Magnesem przyciągającym twórców do All-Starów miała być całkowita swoboda w reinterpretowaniu największych ikon amerykańskiego komiksu, nieskrępowana ograniczeniami, jakie nakłada praca nad standardową serią z redaktorem prowadzącym na karku i koniecznością trzymania się kontinuum. Mroczny Rycerz ze swoim nastoletnim pomocnikiem został oddany
Frankowi Millerowi i
Jimowi Lee, twórcom, którzy nie wypadli sroce spod ogona. Miller na łamach marvelowego Daredevila udowodnił, że comiesięczna orka komiksowa nie musi oznaczać wyzbycia się artystycznych ambicji i tym samym przygotował grunt dla piszących obecnie przygody Śmiałka, Briana M. Bendisa i Eda Brubakera (nawiasem mówiąc, robiących to znakomicie). W "Roku Pierwszym" na nowo zdefiniował Batmana, tylko po to, żeby w "Powrocie Mrocznego Rycerza" zdekonstruować mit super-herosa. Zaraz po świetnie przyjętej serii "Miasto Grzechu" i "300", Miller zajął się ekranizowaniem swoich prac, a później także kręceniem filmów. Ze zmiennym szczęściem, jak pokazuje przykład Spirita. Lee był rysownikiem jednego z najpopularniejszych (jeśli nie najpopularniejszego) tytułu super-hero lat dziewięćdziesiątych, jakim był X-Men i twórcą charakterystycznego stylu, który znalazł potem setki naśladowców. Następnie, z różnym powodzeniem pracował nad autorskim projektami w ramach wydawnictw Image i Wildstrom, by wreszcie osiąść w DC Comics i rysować przygody Batmana ("Hush") i Supermana ("For Tomorrow").
W swoich założeniach "All Star Batman i Robin, Cudowny Chłopiec" miał połączyć historię młodego ("Rok Pierwszy") i powracającego z emerytury ("Powrót") Mrocznego Rycerza w jedną, spójną opowieść. Miller w swoim scenariuszu skupia się na relacjach Zamaskowanego Mściciela z jego nastoletnim pomagierem, Robinem. Główny trzon historii o osieroconym akrobacie i jego opiekunie pozostał niezmieniony, scenarzysta więcej uwagi poświęcił głównym bohaterom dramatu. Podjął kolejną, tyle śmiałą, co ryzykowną, próbę reinterpretacji postaci Batmana.

W nowej wizji Millera niewiele pozostało z klasycznego, gothamskiego pogromcy zbrodni. Zamiast słynącego ze swoich detektywistycznych zdolności, znikającego w cieniu i opanowanego herosa dostajemy bezwzględnego i impulsywnego brutala, przedkładającego skuteczność nad etykę w zwalczaniu przestępczości. "Nowy" Batman uwielbia rozprawiać się z przestępcami w ciemnych zaułkach, bijąc ich tak długo, aż zaczną dławić się własnymi zębami i uczyni ich kalekami do końca życia. Prowadzona w ten sposób walka jest upojnym przeżyciem, a nie smutną krucjatą, którą Bruce Wayne przysięgał prowadzić nad grobem swoich rodziców. Rozkoszne nocne polowania na oprychów i skakanie po dachach w blasku księżyca sprawiają, że "
uwielbia być tym cholernym Batmanem!". Daleko mu do elegancji swojego pierwowzoru. Jest arogantem, nabuzowanym testosteronem pozerem, uwielbiającym robić wrażenie na kobietach, czego zwykle "normalny" Batman unikał. Z niepozbawionego romantycznych rysów super-bohatera stał się rozjątrzonym egomaniakiem, skłóconym z całym światem, brutalnie dążącym do własnych celów. Trudno dziwić się głosom, że Miller sprzeniewierzył się legendzie, którą sam współtworzył w swoich komiksach.
Takiej interpretacji Batmana znacznie bliżej do psychopatów z "Miasta Grzechu", niż klasycznego modelu super-herosa. Niestety, Miller, podobnie jak w przypadku Spirita, przesadził z przerysowaniem, które balansuje na krawędzi już nie groteski, ale śmieszności. Postać Mrocznego Rycerza jest wyraźnie przeszarżowana, niedopracowana i pełna nieścisłości, rażących nawet przy założeniu pewnej umowności komiksowych realiów.
Niestety, podobnie rzecz ma się z scenariuszem – neurotyczna narracja irytuje swoją chaotycznością, lekturze ciągle towarzyszy niedoparte wrażenie, że akcja zmierza w nieokreślonym kierunku. Fabuła zdaje się zbitkiem mniej lub bardziej udanych scen, urywa się w najdziwniejszych momentach, nie dotyczy jej żadna logika przyczynowo-skutkowa. Dialogi zostały zastąpione bufonadą, a jakąkolwiek psychologiczną wiarygodność swoich bohaterów Miller ma głęboko w nosie. Ta wrzaskliwość fabuły pozostaje w brutalnym kontraście z formalnym mistrzostwem "Powrotu" i "Roku Pierwszego", ale daje wielkie pole do popisu Jimowi Lee. Historia zdaje się być podporządkowana wizualnemu efekciarstwu. Każdy z poszczególnym numerów składających się na album ma co najmniej jeden splash page i kilka kadrów, zajmujących przynajmniej połowę strony. W komiksie dominują dwa motywy – seksu i przemocy. W pierwszym zeszycie pięć stron poświęcono na garderobę reporterki
Vicky Vale, która przygotowując się do randki z Bruce'm Wayne'm lata półnaga po pokoju w poszukiwaniu odpowiedniej sukienki. W trzecim barowa rozróba z dekoltem i kabaretkami
Black Canary w rolach głównych zajmuje stron piętnaście, w tym pięć paneli całostronicowych i jeden podwójny splash page. To tylko dwa przykłady z brzegu, kiedy wydarzenia zupełnie dla fabuły nieistotne prezentuje się tylko po to, aby Lee mógł narysować niemożliwie długie nogi i wielkie cycki.

To, co Millerowi udało się w "Sin City", czyli stworzenie maksymalnie przerysowanego i ikonicznego uniwersum, kompletnie nie wypaliło w przypadku Mrocznego Rycerza. Gotham pełne ponętnych suczy, przekupnych gliniarzy, strzeżone przez wariata w kostiumie nietoperza może i by mnie jakoś przekonała, gdyby komiks nie emanował tandetnym erotyzmem i bezrozumną brutalnością. Niestety, nie mogę zaliczyć "All Star Batmana i Robina, Cudownego Chłopca" (tytuł równie śmieszni brzmi po polsku, co po angielsku) do pozycji udanych.