"Lucyfer" może pochwalić się bardzo dobrą prasą. Przyznam, że kompletnie nie mogę pojąć tego fenomenu – komiks to dość przeciętny, może i sprawnie napisany, ale nie grzeszący ani oryginalnością, ani niczym innym. Piąty album serii, "Inferno", spotkał się z bardzo pochlebnym przyjęciem rodzimej krytyki komiksowej. Robię wielkie oczy ze zdziwienia, kiedy czytam, jaka to świetna opowieść – doskonale narysowana, z misternie skomponowaną fabułą, pełna wielowymiarowych, intrygujących postaci – i zastanawiam się czy aby na pewno czytaliśmy ten sam komiks…
Całą zasługą scenarzysty Mike'a Careya jest bardzo uważne przeczytanie "Sandmana", którego "Lucyfer" jest odpryskiem. Carey skrzętnie powiela schemat i rozwiązania fabularne Neila Gaimana, konstruując w gruncie rzeczy bardzo podobną historię, w tylko nieco innych dekoracjach. A że nie jest pisarzem choćby w połowie tak utalentowanym jak Gaiman, efekt jego pracy jest co najwyżej średni.
Połowę wartości "Lucyfera" stanowi jego główny bohater. Gwiazda Zaranna, były władca piekła, obecnie na emeryturze pomostowej, to charakter nakreślony efektownie i z rozmachem. Bezwzględny, ale honorowy, charyzmatyczny, umiejący porywać tłumy, ale chodzący własnymi ścieżkami. Do swoich celów zmierzający po trupach. Z przebiegłością i cwaniactwem godnym Johna Constantine'a, wychodzi obronną ręką ze wszystkich spisków knutych przeciwko niemu przez anielsko-piekielne koalicje. Trochę to już nudne, bo jak pułapka nie byłaby zmyślna, Lucek zawsze znajdzie sposób, żeby przechytrzyć swoich antagonistów. "To Lucyfer. On nie przegrywa". W istocie. Na kartach "Inferno" przekona się o tym anioł Amenadiel na równinach Effrul.
Inni bohaterowie wyglądają natomiast jakby byli wycięci z kartonu – bezbarwni, płascy, mogą służyć co najwyżej za tło gwieździe serii. Czyżby to, że nie zostali wymyśleni przez Neila Gaimana (tak, jak Lucyfer), miało jakieś znaczenie? Poczynania Susano-O-No-Mikoto są nudne i przewidywalne. Idę o zakład, że japońskie bóstwo burzy powróci akurat w finale. Wątek męża Mazikeen, kreowanej na jedną z najciekawszych postaci w Vertigo, swoim skomplikowaniem przypomina poboczny quest w jakiejś kiepskiej grze rpg.
Przepełzanie wątków z tomu na tom, to jedna z najbardziej irytujących rzeczy w komiksie Careya. Pierwsza historia domyka pewien wątek związany z sytuacją w Piekle i ogólnym położeniem głównego bohatera. Kolejna historia, "Niosąc dary", to 24-stronicowy one-shot, w którym los przeciętnych ludzi krzyżuje się z istotami z innych światów. Natomiast w "I zostaną osądzeni" powraca wątek półanielicy Ellaine Belloc, który będzie kontynuowany w kolejnym tomie zatytułowanym "Dworce Ciszy".
Oprawa graficzna "Lucyfera" od pewnego czasu przygotowywana jest przez stały zespół rysowników. Peter Gross, Ryan Kelly, Dean Ormston i Craig Hamilton do wirtuozów komiksowej grafiki się niestety nie zaliczają, a ich prace do efektownych nie należą. Bezbarwne, mocno uproszczone, pociągnięte bardzo luźną, a momentami niechlujną kreską nie zachwycają, ale też nie przeszkadzają zbytnio w lekturze.
Głoszenie, że to jedna z najciekawszych serii w ofercie Vertigo, posiadająca pełno intrygujących postaci, świadczy o tym, że niewiele serii z tego imprintu się czytało. "Lucyferowi" jest bliżej do tłoczonych seryjne opowiastek o superherosach lub prostych fabułek snutych przez mistrzów gry podczas sesji RPG, niż do pełnokrwistego i finezyjnego komiksu, jakim był "Sandman". Nic dziwnego, że Carey o wiele lepiej radzi sobie z prostymi komiksami nurtu superhero ("X-Men", "X-Men: Legacy", "Ultimate Fantastic Four"), niż z literaturą ciut ambitniejsza.
Całą zasługą scenarzysty Mike'a Careya jest bardzo uważne przeczytanie "Sandmana", którego "Lucyfer" jest odpryskiem. Carey skrzętnie powiela schemat i rozwiązania fabularne Neila Gaimana, konstruując w gruncie rzeczy bardzo podobną historię, w tylko nieco innych dekoracjach. A że nie jest pisarzem choćby w połowie tak utalentowanym jak Gaiman, efekt jego pracy jest co najwyżej średni.Połowę wartości "Lucyfera" stanowi jego główny bohater. Gwiazda Zaranna, były władca piekła, obecnie na emeryturze pomostowej, to charakter nakreślony efektownie i z rozmachem. Bezwzględny, ale honorowy, charyzmatyczny, umiejący porywać tłumy, ale chodzący własnymi ścieżkami. Do swoich celów zmierzający po trupach. Z przebiegłością i cwaniactwem godnym Johna Constantine'a, wychodzi obronną ręką ze wszystkich spisków knutych przeciwko niemu przez anielsko-piekielne koalicje. Trochę to już nudne, bo jak pułapka nie byłaby zmyślna, Lucek zawsze znajdzie sposób, żeby przechytrzyć swoich antagonistów. "To Lucyfer. On nie przegrywa". W istocie. Na kartach "Inferno" przekona się o tym anioł Amenadiel na równinach Effrul.
Inni bohaterowie wyglądają natomiast jakby byli wycięci z kartonu – bezbarwni, płascy, mogą służyć co najwyżej za tło gwieździe serii. Czyżby to, że nie zostali wymyśleni przez Neila Gaimana (tak, jak Lucyfer), miało jakieś znaczenie? Poczynania Susano-O-No-Mikoto są nudne i przewidywalne. Idę o zakład, że japońskie bóstwo burzy powróci akurat w finale. Wątek męża Mazikeen, kreowanej na jedną z najciekawszych postaci w Vertigo, swoim skomplikowaniem przypomina poboczny quest w jakiejś kiepskiej grze rpg.
Przepełzanie wątków z tomu na tom, to jedna z najbardziej irytujących rzeczy w komiksie Careya. Pierwsza historia domyka pewien wątek związany z sytuacją w Piekle i ogólnym położeniem głównego bohatera. Kolejna historia, "Niosąc dary", to 24-stronicowy one-shot, w którym los przeciętnych ludzi krzyżuje się z istotami z innych światów. Natomiast w "I zostaną osądzeni" powraca wątek półanielicy Ellaine Belloc, który będzie kontynuowany w kolejnym tomie zatytułowanym "Dworce Ciszy".
Oprawa graficzna "Lucyfera" od pewnego czasu przygotowywana jest przez stały zespół rysowników. Peter Gross, Ryan Kelly, Dean Ormston i Craig Hamilton do wirtuozów komiksowej grafiki się niestety nie zaliczają, a ich prace do efektownych nie należą. Bezbarwne, mocno uproszczone, pociągnięte bardzo luźną, a momentami niechlujną kreską nie zachwycają, ale też nie przeszkadzają zbytnio w lekturze.Głoszenie, że to jedna z najciekawszych serii w ofercie Vertigo, posiadająca pełno intrygujących postaci, świadczy o tym, że niewiele serii z tego imprintu się czytało. "Lucyferowi" jest bliżej do tłoczonych seryjne opowiastek o superherosach lub prostych fabułek snutych przez mistrzów gry podczas sesji RPG, niż do pełnokrwistego i finezyjnego komiksu, jakim był "Sandman". Nic dziwnego, że Carey o wiele lepiej radzi sobie z prostymi komiksami nurtu superhero ("X-Men", "X-Men: Legacy", "Ultimate Fantastic Four"), niż z literaturą ciut ambitniejsza.