poniedziałek, 24 stycznia 2011

#678 - Rok 2010 okiem twórców

Podobnie, jak w roku ubiegłym, także i w tym, przy okazji naszych rozrachunków ze "starym rokiem" oddajemy głos komiksowym artystom. Olga, Piotrek, Maciej, Marcin, Wojciech i Robert opowiadają o tym, jaki ten ponoć feralny, kryzysowy 2010 rok był. I okazuje się, że wcale nie był taki zły. Rozpoczynamy wrażeniami Olgi Wróbel, a później w kolejności alfabetycznej oddajemy głos męskiej części podsumowania - zapraszamy do lektury!

Zazwyczaj jestem miła i nie krytykuję nic, ani nikogo ze strachu, że ludzie przestaną mnie lubić, ale w tym roku doszłam do wniosku, że może wreszcie czas przestać się tym przejmować. Dlatego też zacznę od narzekania.

W tym roku rozczarowało mnie PSK, które zapowiadało się na prężną grupę ludzi z pomysłami, którym będzie chciało się coś zmienić i wyciągnąć komiks polski z małej niszy do nieco większej. Tymczasem po Komiksowej Warszawie, która zebrała nieco pochwał, ale też wiele krytycznych uwag, zapał oklapł niczym duszek w XI Księdze Tytusa. Na posterunku został tylko Tomek "spałem w tym tygodniu 4 godziny" Pastuszka, organizując pod Sejmem akcję Publicznego Czytania Komiksów Przeciwko VAT. Nie będę się tutaj bawiła w publiczne i subiektywne szukanie winnego, tym bardziej, że PSK z minionego roku to także ja. Powiem tylko, że bycie działaczem tak mnie zniechęciło do tego typu aktywności, że postanowiłam w przyszłości skupić się tylko i wyłącznie na pracy nad komiksami. To jedyny sposób, w jaki mogę pomóc – robiąc albumy na przyzwoitym poziomie.

W nurcie krytyki, podobało mi się to, co napisał Karol Konwerski, chyba na facebooku (jeżeli się mylę i przypisuję tę myśl niewłaściwemu autorowi, przepraszam) o środowiskowym samozachwycie i chwaleniu z automatu wszystkiego, co się tylko da z dwóch przyczyn: albo ku chwale polskiego komiksu albo według mechanizmu "lubię go/ją, pijemy razem na festiwalu, nie mogę powiedzieć, że to kiepskie, bo będzie mu/jej przykro". Zauważyłam to też u siebie. Stąd powyższe akapity – w ramach ćwiczenia szczerości. Podobał mi się też boleśnie prawdziwy tekst Tomasza Pstrągowskiego "Nikt was nie kocha" w "Bicepsie", chociaż akurat "7 tygodni" Januarego Misiaka to mój ulubiony polski komiks w tym roku ( z zagranicznych – "Epileptic" Davida B. i "Mój syn" Schrauwena).

Jestem też dość zniesmaczona całą aferą wokół komiku kobiecego, i nie dlatego, jak można by przypuszczać, że godzi we mnie jako "twarz polskiego komiksu kobiecego" (do którego to miana nigdy nie pretendowałam), ale dlatego, że w tej dyskusji widzę mnóstwo zacietrzewionych ludzi, posługujących się pojęciami, które nie do końca rozumieją lub piszących całe elaboraty z punktu widzenia "bo mi się wydaje" i oczekujących, że może to być poważnym głosem w dyskusji. Na studiach humanistycznych nauczyłam się wiele, ale przede wszystkim wbijano nam do głowy, że nauki takie, jak chociażby krytyka literacka to dyscypliny ścisłe, w których obowiązują standardy starannego formułowania osądów według precyzyjnych, ostrych kryteriów, a "wydawać się" nam może najwyżej w niedzielnej rozmowie na obiadku u rodziców. I taki właśnie status przysługuje tym opiniom – subiektywnych pogawędek, a nie rzetelnego opisu stanu rzeczy. Tymczasem ze zdumieniem patrzyłam, jak w kolejnych flame'ach walczy armia ludzi, którzy zjedli wszystkie rozumy i mają monopol na rację. Na tym tle pozytywnie wyróżnił się w komentarzach pod tekstem Gizickiego i Wyrzykowskiego na "Kolorowych Zeszytach" Maciej "Repek" Reputakowski, co nie zostało jednak docenione przez jego współdyskutantów, niezbyt zachwyconych tym, że nagle pojawia się ktoś z solidnym aparatem badawczym (przepraszam za dwuznaczność). Co do samej afery, cóż. Gender studies (studia nad płcią kulturową) są faktem, czy się to polskim twórcom obojga płci podoba czy nie. Tak samo krytyka genderowa i wynikające z niej klasyfikacje. Można się z nimi nie zgadzać, ale negowanie ich racji bytu jest, delikatnie mówiąc, niepoważne.

U mnie wszystko dobrze, może z wyjątkiem syndromu opuszczonego bloga, na którego nie mogę wrzucać "Silva Rerum", żeby nie zdradzać czytelnikom, jak będzie wyglądało. Rok 2010 był pracowity, okraszony występami w prasie i telewizji, rok 2011 zapowiada się jeszcze bardziej ekscytująco, ale to na razie tajemnica.

Chciałabym zakończyć noworocznymi podziękowaniami dla Centrali, która zaczęła mnie wspierać zanim jeszcze napisałam pierwsze zdanie scenariusza, dla Dominika Szcześniaka, który kibicuje mi na swoim blogu i dla ekipy BFK za robienie najlepszego festiwalu komiksowego w Polsce. Dziękuję też Danielowi za cierpliwe wyjaśnianie mi arkanów rysowania dłoni w różnych konfiguracjach.

Nie mogę określić ubiegłego roku innym słowem niż znakomity. Obfitował w masę pozytywnych momentów, które na zawsze odmieniły moje życie i "nic w nim już nigdy nie będzie takie jak przedtem!", jak to w superbohaterskich komiksach bywa. A zaczęło się od "Komiksowego Becikowego". Był to komiks, który jeszcze przed przeczytaniem dostarczył mi największej ilości wzruszeń i pozytywnych emocji. Nawet teraz, kiedy piszę te słowa, kręci mi się w oku łezka na samo wspomnienie. Ale pomimo pojawienia się na świecie mojego synka (w lutym 2010), na szczęście znajduję czas na komiksowanie (Ewelina, dzięki za wsparcie i wyrozumiałość - jesteś najlepsza!).

Wraz z Tomkiem Pastuszką, Bartkiem Sztyborem i masą świetnych ludzi pchamy wózek pod tytułem "Karton". W 2010 wypuściliśmy cztery numery magazynu, plus zeszyt z przygodami Ratmana Tomka Niewiadomskiego. Myślę, że jest całkiem nieźle, a będzie jeszcze lepiej. Oczywiście jednym z najważniejszych zeszłorocznych wydarzeń jest premiera "Tainted". Zbiorek krótkich, niemych historii miłosnych podsumował zaledwie początek mojej współpracy z Bartkiem Sztyborem. Początek, bo obaj mamy nadzieję, że nasza kooperacja potrwa jeszcze wiele, wiele lat, a jej owocem będą liczne albumy i plejada nietuzinkowych bohaterów. Chętnie chwalę się albumikiem zagranicą, czego efektem są wzmianki o nim na kilku zagranicznych serwisach, m.in. na węgierskim portalu Kepregeny.net.

Swoje cienkopisy maczałem w antologii "Sceny z życia murarza", a w "Kolektywie" ku radości jednych i ubolewaniu innych ukazały się dwie nowe przygody Kapitana Minety. Wspólnie z Asu rozpoczęliśmy współpracę z dziecięcym magazynem "Tropami przyrody", gdzie opublikowaliśmy trzy odcinki komiksu "Doktor Leszcz i przyjaciele". To kolejna rzecz, z której jestem bardzo zadowolony, bo robienie komiksów dla dzieciaków to opcja, która daje mi mnóstwo frajdy i chodziła za mną od dłuższego czasu. A jeśli już przy dzieciakach jesteśmy, to w ostatnim "Ziniolu" znalazła się 8-planszowa historyjka, którą narysowałem do scenariusza Dominika Szcześniaka. Jest to zapowiedz dłuższej rzeczy, skierowanej do młodszego czytelnika. Strasznie się jaram tym projektem i żeby nie zapeszać nic więcej już nie napiszę. Zbierając moje publikacje do kupy, warto jeszcze wspomnieć o kilku małych, ale bardzo fajnych drobiazgach, jak plansza o Zachęcie w "Komiksowym przewodniku po Warszawie" (sc. Bartek Sztybor), stworzona we współpracy z Szymonem Holcmanem jednoplanszówka do "Antologii memoria Janusza Christy", strip w "Lodach" (znowu Sztybor), pin-up w "Osiedla Swoboda".

Podsumowując zeszły rok nie mogę nie napisać o komiksie, który w holenderskim konkursie Plastiken Plunk zdobył nagrodę publiczności. "Just One Different Thought" do scenariusza Bartka Sztybora i ze znakomitymi kolorami Tomka Pastuszki nie znalazł uznania w oczach jurorów emefkowego konkursu i postanowiliśmy spróbować szczęścia gdzie indziej. Holendrzy umieścili nas w finałowej dwunastce, a internauci wyklikali nam trofeum. Następstwem tego wydarzenia jest ipadowa wersja "Tainted" (poszerzona o nagrodzony komiks) dystrybuowana przez holenderską firmę StripDatabank. Wspomnę jeszcze, że w brytyjskim magazynie internetowym Comical Animal ukazał się odgrzebany przeze mnie szort "Nine Lives", który kilka lat temu narysowałem do scenariusza Mikołaja Tkacza z kolorami Norberta Rybarczyka. Uznałem, że rzecz jest na tyle sympatyczna, że można bez obciachu zaprezentować ją zagranicznym czytelnikom. Drobna rzecz, ale zaowocowała nawiązaniem fajnego kontaktu z twórcą serwisu, Jimem Medwayem i być może w przyszłości coś się jeszcze z tego urodzi.

2010 rok przyniósł mi również udział w komiksowych imprezach. W Warszawie, Gdańsku i Łodzi jak zwykle bawiłem się znakomicie w gronie ludzi, z którymi dzielimy wspólną pasję. Szczególnie mile wspominam prelekcję o tworzeniu komiksowych bohaterów, którą poprowadziliśmy ze Sztyborem na BeFKa. Przyszło naprawdę sporo młodych ludzi i wywiązała się ciekawa dyskusja z Mateuszem Skutnikiem. Lubię takie akcje i mam nadzieję, że tym roku również ich nie zabraknie. Smuci fakt coraz mocniej zarysowującego się kryzysu na polskim rynku komiksowym, ale nie wpływa on (przynajmniej na razie) negatywnie na mój zapał do rysowania. Cały czas czuję zajawkę i nie mam zamiaru zwalniać. Wręcz przeciwnie, plany na nadchodzący rok są ambitne i mam nadzieję, że uda się bez przeszkód nadal komiksować. Życzę naszym wydawcom, żeby przetrwali ten ciężki czas i dali radę. Oprócz tego, że rysuję komiksy, jestem również ich czytelnikiem i drobnym kolekcjonerem i nie wyobrażam sobie, że nie będę mógł dostawiać na półkach kolejnych świetnych albumów wydawanych przez naszych edytorów.

Jeśli chodzi o 2011, to plany są, jak już wspomniałem ambitne, ale nie chcę tu się szczegółowo z nich zdradzać, żeby nie rozśmieszać Boga:)

W porównaniu z poprzednim rok 2010 był dość intensywny. Miałem kilka faz na ostre zasuwanie, a z drugiej strony zrobiłem sobie w międzyczasie miesiąc wakacji pod palmami. Właściwie udało mi się dotrzymać prawie wszystkich swoich komiksowych postanowień. Doprowadziłem do wydania dwóch niezłych albumów ("Laleczki" i "Sceny z życia murarza"), wystartowałem z webkomiksem ("Degrengoland") i emocjonowałem się premierą dwóch kolejnych gier wyprodukowanych pod szyldem pastelgames. Ogólnie każde przedsięwzięcie rysunkowe miało satysfakcjonującą otoczkę związaną z ujawnieniem danego materiału. Zwłaszcza MFK był dla mnie osobistym przełomem. Jako artysta czuję się doceniony, ale nadal nie jestem dopieszczony jako twórca. Czasami mnie to nieco irytuje, ale nie powoduje frustracji, raczej mobilizuje w stylu "ja wam jeszcze pokażę" albo "jeszcze przyjdziesz ze szklanką po sól". Czuję, że przez ostatnie 10 lat przeszedłem do wyższej ligi, ale czasami czuję się jak "cudzoziemka w raju kobiet".

Obecnie na tapecie mam kilka projektów z bardzo dużym potencjałem. Powoli zaczynam się też otwierać, jako scenarzysta i zaczynam ufać swoim możliwościom. Ale tutaj jeszcze długa droga przede mną. Rok 2011 będzie dla mnie sprawdzianem, bo mam zamiar poświęcić się całkowicie autorskiemu albumowi. Czeka mnie ogromna ilość pracy, ale jednocześnie czuję że ten rok będzie pasjonującym wyzwaniem. Już się nie mogę doczekać! Albumu w roku 2011 nie planuję. Plan minimum to dwa odcinki "Najwydestyluchniejszego" w "Kolektywie".

W komiksowie miniony rok można podsumować sporym plusem. Tak, jak się spodziewałem (i o czym pisałem w podsumowaniu na "Kolorowych Zeszytach" rok temu), ukazało się sporo niezłych polskich albumów. Na stronie "Ziniola" stale kibicujemy polskim twórcom, wiadomo więc, co w trawie piszczy i jestem głęboko przekonany, że utrzymamy rosnący trend. Kto uważa inaczej, ten niestety z reguły chuja się zna na polskim komiksie i po prostu pierdoli farmazony. Fakty mówią za siebie i nie ma sensu gadać niepotrzebnych rzeczy. Lista wydanych polskich albumów to samo dobro. Nie jest tego dużo, ale jak na naszą skalę, pod względem ilości jest przyzwoicie. Robimy swoje. Dokładamy cegiełkę do polskiej kultury.

Co mnie martwi, to postępujący niedowład segmentu zinów. Nie jest ich dużo, sprofesjonalizowały się pod względem edycji i prezentowanego materiału, ale straciły jaja. Tutaj mają rację piewcy komiksowych lat '90, którzy pamiętają, że pomimo ogólnej masakry i kłód rzucanych pod nogi, w zinach wrzało, jak w tyglu. Ścierały się poglądy, eksperymentowano na dużą skalę. Skutkowało to często brnięciem w ślepe uliczki, ale trafiał się też świetny materiał, który jest pamiętany do dziś. Obecnie mamy bezwładny pęd ku poincie i prymat sitcomu. Rzemieślniczo sprawne komiksiki o niczym. To mnie zraża do zinów. Czytam komiksy twórców, którzy mają u mnie kredyt zaufania, ale czasami zaczynam wątpić, gdy widzę wszechobecną stratę czasu i marnotrawienie talentu na pierduły. Ale to jest tylko moja prywatna opinia, gdyż kibicuję mądrym, przemyślanym dziełom pisanym nie przez idiotów i nie dla idiotów. Tak więc w grę wchodzi kwestia targetu. Do zinów straciłem serce, nudzą mnie. Nawet nie chciało mi się robić przeglądu do ostatniego numeru "Ziniola". Raczej nie będę się więcej zajmował tą tematyką.

Co do samego "Ziniola", to w związku z (mam nadzieję, że tymczasowym) zdjęciem z ramion Dominika Szcześniaka wielkiego ciężaru przygotowania kolejnych numerów pisma, na pewno rozbuduje się jego mutacja internetowa. Polecam śledzić stronę magazynu i czekać na zmiany. Zakończenie wydawania magazynu u Timofa nie jest ostatnim powiedzianym słowem. Nie gasimy światła – wręcz przeciwnie. "Ziniol", jako marka w komiksowie nie zginie. Dominik ciągnie ten wózek już przez 50 numerów, hibernacje zdarzały mu się kilkukrotnie. Wiadomo jak to jest, gdy wszystkim zajmuje się jedna osoba. Do tematu chętnie wrócę za rok. Zobaczymy wspólnie, co "Ziniolowi" udało się zrealizować. Ja ze swojej strony postanowiłem pomóc i dla dobra publicznego uszczknąłem trochę czasu, który mógłbym poświęcić na doglądanie swojego blogaska. Na rzeczonym, nadal będę regularnie kibicował sobie. W końcu, nikt inny za mnie tego nie zrobi.

Tu mi się narzuca apel do twórców:

Kochani! Nikt za Was nie zajmie się promocją Waszych talentów. Po to mamy serwisy komiksowe takie, jak "Kolorowe Zeszyty", "Ziniol", "Komiksomania", "Aleja Komiksu", "Gildia" czy "Polter", aby z nich korzystać. Współtworząc je, pomagamy przede wszystkim sobie. Ideałem jest spokojna praca nad komiksami w zaciszu pracowni, ale czasami trzeba wyjść do ludzi i coś zaproponować. Weryfikacja, uwagi redaktorów, wymiana opinii, feedback – to wszystko jest bardzo ważne! Napierdalajmy, ale nie bądźmy odludami, bo stąd tylko krok do frustracji, zniechęcenia i ciśnięcia komiksami w kąt.

Zacznę od tego, że w tym roku znów miałem nogę w gipsie i to w czasie matur. Skoro już zostałem przymuszony do siedzenia w domu w maju, odebrałem to jako dostateczną karę za wszystkie występki i zamiast dokładać sobie nauki, zacząłem rysować drugi album. Skończyłem na stronie dwunastej. W wakacje naszkicowałem sześćdziesiąt stron albumu, ale innego. Potuszowałem jedną i odpadłem, to nie to. W te same (bo studenckie) wakacje dogadałem się z jednym scenarzystą i zaczęliśmy produkcję kolejnego, ale wciąż drugiego albumu. Wiem, że uda nam się go zrealizować, a relację z postępów będziecie mogli śledzić na blogu, który w tym roku stanie się czterolatkiem.

Jeśli chodzi o przygotowywanie "Kapitana Sheera", motywator blogowy sprawdził się w 100%. Dziękuję z tego kolorowego miejsca wszystkim komentującym, naprawdę bardzo nam pomogliście. Decyzja o wydaniu "Kapitana Sheera" zapadła ostatniego dnia Komiksowej Warszawy, album ukazał się na Bałtyckim Festiwalu Komiksu (przepraszam, że podczas spotkania ciągle kierowałem mikrofon w stronę głośników, wywołując poruszenie zebranych), więc tempo było słuszne. Rozumiem, że dla Kultury Gniewu nie była to łatwa decyzja wydawnicza i tym bardziej doceniam zaufanie, jakim nas obdarzono. Gdyby kogoś to ciekawiło – z Kulturą współpracuje się świetnie.

Wydaje mi się, że w tym roku pisano o komiksie więcej, niż dotychczas. Sam natknąłem się na parę wystąpień w telewizji i artykułów w prasie ogólnopolskiej. Przechodząc z powrotem na grunt osobisty, muszę przyznać, że nie spodziewałem się takiej ilości recenzji mojego komiksu. Pisano o nim w kilkunastych miejscach, od blogów po ogólnopolskie dzienniki, a także mówiono w radiowej Jedynce (audycja "Plus-Minus") i Radio Jarosław.

Na koniec może jeszcze o planach. Moim niespełnionym marzeniem, którego prób realizacji na razie się nie podejmuję, jest zilustrowanie jakiegoś artykułu w ogólnopolskim magazynie. Projektem, który leciutko zahacza o to marzenie, ale ma jednak inny wymiar, jest nawiązanie przeze mnie i Łukasza Grassa współpracy, której forma zostanie przedstawiona czytelnikom mojego bloga jeszcze w styczniu. W przerwie międzyświątecznej zapadła kolejna decyzja. Wraz z jedną z najzdolniejszych polskich rysowniczek komiksów zaczynam realizować nowy, duży i strasznie ciekawy od strony artystycznej projekt na cztery ręce. Więcej o tym przeczytacie tam gdzie zawsze, pewnie na przełomie stycznia i lutego (już wiadomo, że chodzi o komiks z Lagu i Lagu - przyp.red.)

Poza tym w 2010 roku nauczyłem się prowadzić samochód i robić placki z cukinii.


Rok 2010. Rok kryzysu. Wszystko się wali. Takie podobno chodziły słuchy. Dla mnie miniony rok był naprawdę udany. Co sylwester powtarzasz sobie, że wreszcie zmienisz coś w swoim życiu i nagle niespodziewanie dotrzymujesz danego sobie słowa. Ale tak patrząc dogłębniej – rozbijmy go na kategorie:

"The Movie": początkowo planowałem tylko trzy sezony, ale nie wytrzymałem bez tych postaci nawet roku. Czwarty sezon wrócił, ale pracy nawaliło tyle, że postanowiłem się powyręczać znajomościami. No i udało się też wbić do Stopklatki, co sprawiło, że mogłem podjąć ryzykowną decyzję porzucenia stałej, ciepłej posadki w firmie, która dostarczała mi weny na wieczne twitterowe narzekanie i wyprowadzić się na drugi koniec kraju. Doskonała decyzja i póki co jej nie żałuje. Czekały na mnie zlecenia, Stopklatka i cała masa innych rzeczy - w tym albumowe "TheMovie", które planuje od kilku lat. Powstały już trzy wersje początku, liczę, że rok 2011 pozwoli mi wreszcie opowiedzieć tę historię. Długo nie byłem pewny czy przedłużę "TheMovie" o piąty sezon. Niedawno jednak udało mi się znaleźć doskonałe rozwiązanie, aby "TheMovie" trwało dalej, ale w nieco innej formie niż dotychczas. Nie chcę jeszcze wchodzić w szczegóły, bo projekt jest wciąż w dość wczesnej fazie rozwoju.

"Robociki" seria, którą razem z Demem stworzyliśmy by tłuc ludzi na portalu bitwy.com, a potem jakoś tak przeszła do okazjonalnych szortów. W tym roku wznowiliśmy ich działalność głównie dzięki "Braku zrozumienia dla realizmu". Dzięki temu roboty powróciły w nowym "Kolektywie" i świątecznym specjalu na Kolorowych. Obecnie siedzę nad kolejną ich przygodą do ósmego "Kolektywu". Co dalej, to się okaże.

"Scientia Occulta": to trochę taki projekt roku. Miało być skromnie, a wyszło z pompą. Po skończeniu 3. sezonu "TheMovie" chciałem odpocząć i zacząć osobny paskowiec w innym klimacie. Wymyśliłem historię, narysowałem pasek i się ze wstydu schowałem, bo moja kreska do poważniejszych tematów zupełnie nie podchodzi. Zrobiłem to, co każdy by zrobił na moim miejscu - "przekonałem" Łukasza Okólskiego by to rysował. Zapieprzaliśmy solidnie, ale komiks udało nam się skończyć. W sprzedaży powinien być na Komiksowej Warszawie.

"Kolektyw": nasze dziecko rośnie i chowa się dobrze. Ma elegancki grzbiet i lepsze komiksy w środku. Jestem strasznie zadowolony ze strony, w którą magazyn zmierza. Nie będę ukrywał, że z moich serii również jestem zadowolony. To "Recours" i "Drużyna A.K", która zostanie przechrzczona na "Rycerz Janek przedstawia" i skupiać będzie różne szorty osadzone w uniwersum znanym z historii z Rycerzem.

Podkasting: "Schwing" się rozrósł. Dużo bardziej niż spodziewałem się tego, kiedy po pijaku namawiałem Konrada do nagrania pierwszego odcinka. Postanowiłem odejść po 100-tnym odcinku, ponieważ zaczynała mnie nużyć zabawa w radio. Mieliśmy lepszą organizację, lepszy dźwięk i systematyczność, ale drażniło mnie to, że nie mogę przeklinać i mówić bardziej kontrowersyjnych rzeczy. Nie musiałem ich mówić, ale brakowało mi tej psychicznej swobody, że w każdej chwili mogę. Brakowało mi tego luzu, który towarzyszył nam na początku. Tak właśnie narodziła się "Spuścizna". Chciałem gadać z kumplami na przeróżne tematy, bez obaw, że ktoś wyżej da mi po łapach, jeśli przemycę do wypowiedzi malutką "kurwę". Cały czas dorzucamy kolejne pomysły na urozmaicenie podcastu, więc myślę, że zanim dojdziemy do 10 odcinka formuła "Spuścizny" powinna być już porządnie opracowana. Póki co motamy się z kwestiami technicznymi i organizacyjnymi, ale to przecież zabawa, więc nie ma się co spinać, prawda?

Imprezy: Było ich dużo. To był dla mnie naprawdę imprezowy rok. Postanowiłem nie opuszczać komiksowych spotkań i jeśli dobrze liczę, to jedynie Leszka w tym roku nie zaliczyłem. O każdej z nich da się powiedzieć coś miłego:

- Ligatura: Bawiłem się doskonale, mimo przeziębienia (które skutecznie odeszło kiedy zacząłem popijać Tabcin piwem). Udało mi się nawet poznać moją dziewczynę.
- Wąsata premiera: Śledziu, Kolektyw i Marek Lachowicz. Wszyscy zapuściliśmy wąsy i bawiliśmy się przednio. Zaskoczenie wieczoru to darmowy egzemplarz "Osiedla Swoboda" (w życiu bym się nie spodziewał, że narysowanie jednego, malutkiego pinupu zapewni mi egzemplarz "autorski"), czyli bonusowa kasa w kieszeni do przepicia. Co też zrobiłem.
- FKW: Cudowna impreza, przynajmniej dla mnie. Cała masa znajomych twarzy i bar z alkoholem pod ręką. Największe zakupy w moim życiu. Do domu przywiozłem chyba 11kg komiksów i odciski na dłoniach od noszenia torby.
- Bydgoszcz: kameralny wieczór z tańczącym KaeReLem i naprawdę niesamowitym hostelem. Tanio i na wysokim poziomie. Cztero-gwiazdkowy hotel w którym nocowałem na wyjeżdzie służbowym nie był tak przytulny.
- BFK: striptiz, komiksy i plaża. Czego chcieć więcej od wyjazdu nad morze?
- MFK: jak zawsze klasa. Wielkie wydarzenie, duża impreza i kupa zabawy. Gdybym tylko nie rozchorował się na samo after-party. Ale wspominam bardzo miło!

Rok temu pisałbym te słowa w mieszkaniu rodziców, zapewne o godzinie 22, bo trzeba będzie szykować się do snu. Obecnie jest godzina 3:13, mieszkanie rodziców jest prawie 600 km stąd, a ja jutro wstanę pewnie po 12 i zacznę poprawiać ten tekst. Usiądę wygodnie, podrapię się po brodzie, łyknę herbaty i z uśmiechem spojrzę na 2011 rok. Rok w którym dostanę w łapki mój pierwszy gruby twardo-okładkowy album. Rok w którym po raz kolejny zabiorę się za "Festiwal Filmowy". Rok, który jeśli Wszechświat pozwoli, będzie przynajmniej w połowie tak dobry, jak poprzedni. Czego sobie i wam życzę. Chyba, że wasz rok 2010 ssał. Wtedy nie.

Rok 2010 minął bardzo szybko. Do takiego stopnia, że sprawy, które działy się w 2009 roku, mieszają mi się z rokiem ubiegłym. Osiemdziesiąt procent mojego "wolnego" czasu poświęcałem na robienie komiksów. Większą część zabierał mi jeden projekt, nad którym od wielu lat pracuje i chciałbym ukończyć go w tym roku. Mam na myśli "Szelki" do scenariusza Jerzego Szyłaka.

Trzydzieści procent ze stu zajęły mi krótkie formy stworzone z różnymi autorami. Wolna ekspresja komiksowa "Filtr codzienności" z Dominikiem Szcześniakiem, "Egzamin z Norwidem" do scenariusza Pawła Timoiejuka, który ukazał się w "Przewodniku po Warszawie", "Mendy", zrobione razem z Pawłem Kumpiniewskim do zina "Biceps". Tam również ukazał się jednoplanszowy komiks bez tytułu, który popełniłem z Przemysławem Pawełkiem. Zrobiłem też kilka krótkich historyjek, które nie miały ukazać się w druku. Powstały od tak, po prostu. Wolne formy, wolne myśli. Natchnienie wywołane chwilą. Są to komiksy: "Muzyka", "Początek końca", "Magik", "Dziecięce zabawy" i "XXX". Resztę czasu poświęcam robieniu ilustracji i innych projektów graficznych. Niestety większą część mojego życia zabiera praca (tak to już jest, z tą pracą), która pozwala mi kupować komisy w Empiku, a nie czytać komiksy w Empiku.Inaczej mówiąc - mam na chleb. Jak najwięcej czasu staram się poświęcać ludziom mi bliskim. Najgorsze jest to, że to bardzo mało czasu.

Z rokiem 2010 zakończyłem współpracę z "Ziniolem", która polegała na przerabianiu obcojęzycznych tytułów w komiksach zagranicznych na tytuły polskie. Podobnie było z onomatopejami. Mam nadzieję, że nie przez to magazyn znika z półek. W 2010 roku w kilku głowach urodziło się parę projektów, które są w fazie powstawania... Pozdrowienia dla tych, którzy wiedza, że o nich mowa!

Jeśli chodzi o polską scenę komiksową w 2010 roku, to w mojej ocenie, pod względem tytułów wydanych na naszym rynku, było słabiej niż w roku ubiegłym. Ale pod względem imprez znacznie, znacznie lepiej! Świetna organizacja, super atmosfera, wiele atrakcji. Oby tak dalej!

20 komentarzy:

Karol Konwerski pisze...

pomijając to że mi miło że JEDNA osoba (choć jedna)zgadza się z moim kochamy sie wszyscy i ciula z tego mamy to apropo PSK:
ja to już pisałem Jackowi prywatnie więc teraz będzie publicznie:)
nie mam żadnej motywacji do przystąpienia do PSK- bo nie wiem czym PSK jest czym chciałoby być i co robi
a najlepszym tego przykładem jest to jak właśnie przelatuje jak kometa mozliwość dla PSK jaką jest wyścig o status Europejskiej stolicy kultury
JA myślałem ze Krakuffek miał full kasy tych 10 lat temu na działanie kulturowe kiedy stolicą był - okazuje się że miasta pretendenci walą tej sałaty jeszcze więcej

I nagle się okazuje że komiks jest opcją dla pań i panów posłów sejmikowych od kultury i urodzaju

ale gdzie jest PSK?
no właśnie w dupie lekkiej -osoby związane z dwoma miastami odezwały się przypadkiem do mnie w sprawie komiksików jednej zasugerowałem że może PSK coś pomoże i feedback dostałem taki że a kto to jest nie ma ich w sieci nawet...

I nie nie daje rady celna riposta "jak masz pomysł i chęć to się zaangażuj" bo taka inicjatywa powinna wyjśc od stowarzyszenia
ot co

Anonimowy pisze...

Wróblowa Kluzik-Rostkowską peesku :D

annoniemowy pisze...

a mnie bawi odbijanie piłeczki przez psk argumentem "jak sie nie podoba to robcie to sami". jasne, mozna, ale to nie o to chodzi. jak cos dziala zle - badz wyglada na to ze tak jest (jak w przypadku stowarzyszenia wlasnie) to trzeba krytykowac, zeby przynajmniej byl sygnal od ludzi, ze ich zdaniem jest cos nie tak. podstawowy blad to brak strony psk gdzie moznaby sie dowiedziec PODSTAWOWYCH rzeczy na temat dzialalnosci, statutu i tego co sie wlasciwie dzieje. bo jesli jedyna dzialanoscia ma byc KW (ktorej strona jak widac mogla w stosunkowo krotkim czasie powstac), to trzeba to powiedziec jasno, a nie robic sie na mesjasza komiksowego rynku, ktory sie obraza na choc slowo krytyki.

pstraghi pisze...

Release the kraken!!!

Maciej pisze...

Przychylam Karolowi. Od roku czekam na porządne info na stronie PSK. Do tej pory nie mam żadnej motywacji aby się zaangażować. Po wyznaniach Olgi, tym bardziej. Fajnie, że powiedziała to o czym wszyscy mówili za plecami.

A miało być tak pięknie.

jaszczu pisze...

Fajnie by było, gdyby komentarze do tego wpisu były umieszczane tylko tu, a nie w piętnastu innych miejscach... Niech piekło pochłonie fejsbuka i tłitera!

Rob Wyrzykowski pisze...

O właśnie, Jaszczu. Gratuluję StripDatabank i dystrybucji Tainted na iPadach! Jakoś mnie ten nius ominął, dopiero się z tego tekstu dowiedziałem!

jaszczu pisze...

Dzięki, Rob. Pewnie dlatego, że się nigdzie nie pochwalilismy i nikt o tym nie pisał wcześniej:)

Anonimowy pisze...

Szacun dla Olgi - jedyna osoba z jajami

jaszczu pisze...

Pytanie do Macieja. O jakich zinach piszesz w swoim podsumowaniu?

Maciej pisze...

W sumie o wszystkich. Również tych Ojca Rene ale z wyłączeniem Kartonu, który ma określony program już w swojej nazwie więc moje żale byłyby próżne w tym konkretnie przypadku.

jaszczu pisze...

Spytałem, bo mam takie wrażenie, że takich zinów pełną gębą (jak te z lat 90-tych), niczym prawdziwych Cyganów, nie ma już od dawna.

Łukasz Mazur pisze...

Jaszczu, a co to są "ziny pełną gębą"? To takie coś - cytując klasyka - sprzedawane z plecaka, na schodach, pomiędzy jednym piwem a drugim? :) pytam szczerze.

Maciej pisze...

Nie chodzi mi o formę wydania, która jak dla mnie jest bardzo elastyczna.

jaszczu pisze...

Od razu napiszę, że to jest taka moja osobista definicja, i nie pretenduje do jedynej słusznej, encyklopedycznej i pewnie jest pełna dziur i nieścisłości:)

Zin pełną gębą jest w moim odczuciu tworem, który jeden koleżka, bądź grupa koleżków wydaje z głębokiej potrzeby wykrzyczenia swoich poglądów, bądź twórczej wyżywki. Bez kompromisów, cenzury czy autocenzury. Coś do bólu szczerego, osobistego. I akurat, czy to będzie wydane na ksero, czy sprzedawane z plecaka ma tu mniejsze znaczenie.

Żeby rozjaśnić (bądź jeszcze bardziej zaciemnić) te moje dywagacje posłużę się przykładem. Biceps byłby dla mnie takim klasycznym zinem, gdybyście z Teo i Jackiem wykrzyczeli na łamach swoje poglądy, wyżyli się twórczo pisząc bezkompromisowe teksty i rysując komiksy, które od zawsze siedziały Wam w głowach i chciliście je z siebie wyrzucić przy pierwszej nadarzającej się okazji. I nie ważne, że np. Jacek nie umie rysować. Rysuje jak umie, opowiada swoje historie i na nic się nie ogląda. Kiedy pojawia się zapraszanie gości, choć znanych i lubianych, to moim zdaniem rzecz zaczyna skręcać bardziej w kierunku mniej profesjonalnego magazynu komiksowego. To jest ten sam kierunek co Jeju czy Maszin, a nie Vormkfasa, Wdruq czy Prosiacek.

Maciej pisze...

WdruQ skończyło się gdy zaprosiłem Skutnika i Turka :)

Jaszczu, wszystko bardzo dobrze
ale
ja nie wykluczam, że ktoś kto umie (nauczył się) rysować nadal może rysować komiksy prosto z duszy, serca czy trzewi. Nie zależnie czy robi to na xero czy w Kolektywie.

jaszczu pisze...

Maciej, ja też tego nie wykluczam i nie to miałem na myśli.

Ale w drugą stronę taki "Nomico" nie miałby pewnie szans ukazać się w Kolektywie, bo redaktorzy widząc jak to jest narysowane nawet by nie próbowali tego czytać.

Krótko mówiąc. Kiedy mówię zin mam na myśli bardziej partyzanckie, radosne, spontaniczne działanie, komiksy raczej skomplikowane, nieszablonowe, eksperymentatorskie bądź walące sprecyzowanymi poglądami między oczy, niż przemyślaną akcję typu, będziemy mieć taki i taki dział, zaprosimy takiego i takiego gościa, itd.

I, żeby było jasne, nie twierdzę, że ta druga opcja jest gorsza i nie mam nic przeciwko tworzeniu półprofsjonalnych magazynów komiksowych, bo sam chętnie w tworzeniu takich od kilku lat chętnie uczestniczę, bo bardziej bliskie jest mi tworzenie sitcomowych historyjek "bezwładnie pędzacych ku poincie" niż eksperymentowanie. takie komiksowanie sprawia mi frajdę. I nie zmienię tego nawet jeśli będę określany mianem idioty czy posądzany o podlizywanie się Kowalskiemu, który i tak komiksów nie czyta.

Maciej pisze...

Odczuwam, że chyba wziąłeś moje słowa do siebie. Nie było to moją intencją.

Po prostu wyraziłem swoje zdanie że, przestałem znajdować w zinach coś co by mnie rajcowało. Widzę szlifowanie warsztatu i opowiadanie kawałów. Jak chcę się pośmiać z dowcipasów to sobie wolę odpalić demotywatory. Brakuje mi w tych komiksach jakiejś głębszej myśli, osobistej opinii i nienachalnego przesłania. A otrzymuję końską dawkę sitcomu. I wysiadam.

kaerel pisze...

"Anonimowy pisze...
Szacun dla Olgi - jedyna osoba z jajami"


jaja to trzeba mieć, żeby się podpisać.
bezjajcu

jaszczu pisze...

Maciej, trochę wziąłem, ale bez napinki i obrażololo, i wiem, że adresatów tych słów było wielu i różne komiksy miałeś na myśli. Jak czytam sitcom w odniesieniu do komiksów, to od razu zapala mi się lampka i przypomina tekst Pstrąga z Bicka, stąd może moje małe emo. Fajnie było jednak pogadać z otwartą przyłbicą we właściwym do tego miejscu, bez szukania się po tłitku czy fejsie:)