiyuc wystawia na ciężko próbę fanów "Konstruktu", którzy już od czterech miesięcy czekają na nową porcję psycho-matematycznej serii komiksowej. (KO)

Niedawno wydawnictwo Egmont opublikowało "Powstanie ‘44 w komiksie: Morowe panny", antologię prac wyróżnionych w konkursie komiksowym zorganizowanym przez Muzeum Powstania Warszawskiego w 2010 roku, a 27.06.2011 został ogłoszony kolejny konkurs na komiks o Powstaniu Warszawskim. Tym razem tematem przewodnim jest powstańcza rzeczywistość zapisana we wspomnieniach uczestników i świadków Powstania. Ponad 2700 relacji wizualno-dźwiękowych dostępnych jest w Archiwum Historii Mówionej, które prowadzi Muzeum Powstania Warszawskiego. Do wygrania są nagrody w wysokości od 1500 euro do 500 euro oraz publikacja w kolejnej antologii, która w przyszłym roku zostanie wydana przez Egmont. Termin nadsyłania prac upływa 03.10.2011. (MG)

W Rzeszowie w dwie najbliższe soboty odbywają się 22. Ogólnopolskie Spotkania z Komiksem. Program imprezy podzielony jest na "Czas komiksu" oraz "Czas Gwiezdnych Wojen", który odbył się dziś, 02.07.2011, a za tydzień, czyli 09.07.2011 będzie miał miejsce "Czas mangi i anime". W programie dzisiejszego setu komiksowego przewidziane było spotkanie z Sławomirem Zajączkowskim i Dominikiem Szczęśniakiem, konkurs komiksowy oraz prezentacja w polskiej wersji "lektorskiej" pierwszego tom francuskiego cyklu "Long John Silver" autorstwa Xaviera Dorisona i Dominica Lauffraya, który nawiązuje do "Wyspa skarbów" Roberta Luisa Stevensona. Kolejna sobota, 9 lipca, przeznaczona jest dla fanów mangi i anime. W programie: projekcje filmów anime – początkowe odcinki serii animowanej twórców cyklu "Evangelion" pt. "Nadia: Secret of Blue Water" oraz najnowszego filmu animowanego znanego japońskiego studia Ghibli "Borrower Arrietty". Odbędzie się też konkurs, którego uczestnicy będą musieli przedstawić różne rzeczy ze świata japońskiego komiksu za pomocą gestów i rysunków. Natomiast w Poznaniu w klubie "Dragon" w poniedziałek, 04.07.2011, będzie miała miejsce 1. Literacka Nasiadówka, w czasie której Edward Pasewicz oraz Maciej Piotr Prus będą rozmawiali z Piotrem Bikontem o przetłumaczonym przez niego komiksie Arta Spiegelmana "Maus". (MG)