wtorek, 10 marca 2009

#141 - Tydzień crossoverów - Planet Hulk

Tak po prawdzie, to „Planet Hulk” wcale nie jest crossoverem w najściślejszym znaczeniu tego pojęcia. Zasadnicza część historii napisana przez Grega Paka (wyręczonego w trzech numerach przez Daniela Way`a) zamyka się w 18 zeszytach (od #88 do #105) regularnej serii „The Incredible Hulk”. Podwójny wstęp, przedstawiony na łamach trzech zeszytów „Fantastic Four” i wydaniu specjalnym – „New Avengers: Illuminati”, ważnym skądinąd z innych powodów, bez szkody dla historii można spokojnie pominąć.

Doktorowi Bruce`owi Bannerowi z coraz większą trudnością przychodzi kontrolowanie jego zielonego alter ego, którego siła po kolejnym wybuchu bomby gamma jeszcze bardziej wzrosła. Podczas ostatniego starcia dwójki „potworów” w Las Vegas – Thinga i Hulka, zginęło 26 osób, a straty finansowe szacowane są w milionach dolarów. Tony Stark, szefujący w tym czasie S.H.I.E.L.D postanawia coś z tym problemem wreszcie zrobić. Wraz z Reedem Richardsem, profesorem Xavierem, doktorem Strangem i królem Inhumans, Black Boltem, postanawiają wysłać Hulka w przestrzeń kosmiczną. Sprzeciwia im się jedynie Namor, ostatni z członków tajnego stowarzyszenia Iluminatów. Władca Atlantydy, oprócz tego, że oburza go moralny aspekt takiego czynu, zwyczajnie obawia się zemsty zielonego olbrzyma. Jak się później okaże – nie bez podstaw. Niestety, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, coś idzie nie tak i zamiast na piękną, pokrytą bujną roślinnością, lecz pozbawioną inteligentnego życia planetę, kosmiczna kapsuła z Hulkiem ląduje na Sakaarze…

„Planet Hulk” Grega Paka całymi garściami czerpie z schematu fabularnego „Gladiatora”. To opowieść o Zielonej Szramie, o Oku Gniewu, Niszczycielu Światów, o Harkanonie, Haargu, Holku, czyli o naszym ulubionym Hulku, Sałacie Marvela, który trafił do świata ciemiężonego przez Czerwonego Imperatora i ze zwykłego niewolnika staje się bohaterem uciśnionych i ich nadzieją na wyzwolenie. Pak bardzo umiejętnie gra banalnymi kliszami walki garstki rebeliantów z okrutnym tyranem, umiejętnie rozkładając akcenty w swojej historii. Scenarzysta sprawnie wplata w swoją historię motyw religijnej przepowiedni – czy przybyły z odległego świata zielony potwór jest Sakaarsonem, sławionym w legendach zbawcą świata, czy też jest tego świata niszczycielem? Po fabule jednak nie spodziewajcie się niczego więcej od coraz większych, coraz bardziej spektakularnych walk, utrzymanych w epickim stylu, przynoszącym na myśl mitologię grecką – gniew i postać Hulka, jako żywo przypominała mi dzieje Achilla z „Illiady”. „Planet Hulk” jest jednak typowym komiksem jednorazowego użytku, bo czytany po raz wtóry, pozbawiony jest tego napięcia i ekscytacji, która towarzyszyła pierwszej lekturze. I to jest chyba jedyna, ale najpoważniejsza wada tego tytułu.

W roli rysowników zostali zatrudnieni solidni rzemieślnicy super-bohaterskiej estetyki. Wśród grafików, może z wyjątkiem Gary`ego Franka, który narysował ledwie połówkę numeru, rozsławionego późniejszą współpracą z Geoffem Johnsem przy „Action Comics”, znajdziemy raczej twórców z drugiej ligi. Na ich tle (Keu Cha, Juana Santacruza, Carlo Pagulayana) i wśród autorów graficznych epizodów (Marshalla Rogersa, Micheala Avon Oeminga, Alexa Nino) przy odrobinie dobrej woli wyróżniłbym Aarona Loprestiego, który swoją kreskę roztkliwi niejednego miłośnika opowieści obrazków pamiętającego dokonania wyśmienitego Johna Byrne`a. Świetne wrażenie robią również okładki poszczególnych zeszytów, autorstwa rysownika ukrywającego się pod pseudonimem Ladronn.

„Planet Hulk” jest świetną uwerturą do opowieści o powrocie Zielonej Szramy na jego rodzimą planetę i po lekturze ostatniego kadru na zabój chciałem dorwać kontynuację. Niestety, „World War Hulk” jest bardzo daleko do swojej poprzedniczki – daje o sobie znać rozbicie całej historii na mnóstwo niepotrzebnych wątków i wąteczków, porozrzucanych po niezliczonych mini-seriach i seriach, nic nie wnoszących do fabuły. Takie rozczłonkowanie bardzo negatywnie odbija się na kompozycji i dramaturgii historii, a i „Wojna Światowa Hulka” jest komiksem słabym i nużącym. Przede wszystkim brakuje jej tej niepewności, która towarzyszyła historii Grega Paka, bo biorąc do ręki pierwszy numer „WWH” doskonale wiemy, że Hulk nie może zmienić super-bohaterskiego status quo, a po jego inwazji i tak wszystko wróci do normy. W przeciwieństwie do „Planet Hulk”, które do ostatniego kadru trzyma swojego czytelnika w niepewności. I warto się przekonać jak skończy się kosmiczna wycieczka dla Bruce`a.

poniedziałek, 9 marca 2009

#140 - Tydzień crossoverów

Obok „kolorowych zeszytów”, które co miesiąc trafiają na sklepowe i kioskowe półki za Oceanem, crossovery należą chyba do najbardziej charakterystycznych dla komiksu super-bohaterskiego zjawisk. Czym takie historie różnią się od „zwyczajnych” komiksów? W kilku słowach - pojedynczy bohater lub grupa samotnie nie są w stanie zapobiec jakiemuś wielkiemu zagrożeniu, skrzykują więc najbliższych kumpli po fachu, żeby razem coś poradzić. Ich wspólne przygody opisywane są równoległe na łamach kilku serii i z reguły jednej mini-serii, w której śledzimy główny wątek. Za pierwszą tego typu opowieść powszechnie uchodzą „Tajne Wojny” wydane w 1984 roku. Dwunastoczęściowa mini-seria, która była uzupełniona licznymi tie-inami serii regularnych, do dziś w pewnych kręgach uchodzi za pozycję klasyczną.

Na dzień dzisiejszy trudno sobie wyobrazić komiksowy sezon pozbawiony monstrualnego crossovera, po którym nic nie byłoby takie samo. Tego typu „eventy” tak mocno wrosły w tkankę rynku i czytelnicze nawyki, że żadne zapewnienia ważniaków z DC o tym, że „Final Crisis” jest już ostatnim z wielkich, nikt nie bierze poważnie. Bo trudno traktować deklaracje Dana DiDio serio, kiedy wbrew jego zaklinaniu rzeczywistości, uniwersum Supermana i Batmana przygotowuje się do „The Blackest Night”, po którym, tak zgadliście, nic nie będzie już takie samo.

W chwili obecnej, te właśnie „eventy” nadają ton właściwie wszystkim tytułom w ofercie danego wydawcy, wskazując kierunek, w jakim komiksy przez jakiś czas, a przynajmniej do kolejnego, znaczącego „wydarzania”, bo tak można w polskim narzeczu przetłumaczyć ten termin, będą podążać. W takiej sytuacji znajomość treści takiego eventu jest kluczowa w zrozumieniu serii, którą czytelnicy są zainteresowani i chcąc, nie chcąc, muszą się z nim zapoznać. DC i Marvel doskonale grają tymi rynkowo-scenariuszowymi zależnościami, organizując cały swój kalendarz wydawniczy pod kątem eventów właśnie. I tak, nie sposób w pełnie ogarnąć wydarzeń w „House of M”, jeśli wcześniej nie zapoznaliśmy się z „Avengers: Disassembled”. Aby z kolei dowiedzieć się jak cała ta afera ostatecznie się skończyła, trzeba przeczytać komiksy spod szyldu „Decimation” i serię „Son of M”, które stanowią swoiste domknięcie wydarzeń przedstawionych w crossie i to one zaspokajają czytelniczą ciekawość. I tak, z roku na roku, się to kręci. Fabuły przepełzają z jednego komiksu do drugiego, scenarzyści muszą podejmować wątki w miejscu, w którym zostały zostawione przez swoich poprzedników, a biedny czytelnik chcący być na bieżąco musi jakoś za tym nadążyć, jeśli nie chce zadowolić się dosyć jałowymi „recapami” na Wiki czy serwisach tematycznych.

Crossovery dla jednych będą synonimem mainstreamowego obciachu w sztuce obrazkowej, rozrywką dla debili, a dla innych prawdziwą esencją amerykańskiego komiksu. Warto przypomnieć, że to właśnie historie ciągnące się latami były przyczyną krachu komiksowego rynku w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Dla samych wydawców eventy stanowią natomiast prawdziwą żyłę złota, bo poszczególne ich odcinki zwykle królują na listach najlepiej sprzedających się komiksów. Szefowie DC i Marvela nie szczędzą środków na promocji swoich szlagierów, przynajmniej pod względem finansowym, do pracy przy nich z reguły zatrudniają najlepszych scenopisów i rysowników.

Od dziś ruszamy z tygodniem crossoverów. Przez kolejne pięć dni na łamach Kolorowych Zeszytów zaprezentujemy nasz subiektywny wybór najlepszych historii tego typu, bądź tych, na których się najbardziej przejechaliśmy.

Tak więc zapraszamy! Po tym tygodniu już nic nie będzie takie samo ;)

niedziela, 8 marca 2009

#139 - Trans-Atlantyk 28

W dzisiejszym wydaniu Trans-Atlantyka - ze względu na święto jakie dziś obchodzi cała Polska - królują kobiety. Staraliśmy się znaleźć kilka 'cycatych informacji' z ostatniego tygodnia, ale przyznam szczerze, że nie było to proste zadanie. Jest więc kilka informacji nie takich znowu świeżych jak zwykle, ale mamy nadzieję, że mimo to nadal ciekawych. A wracając jeszcze do wczorajszego wpisu, całą tą "Meksykańską sobotę" chciałbym uzupełnić linkami do recenzji "Trupa i Sofy", które pojawiły się blogu Ziniola (dzisiaj) i Motywu Drogi (kilkanaście dni temu). Mającym dzisiaj wolny czas, przypominam o komiksowej imprezie z okazji premiery nowego numeru "Jeju" (temat przewodni: kobieta w komiksie) w Kawangardzie. Oprócz kolejnego dziecka Tomasza Pastuszki do nabycia będą również premiery z Dolnej Półki - "Szrama: Istota Legendy" i "Kolektyw" #4! Warto więc chyba wpaść chociażby na chwil parę. Przechodząc powoli do esencji naszego niedzielnego cyklu, składamy jak najlepsze życzenia naszym czytelniczkom (szczerze wierzymy, że takie mamy)! (a.)

#1 „Battle of the Cowl” zmienił i zmieni wiele w nietoperzastym zakątku uniwersum DC. Jedną z nowych serii, która zastąpi zamkniętą niedawno „Birds of Prey”, będzie „Gotham City Sirens”. Główne role mają w niej odgrywać najzgrabniejsi reprezentanci gothamskiego półświatka, czyli Catwoman, Posion Ivy i Harley Quinn. Nowa seria ruszy w czerwcu, wraz z „Batman: Streets of Gotham” (z rysunkami Dustina Nguyena), innym on-goingem, którego autorem skryptów będzie Paul Dini („Detective Comics”, „Countdown to Final Crisis”), w powszechnej opinii uchodzący za jedynego, trzymającego fason scenarzystę, pracującego przy bat-seriach. (J.)

#2 Od dawien dawna zapowiadana mini-seria "Spider-Woman" Bendisa i Maleeva w końcu ujrzy światło dzienne. Przygody pajęczej bohaterki pojawią się na papierze jednak dopiero w czerwcu, wcześniej zaś seria zostanie przedstawiona w formacie motion comic - czyli w postaci ruchomych kadrów z podkładem dźwiękowym. W internecie pojawi się 10 odcinków trwających po 6 minut i odpowiadających pięciu numerom serii, które będą do pobrania z Marvel.com i iTunes. Historia skupi się na losach Jessiki Drake, która dostaje szansę od od agentki Brand na odkupienie swoich 'win' z Inwazji Skrulli. Występy gościnne zaliczą oczywiście najważniejsi w uniwersum, jak np. Avengers. Za reżyserię wersji motion (która ma zawierać więcej, niż papierowy odpowiednik), odpowiada Alex Maleev, którego grafiki do tytułu powalają na łopatki. (a.)

#3 Raina Telgemeier jest autorką w Polsce kompletnie nierozpoznawalną. Za oceanem znana jest głównie za sprawą „The Baby-sitters Club”, komiksowych adaptacji bestsellerowej serii książek dla młodszych i starszych nastolatek, które łącznie sprzedały się w nakładzie 175 milionów. Praca nad tym komiksem przyniosła jej nominację do nagród Eisnera i Ignatza, została także wyróżniona przez American Library Association i YALSĘ. Obecnie, oprócz pracy nad tajnym projektem, którego tytułu nie może jeszcze zdradzić, przygotowuję papierową edycję swojego autobiograficznego web-komiksuSmile” (przewidywana premiera w 2010 roku, wydawnictwo Scholastic) oraz pisze skrypty do… „X-Menów”. A dokładniej do ich mangowej mutacji z wydawnictwa Del Rey (rysunki – Dave Roman). (J.)

#4 Masquerade to jedna z bohaterek serii "Project Superpowers" za którą odpowiedzialny jest między innymi duet znany z ""Earth X", czyli Jim Krueger i Alex Ross. Seria ta opowiada o współczesnych losach superbohaterów ze Złotej Ery, których historie były publikowane w połowie ubiegłego wieku przez takie wydawnictwa jak Fox Comics czy Nedor Comics. Solowe przygody bohaterki są trzecim - po "Black Terror" i "Death-Defying 'Devil" - spin-off'em do głównej serii. Pierwszy numer z przygodami potrafiącej wcielić się w dowolną osobę bohaterki ukazał się w lutym tego roku dzięki wydawnictwu Dynamite Entertainment. (a.)

#5 Na sklepowe półki trafił właśnie pierwszy numer czteroczęściowej mini-serii „New Avengers: Reunion” z przepiękną okładką Jo Chena w dwóch wariantach, do scenariusza Jima McCanna, z rysunkami autorstwa duetu David Lopez-Alvaro Lopez. Na jej łamach dowiemy się więcej o losie drugoligowej Mścicielki, Bobbi Morse, znanej lepiej jako Mockingbird, żony (a może raczej eks-żony?) Clinta Bartona. Była jedną z najwcześniejszych ofiar inwazji Skrullów,która spędziła najpiękniejsze lata swojego życia więziona przez małych, zielonych ludzików. Ja tam czekam najbardziej na jej konfrontacje ze swoim „mężem”, który dowie się, że pod jej „nieobecność”, Clint jako Ronin, nieźle poczynał sobie z Echo (którą z kolei łączyło coś więcej z Daredevilem w swoim czasie). (J.)

#6 Inną bohaterką, którą powróciła zza grobu (kolejny zresztą raz) jest kolejna z rejestru kochanek Matta Murdocka, czyli Elektra Natchios. Ta sama, którą Marvel obiecał pozostawić martwą jej autorowi, Frankowi Millerowi, dobrych kilka lat temu. Scenarzysta nowej, pięcioczęściowej mini-serii „Dark Reign: Elektra” Zeb Wells („Amazing Spider-Man”) przyznaje się do inspiracji klasykiem Millera i Sienkiewicza „Elektra: Assassin”, a wątkiem przewodnim jego historii mają być interesy łączące Normana Osborna z byłą szefową Hand. Pierwszy numer ukaże się pod koniec marca, oprawą wizualną zajmie się Clay Mann („Daredevil”). (J.)

#7 Megan Fox - aktorka znana chociażby z filmowych przygód Transformersów - niedługo będzie mogła pochwalić się rolami w kolejnych ekranizacjach komiksów. Po pierwsze - zagra ona główną rolę w filmie "Fathom", będącym adaptacją komiksu zmarłego w ubiegłym roku Michaela Turnera. Po drugie - wystąpi w filmowej wersji przygód Jonaha Hexa, gdzie zagra rolę Leili. I to by było na tyle. Nie ukrywam, że ten news to jedyne pretekst do wrzucenia na Kolorowe zdjęcia Megan. Nie wiadomo kiedy podobna sytuacja może się powtórzyć. (a.)

#8 Nie jest to może news pierwszej świeżości, ale warto o tym wspomnieć. Brian Reed, odpowiedzialny m.in. za przygody Carol Denvers, znanej także jako Ms. Marvel, kilka tygodni temu, bez skrępowania, zapowiedział zgon swojej bohaterki, który ma nastąpić wraz z numerem 37 serii. Jednak śmierć heroiny, nie wiąże się z zaprzestaniem wydawania serii pod tytułem "Ms. Marvel". Jak wiadomo od kilku tygodni, w świecie Marvela są (póki co) dwie bohaterki noszące tę ksywę - Pani Denvers i Pani Moonstone, która przebiera się w ciuchy tej pierwszej na potrzeby swoich występów w Dark Avengers. I to właśnie ta druga przejmie serię, po śmieci poprzedniczki, choć nie wiadomo jeszcze czy sama dołoży 3 grosze, do jej przejścia na tamten świat. (a.)

Na koniec, pozostając jeszcze przy kobiecych klimatach, wracamy do cyklu, który zapoczątkował Julek hen hen w starych wydaniach Trans-Atlantyka. Jednak "Geek Honey of the Month" zostaje zastąpione przez..

.."Geek Honey of the Week"
(i na pierwszy ogień idzie całkiem znana Masuimi Max we wdzianku Poison Ivy)

sobota, 7 marca 2009

#138 - Wywiad: Patricio Betteo

Na twórczość Patricio Betteo natknąłem się jakieś pół roku temu, gdzieś w odmętach sieci i od tamtej pory jestem stałym bywalcem jego nietuzinkowych galerii - czy to na deviantarcie, czy na często aktualizowanych blogach. Moją uwagę zwrócił głównie komiks zatytułowany "Mundos Invisibles", którego kolejne strony co jakiś czas pojawiają się w sieci. Mimo, że mój hiszpański jest jeszcze w powijakach, to jego nieznajomość nie przeszkodziła mi stać się w pewnym sensie fanem serii - przynajmniej od strony graficznej. Zresztą sami zobaczcie jak Patricio miesza style - raz jest to coś pokroju Ashleya Wooda, raz ma to w sobie coś z Mignoli, ale cały czas zachowana jest ta meksykańska, charakterystyczna maniera, którą znamy chociażby z prac Ramosa czy ostatnio wydanego albumu Sandovala "Trup i Sofa". Zresztą jak się okazuje bliskiego przyjaciela Patricio. Moje nieśmiałe pytanie wysłane w jego stronę parę tygodni temu odnośnie tego, czy "M.I" jest tylko webkomiksem, czy jego miejscem docelowym jest papierowa wersja, przerodziło się w poniższy wywiad. Chcąc nieco lepiej zrozumieć o czym jest ten komiks, poprosiłem Kubę Jankowskiego o rzucenie okiem na te kilkadziesiąt świetnie rysowanych stron i mimo jego pozytywnej opinii i kilku zdań o samej treści, nadal czuję się lekko zdezorientowany. Dobrze byłoby przeczytać kiedyś tę opowieść w całości po polsku i może ten wywiad będzie jakimś zaczątkiem dla częstszego pojawiania się Patricio w naszym komiksowym półświatku oraz ewentualnej publikacji jego prac (autor jest bardzo otwarty na współpracę! Korzystać!). Kończąc ten nieco przydługawy wstęp - zapraszam do lektury poniższego wywiadu! Patricio okazał się bardzo sympatycznym, otwartym na współpracę człowiekiem i mam nadzieję, że jeszcze o nim usłyszycie!


Patricio, kim jesteś i co robisz na planecie Ziemia?
Jestem dorosłym, który opowiada historie tak jak robią to dzieci - rysując. Jestem meksykaninem w którego żyłach płynie południowo-amerykańska krew - matka Urugwajka, ojciec Chilijczyk. Studiowałem grafikę i dzięki tworzeniu ilustracji opłacam swoje rachunki. Żyję w Morelii, miłym, małym miasteczku niedaleko Mexico City.

Dzięki wielkie za przykładowe strony "Mundos Invisibles". Jednak pomimo tego, że są one w języku polskim, ciężko zrozumieć o czym jest ta cała historia - czy mógłbyś dać nam kilka wskazówek?
Więc, "Mundos Invisibles" jest o podróży. Dużej, długiej i bolesnej podróży. Główny bohater - samotny poeta, stracił swój najlepszy wiersz. Bez względu na wszystko stracił go i jest on nie do odzyskania. Ważną rzeczą jest to, że potrzebuje on pretekstu do tego, żeby poznać "zewnętrzny" świat. Na około 15 stronie spotyka go straszliwe przeznaczenie, więc jego świat "zewnętrzny" staje się królestwem śmierci. Jest to coś w rodzaju "Alicji w krainie czarów" z bardzo mrocznym zwrotem akcji. Historia jest pełna poezji, nierealnych sytuacji i pogmatwanych zdarzeń - tak jak samo życie.

Jak byś więc skategoryzował "Mundos Invisibles", bo nie wygląda to ani jak typowy komiks akcji ani jak klasyczna opowieść?
To nowela graficzna dla młodych dorosłych, inspirowana filozofią, literaturą, grafiką i moimi pokręconymi innymi światami.

Mówiłeś mi, że spędziłeś dotychczas dwa lata tworząc swoją opowieść i masz na dzień dzisiejszy 66 stron. Jak długie będzie "Mundos Invisibles"?
75 stron. Opowieść rozwija się tą samą drogą jaką rozwija się autor. Cel głównego bohatera staje się celem autora - znaleźć coś nieuchwytnego, znaleźć znaczenie pewnych rzeczy. Taki artystyczny dylemat.. Nie jest to coś w rodzaju łatwego, letniego filmu.

Jest to pewnego rodzaju improwizacja czy też masz całą tą historię już u siebie w głowie i tylko przelewasz każdą kolejną stronę na papier?
Mój proces twórczy jest improwizacją, nie znam żadnej innej metody. Oczywiście, jest główna historia, którą podążam i wydaje mi się, że z dobrym skutkiem. Wszystkie cele są względne - z biegiem czasu, z każdą stroną i kolejnym doświadczeniem wszystkie one mogą się zmienić.

Masz więc jeszcze około 10 stron do zakończenia. Co dalej? Jakie są plany na przyszłość?
Za około miesiąc historia będzie ukończona. Po tym wszystkim będę szukał wydawców w każdym zakątku świata. Przy czym wiem, że nie będzie to łatwe zadanie. Na pierwszy rzut oka "Mundos Invisibles" jest dosyć dziwną rzeczą, ale jeśli poświęcić jej nieco więcej czasu, wszystko stanie się jasne. Oryginalna wersja dostępna jest po hiszpańsku on-line, ale głównym celem "Mundos Invisibles" jest zaistnienie na papierze. Bez względu na język w którym się ukaże! W dodatku historia jest absolutnie uniwersalna. Oczywiście będą zmiany w porównaniu z wersją, która wisi w sieci. I jest to dla mnie kolejna fascynująca część tego wszystkiego.

Ok, czas chyba na tradycyjne pytanie - kto jest twoim ulubionym artystą, co / kto ciebie inspiruje?
Ciężko powiedzieć. Jeśli chodzi o grafikę, muszę przyznać, że mam setki inspiracji. Od Tima Biskupa do Ashleya Wooda. Od Roberta Crumba do Warhola. Od Pollocka do Moebiusa. Jestem mocno zakochany w grafice jako takiej. Jeśli chodzi o kwestie opowiadania historii, narracji, muszę powiedzieć że jestem pod silnym oddziaływaniem literatury i takich artystów jak Dave McKean.

Czy w Meksyku jest możliwe życie tylko z tworzenia komiksów? Czy jest to głównie hobby a prawdziwe pieniądze musisz zarobić innymi drogami?
Jest to niemożliwe. Mam naprawdę niezłą pozycję w dziedzinie ilustracji tutaj w Meksyku i jestem z tego szczęśliwy, jest to dla mnie bardzo motywujące. A jednocześnie też jest moim jedynym źródłem zarobku. Kilku moich kolegów żyje z reklamy czy projektowania.. Nigdy z komiksów. Jedynym wyjątkiem jest Humberto Ramos.

Kilka tygodni temu ukazał się u nas komiks Tony'ego Sandovala "Trup i Sofa". Co ciekawe, Tony kończył swoją opowieść w twoim domu w Mexico City. Czy będzie kłamstwem twierdzić, że byłeś w pewnym sensie zamieszany w cały ten twórczy proces? Dawałeś Tony'emu jakieś rady czy wskazówki?
Tony używał mojego starego Maca podczas kolorowania ostatnich stron. To się liczy? W każdym razie nie było to nic świadomego. Światy Tony'ego są bardzo.. jego. "Świadomie" pomagałem mu przy hiszpańskim liternictwie i części gramatycznej.

Razem z Tonym stworzyliście komiks pod tytułem "Gris: a traves de los otros". Jak wspominasz tę współpracę? No i oczywiście o czym jest sam komiks?
Tak jak już powiedziałem, światy tworzone przez Tony'ego są bardzo w jego stylu. Takie miłosne historie z potworami. To był dobry eksperyment: nigdy wcześniej nie stworzyłem tak długiego komiksu. Tony rozpisał fabułę przy pomocy storyboardów, więc część rysunkowa była całkiem prosta. Nakładanie koloru było jednak czymś zupełnie innym i zależało całkowicie ode mnie.

Powiedz mi coś o innych projektach w które jesteś zaangażowany - chodzi mi tu o '8x8' i 'Cadaver Exquisito'.
'8x8' - to trzeci tego typu projekt przy którym uczestniczę. Grupa profesjonalnych artystów tworzy komiksy z dosyć ciasnym dedlajnem - 12 stron w 12 godzin, 8 stron w 8 godzin.. Przy ostatnim tego typu eksperymencie mieliśmy wśród nas Sergio Aragonesa, co było dosyć motywujące. Jeśli chodzi o 'Cadaver Exquisito' to jest to kolejny eksperyment on-line - długa opowieść, którą tworzą na zmianę profesjonalni artyści. Chora, nieprzewidywalna historia powstaje przy udziale znakomitych grafików takich jak Ramos, Sandoval, Bachan. Zresztą kończy się ona w najbliższych dniach.

Tutaj na blogu poświęcamy dużo czasu na pisanie o komiksach z głównego nurtu, więc moje następne pytanie jest takie - czy w ogóle czytasz tego typu historie? Marvel? DC? Image?
Niewiele! Oczywiście byłem fanem artystów, którzy tworzyli takie historie - Greg Capullo, Campbell, Jim Lee, Bachalo, Marudeira, Charest.. Później odkryłem Mignolę, Christiansena i oni pozwolili mi zapomnieć o gatunku jakim są komiksy super-hero. Wszystko to, połączone z moimi preferencjami do bardziej "intymnych", eksperymentalnych i niezależnych rzeczy, uformowało mój styl.

A czy istnieje w ogóle coś takiego jak meksykańska komiksowa blogosfera? Z blogami takimi jak twoje, poświęconymi na własną grafikę, oraz tymi bardziej publicystycznymi?
Tak, trochę tego jest. W 99% są to jednak blogi zorientowane na mainstream, ponieważ jest to u nas najbardziej popularny rodzaj komiksu. Kilka adresów: culturacomic.com, comiquero.com, produccionesbalazo.com.

Mógłbyś teraz w kilku słowach opisać meksykański rynek komiksowy?
Jest bardzo ograniczony - rynek należy do Amerykańskich super-herosów i mangi. Jednak krok po kroku, czytelnicy zaczynają interesować się autorskimi komiksami, ale jest to dla nas naprawdę duże wyzwanie, bo jest tu jedynie kilku aktywnych artystów - siebie również do tego grona zaliczam. Jest nas nie więcej niż.. pięciu.

A jakie są twoje pierwsze skojarzenia z Polską? Znasz jakichś polskich artystów, może jakieś polskie komiksy?
Niestety - II Wojna Światowa.. Polskie jedzenie.. Warszawa - wiem, że to piękne miasto. Lech Wałęsa. Chopin? Polscy artyści komiksowi? Szczerze? Nie, nie kojarzę. Ale jak się domyślam jest ich wielu. Polscy artyści? No więc znam Tamarę Łempicką i Zdzisława Beksińskiego.

Patrząc na prace Ramosa, Sandovala, Herrery czy też Twoje, dosyć łatwo zauważyć pewne podobieństwo w waszej twórczości - nazwałbym to czymś w rodzaju mrocznego, pokręconego cartoonu. Skąd się to bierze?
Kultura meksykańska jest dziwną mieszanką humoru i tragedii. Nad nami USA, pod nami przedstawiciele starożytnych kultur, a na dodatek wpływa na nas jeszcze silna hiszpańska spuścizna. Sprawa z Herrerą i Ramosem jest prosta do wyjaśnienia - są bliskimi przyjaciółmi i spędzają razem mnóstwo czasu. Dodatkowo Ramos, w pewnym sensie, jest prekursorem tego cartoonowego superbohaterskiego stylu, który ma duży wpływ na nową generację rysowników. Natomiast Sandoval i ja czerpiemy z podobnych źródeł - ilustratorów, malarzy i typowo komiksowych artystów. Mignola, Klimt, H.R. Giger..

Dzięki za wyjaśnienie. Mieliśmy już okazję w Polsce zobaczyć prace Ramosa ("Objawienia"), Herrery ("Venom") a ostatnio i Sandovala ("Trup i Sofa"). Nie sądzisz, że to najwyższy czas, żeby zobaczyć u nas i twoją twórczość?
Naprawdę, mam taką nadzieję!

Ja również! Muchas gracias!

Na koniec jeszcze mamy dla Was wspomnianych sześć stron z cały czas powstającego komiksu "Mundos Invisibles" ("Niewidzialne Światy" po naszemu). Przy okazji chciałbym tutaj bardzo mocno podziękować Kubie Jankowskiemu za tłumaczenie tych stron, pomoc i wszelkie rady - gracias! Liternictwem zajął się Patricio, a efekty możecie zobaczyć poniżej. Celowo nie wybraliśmy kilku pierwszych stron w kolejności (mimo, że byłyby pewnie bardziej czytelne), tylko sześć plansz, które zaprezentują szerokie spektrum graficznych możliwości meksykanina. Mamy nadzieję, że będzie się Wam podobać!





str 01
str 02
str 06
str 10
str 15
str 20
Na koniec jeszcze taka śmieszna sprawa - jak się okazało Przemek Pawełek a.k.a. Gonzo od jakiegoś czasu przygotowywał wywiadzik ze wspomnianym tu kilkukrotnie Tony Sandovalem, więc wyszła nam dosyć nieoczekiwanie taka "meksykańska sobota". Panie i Panowie - klikamy tutaj i pozostajemy w klimatach spod znaku tortilli i sombrero!

piątek, 6 marca 2009

#137 - Prosto z Piekła

Bardzo żałuje, że „From Hell” nie doczekało się takiej reakcji ze strony czytelników, krytyków i recenzentów, na jaką sobie zasłużyło. Jest mi wstyd, że wobec tytanicznej pracy autorów tego arcydzieła, wkładu polskiego wydawcy z jego cichymi wspólnikami, tłumaczy i wszystkich zaangażowanych w przygotowanie rodzimej wersji, recepcja tego wybitnego utworu ograniczyła się jedynie do garstki recenzji (w e-Splocie i na Polterze, w „Wyborczej” i na students.pl, jak w komentarzach podpowiada pjp, a także podobno w „Ziniolu”, którego nie miałem jeszcze okazji przeczytać), które dosyć pobieżnie potraktowały temat. Komiks Alana Moore i Eddiego Campbella warto szerzej omówić i przygotować grunt do dyskusji, która nie ograniczałaby się tylko do dywagacji o grubości okładek i wartości na rynku wtórnym, będącego ulubionym zajęciem polskiego czytelnika. Nawet pod koniec lutego, w kilka miesięcy po premierze i w sytuacji, kiedy większość nakładu jest już zapewne wyprzedana.

Przede wszystkim „Prosto z piekła” zaskakuje swoją formą, bo czy znacie jakiś inny komiks z przypisami? Moore w swoich momentami aż do przesady bogatych komentarzach do poszczególnych rozdziałów niczym zawodowy czarodziej sypie z rękawa danymi bibliograficznymi, faktograficznymi, przywołuje źródła, z których korzystał, oraz konteksty i nawiązania koniecznie do jak najpełniejszego zrozumienia jego dzieła, nie stroniąc przy tym od odautorskich refleksji. Nie znam innego dzieła, nie tylko komiksu, w którym odbiorca może tak dokładnie prześledzić jego proces twórczy. Kierowany przypisami czytelnik idzie tropem autora i jeśli trochę się postara, na własne oczy ujrzy jak wykuwało się arcydzieło. Dostrzeże ten ogrom trwającej dziesięć lat pracy, to mozolne sklejanie oryginalnych pomysłów, faktów i mitów w jedną, przerażającą i przerażająco spójną całość. Przy żadnym innym komiksie Moore`a mój podziw do tego szalonego Brytyjczyka nie rósł w takim tempie, jak było to w przypadku „From Hell”. A sam scenarzysta wywlekając na wierzch „bebechy” swoje dziecka z artystowską dezynwolturą, jeśli nie zwyczajną pychą i arogancją, obnosi się erudycją i komiksowym geniuszem. Ma świadomość, że w temacie opowieści obrazkowych niewielu może się z nim równać i nie wstydzi się pokazywać jak wielki dystans dzieli go od innych twórców. I stanowi to jedną z immanentnych cech autora „Prosto z Piekła”, którą da się dostrzec w innych jego dziełach, między innymi w „Strażnikach” („jeśli super-bohaterowie mieliby istnieć, to TAK właśnie by wyglądali”) czy w „V jak Vendetta” („TAK właśnie wygląda mechanizm uwikłania się w walkę z władzą totalitarną i TYM się właśnie kończy”). I zapewne komuś, kto nie jest gorliwym akolitą twórczości Moore`a, taka „bufonada” może przeszkadzać.

„Prosto z Piekła” przenosi swojego czytelnika do ociekającego brudem i nieprawością Londynu początku XX wieku, owej „pięknej epoki” demokratyzacji i modernizacji. Wbrew fabularnym pozorom opowieść o morderstwach Kuby Rozpruwacza nie jest kryminałem, podobnie jak „Blankets” nie jest ckliwym romansidłem. Rozwiązanie tajemnicy owiewającej wydarzenia jesieni 1888 roku w Whitechapel właściwie jest podane czytelnikowi na srebrnym półmisku. Moore mógłby napisać genialny, klimatyczny thriller, ale chciał czegoś więcej. Zabójstwa doktora Williama Gulla są centralnym punktem utworu, wokół którego wirują pozostałe wątki. „From Hell” jest dziełem wyrafinowanym, wielowątkowym, syntetyzującym, w którym ciężko wyróżnić jeden, dominujący temat. Jest ich kilka, wspólnie się przenikają, uzupełniają, a niekiedy koegzystują obok siebie. Wśród nich warto wyróżnić motyw ścierania się męskiego pierwiastka z żeńskim, pisarski autotematyzm szczególnie mocno zaznaczony w zamieszczonym dodatku, egzystencjalna analiza kondycji człowieka, robiona trochę przez mistyczny pryzmat, frapujący wątek niezwykłej architektury Londynu, wreszcie - bardzo sugestywnie podana spiskowa teoria nowoczesnych dziejów. Zwyczajowo do takich konspiracyjnych rewelacji pochodzę bardzo sceptycznie, ale w ujęciu moore`owskim jest to zrobione na tyle sprawnie, że łykam to jak młody pelikan.

Sama postać Kuby Rozpruwacza pisana piórem Moore`a jest niezwykle fascynująca. Podróżując po Londynie, oprócz zapoznawania się z miejscowym elementem i zwiedzania posępnych kościołów Hawksmoore`a, tak naprawdę podróżujemy w głąb jego psychiki. Dostajemy możność analizy morderczego geniusza. Poznajemy pobudki, jakimi kieruje się Gull, prezentujący na każdym kroku szczegóły swojego perfekcyjnie dopracowanego planu i wykładający nam swoją filozofię, albo raczej „filozofię”. I nie sposób nie poczuć do niego jakiejś pokręconej sympatii, jakiegoś pokątnie skrywanego podziwu. Bo na tle innych mieszkańców Londynu, których pusta drobnomieszczańska, werystyczna egzystencja pozbawiona jest jakichkolwiek wyższych pobudek, którzy bezcelowo miotają się w swoim życiu, postać zabójcy prostytutek jawi się jako postać na wskroś normalna. Jego determinacja i żelazna konsekwencja w kroczeniu drogą, którą sobie wytyczył budzi szacunek, podobnie jak wiedza i erudycja, którą posiadł, czy precyzja i dokładność cechująca każde jego działanie. Gull należy do wyższej sfery, to człowiek ze świata idei, do których „filistrzy”, skupieni na swoich małych, ziemskich sprawach, nie będą mieli nigdy dostępu. I nie jestem pewien czy idę dobrym tropem i czy na tyle dobrze „znam” Moore`a żeby odnajdywać charakterystyczne dla niego rysy w głównym bohaterze „From Hell”…

Osobny akapit należy się oprawie wizualnej, która robi wyśmienite wrażenie. Eddie Campbell to jeden z tych niepozornych grafików z Wysp, stroniących od efekciarstwa czy rozmachu, któremu daleko do graficznych wyczynów Geoffa Darrowa z jednej, czy Andreasa z drugiej strony. Cambell za pomocą najskromniejszych środków potrafi doskonale oddać całą architekturę grozy „From Hell”, która na śniadanie zjada wszystkie „Obrazy grozy” z Egmontu. Dzięki jego wyrafinowanemu kadrowaniu i kompozycji na długo w pamięci pozostaje rozpisane w najdokładniejszym szczególe scena morderstwa z czternastego rozdziału rozciągnięta na trzydzieści stron.

„From Hell” to arcydzieło i cóż można powiedzieć więcej? Chyba tyle, że wiem, nawet tą i tak dość przydługą recenzją wcale nie wyczerpałem tematu. Pozostaje jeszcze uchylić kapelusza przed Alanem Moore`em, który nie bał się porwać na komiks będący próbą uchwycenia ducha dziejów i przeprowadzenia na nim wiwisekcji godną najwybitniejszych literackich chirurgów. I pewnie sam autor by się zdziwił, gdym postawił jego utwór na półce zajmowanej przez najwybitniejsze dzieła romantyczne, gdzieś pomiędzy zabarwionymi mistyką historiozoficznymi dokonaniami Zygmunta Krasińskiego i Juliusza Słowackiego. Moore podjął się zadania, od którego niejako programowo literatura postnowoczesna stroni i, co więcej, wyszedł z tej próby w glorii zwycięzcy, przynosząc chlubę sobie i całej komiksowej rodzinie.

niedziela, 1 marca 2009

#136 - Trans-Atlantyk 27

W USA powoli dobiega końca kolejny w tym roku duży konwent - WonderCon w San Francisco, a u nas trwają przygotowania do Warszawskich Spotkań Komiksowych, które za dwa tygodnie odbędą się w Palladium. Parę dni temu w sieci pojawił się plan imprezy i z miejsca wzbudził sporo emocji, jak się jednak okazało była to jedynie wersja robocza, nie uwzględniająca wszystkich atrakcji, które nas czekają. Ale to dopiero za dwa tygodnie. W najbliższy piątek natomiast do kin zawędrują "Strażnicy", czyli ten długo oczekiwany film o którym od miesięcy jest głośno w komiksowych mediach i nie tylko. Pierwsze recenzje w polskiej sieci już się pojawiły i wygląda na to, że nie jest tak źle jak to wszyscy przepowiadali. A nam jest miło poinformować, że Aleja Komiksu w swoim konkursie podsumowującym rok 2008, umieściła Kolorowe Zeszyty wśród 10 najlepszych komiksowych blogów. Głosowanie trwa do 10 marca. Obstawiam, że miejsca na podium zajmą w tej kategorii 3 blogi, które znajdują się ponad nami na liście. Może ktoś się założy? (a.)
Prawienie złośliwości, wytykanie wpadek i szydzenie z nierzetelności Alei Komiksu nie jest ani w najlepszym tonie, ani nie sprawia mi specjalnej przyjemności, ale zupełne nie rozumiem, jakimi kryteriami kierowali się redaktorzy serwisu przy układaniu list nominowanych w poszczególnych kategoriach. Znaczy dziękuje, że wśród blogasków usunęliście nam konkurencje w postaci Motywu Drogi, ale patrząc na wyróżnionych w kategoriach „czasopism” czy „blogów” właśnie, widać, że chłopaki z AK nie odrobili lekcji z poprzedniego roku. Pomieszanie z poplątaniem, jednym słowem. Ziny konkurują z sieciową publicystyką, a rasowe magazyny komiksowe, jak „Ziniol” ze „Strefą Komiksu”, który jest swoistym imprintem, w którym drukowane są zwyczajne albumy. (J.)

#1 Przeszło ponad tydzień temu ogłoszone zostały nominacje do Galerii Sław Nagród Eisnera, ale jak do tej pory chyba żaden polski serwis (poprawcie mnie jeśli się mylę) nie zająknął się o tym fakcie choćby jednym słowem. Tydzień temu nie puściłem tego newsa (teraz już "newsa") licząc, że ktoś to jednak nadrobi i się przeliczyłem, więc piszę o tym w tę piękną niedzielę. W tym roku o wstąpienie dla alei zasłużonych "bić się" będzie jedenastu ludzi związanych z komiksem, uwaga, będę wymieniał: Matt Baker, Bill Blackbeard, Alberto Breccia, Reed Crandall, Rudolph Dirks, Russ Heath, Jerry Iger, Jack Jackson, Paul S. Newman, Bob Oksner oraz Antonio Prohías. Zwycięzcę wybiorą w drodze głosowania ludzie parający się komiksem profesjonalnie - twórcy, wydawcy, redaktorzy oraz sprzedawcy. Ponadto, miejsce w galerii sław przyznano, bez konieczności głosowania, Haroldowi Grayowi i Grahamowi Inglesowi. Chcący dowiedzieć się nieco więcej o nominowanych, klikają tutaj. (a.)

#2 Spać spokojnie mogą fani jednocześnie Samuela L. Jacksona, jak i Nicka Fury'ego. Aktor i Marvel Studios doszli do porozumienia i podpisali w końcu umowę. Ale nie jest to byle jaka umowa, bo jej podpisanie oznacza dla odtwórcy roli Julesa z "Pulp Fiction" obowiązek wcielenia się w postać jednookiego dowódcy S.H.I.E.L.D. zarówno w sequelu "Iron Mana", jak i w ośmiu innych obrazach szykowanych przez filmowców Marvela. Wiadomo już o ekranizacjach "Thora", "Kapitana Ameryki", "Mścicieli" oraz o filmie, który traktować ma o samej organizacji, której szefuje Fury (chociaż można to traktować na razie jako plotkę), reszta puli to ewentualne sequele. Nie będzie się nudził Samuel na emeryturze, nie będzie. (a.)

#3 Wraz z 38 numerem, który właśnie ukazał się za Oceanem, swojego końca dobiegła seriaShe-Hulk”. Był to chyba jedyny komiks, w którego ocenie mogę się w pełni zgodzić z Kamilem Śmiałkowskim, który swego czasu komplementował niebanalne przygody zielonej pani mecenas. I szkoda, że kryzys dotyka takie właśnie tytuły – niebanalne, ciekawe, nie przystające do typowego schematu komiksu super-bohaterskiego, które w dodatku pozwoliły wypłynąć swoim twórcom na szerokie wody (Dan Slott!). Ja będę bardzo miło wspominał przygody Szmaragdowej Damy. No cóż, tak to jest, coś się kończy… (J.)

#4 … i coś się zaczyna. Dynamite Entertainment zapowiedziało na maj bieżącego roku reanimacje popkulturowej legendy „Bucka Rogersa”. Jedna z najbardziej rozpoznawalnych ikon super-bohaterszczyzny, najlepiej chyba znana z gazetowych stripów, ale nie stroniący również od występów na dużymi i mniejszym ekranie, w licznych powieściach czy grach komputerowych, powróci w nowej serii komiksowej. Za XXI-wieczne wcielenie Rogersa będzie odpowiadać solidna ekipa – designem herosa zajmie się sam Alex Ross, okładkami John Cassaday, Scott Beatty zajmie się scenariuszami, a etat na stanowisku grafika otrzyma Carlos Rafael. (J.)

#5 Dziwna sprawa, ale z tego co kojarzę, to jeszcze nie poświęciliśmy na Kolorowych Zeszytach nawet dwóch zdań dziecku Gartha Ennisa, które zwie się "The Boys". Seria, która po kilku numerach została zawieszona przez ówczesnego wydawcę - Wildstorm, pod skrzydłami Dynamite Entertainment rozwija się prawidłowo i dobija do połowy (całość planowana jest na 60 zeszytów, na początku lutego wyszedł #27). I jest to najwyższa pora na pierwszy spin-off - w maju ruszy "Herogasm", za który odpowiedzialny jest oczywiście Ennis, wspomagany przez swojego dobrego kumpla Johna McCrea. Historia ma odpowiedzieć na pytania "Co naprawdę dzieje się podczas crossoverów?" i "Co bohaterowie robią kiedy nikt nie patrzy?". Znając upodobania twórcy Kaznodziei, takie zbiorowisko superherosów będzie doskonałą okazją do prezentowania najprzeróżniejszych dewiacji oraz akompaniujących im fontannom krwi i spermy. (a.)

#6 Marvel coraz mocniej podgrzewa atmosferę związaną z nabierającym rozmachu „Dark Reign” Normana Osborna. Z promocyjnych grafik wybrałem cztery, moim zdaniem najfajniejsze, po których pełne wersje należy klikać poniżej. A za jakiś czas możecie się od nas spodziewać omówienia, co to za zamieszanie, z tymi „Mrocznymi Rządami". (J.)
#7 Jednym z serwisów komiksowych, bez którego nie wyobrażam sobie porannej "prasówki", jest Comic Book Resources, gdzie oprócz świeżych nowości, można natrafić na godną uwagi sekcję publicystyczną. Jedną ze stałych rubryk jest "Comic Book Legends Revealed" Briana Cronina, która już niedługo dobije do 200 odsłony. W rubryce tej autor co tydzień potwierdza lub dementuje informacje, które krążą po komiksowym świecie. Przykłady? Proszę bardzo: Mystique i Destiny były rodzicami Nightcrawlera? Kevin Smith uśmiercił Mysterio bez zgody ze strony redaktorów Spider-Mana? Marc Silvestri ocalił życie Dazzler? Joker miał zginąć już w "Batmanie" #1 z 1940? Interesujące, prawda? Te i wiele innych informacji można znaleźć tutaj. Natomiast najlepsze z nich, oraz premierowy materiał, ukaże się w 256 stronicowej książce "Was Superman a Spy?: And Other Comic Book Legends Revealed", której autorem jest oczywiście Brian Cronin (za okładkę odpowiedzialny jest natomiast Mickey Duzyj). Ten potężny zbiór ciekawostek wyjdzie nakładem Plume Books 28 kwietnia tego roku za jedyne 14$. Add to basket. (a.)

#8 Uwaga! Uwaga! Na koniec zostawiliśmy naprawde niezłą informację. Parę tygodni temu podczas konwentu w Nowym Jorku, CB Cebulski wspomniał o tajemniczym indie projekcie Marvela, jednak bez podawania szczegółów czy nazwisk. Zrobił to dopiero Joe Quesada, w ostatni piątek, przy okazji swojej cotygodniowej rubryki na Myspace Comics. Co prawda ograniczył się do kilku grafik i nazwisk, ale to wystarczy, żeby był to najlepszy news tego Trans-Atlantyka - przy tajemniczym projekcie udział biorą między innymi tacy artyści jak - Paul Pope, Stan Sakai, Jim Rugg, Junko Mizuno czy Rey Lewis. Swoje trzy grosze dorzuci znany u nas dzięki Kulturze Gniewu Paul Hornschemeier oraz twórca ptakopodobnych stworzeń Jason - żeby było sprawiedliwie - znany u nas dzięki Taurusowi (w marcu kolejne dwa albumy norwega!). Tego ostatniego bardzo mocno chwalił Joe Q., lecz żadnych jego prac nie zaprezentował. Pokazał za to okładkę autorstwa Pope'a i po jednej stronie Pana Mizuno, Jima Rugga oraz Hornscheimera, którego jednak źle podlinkował, więc pełnego podglądu jego planszy brak (minitaturka wygląda tak) . I powiem Wam, że te wszystkie "Dark Reign'y", "Brand New Day'e" i inne monstrualne wydarzenia to mały pikuś przy tym projekcie! Doczekać się nie mogę! (a.)

sobota, 28 lutego 2009

#135 - The Amazing Spider-Man: Back in Black

Parafrazując słowa Michała z poprzedniego wpisu: w uniwersum Spider-Mana dzieje się źle. Jako twarz Marvela z pierwszego rzędu u Parkera ciągle musi się coś dziać - najlepiej coś przełomowego, wielkiego i obracającego świat Pajęczarza o 180 stopni. I to co chwila! Niedługo po bardzo udanym runie Straczynskiego i Romity Jr., przyszedł czas na historię "The Other: Evolve or Die", która dała Parkerowi nowe moce pokroju noktowizji czy żądeł wysuwanych z nadgarstków. Natomiast chwilę po pajęczej ewolucji rozpoczęło się "Civil War", w której Peter najpierw przybił piątkę Iron-Manowi, następnie dostał nowy kostium oraz ujawnił całemu światu, że pod maską Spider-Mana, kryje się Peter Parker, by później przejść na drugą stronę i dołączyć do Capitana Ameryki (Boże, świeć nad jego duszą) i spółki. Historia z "Civil War" kończy się dla Parkera tragicznie - ujawniwszy swoją tożsamość, heros wystawia na łatwy cel swoich najbliższych, co skutkuje postrzeleniem May Parker przez tajemniczego snajpera (ASM#538). W tym momencie zaczyna się kolejna historia "Back in Black", która rozgrywa się w takich seriach jak "The Amazing Spider-Man", "Sensational Spider-Man" i "Friendly Neighborhood Spider-Man". Od razu powiem, że zajmę się tylko tą, która została przedstawiona w Amazingu, w którym to rozgrywa się główny wątek zemsty. W pozostałych tytułach oznaczenie "Back in Black" oznacza jedynie to, że Parker ma na sobie czarne wdzianko.

Sytuacja Petera Parkera jest nie do pozazdroszczenia - odłączając się od Iron Mana stracił wsparcie finansowe, spokojne lokum i jako taką nietykalność ze strony rządowej. Nie mówiąc już o stracie prywatności wynikającej z faktu ujawnienia się całemu światu. 'Zyskał' natomiast status poszukiwanego przestępcy i mnóstwo mniejszych lub większych problemów. Można powiedzieć, że znalazł się w ciężkiej dupie. A co złego dla Parkera, jest dobre dla czytelników, bo mają okazję przekonać się jak żartobliwy pajęczarz zareaguje na mocno ekstremalną sytuację. Za przedstawienie tego ekstremum wziął się Michael J. Straczynski i Ron Garney, który artystą z pierwszego szeregu raczej nie będzie nigdy, ale jak najbardziej można go nazwać solidnym rzemieślnikiem.


Pięcioczęściowa historia z "Amazinga" skupia się na wątku postrzelenia i ratowania cioci May oraz zemście Parkera na osobach stojących za tą tragedią. To wydarzenie, jak i poczucie klęski po "Civil War" oraz smutek po śmierci Capa sprawia, że Parker zakłada swój żałobny kostium i rusza walczyć o jako taką sprawiedliwość. I jest w tej walce bardziej bezwzględny niż do tego przywykliśmy. Żeby nie było - z jego ust nie pada też żaden zabawny komentarz, żaden żart - czarne pająki nie mają poczucia humoru. W 80% (#539-542) "Back in Black" jest solidną historia, którą czyta się nad wyraz dobrze. Posiada ona jednak błędy rzeczowe*, których przy odrobinie wysiłku można było uniknąć, ale mimo tych niedociągnięć jest jak najbardziej ok. Zdecydowanie najlepszym momentem jest konfrontacja Spider-Mana / Petera Parkera z Kingpinem, która łącznie z mową końcową, pozostaje w pamięci na długo. Pozostałe 20% to ostatni numer historii (#543), poświęcony tylko i wyłącznie ratowaniu przebywającej w śpiączce May. W najsłabszej części "Back in Black" nagle pojawia się niejaki detektyw Delint, który zaczyna węszyć w sprawie tajemniczej pacjentki szpitala, a Parker zmuszony jest złamać prawo (skrupulatnie wylicza kolejne przejawy swego zachowania - dochodzi do 9ciu nadużyć - i robi z tego taką tragedię, jakby miał co najmniej 9 trupów na swoim koncie, a nie drobne grzeszki w postaci ucieczka z miejsca przestępstwa, czy kradzież samochodu). Całość kończy się jednak w mało konkretny sposób i pozostawia dużo niedosytu.

Ostatni numer posiadał okładkę, która pozwalała sądzić, że po kilkudziesięciu latach May Parker w końcu zejdzie z tego świata i dołączy do swojego męża Bena. Nic z tego - cover ten to tylko blef, który miał podgrzać atmosferę i sprawić, że ludzie rzucą się na ten komiks jak wygłodniałe wilki. Komuś zwyczajnie zabrakło jaj, aby uśmiercić sympatyczną staruszkę i zmienić życie Parkera na zawsze. Chociaż nie - jego żywot zmieniono zaraz potem w "One More Day"! Odnoszę wrażenie, że pod koniec "Back in Black" dosyć mocno oddziaływał na tę historię Joe Quesada, który już wtedy pracował usilnie ze Straczynskim nad kolejną historią, którą wychwalał pod niebiosa i obiecywał bóg wie co. Koniec końców - "Back in Black" to jedynie miły (mimo wszystko) wstęp do "One More Day" i ciężko tę historię traktować inaczej, bo główny wątek - tragiczny stan zdrowia ciotki Parkera - nie zostaje ostatecznie rozwiązany, a jedynie przepchnięty do kolejnego rozdziału z życia Pająka.

To co zostało w mojej pamięci po tych pięciu numerach Amazinga to wspomniana świetna scena walki z Kingpinem oraz FENOMENALNA okładka do #539, która była jedną z lepszych w 2007 roku (chociaż trzeba przyznać, że większe wrażenie robi na papierze, niż na ekranie). Wygranym jest więc Ron Garney, a przegranym Straczynski, który nie potrafił postawić kropki nad 'i' (abstrahując już od domniemanej w tym 'pomocy' Quesady), przez co historia kończy się jakby w połowie.

Mimo wszystko dobrze było zobaczyć Parkera w swoim najlepszym, czarnym wdzianku, bo kolejna historia to już powrót do swoich tradycyjnych czerwono-niebieskich barw.
* z tego co wiem, sieć pająka po jakimś czasie się rozpuszcza, więc jakim cudem przyczepiony nią pod gzymsem czarny kostium utrzymał się kilka lat? Inna sprawa - May zapisana została w szpitalu pod rzekomo panieńskim nazwiskiem Fitzgerald, co jest błędem ze strony JMS, bo - jak wiadomo - jej prawdziwe nazwisko to Reilly.

wtorek, 24 lutego 2009

#134 - Inspektor Gadżet prezentuje (3): Batman - The Complete Animated Series

Dzisiaj w rolę Inspektora Gadżeta wcieli się Michał Chudoliński, często ukrywający się pod pseudonimem "Chudy" / "C.H.U.D.Y.", na którego większość z Was pewnie natknęła się podczas buszowania po internetowo-komiksowej przestrzeni - czy to na Motywie Drogi, czy podcaście B180, czy też po prostu na Forum Gildii. Panie i Panowie, dzisiaj macie okazję przypomnieć sobie czasy, kiedy jedną z lepszych rzeczy w polskiej telewizji były kolejne odcinki animowanego serialu z Batmanem w roli głównej!


W uniwersum Batmana dzieje się źle. Nawet bardzo. Nie mam zamiaru jednakże streszczać ostatnich absurdów obecnych bat-scenarzystów (konkretniej jednego). Kuba pisał już o tym jakiś czas temu i powtarzanie jego uwag byłoby rzeczą niestosowną. Napisałem zresztą do tego wpisu komentarz, w którym jasno przedstawiam swoje myśli. Niemniej takie regresy w popularnych seriach komiksowych są w pewnym sensie pozytywne. Po pierwsze potwierdzają w większości przypadków stare porzekadło, że „musi być wpierw gorzej, aby było lepiej”. Po drugie, takie okresy chałtury są idealną okazją do odświeżenia pamięci oraz przypomnienia sobie seriali i komiksów, które wciągało się raz dwa z wypiekami na twarzy.

Batman: The Animated Series” zajmuje w tej kategorii jedno z najważniejszych miejsc. O jego istnieniu dowiedziałem się na krótko po przejrzeniu pierwszego w swym życiu Tm-Semicowego Batmana (numer 8 rocznik 1994, z fenomenalną okładką Matta Wagnera) oraz zakupie pierwszej figurki Hasbro z linii „Batman: TAS”. Serial leciał wtedy na „Dwójce”, a następnie na „Polsacie”, z udziałem polskiego lektora. Jako uczeń szkoły podstawowej nie zdawałem sobie wtedy sprawy, jak wielki wpływ ta produkcja wywrze na moje życie.

Właściwie co tu dużo mówić… ta animacja „zniszczyła” moje dzieciństwo.

Po niej nic już nie było takie same.

Zaprowadziła mnie w świat, który do tej pory nie znałem. To była kompletnie inna forma od animacji z studia Hannah-Barbera czy wcześniejszych kreskówek Warner Bros. Największa różnica była widoczna w sposobie przedstawiania rzeczywistości. O ile wyżej wymienione wytwórnie pokazywały świat czarno-biały (ten jest dobry, tamten jest zły), to „TAS” ukazywał historie z relatywnymi wątkami i postaciami. W poszczególnych odcinkach nie mieliśmy do czynienia z moralną oczywistością. Zarówno Batman, jak i jego wrogowie i sprzymierzeńcy, byli ludźmi z krwi i kości, posiadającymi dylematy i problemy osobowościowe. Dzięki takiemu podejściu mogłem poznać animacje o zupełnie innej, nieporównywalnej jakości. Pamiętam bardzo dobrze po dziś dzień dwa odcinki z obszernej skarbnicy – „It’s never too late” i „Dreams In Darkness”. W pierwszym Batman walczy z gangsterami, a w tle uwikłana jest wzruszająca historia o odkupieniu i przebaczeniu. Drugi natomiast to bardzo niespokojny odcinek z mocną warstwą psychologiczną. Jako dziecko byłem zdziwiony, że można takie dojrzałe sceny wpleść w serial animowany. Największe wrażenie jednakże zrobiła na mnie ścieżka dźwiękowa pod batutą Shirley Walker, nacechowana empatią, mrokiem, tajemniczością, pozwalająca puścić wodzę fantazji. Posiadała wszelkie cechy świetnego, wzorcowego soundtracku. Motywy z „It’s never too late”, nasiąknięte atmosferą sycylijskiej gangsterki rodem z „Ojca Chrzestnego”, są wprost przepiękne.

Z powodu mojego zachwytu nad „TASem” miałem do siebie przez pewien czas żal, że nie skompletowałem 4 voluminów DVD zawierających epizody zarówno oryginalnej serii animowanej, jak i „The New Batman Adventures”. Na szczęście Warner Bros., pod wpływem niebotycznego sukcesu komercyjnego „Mrocznego Rycerza” Nolana, poszło po rozum do głowy i wydało jedyne w swoim rodzaju wydawnictwo kompletujące wszystkie 108 odcinków, wcześniejsze dodatki i jeden dodatkowy dysk z filmami dokumentalnymi. To wszystko wraz z książeczką zawierającą spis treści epizodów oraz rysunki i stadia postaci zostało zapakowane w gustowne, tekturowe pudełko. Tak, „The Complete Animated Series” robi niesamowite wrażenie na półce. Fani posiadający oryginalne 4 boxy nie powinni wszakże być specjalnie zasmuceni – oprócz dodatkowego, 17-stego dysku oraz wyjątkowej oprawy nie ma tam nic, czego by nie znaleźli w swojej kolekcji DVD.

„Batman: The Complete Animated Series” jest pozycją, która wybornie oddaje szacunek przedsięwzięciu zainicjowanym przez Bruce’a Timma, Paula Diniego i Erica Radomskiego. W końcu czy ktoś z nas spodziewał się wtedy, że „Batman: TAS” będzie przyczynkiem do powstania oddzielnego uniwersum DCAU, które jest o wiele bardziej spójnym i logicznym światem od swego pierwowzoru? Czy ktoś w momencie oglądania „The Heart of ice”, „I am the Night” oraz „Read My Lips” był świadom tego, jak wielki wpływ ta animacja wywrze (i wywiera nadal) na komiksowy półświatek? Że już o późniejszych serialach nie wspomnę, nawet tych Marvela (patrz X-Men: Evolution). Żaden serial (a mam tutaj na myśli „X-Men: TAS” i „Spider-Man: TAS”) nie przetrwał dość długiej próby czasu wynoszącej niemal 16 lat. A sztuką jest stworzenie animacji, którą nadal świetnie się ogląda po tak długim okresie.

Cóż mogę więcej rzec? Chyba tylko tyle, że jeżeli dane mi będzie żyć szczęśliwie u boku swych dzieci i wnucząt to z niezwykłą radością „zniszczę” ich dzieciństwo tym monumentalnym dziełem nagrodzonym dwiema statuetkami Grammy. Jest to pozycja obowiązkowa i to nie tylko dla fana Batmana, ale i dla każdego szanującego się fana komiksu. Jeżeli jest jeszcze nieotwarty egzemplarz dostępny na Amazonie to nie wahajcie się ani chwili!

P.S. Pragnę przypomnieć szczególnie fanom animowanego gacka że już niedługo DC opublikuje Hardcovera z „Mad Love” i najlepszymi komiksami z Batmanem o kwadratowej szczęce. A propo komiksów – jeżeli będziecie mieli okazję nabyć jakikolwiek zeszyt, tudzież tomik przygód z „Batman Adventures” to również nie zwlekajcie. Gwarantuje świetną zabawę, zarówno młodzianom, jak i nieco starszym.

niedziela, 22 lutego 2009

#133 - Trans-Atlantyk 26

Zanim ruszymy z cotygodniową porcją newsów, czas na rozwiązanie konkursu - zwycięzcą został Piotrek! Gratulujemy!

Dziękujemy za wszystkim za udział i Wasze plusy i minusy Kolorowych Zeszytów - o ile pozytywy mile nas łechcą, o tyle zatrzymamy się na chwilę przy negatywach:
- kwestia pierwsza - kiszenie się na blogspocie - jak na razie bloggerowy silnik nam wystarcza, chociaż nie powiem, że nie myślałem o przeniesieniu interesu na wordpressa, ale jest to melodia przyszłości i może na drugie urodziny sprawimy sobie nowe lokum. Czas pokaże.
- o komiksach polskich pisaliśmy, piszemy i pisać będziemy - jednak w porównaniu z komiksami zza wielkiej wody, będzie to tak jak do tej pory niewielka ilość wpisów im poświęconych. Co jak co, ale rodaków wspierać trzeba.
- kolejna kwestia - wielkość obrazków - tutaj możemy co nieco zmienić np. przy wpisowych winietach, ale w inne rzeczy nadal trzeba będzie klikać (grafiki do TA). Nie ma zmiłuj, trochę sportu nikomu nie zaszkodzi!
- za mało Spider-Mana? Postaram się to zmienić w niedługim czasie.
- co do nowego wyglądu - wszystkim niestety się nie dogodzi, więc mamy nadzieję, że z czasem tym którym nowa odsłona nie przypadła do gustu, zdanie się nieco zmieni.
- o mniejszych wydawnictwach również będziemy się starali częściej pisać, chociaż trzeba przyznać, że tak zdecydowana ilość Marvelowych wpisów jest wynikiem tego, że to Marvela głównie czytamy.

Tyle odnośnie konkursu, dalej już jak co niedzielę:

#1 Ze śpiączki budzi się wydawnictwo Albatross Exploding Funny Books założone przez Erica i Robina Powellów w 2002 r. Celem wydawnictwa było wypuszczanie w świat nieznanego wtedy komiksu "Goon", jednak wraz z przejściem bohatera i jego twórcy do Dark Horse i olbrzymim sukcesem "Zbira" Albatross poszedł w odstawkę i zapadł w wydawniczą śpiączkę. Zmienić ten stan rzeczy chce Eric, któremu śni się po nocach powrót do korzeni komiksu niezależnego i chęć oddania hołdu wydawnictwu, które pomogło mu wybić się na sam szczyt. Tym samym w 2009 roku czeka nas kilka nowych komiksów od taty Zbira - pierwszym z nich będzie "Chimichanga", czyli dziwaczna opowieść o małej dziewczynce z brodą, która pierwotnie napisana została kilka lat temu na potrzeby serialu animowanego, który jednak nigdy nie powstał. Sama idea i pomysł umarłyby śmiercią naturalną, gdyby nie dzieciaki Powella, które tak bardzo pokochały postaci stworzone przez swojego ojca, że ten nie miał innej możliwości niż coś z nimi zrobić. Dzięki temu, planowana na jesień nowela graficzna ma szansę trafić do szerszego grona niż Eric i jego dwóch synów. (a.)

#2 James Sturm, znany polskim czytelnikom z „Golema i Gwiazd Dawida”, jest również nauczycielem w założonym przez siebie Center for Cartoon Studies. Wraz ze swoimi byłymi studentami, Alexisem Frederick-Frostem i Andrew Arnoldem przygotowali niezwykłą pracę. „Adventures In Comics” to przygodowa opowieść dla najmłodszych o zakutym w zbroję pogromcy smoków i elfie z magicznym ołówkiem. Jest o tyle niezwykła, że wprowadza dzieciaki w podstawy komiksowego rzemiosła – w sposób przystępny pokazuje, na czym polega narracja obrazkowa nie będąc przy tym edukacyjnie napuszonym podręcznikiem. „Adventures In Comics” na rynku pojawi się w kwietniu, nakładem First Second. (J.)

#3 Powinniście kupić zbiorcze wydanie "I Kill Giants". A przynajmniej takie jest stanowisko ludzi z Image Comics, którzy uważają, że każdy człowiek na Ziemi powinien zaopatrzyć się w komiks Joe Kelly'ego i JM Kena Nijamury. Dlaczego? Bo jest tak cholernie dobry. Historia opowiada o młodej dziewczynie Barbarze Thorson, która albo wymaga pomocy psychiatry, albo rzeczywiście jest zabójcą Olbrzymów - jakkolwiek to brzmi. Siedmioczęściowa mini-seria, zostanie zebrana w jeden opasły tom i wydana w maju, więc jest jeszcze trochę czasu, żeby cała ludzkość (chociaż nawet połowa populacji zadowoli Joe Kelly'ego) uciułała 15.99$. i ruszyła do sklepów Dla jeszcze wahających się jednostek Newsarama jakiś czas temu zaprezentowała pierwszy numer w całości za darmo. (a.)

#4 Jeszcze na Comic-Conie Dark Horse zapowiedziało nowy projekt Evana Dorkina i Jill Thompson. W czteroczęściowej mini-serii „Beasts of Burden”, rozwijającej wątki z nominowanego do Nagrody Eisnera szorciaka „Stray”, poznamy dalsze losy tytułowej sfory zwierzaków. Przyznam, że historia zapowiada się dosyć dziwnie – w świecie gdzie ludzie pochłonięci są zarabianiem pieniędzy, oglądaniem telewizji i pilnowaniem swoich dzieci, tajemniczą sprawą Burden Hill musi zająć się ich domowy inwentarz. Okultystyczna zagadka przeklętej ziemi z perspektywy sympatycznych czworonogów? Tego jeszcze chyba nie grali. Ale przepięknie namalowane przykładowe kadry wyglądają naprawdę znakomicie. (J.)

#5 W pierwszym rzucie kryminalnej linii od Vertigo, o której swego czasu wspominałem, ma ukazać się aż siedem tytułów, które uderzą w sklepowe półki dopiero w czwartym kwartale 2009 roku. Oprócz ogłoszonych wcześniej „Filthy Rich” duetu Azzarello-Santos oraz „Dark Entries” Rankina i Dell’Edera, bardzo ciekawie zapowiadają się „The Bronx Kill” Petera Milligana z rysunkami Jamesa Romberge`a (o rozdartej wojną gangów dzielnicy Nowego Jorku) i „A Sickness in the Family” Denise Miny i Antonio Fuso (o tym jak dysfunkcje w rodzinie prowadzą do brutalnych przestępstw). Resztę stawki uzupełniają „Area Ten” (autorstwa Christos Gage`a i Chrisa Samnee), „Cowboys” (Gary`ego Phillipsa i Briana Hurta) i „The Chill” (Jasona Starra i Micka Burlarmity`ego). (J.)

#6 Marvel w bardzo niewybredny sposób żeruje na amerykańskiej historii, a polscy wydawcy komiksów „historycznych”, albo raczej „ipeenowskich”, mogą się sporo nauczyć od amerykańskiego giganta w kwestiach „pi-aru”. Po komiksowej „obamomanii”, która skrzętnie dokumentował arcz, z okazji dwusetnej rocznicy narodzin Abrahama Lincolna, Quesada znów chce narobić jak najwięcej szumu. W krótkim, sześciostronicowym webkomiksie Kapitan Ameryka i Spider-Man przenoszą się w czasie by spotkać legendarnego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Matt Fraction pisze, Andy MacDonald rysuje. Całość dostępna tu. (J.)

#7 Pierwszego kwietnia wystartuje nowa pięcioczęściowa mini-seria imprintu Max Comics z Marvela - "Destroyer", za którą odpowiedzialni są Robert Kirkman oraz Cory Walker, duet znany ze współpracy przy "Invincible". Historia opowiada o sześćdziesięcioletnim Keenie Marlowe, który przez większą część życia walczył ze złem tego świata jako superbohater. Teraz jednak czuje, że jego czas na planecie Ziemia się kończy, więc rusza w ostatnią misję, mającą zapewnić spokój jego rodzinie i reszcie świata. Jego celem są oczywiście wszyscy podli nicponie, którzy mają czelność stać po złej stronie i wyrządzać krzywdę ludzkości. Seria będzie naszpikowana przemocą, co można chociażby zobaczyć na niedawno wypuszczonym teaserze, w których to ostatnio lubuje się Pan Kirkman. (a.)

#8 Pozostając jeszcze przy Kirkmanowych zajawkach - w ostatnich dniach został zaprezentowany kolejny teaser do serii "Invincible", która od dawna znajduje się na mojej liście zakupów. Historia "Conquest", która nastąpi po jedno numerowym crossoverze "Invincible War" (#60) zapowiada się dosyć nieciekawie dla głównego bohatera serii, co możemy zobaczyć na teaserze pierwszym i drugim. Na trzecim natomiast widać, że będzie to również dosyć brutalna konfrontacja. Jednak grafika zaprezentowana przy okazji trzeciej zajawki, nie jest kompletna. Jej całość (będącą okładką do #63 serii) pokazał u siebie Ryan Ottley i jak można się spodziewać, cenzorzy nie przepuszczą takiej okazji do interwencji. Boli! (a.)