piątek, 25 grudnia 2009

#333 - The Batmans: Track 20 - ???

Tak jak dla Batmana święta nie są wymówką, żeby na kilka godzin zaprzestać walki ze złem, tak dla nas nie jest to powód, żeby "przypadkiem zapomnieć" o piątkowej zabawie z umuzykalnionymi wersjami pana Nietoperza. Dzisiaj, podobnie jak tydzień temu, autorem grafiki jest twórca zza granicy i jako podpowiedź mogę skopiować ten sam tekst, który pojawił się tydzień temu, tj. "(...) prace tej osoby można było zobaczyć w pewnej publikowanej u nas antologii, zbierającej komiks młodych artystów z pewnego europejskiego kraju.". Widzimy się za 24 godziny i mam nadzieję, że tym razem nie trzeba będzie ogłaszać dogrywki, jak to było siedem dni temu! Jedzcie, pijcie i zgadujcie! (a.)

czwartek, 24 grudnia 2009

#332 - HO HO HO!


Crossover Batmansów z Bożym Narodzeniem w wykonaniu Bartka Kuczyńskiego - wielkie dzięki!

Staropolską mantrę "zdrowia, szczęścia, pomyślności" słyszeliście (bądź będziecie niedługo słyszeć) nie raz i nie dwa dzisiejszego dnia, więc my je odpuszczamy, a zamiast tego życzymy Wam mnóstwa wymarzonych komiksów pod choinką, których lektura przyjemnie wypełni czas między jednym posiłkiem a drugim, jak również innych komiksowych gadżetów, które przyozdobią Wasze kolekcje kadrów i dymków! A jeśli Święty Mikołaj w tym roku przyjdzie w kostiumie Batmana, to szczerze Wam zazdrościmy! Kolorowych świąt!

Kuba Oleksak
Janusz Topolnicki
Łukasz Mazur

środa, 23 grudnia 2009

#331 - All Star Superman

Mam świadomość, że zaczynać tekst o tym komiksie od słów "Superman nie jest moim ulubionym bohaterem" jest strasznym banałem, ale muszę tak uczynić z bardzo prostego powodu. Moja znajomość uniwersum harcerzyka w czerwonej pelerynie jest bardzo uboga, więc daleko mi do odbiorcy idealnego tej historii stworzonej przez Granta Morrisona i Franka Quitely. Nie oznacza to jednak, że jej lektura była dla mnie zupełną zagadką. Powiedzmy tylko, że w trakcie czytania kilkukrotnie zostałem zaskoczony....

Zaskoczenie numer jeden. Zabierając się za "All Star Superman" spodziewałem się jakiejś "nowej" historii, reinterpretacji losów sieroty z Kryptona. Lecz Morrison, choć nie był w żaden sposób ograniczony kanonem Supermana, nie wprowadził właściwie żadnych zmian w Metropolis i jego "obrzeżach". Wybrał drogę ewolucji, zamiast rewolucji, i stąd też z jednej strony od początku historii wszystkie postaci były mi już dobrze znane i wiedziałem jak się zachowają, ale z drugiej strony ilość nawiązań do przeszłości Supermana była przytłaczająca jak na komiks dziejący się w alternatywnej rzeczywistości. Dlatego, choć bohaterowie w większości są tacy sami, jak ci, których każdy z nas poznał już lata temu, to zostali oni ciekawie dookreśleni. Stąd Clark jest jeszcze większą "ofermą" niż zazwyczaj (choć każde jego "potknięcie" jest w rzeczywistości niezauważalną pomocą), a Jimmy Olsen jest zabawniejszy i obdarzony większym "charakterem" niż jego standardowa wersja.

Drugie zaskoczenie. Pomysł wyjściowy całej historii - Superman "pokonany" przez podstawowe prawo fizyki i odliczanie do jego śmierci - jest genialny w swojej prostocie, a co najważniejsze daje nadzieję na interesującą opowieść. Niestety bardzo szybko zostałem wyprowadzony z błędu. Zamiast historii o tym jak najpotężniejszy mieszkaniec Ziemi zostaje zmuszony do szybkiego oswojenia się z przemijaniem, otrzymałem pourywane historyjki z cyklu "zwiedzanie fortecy Supermana", "urodziny Lois Lane" czy "śmierć Jonathana Kenta". I choć powodem do tych opowieści jest zbliżająca się śmierć Supermana, to momentami odnosiłem wrażenie jakby Morrison zupełnie o tym zapomniał, a jego celem była tylko i wyłącznie zabawa z tradycją i kanonem opowieści o Supermanie. Na domiar złego koniec końców wszystko i tak sprowadza się do walki z Lexem Luthorem, a stawką tej potyczki jest bezpieczeństwo świata. Ta skokowa narracja powoduje, że w trakcie czytania łapałem się kilkukrotnie na tym, iż zastanawiałem się o czym właściwie jest ten komiks? W dziesiątym numerze ("Neverending") Lois mówi do Supermana "It's barely a story", i można powiedzieć, że jest to najlepsze określenie fabuły "All Star Superman".

Jednak jedną rzeczą Morrison zaskoczył mnie całkowicie pozytywnie. Wszystkie dwanaście części tej opowieści przepełnione jest fantazją i nieograniczoną wyobraźnią. Momentami miałem wrażenie jakby cała akcja działa się nie w Metropolis, tylko w umyśle dziecka, które pełne jest niesamowitości i braku jakichkolwiek ograniczeń. Z tym światem pełnym dziwów można spotkać się właściwie na każdej stronie komiksu. Czasem są to tylko drzwi w laboratorium z napisem "Do Not Open Until Doomsday" czy tęczowy płaszcz. Jednak innym razem dowiadujemy się, że czytany przy odpowiedniej częstotliwości "Moby Dick" jest w stanie kruszyć skały, albo poznajemy potwora Chronovore, który potrafi "przyspieszyć przeznaczenie", czyli na przykład zmienić krowę w hamburgera. Wszystkie te pomysły są właściwie tylko dodatkiem, bez którego główna oś fabularna spokojnie mogłaby iść naprzód, jednak ubarwiają one świat opowieści.

Na koniec zostawiłem sobie najlepsze, czyli zaskoczenie numer cztery. Frank Quitely oczarował mnie swoimi rysunkami. Po raz pierwszy zetknąłem się z jego pracami, ale śmiało mogę powiedzieć, że jego kreska idealnie pasuje do historii o Supermanie. W fantastyczny sposób łączy klimat starych opowieści rodem z bajek Maxa Fleischera z nowoczesną dynamiką i ekspresją komiksową. Wystarczy przyjrzeć się jak bardzo różnią się od siebie, jednocześnie pozostając takimi samymi, Clark Kent i Superman by docenić jego warsztat, a zarazem po raz pierwszy (w moim przypadku) zrozumieć dlaczego nikt w Metropolis nie potrafił dojrzeć, że te postaci to jedna i ta sama osoba.

Przed lekturą "All Star Superman" słyszałem o tym komiksie wiele pozytywnych opinii, więc nie będę ukrywał, że zabierałem się za ten komiks z pewnymi oczekiwaniami. Jednak o ile jestem pod wrażeniem strony graficznej i z chęcią zapoznam się z innymi komiksami Franka Quitely, o tyle mam wrażenie, że Grant Morrison sam nie był pewien co chce opowiedzieć. Fabuła jest rwana, a dobre pomysły zazwyczaj niewykorzystane w pełni, co pozostawia uczucie niedosytu. Wielka szkoda tych straconych możliwości....

wtorek, 22 grudnia 2009

#330 - All Star Batman i Robin, Cudowny Chłopiec

W roku 2005 wydawnictwo DC Comics, podążając ścieżką przetartą przez Marvela, swojego odwiecznego konkurenta na komiksowym rynku za Oceanem, uruchomiło linię tytułów All-Star. Wzorem marvelowego imprintu Ultimate oddało swoich najpopularniejszych super-bohaterów w ręce najzdolniejszych scenarzystów i rysowników w branży. Najlepsi z najlepszymi – prosty, acz genialny przepis na obrazkowe arcydzieło sprawdził się w przypadku „All-Star Supermana” autorstwa Granta Morrisona ("Azyl Arkham", "Misterium", "Batman i Syn") i Franka Quitely'ego (robione wraz z Grantem – "New X-Men", "JLA – Ziemia 2" i "New X-Men"). Na polską edycję najnowszego wcielenia Człowieka ze Stali zapewne jeszcze poczekamy, na razie na naszym rynku ukazał się "All Star Batman and Robin, the Boy Wonder".

Magnesem przyciągającym twórców do All-Starów miała być całkowita swoboda w reinterpretowaniu największych ikon amerykańskiego komiksu, nieskrępowana ograniczeniami, jakie nakłada praca nad standardową serią z redaktorem prowadzącym na karku i koniecznością trzymania się kontinuum. Mroczny Rycerz ze swoim nastoletnim pomocnikiem został oddany Frankowi Millerowi i Jimowi Lee, twórcom, którzy nie wypadli sroce spod ogona. Miller na łamach marvelowego Daredevila udowodnił, że comiesięczna orka komiksowa nie musi oznaczać wyzbycia się artystycznych ambicji i tym samym przygotował grunt dla piszących obecnie przygody Śmiałka, Briana M. Bendisa i Eda Brubakera (nawiasem mówiąc, robiących to znakomicie). W "Roku Pierwszym" na nowo zdefiniował Batmana, tylko po to, żeby w "Powrocie Mrocznego Rycerza" zdekonstruować mit super-herosa. Zaraz po świetnie przyjętej serii "Miasto Grzechu" i "300", Miller zajął się ekranizowaniem swoich prac, a później także kręceniem filmów. Ze zmiennym szczęściem, jak pokazuje przykład Spirita. Lee był rysownikiem jednego z najpopularniejszych (jeśli nie najpopularniejszego) tytułu super-hero lat dziewięćdziesiątych, jakim był X-Men i twórcą charakterystycznego stylu, który znalazł potem setki naśladowców. Następnie, z różnym powodzeniem pracował nad autorskim projektami w ramach wydawnictw Image i Wildstrom, by wreszcie osiąść w DC Comics i rysować przygody Batmana ("Hush") i Supermana ("For Tomorrow").

W swoich założeniach "All Star Batman i Robin, Cudowny Chłopiec" miał połączyć historię młodego ("Rok Pierwszy") i powracającego z emerytury ("Powrót") Mrocznego Rycerza w jedną, spójną opowieść. Miller w swoim scenariuszu skupia się na relacjach Zamaskowanego Mściciela z jego nastoletnim pomagierem, Robinem. Główny trzon historii o osieroconym akrobacie i jego opiekunie pozostał niezmieniony, scenarzysta więcej uwagi poświęcił głównym bohaterom dramatu. Podjął kolejną, tyle śmiałą, co ryzykowną, próbę reinterpretacji postaci Batmana.

W nowej wizji Millera niewiele pozostało z klasycznego, gothamskiego pogromcy zbrodni. Zamiast słynącego ze swoich detektywistycznych zdolności, znikającego w cieniu i opanowanego herosa dostajemy bezwzględnego i impulsywnego brutala, przedkładającego skuteczność nad etykę w zwalczaniu przestępczości. "Nowy" Batman uwielbia rozprawiać się z przestępcami w ciemnych zaułkach, bijąc ich tak długo, aż zaczną dławić się własnymi zębami i uczyni ich kalekami do końca życia. Prowadzona w ten sposób walka jest upojnym przeżyciem, a nie smutną krucjatą, którą Bruce Wayne przysięgał prowadzić nad grobem swoich rodziców. Rozkoszne nocne polowania na oprychów i skakanie po dachach w blasku księżyca sprawiają, że "uwielbia być tym cholernym Batmanem!". Daleko mu do elegancji swojego pierwowzoru. Jest arogantem, nabuzowanym testosteronem pozerem, uwielbiającym robić wrażenie na kobietach, czego zwykle "normalny" Batman unikał. Z niepozbawionego romantycznych rysów super-bohatera stał się rozjątrzonym egomaniakiem, skłóconym z całym światem, brutalnie dążącym do własnych celów. Trudno dziwić się głosom, że Miller sprzeniewierzył się legendzie, którą sam współtworzył w swoich komiksach.

Takiej interpretacji Batmana znacznie bliżej do psychopatów z "Miasta Grzechu", niż klasycznego modelu super-herosa. Niestety, Miller, podobnie jak w przypadku Spirita, przesadził z przerysowaniem, które balansuje na krawędzi już nie groteski, ale śmieszności. Postać Mrocznego Rycerza jest wyraźnie przeszarżowana, niedopracowana i pełna nieścisłości, rażących nawet przy założeniu pewnej umowności komiksowych realiów.

Niestety, podobnie rzecz ma się z scenariuszem – neurotyczna narracja irytuje swoją chaotycznością, lekturze ciągle towarzyszy niedoparte wrażenie, że akcja zmierza w nieokreślonym kierunku. Fabuła zdaje się zbitkiem mniej lub bardziej udanych scen, urywa się w najdziwniejszych momentach, nie dotyczy jej żadna logika przyczynowo-skutkowa. Dialogi zostały zastąpione bufonadą, a jakąkolwiek psychologiczną wiarygodność swoich bohaterów Miller ma głęboko w nosie. Ta wrzaskliwość fabuły pozostaje w brutalnym kontraście z formalnym mistrzostwem "Powrotu" i "Roku Pierwszego", ale daje wielkie pole do popisu Jimowi Lee. Historia zdaje się być podporządkowana wizualnemu efekciarstwu. Każdy z poszczególnym numerów składających się na album ma co najmniej jeden splash page i kilka kadrów, zajmujących przynajmniej połowę strony. W komiksie dominują dwa motywy – seksu i przemocy. W pierwszym zeszycie pięć stron poświęcono na garderobę reporterki Vicky Vale, która przygotowując się do randki z Bruce'm Wayne'm lata półnaga po pokoju w poszukiwaniu odpowiedniej sukienki. W trzecim barowa rozróba z dekoltem i kabaretkami Black Canary w rolach głównych zajmuje stron piętnaście, w tym pięć paneli całostronicowych i jeden podwójny splash page. To tylko dwa przykłady z brzegu, kiedy wydarzenia zupełnie dla fabuły nieistotne prezentuje się tylko po to, aby Lee mógł narysować niemożliwie długie nogi i wielkie cycki.

To, co Millerowi udało się w "Sin City", czyli stworzenie maksymalnie przerysowanego i ikonicznego uniwersum, kompletnie nie wypaliło w przypadku Mrocznego Rycerza. Gotham pełne ponętnych suczy, przekupnych gliniarzy, strzeżone przez wariata w kostiumie nietoperza może i by mnie jakoś przekonała, gdyby komiks nie emanował tandetnym erotyzmem i bezrozumną brutalnością. Niestety, nie mogę zaliczyć "All Star Batmana i Robina, Cudownego Chłopca" (tytuł równie śmieszni brzmi po polsku, co po angielsku) do pozycji udanych.