niedziela, 25 marca 2012

#0995 - Komix-Express 132

Znamy już zwycięzcę pierwszej edycji Wrocławskiej Bitwy Rysowników. Okazał się nim Konrad Czernik - artysta pochodzący z Opola, lecz mieszkający we Wrocławiu, gdzie niebawem skończy Akademię Sztuk Pięknych na wydziale ceramiki. W drugiej połowie tego roku ma ukazać się jego pierwszy album komiksowy, który tworzy wspólnie z Rafałem W. Orkanem. Konrad jest laureatem konkursu im. Białoszewskiego. Miejmy nadzieję, że zwycięstwo w WWR jest dla niego równie cenne. Do finału dotarła Milena Młynarska, absolwentka architektury PWR, która zajmuje się projektowaniem gier na urządzenia mobilne. A jak wyglądała sama impreza? Przede wszystkim dopisała publiczność. Myślę, że spokojnie można napisać o około setce zainteresowanej bitwami, świetnie się bawiącej i popijającej zimnego Żywiciela publice. Lochy Mleczarni to idealne miejsce do przeprowadzenia tego typu imprezy. Sztalugi zostały ustawione w rogu sali, od którego odchodziły pod kątem prostym takie jakby dwa korytarze (sale), gdzie ustawiono stoliki. A między nimi bar. Siedząc na samym końcu jednego z pomieszczeń, zupełnie nie widziałem połowy widowni, którą zasłaniał mi bar. Następstwem było każdorazowo zdziwienie, który z kandydatów awansował do kolejnej rundy. Już tłumaczę. Otóż głosowanie odbywało się poprzez podnoszenie czerwonej, lub żółtej kartki (jeden głos na stolik) i widać, druga sala głosowała zupełnie inaczej niż nasza, bo za każdym razem, jak widziałem w górze więcej żółtych kartek, do kolejnej rundy przechodził artysta, na którego sztaludze przyklejono kartkę czerwoną. I odwrotnie. A może raczej luźne liczenie głosów (sokolim wzrokiem z początku sali) się nie sprawdziło? Tego nie wiem. (KC)

Mam dwie uwagi (tak, ja zawsze mam uwagi). Przede wszystkim jedna ze sztalug była źle oświetlona. Na lewą padało mocne światło, a drugi artysta rysował w półmroku. A przynajmniej tak to wyglądało z końca sali. Pojęcie "koniec sali" może być mylące, ponieważ czytający te słowa wyobraża sobie długi korytarz i widzów opartych o tylną ścianę, którzy nie widzą prac, ani nawet twarzy rysowników. Nic bardziej mylnego. Sala w Mleczarni jest stosunkowo mała i podziwianie pracy po mojej prawej stronie, było zakłócane tylko i wyłącznie poprzez złe oświetlenie. Nie wiem czy przeszkadzało to rysownikom, ale części widzów na pewno. Czasem dowiadywałem się co jest narysowane na prawej sztaludze, tylko dzięki wyjaśnieniu artysty "do mikrofonu". I jak tu głosować, skoro nie można porównać prac z jasnej i ciemnej strony mocy? Raz nawet, po takim wyjaśnieniu, sporo osób zmieniło swój głos na inny kolor. Przed odpowiedzią Konrada Okońskiego na pytanie "Co jest na rysunku?", w kolejnej rundzie była jeszcze Katarzyna Niemczyk, ale zaraz po (a jeszcze przed liczeniem głosów) kartki nagle zmieniły barwę. Druga uwaga dotyczy mikrofonu i ogólnie dźwięku. Na początku nie działał, co było tradycją w kilku pierwszych edycjach Komiksofonu. Albo nikt nie sprawdza sprzętu przed imprezami, albo to jakieś fatum. Sporo razy nie słyszałem tego, co prowadzący mówi do mikrofonu, bo zagłuszał go tłum. Nie wiem, może warto ustawić też jakiś głośnik z tyłu? Jeśli na kolejnej imprezie obie sztalugi zostaną dobrze oświetlone a mikrofon będzie w 100% sprawny, to imprezę będzie można ocenić na mocne 9 (a może i 10). Na razie daję 7/10. (KC)

A tymczasem trwa w najlepsze Ogólnopolski Festiwal miłośników Fantastyki - Pyrkon 2012. Jak widać uczestnicy (i goście) bawią się pysznie:

Już za niecały miesiąc kolejna poznańska komiksowa impreza - III Międzynarodowy Festiwal Kultury Komiksowej Ligatura 2012. Oczywiście w Poznaniu. Nie oszukujmy się, tym razem nie będzie Rosińskiego, czy Śledzińskiego, choć to w przeciwieństwie do Pyrkonu, w stu procentach komiksowa impreza, ale nie braknie na niej zgoła nie-komiksowych lub okołokomiksowych atrakcji. Zapamiętajcie datę - 19-22 kwietnia. Pojawiły się: wstępny program festiwalu, spot reklamowy, oficjalny plakat, który możecie zobaczyć poniżej:

Moim zdaniem najciekawiej zapowiadają się wykłady mistrzowskie Anke Feuchtenberger (wywiad z niemiecką artystką ukaże się na naszych łamach już wkrótce) i Grzegorza Janusza, oraz pokazy filmów "Alois Nebel", "W ostatniej chwili" i "Art Spiegelman, Traits de mémoire". Co prawda na pokazy filmowe wstęp jest płatny, ale za pozostałe atrakcje nikt nie będzie od nas chciał ani grosza. Niemałą atrakcją będą przeróżne wystawy. W różnych miejscach Poznania będzie można podziwiać plansze z "Parentezy", "Bezdomnych wampirów", "Yorgiego", "Zagubionych dziewcząt", czy "Dzikich". Czy plansze będą oryginalne? - to ważne pytanie. Tak czy siak - zapowiada się znakomicie! (KC)

Jakieś oryginalne prace zawisną na pewno. Bo oto podczas "Ligatury" w Bibliotece Uniwersyteckiej będzie można podziwiać także retrospektywną wystawę prac Janka Kozy pt. "Polaków uczestnictwo w kulturze. Raport z badań 1996-2012". Wernisaż wystawy odbędzie się 19. kwietnia o godzinie 18:00. Prace będzie można podziwiać do 4. maja. Kuratorem wystawy został nasz redakcyjny kolega Maciej Gierszewski, a za oprawę graficzną odpowiada Kira Pietrek. Z okazji wystawy zostanie wydany katalog, w którym znajdą się prace komiksowe publikowane w książkach Kozy, prace drukowane na łamach "Polityki" i "Przekroju" a także starsze rysunki wydobyte z archiwum tego artysty. Najprawdopodobniej pojawią się też nowe prace, przygotowane specjalnie do tej publikacji. Album będzie ponadto zawierać wywiad z Jankiem Kozą przeprowadzony przez Magdalenę Rucińską, oraz posłowie Adama Ruska. Redaktorem katalogu, który będzie nosił taki sam tytuł jak wystawa jest również Maciej Gierszewski. Prawdopodobnie okładka (jeszcze nie na 100%) będzie taka:

Jak dla mnie jest w porządku i spokojnie może tak zostać. (KC)

Wydawnictwo Ważka przygarnęło pod swoje skrzydła kolejnego twórcę - nakładem tego edytora ukażą się dwa nowe komiksy Sławomira Lewandowskiego, uchodzącego za najświeższą rodzimą sensację komiksową. Już na najbliższej Komiksowej Warszawie ukaże się pierwszy z nich (tytułu jeszcze nie podano), a na tegorocznym Międzynarodowym Festiwalu Komiksu (i Gier) w Łodzi swoją premierę będzie miał kolejny - "Zamach na prezydenta". Natomiast już 31 marca dzięki Hanami na sklepowych półkach zawitają piąty tom "Pluto" oraz "Nawiedzony dom" Mitsukazu Mihary, znanego z tomiku "Beatiful People" i "Balsamisty". W opisie komiksu możemy przeczytać, że będzie to "zbiór komediowych opowieści zamkniętych w jednym tomie i utrzymanych w charakterystycznym dla Mitsukazu Mihary gotyckim klimacie". (KO)

Pozostając jeszcze w temacie zapowiedzi - dość niespodziewanie w ofercie Amberu znalazła się komiksowa adaptacja serialowej "Gry o tron". Autorami komiksowej wersji "Pieśń Lodu i Ognia" George'a R. R. Martina są pisarz Daniel Abraham i rysownik Tommy Patterson. "Game of Trones" to rzecz bardzo świeżo, bo dopiero na dniach (dokładnie 27 marca) będzie miała swoją premierę. Komiks, w formacie powieści graficznej, ukaże się nakładem wydawnictwa Bantam, a jego polska wersja będzie kosztowała 49 złotych (oryginalna - 25$). Polacy nie gęsi i swój język mają - także w temacie komiksowych opracowań ekranowych "hitów", jeśli z taki można uznać najnowszą produkcję z Hansem Klossem. "Stawka większa niż śmierć" doczeka się obrazkowego spin-offa, którego autorami będą między innymi Grzegorz Proniewski i Tomasz Jędruszek. Fabuła utworu ma być rodzajem swoistej historii alternatywnej dla opowieści zaprezentowanej na wielkim ekranie. Szczegóły dotyczące daty wydania, ceny, formatu etc. etc. nie są jeszcze znane. (KO)

Dzisiejsze, mocno spóźnione wydanie Komix-Expressu kończymy dość smutną informacją. W segmencie komiksów zeszytowych produkcje ze świata "Gwiezdnych Wojen" radziły sobie nadspodziewanie dobrze udowadniając, że rynek kioskowy żyje i ma się dobrze. Niestety, Egmont wprowadzając kolejne tytuły z logo "SW" na okładce sam wpędził się w kłopoty - nastąpiło niechybne przesycenie. Sztandarowy tytuł w ofercie, czyli "Star Wars Komiks" po trzech i pół roku przechodzi z trybu miesięcznego na dwumiesięczny, począwszy od wydania czerwcowego. Oprócz tego kwartalnik "Star Wars Komiks Extra" zostaje zamknięty i tylko "Star Wars Komiks Wydanie Specjalne" uniknie tego typu zmian. W obliczu sukcesu oferty gwiezdnowojennej i utrzymywaniu się na powierzchni "Fantasy Komiks" wiele mówiło się o pojawieniu się kolejnych komiksów/magazynów w dystrybucji prasowej. W obliczu ostatnich wydarzeń te pogłoski będzie trzeba włożyć między bajki. Przynajmniej na jakiś czas... (KO)

piątek, 23 marca 2012

#0994 - Niczego sobie. Komiksy o mieście Gliwice

Jak zarobić na komiksie w Polsce? To, wbrew pozorom, dość proste. Wystarczy przekonać lokalny magistrat, że forma „przystępnej powieści graficznej” to świetny sposób na promocję miasta. Oryginalny, efektowny (i efektywny), a do tego stosunkowo tani. Przystępna komiksowa forma jest w stanie pomieścić dużo, ładnie narysowanych materiałów edukacyjnych. Miasto zatem wychodzi na swoje, a i autorzy mogą wreszcie na komiksowaniu zarobić na więcej, niż tylko na przysłowiową bułkę.

Szkoda tylko, że w tym festynie samozadowolenia efekt starań, tj. album, jest zwykle jakimś amatorskim produktem komiksopodobnym. Jakiś czas temu byliśmy wręcz zasypywani tego typu wyrobami i dziś, wśród mrowia tego typu publikacji, warto pamiętać właściwie o jednej „Tragedyji płockiej” Grzegorza Janusza i Jacka Frąsia. Wraz z premierą „Niczego sobie. Komiksy o mieście Gliwice” liczba wyjątków od tej mało chwalebnej reguły wzrosła do dwóch.

A Grzegorz Krawczyk i Mikołaj Ratka, redaktorzy antologii komiksowej poświęconej miast Gliwice, postanowili jeszcze utrudnić sobie zadanie. Nie dość, że album został poświęcony miastu, to jeszcze będzie publikacją o charakterze historyczno-edukacyjnym. Polska szkoła „komiksu w służbie polityki historycznej” to osobny, równie wstydliwy, rozdział i na szczęście „Niczego sobie” nie ma z nią nic wspólnego. Jak sam tytuł wskazuje, publikacja wydana nakładem Muzeum w Gliwicach, poświęcona jest przeszłości tego śląskiego miasta. Na łamach ośmiu szortów, poszeregowanych w kolejności chronologicznej poznajemy losy Gliwic na tle wielkiej, dziejowej machiny, kątem oka spoglądając również na mniejszą, kształtowaną przez (z mojego krakowskiego punktu widzenia – bardzo egzotyczny) regionalny kontekst historię, nierzadko nieznaną i fascynującą. Z jednej strony wielkie narodowe mity Sobieskiego, słynnej prowokacji gliwickiej, czasów Solidarności sąsiadują tu z miejskimi legendami i lokalną historią, a wszystko to składa się na niezwykle skomplikowany obraz relacji polsko-niemieckich, Śląska i Polski.

Genialnym w swojej prostocie posunięciem było zdjęcie (na ile oczywiście było to możliwe) z barków artystów obowiązków dydaktycznych i scedowanie ich na tych, którzy do pouczania o historii mają znacznie większe kompetencje. Po poszczególnych szortach widać, że ich autorzy mieli dużą swobodą w kreowania swoich historii, nie siedział nad nimi żaden pan historyk, który poprawiał szczegóły mundurów czy kształt wież na murach obronnych. Ich nadrzędnym celem było opowiedzenie ciekawej fabuły, mniej lub bardziej zakorzenionej, nawet nie tyle w historii Gliwic, co w samym mieście. Jego legendach, bohaterach, nierzadko architekturze. W ich rękach to niewielkie, śląskie miasto ożywa w różnorodnych opowieściach. A faktograficzne obowiązki są doskonale wypełnione przez krótkie omówienie danego epizodu z historii Gliwic. Polecam się z nimi zapoznać po lekturze samych komiksów, bo opisując historyczny kontekst mogą popsuć lekturę.

Antologie zwykle są świetną okazją do przeglądy rodzimej kadry komiksowej. Patrząc na nazwiska zaangażowanych twórców „Niczego sobie” prezentuje się na ekstraklasowym poziomie. Choć brakuje gwiazd największego formatu, to nikt z tej silnie obsadzonej młokosami i weteranami stawki nie odstaje. A wybijają się jak zwykle Przemysław Surma, którego jeden, dwa albumy dzielą od ścisłej krajowej czołówki i Marek Turek, który jak zwykle trzyma poziom. Obaj nie dość, że dysponują kreską nie do pomylenia z innymi twórcami, to jeszcze ich styl poparty jest bardzo konkretnym warsztatem. „Ballada o tym, jak zły Mansfeld swój apetyt zaspokoił” Surmy w baśniowej konwencji, dziecięcym rymem i przepięknym rysunkiem opowiada dość prostą, ale pełną uroku opowieść o pewnym rzezimieszku i obrotnej pannie z Gliwic. Natomiast pozbawiony słów „Capitol” jest bardzo „turkowy” – klaustrofobiczny, zagadkowy, pełen grozy. Opowieść o pożarze gliwickiego teatru i autor „Fastnachspielu” to znakomicie dobrana para – kiedy (nieopatrzenie) przeczytałem historyczne didaskalia do tego szorta wiedziałem już, że Turek właśnie najlepiej nadaje się do zilustrowania tego epizodu z dziejów Gliwic.

Na swoim (dobrym) poziomie zaprezentowali się Dominik Szcześniak i Maciej Pałka. Przewrotny scenariusz w połączeniu z undegroundową, epatującą brzydotą kreską doskonale sprawdził się w historii o tytułowym „Garbusie” umieszczoną w brudnym średniowieczu. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie Anna Helena Szymborska. Rysowniczka, o której niewiele mówi się w kontekście kobiet robiących komiksy, pokazała się z bardzo dobrej strony. Technicznie – niemal bez zarzuty. Styl – gdzieś tam kołaczą mi się skojarzenia z najwcześniejszym Bilalem i współczesnym Manarą. Szkoda tylko, że artystka miała szczęście (czy raczej go nie miała) do dość pretensjonalnego skryptu Tomka Kontnego. Kolejny krok do przodu w rysowniczym rozwoju zrobili Kajetan Wykurz i Mikołaj Ratka.

W „Niczego sobie” czuć, że nad całością czuwał jakiś redaktor. I jest to bardzo miłe uczucie. Począwszy od gustownego designu ze świetną okładką na czele, przez dobór różnorodnych artystów, pod których styl dopasowano poszczególne historię, aż po ostateczną kontrolę jakości. Bardzo trudno jest mi wskazać komiks mocniej odstający od reszty. Jasne, jak to w tego typu zbiorkach, antologiach, a do tego rzeczach, robionych za zamówienie, są rzeczy lepsze („Garbus”, „Victoria”, „Ballada”) są i rzeczy nieco słabsze (prześliczne, ale nudne „Zobaczyć króla”, nie odbiegające zbyt dalece od kanonów „komiksu historycznego” „Marcowe ulice” i „Komandosi z Berlina”). A wszystko to napisane, narysowane, złożone i wydane w zaledwie pół roku – Mikołaju, chylę czoła.

Nie chciałbym zostać źle zrozumiany – choć „Niczego sobie” to rzecz bardzo dobra, nie była dla mnie taką fangą w nos, jak „PW 44” przed kilkoma laty. Wtedy, artyści zebrani przez Przemka Truścińskiego udowodnili, że da się opowiadać o Powstawaniu Warszawskim nie ograniczając się do pustych frazesów, a komiks nie żadnych kompleksów, może włączyć się w dyskurs o narodowej martyrologii i trudnej historii. „Niczego sobie. Komiksy o mieście Gliwice” nie mają takich ambicji. To raczej antologia na miarę naszych możliwości. A te, jak się okazało, w Gliwicach są całkiem duże.

środa, 21 marca 2012

#0993 - John Constantine: Hellblazer - Original Sins

"-What was like being a British comic book writer in the eighties?

-Well, I enjoyed it, mostly--but then I was stoned nearly all of the time."

(Fragment wywiadu z Jamie Delano)

Jamie Delano, jeden z twórców zaliczanych do nurtu brytyjskiej inwazji lat osiemdziesiątych, zdaje się dziś stać w cieniu innych swoich kolegów z Wysp. Jednak to niewątpliwie utalentowany scenarzysta, którego pracom warto się przyjrzeć. Wielu z Was słyszało pewnie o znakomitym "Tainted"(1995), a ostatnią pozycją w jego dorobku o której było głośno zdaje się miniseria "Narcopolis" (2008). Jednak najbardziej znany jest oczywiście z tego, że pod sztandarami Vertigo definiował stworzoną przez Allana Moore'a postać londyńskiego maga Johna Constantine'a.

Podobno w Vertigo rekomendował go sam Moore. Powierzenie mu tej serii było trafną decyzją. Twórczość Delano charakteryzuje ciężki, zawiesisty styl, przygniatająca atmosfera i częste podążanie w stronę psychologicznego thrillera z dużą dawką psychodelii. W internecie można natknąć się na porównania jego dorobku do filmów Cronenberga. Jest w tym dużo prawdy, ale w przypadku "Hellblazera" sięgnąłbym nawet dalej i powiedział, że komiks i postać egoistycznego maga inspirowany jest prozą i postawą, jaką przybierał wobec świata sam William Burroughs. To świetny pomysł i znakomity grunt dla rozwijania tej serii. Stojący gdzieś na marginesie społeczeństwa Constantine porusza się w świecie demonów i magii tak jak - wspomniany zresztą w komiksie - autor "Nagiego Lunchu" w świecie narkotyków i sodomii. John podobnie do Burroughsa jest osobą wpływową i znaną w wielu kręgach, lecz najczęściej nie zobaczymy go na salonach, a na ulicach najpodlejszych dzielnic Londynu.

Obraz "Hellblazera" który rozwinął Delano wydaje się popkulturowym odbiciem tego, co działo się w kontrkulturze tamtego okresu dotkniętej new age i okultyzmem. Na całym świecie rockowe zespoły epatowały satanistyczną otoczką, a w Wielkiej Brytanii rozwijała się nie kryjąca zamiłowania do ezoteryki scena industrialna. Narkotyki stawały się mocniejsze i powszechniejsze. W kręgach artystycznych modna była myśl i postać Alistaira Crowleya, a status kultowej uzyskiwała napisana przez Roberta Shea i Roberta A. Wilsona "Trylogia Illuminatus". Podejrzewam, że właśnie w takiej atmosferze klarowało się uniwersum Constantine'a. Komiks nie jest jednak podręcznikiem magii chaosu ani niczym w tym stylu. Delano interesuje psychologiczny aspekt opowieści i ciemne strony ludzkiej natury. W "Hellblazerze" zmuszony jest je wyciągać ze schematów gatunkowych i trzeba przyznać, że wychodzi mu to nadzwyczaj udanie. Dość mocno eksplorowany horror cielesny nie funkcjonuje tu tylko jako metafora - w komiksie pojawia się temat AIDS i innych lęków cywilizacyjnych, autor nie boi się też poruszać problemów społeczno-politycznych. Widać, że nawet gdyby chciał pisać proste, płytkie historie, to nic dobrego by z tego nie wyszło. Za każdym razem, gdy próbuje trywializować, zniżać się do konwencji, trafia na manowce. Na szczęście, spośród dziewięciu zeszytów zebranych w "Orginal sins", dzieje się tak tylko w dwóch.

Mimo, że w tamtych czasach w Vertigo pisało się fabuły już w troszkę szerszym kontekście, budując długie, kilkunastozeszytowe historie, to "Hellblazera" momentami cechuje epizodyczność. Na szczęście, oprócz popsutego rytmu opowieści (co pewnie dostrzeżemy tylko czytając wydanie zbiorcze), nie zaszkodziło to za bardzo fabule. Delano celowo nie odkrywa wszystkich kart, szpikuje intrygę niedomówieniami i niejasnymi traumami z przeszłości, wplątuje Constantine'a w niewygodne zobowiązania, dzięki czemu sprytnie otwiera sobie furtkę do zbudowania wielowątkowej, zazębiającej się opowieści.

Wszyscy wiemy jak wyglądały grafiki w początkach Vertigo i od tej strony komiks nie różni się niczym od tego przykrego standardu. Oczywiście nie ma co ukrywać, że to właśnie rysunki hermetyzują tę pozycję. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której laik wchodzi do pełnego komiksów sklepu i nie znając kontekstu tej publikacji wychodzi akurat z "Original Sins". Jednak efektowne, psychodeliczne kompozycje plansz rekompensują pośpiech rysownika, a wszelkie niedostatki graficzne scenarzysta uzupełnia obszerną, obrazową, quasi-noirową narracją. Po lekturze mam wrażenie, że Delano jest prozaikiem, który do komiksu trafił ze względów finansowych, bo zdecydowanie bardziej interesuje go opowiadanie słowem niż obrazem. Osobiście nie tego szukam w komiksie, ale muszę przyznać, że w tej swojej przytłaczającej inne aspekty literackości znalazł własny klucz do medium i od strony warsztatu to kawał inspirującej roboty.

Dopiero wchodzę w meandry serii o Constantine, ale nietrudno dostrzec, że konsekwencje tego, co dzieje się w "Orginal Sins" odbijają się silnym echem w wydanym w Polsce runie Gartha Ennisa. Źle się stało, że Egmont zdecydował się pominąć epizody pisane przez Delano, bo za wyjątkiem grafiki (która w "Niebezpiecznych Nawykach" Ennisa lepsza nie była) jakoś szczególnie się nie zestarzały, ale sądząc po nierentowności polskiej edycji "Hellblazera", nie ma co roztrząsać sprawy. Pozostaje machnąć na to ręką i sięgnąć po oryginalne wydania.

wtorek, 20 marca 2012

#0992 - Clive Barker`s Hellraiser vol.1: The Pursuit of Flesh

I znowu gościmy Krzysztofa Tymczyńskiego na naszych łamach. Tym razem pisze o pewnym jegomości z facjatą upstrzoną szpilkami. Zachęcamy do lektury i przypominamy od Independent Comics.

„Clive Barker zajmował się Hellraiserem tylko dwa razy: raz, gdy pisał "The Hellbound Hart" oraz drugi, gdy był scenarzystą i reżyserem pierwszego filmu "Hellraiser". Teraz Barker powraca, by opowiedzieć długo oczekiwany kolejny rozdział na łamach serii komiksowej. Dołącz do epickiej podróży w głąb piekła i zobacz, jak Pinhead realizuje plan zmiany swojego przeznaczenia i stara się na powrót być człowiekiem(...)”.

Powyższe zdania umieszczone zostały na tylnej okładce pierwszego wydania zbiorczego wydawanej przez Boom! Studios serii "Clive Barker`s Hellraiser" którą w dalszej części tekstu nie będę wymieniał z pełnej nazwy i skupię się jedynie na jej ostatnim członie. Po tym, jak wydawnictwo odniosło porażkę z tytułami stworzonymi przez Stana Lee, a "28 Days Later" dobiegło naturalnego końca, edytor ten zaczął gorączkowo poszukiwać czegoś, co może zaproponować czytelnikom. Jak to zwykle bywa, z pomocą przyszły franczyzy, których obecnie niemało u każdego wydawnictwa komiksowego. Boom! Studios jednak zaskoczyło, bo nie odgrzebywało totalnie zapomnianych rzeczy w stylu "Pamięć Absolutna", "Voltron" (Dynamite) czy "Magic: the Gathering" (IDW), lecz sięgnęło po dwie świetnie rozpoznawalne marki. O ile o "Planet of the Apes" nie będę się teraz zbytnio rozpisywał, bo to nie czas i miejsce, o tyle o nowym, komiksowym wcieleniu "Hellraisera" z chęcią wypowiem parę słów.

Barker nie jest jedynym scenarzystą przedstawionej na łamach zbioru historii, lecz z pewnością to on dominował przy pisaniu doń skryptu. Dlatego już od samego początku czuć, że jest to historia pisana w głównej mierze dla fanów postaci Pinheada i serii filmów, w której jegomość ten się pojawił. Jest to ryzykowne posunięcie, ponieważ nie było wiadomo, czy znajdzie się ich na tyle dużo, by seria odniosła sukces. Na chwilę obecną można śmiało stwierdzić, że jednak udało się, ponieważ kolejne zeszyty serii osiągają sprzedaż na poziomie 10 tysięcy kopii, co dla Boom! jest świetnym wynikiem. Jednak to co fanom zdecydowanie przypadło do gustu, może nie spodobać się nowym czytelnikom. Osoba nie znająca postaci Pinheada, której udała się sztuka skutecznego uniknięcia seansu chociaż jednej części filmowego cyklu, poczuje się zdecydowanie nieswojo. Komiks bowiem utrzymany jest w klimatach znanych z kinowych odsłon i w niczym nie przypomina ugrzecznionej nieco, komiksowej serii z nieistniejącego już wydawnictwa Epic, której znaczną część znamy dzięki wydawnictwu Egmont. "Hellraiser" z Boom! to już czyste gore, mnóstwo mniej lub bardziej uzasadnionej brutalności, hektolitry krwi i wszystko to, czego fanatyczni wielbiciele Pinheada lubią najbardziej.

Chociaż osobiście należę do wielbicieli cyklu, uważam jednak, że nie można opierać sukcesu serii tylko na osobach takich jak ja. Wiele recenzji na które trafiłem potwierdza zresztą tę opinię i większość z nich aż krzyczy do czytelnika: „nie kupuj, jeśli nie jesteś fanem bardzo mocnego horroru lub samej serii filmów”. Pomijając już mocne i brutalne sceny, czytelnik nie dostaje też praktycznie żadnego wyjaśnienia na temat tego kim jest Pinhead i jego ekipa lub czym jest tajemnicze pudełko? Tego trzeba już dowiedzieć się samemu, a jak wiadomo, nie zawsze chce się to robić i znacznie łatwiej jest zrezygnować z czytania czegoś, co wydaje się być niezrozumiałe.

Jednak nawet z mojego punktu widzenia, opowiadana w zbiorze historia jest bardzo nierówna. Obok świetnych scen, których nie będę dokładnie przytaczać (może w końcu ktoś ten komiks przeczyta), trafiają się zupełnie nieudane lub strasznie przesadnie. W tym drugim przypadku ciśnie mi się na usta jedno słowo: "metro", które wyjaśni się podczas lektury komiksu. Wspomniana już nierówność objawia się także, gdy baczniej przyglądniemy się warstwie graficznej.

Boom! Studios wydaje swoje komiksy najczęściej w formie 100-stronicowych tomów, zbierających po cztery zeszyty danej serii. Tak nie jest w tym przypadku, bowiem do trejdu dołączony został kilkustronicowy dodatek, będący swoistą zapowiedzią serii. Mimo to mocno zastanawia mnie fakt, że te trochę ponad sto plansz rysowało dwóch artystów. Być może nie przyczepił bym się do tego tak mocno, gdyby nie fakt, że o ile Leandro Manco ("Hellblazer", "War Machine") spisał się naprawdę świetnie, o tyle Stephen Thompson ("Die Hard: Year One") ewidentnie nie udźwignął odpowiedzialności. Manco świetnie rysował detale, których zresztą umieszczał na swoich planszach mnóstwo. Idealnie wpasował się w mroczny, krwisty klimat. Jego następca niestety ugrzecznił nieco rysunki, był znacznie mniej szczegółowy, co w tym akurat przypadku stanowi spory minus.

W zbiorze trudno doszukiwać się dodatków innych niż te, które zazwyczaj serwuje nam Boom! Studios. Oprócz galerii wszystkich wersji okładek do zeszytów #1-4 (w tym te najlepsze – autorstwa Tima Bradstreeta), dostajemy jedynie cztery strony szkiców autorstwa samego Clive’a Barkera, które przedstawiają próby stworzenia nowych, piekielnych kreatur. Stanowi to jednak tylko miły dodatek, ponieważ ciężko potem doszukać się ich w samym komiksie.

Pierwszy tom zbiorczy "Hellraiser" jest już pozycją, która poleciłbym tylko fanom postaci i filmów. Im pozycja ta zdecydowanie przypadnie do gustu. Nie zanosi się na to, by kolejne coś zmieniły, więc jeśli nie znacie ani jednego, ani drugiego, to radzę najpierw zapoznać się chociażby z pierwszą częścią filmu. Jak się spodoba – sięgajcie po komiks. W przeciwnym przypadku przeczytasz jedynie krwawy, mocny, lecz nie powalający na kolana horror.

niedziela, 18 marca 2012

#0991 - Trans-Atlantyk 180

W rynkowym podsumowaniu za luty DC Comics znowu zmiażdżyło Marvela, mieszcząc w pierwszej dziesiątce najlepiej sprzedających się zeszytów dziesięć swoich najpopularniejszych serii, ale w Top 25 - już tylko 12. Dynamika sprzedaży Nowej 52 (zgodnie z przewidywaniami) zmniejsza się. Już tylko dwa tytuły ("Justice League" i "Batman") przekraczają nakład 100 tysięcy, choć trzem kolejnym niewiele do tej liczby brakuje ("Action Comics", "Detective Comics", "Green Lantern"). Zresztą, nowa "JL" jest już szósty miesiąc z rzędu najlepiej sprzedającą się zeszytówką w sieci Diamonda. Najlepiej sprzedającym komiksem Marvel był "Uncanny X-Men" #6, ale analizując listę bestsellerów warto pamiętać o tym, że w większości komiksy Domu Pomysłów są aż o 33% droższe, więc nawet jeśli ich sprzedaż jest niższa, to wydawnictwo i tak wychodzi na swoje. To widać wyraźnie jeśli porówna się finansowy udział w rynku - DC ma 29.47%, a Marvel - 35.92%. Luty to kolejny miesiąc rosnącej sprzedaży, zarówno w segmencie powieści graficznych, jak i serii zeszytowych. W porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego wyniku poprawiły się o odpowiednio 15.6% i 22.26%. Wszystko wskazuje na to, że po pierwszym kwartale nastroje na rynku będą bardzo optymistyczne, a jak tylko w okresie wiosennym wydawcom uda się odpowiednio wypromować swoje największe eventy - może okazać się, że rok 2012 będzie jeszcze lepszy. Czy przełomowy - trudno przewidzieć. Jeszcze.

Nie tylko Marvel i DC mają swoje eventy - za ich plecami Dynamite Entertainment mocno walczy z Dark Horse i Image o miejsce na podium. Już w czerwcu swoją premierę będzie miał pierwszy zeszyt mini-serii "Prophecy". W tej siedmioczęściowej historii, będącej największym crossoverem w historii wydawnictwa, bohaterowie (i bohaterki) tacy, jak Vampirella, Red Sonja, Kulan Gath, Dracula, Eva, Herbert West The Reanimator, Alan Quatermain, Athena, Dorian Gray, Purgatory czy Pantha będą musieli powstrzymać zbliżającą się apokalipsę. Jak zapewnia Ron Marz siłą "Prophecy" ma być jest komiksowy charakter - opowieść nie będzie siliła się na nic więcej, niż tylko solidną dawkę nerdgazmu, spowodowanego zobaczeniem w jednej historii Doriana Gray`a i Alan Quatermaina (skąd my to znamy?). Rysunkami zajmie się Walter Geovani, a okładki przygotuje Paul Renaud.

Na wspominkowym spotkaniu ojców Image Comics Todd McFarlane, Rob Liefeld, Whilce Portacio, Erik Larsen, Marc Silvestri i Jim Valentino wspominali jak to niemal dokładnie dwadzieścia lat temu robili prawdziwą komiksową rewolucję. Bez żadnego zaplecza, bez odpowiedniej infrastruktury, trochę na wariackich papierach, ale z wielkim zapałem i talentem. Wraz z nieobecnym w Oakland Jimem Lee, u szczytu swoich komiksowych karier założyli autorskie studio, aby móc realizować pomysły, których żadne inne wydawnictwo nie odważyłoby się wydać pod swoim szyldem. Larsen o Dragonie myślał od samego początku, pomysł na przygody zielonego smoka opętał go jak miał lat siedem. Niestety, ile by nie sprzedał "Amazing Spider-Manów", to wiedział, że Marvel nigdy tego nie puści. Podobnie było z McFarlanem - w ciąży ze Spawnem był od czasów szkolnych, ale dopiero w Image mógł zrealizować swój pomysł tak, jak chciał. Działalność tego wydawnictwa z pewnością dodała nowej dynamiki rozwojowi amerykańskiej branży komiksowej - Image udowodniło (na skalę masową i do tej pory niespotykaną), że czytelnicy zamiast kolejnego zeszytu Batmana, wolą zapoznać się z nowym projektem Silvestriego lub Larsena. I na tej zasadzie do ekipy dołączył Robert Kirkman, który musiał odpowiadać na pytania fanów odnośnie wciąż zawieszonego "Image United". Podobno rzecz wciąż powstaje, ale pomysłodawca projektu, Eric Larsen, nie miał najszczęśliwszej miny, kiedy o "IU" wspomniano.

Jedną z najważniejszych wieści, jakie pojawiły się na Image Expo była zapowiedz kontynuacji "Phonogram". Stworzona przez scenarzystę Kierona Gillena i rysownika Jamiego McKelviego seria modern fantasy w ekspresowym tempie dorobiła się statusu kultowej. Do tej pory ukazały się dwie historie rozgrywające się w świecie, w którym magią jest muzyka. W 2007 roku była to "Rue Britannia" będąca swoistym hołdem dla britpopu, a trzy lata później - "The Singles Club". W trzeciej serii pierwsze skrzypce grać będzie Emily Aster, która do tej pory pojawiała się na drugim planie i oprócz tego, że "Phongram" reklamowany jest teaserem ze słowami "One More Time" (przywodzącym na myśl jeden z utworów Daft Punk) nie wiadomo nic więcej. Zapowiedz cieszy tym bardziej, że poprzednie inkarnacje tytułu nie sprzedawały się tak dobrze, jak na to zasługiwały i pojawiło się ryzyko, że nowe "Phonogramy" nie powstaną.

Przeglądając przewijające się na konwencie Image Expo zapowiedzi można dostać zawrotu głowy - o "Jupiter's Children" Marka Millara i Franka Quitely'ego pisałem już wcześniej, podobnie, jak o nowych tytułach Jonathan Hickmana, "Sadze" Briana K. Vaughana i Fiony Staples, nieco zapomnianym "Crime and Terror" Steve`a Nilesa i Scotta Morse`a, a o drugim "Phonogramie" wspominam powyżej. A to jedynie przysłowiowy czubek góry lodowej - Niles będzie realizował kolejny projekt z Tony`m Harrisem zatytułowanym "Chin Music". W wakacje zadebiutuje "Planetoid" Kena Garinga, pięcioczęściowa mini-seria, wcześniej publikowana na Graphicly. Swoje talenty w "Marze" zaprezentują Brian Wood, Ming Doyle i Jordie Bellaire opowiadając historię znanej sportsmenki, u której podczas zawodów odkryto supermoce. Nie można również zapomnieć o "Happy!" nowym projekcie Granta Morrisona i Daricka Robertsona, o którym scenarzysta mówi, że będzie komiksem utrzymanym w konwencji, której jeszcze nie próbował. Niewykluczone, że będzie to pierwszy komiks Morrisona dla Image. Przyznam, że dużo tego i większość brzmi smakowicie...

Nie ubliżając w niczym Nickowi Spencerowi, autorowi bestsellerowego "Morning Glories", młodemu Brandonowi Seifertowi czy artyście Jasonowi Howardowi, prawdziwą gwiazdą panelu poświęconego imprintowi Skybound był oczywiście Robert Kirkman. Na spotkaniu nie podane zostały jakieś specjalnie interesujące informacje. Scenarzysta opowiadał czego zgromadzeni na Image Expo fani mogą spodziewać się po pisanych przez niego seriach. W "Żywych trupach" grupa Ricka będzie próbowała skontaktować się z innymi ludźmi, którym udało się przetrwać. Wkrótce bohaterowie odkryją, że czeka na nich jeszcze wiele niebezpieczeństw w świecie opanowanym przez zombiaki. Na łamach "Playboya" (tak, tego magazynu dla mężczyzn) zostanie opublikowany krótki, sześciostronnicowy origin Michonne. W "Invincible" Mark Grayson zostanie zastąpiony przez kogoś innego w roli tytułowego herosa, co zostało już zdradzone w oficjalnych zapowiedziach. A w "Super Dinosaur" bez mian - wielkie spluwy, dinozaury, jetpacki i ogólna rozwałka.

W 2008 roku Danny Granger - skrzydłowy Indiana Pacers, zespołu grającego w koszykarskiej lidze NBA - poinformował, że chce wybudować kopię bat-jaskini. Naprawdę. Bez żartów. Będący wielkim fanem komiksów i gier komputerowych Granger rozpoczynając budowę swojego domu w Albuquerque, w stanie Nowy Meksyk zażyczył sobie kilku specjalnych elementów - między innymi tajemnego, podziemnego wyjścia, którym będzie mógł wyjechać niepostrzeżenie swoim granger-mobilem i specjalnej obrotowej platformy. Granger-cave ma być wzorowana na pierwszej jaskini, która pojawiała się w klasycznym "Batmanie" Tima Burtona, ale pojawi się w niej kilka rozwiązań z filmów z Christianem Bale'm. Pod koniec 2011 roku Granger zapewniał, że nawet lockout nie przeszkodził mu w ostatnich pracach nad swoją tajną kryjówką i już wkrótce będzie ona gotowa.

Nowe projekty Marka Millara (5): na pierwszym „Nemesis” Mark Millar zarobił więcej, niż podczas pracy nad „Civil War”, nic dziwnego więc, że pracuje nad jego kontynuacją. Komiks, który ukaże się w sierpniu, będzie czymś zupełnie innym, niż jego poprzednik. Od samego początku całość „Nemesis” była planowana, jako trylogia zamknięta w 12 zeszytach. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, aby czytać je osobno, bo choć są całością, równie dobrze funkcjonują jako odrębne i samodzielne opowieści. Millar w środkowym epizodzie chce pokazać, jak wielką naiwnością jest wiara w to, że bajecznie bogaci herosi, tacy jak Bruce Wayne czy Tony Stark mając właściwie nieograniczone możliwości finansowe trudzili by się ratowaniem świata i pomaganiem ludziom. Hej, bycie villainem jest znacznie bardziej zabawne, a możliwość stania poza prawem to często jedyna rzecz, której nie można kupić (a przynajmniej nie zawsze). "Nemesis 2" rozpocznie się od sceny pogrzebu bohatera poprzedniej serii. Rysunkami drugiej, podobnie jak i trzeciej części, która ukaże się w 2013 roku, zajmie się Steve McNiven.

Wojna o "Strażników" (4): do tej pory Alan Moore w dość spokojnym tonie wypowiadał się na temat "Before Watchmen", pozwalając sobie jedynie na nazwanie działań DC Comics "kompletnie bezwstydnymi", wstrzymując się od mocniejszych epitetów. Przynajmniej do teraz. Moore nie ma pretensji do twórców, którzy podjęli się pracy nad prequelami jego komiksu - kto by oparł się możliwości pracowania przy komiksie tej miary? Po swoich przykrych doświadczeniach z DC Comics nie miał wątpliwości, że pazerne na pieniądz korporacje w końcu wyciągną rękę po jego dziedzictwo. Cóż, taka ich natura. Nutka żalu pobrzmiewa jednak w tym, co mówi o swoich czytelnikach. Ci, którzy sięgną po "Before Watchmen", aby dowiedzieć się, jakie były wcześniejsze losy głównych bohaterów komiksu Alana Moore`a i Dave`a Gibbonsa, nie są odbiorcami, do których chce dotrzeć ze swoją pracą ojciec "V jak Vendetta" i "From Hell". Moore lubi myśleć, że jego czytelnicy to myślący i inteligentni ludzie, ale jeśli chcą kupić to, co DC chce im sprzedać - okazuje się, że jednak wcale tacy nie są. Moore nie boi się wezwać takich odbiorców do tego, żeby w ogóle przestali kupować komiksy jego autorstwa i zupełnie nie przeszkadza mu to, że przez to nakłady jego dzieł mogą spaść.

sobota, 17 marca 2012

#0990 - Komix-Express 131

Witamy serdecznie w pierwszym wiosennym Komix-Expressie! Słoneczko za oknami, wreszcie można zrzucić zimowe ubrania i ciepłe buty - i niech tak zostanie. Ufam, że za tydzień, dwa, nie wrócimy do zimowych K-E, takich jak ubiegłotygodniowy o śmierci Moebiusa. Że pogoda dopisze, a informacje także będą pozytywne, co najmniej aż do jesiennego MFK. W tym tygodniu nie było wielu ciekawych wydarzeń, o których można by napisać. Za to w następnym atrakcji będzie co nie miara, ponieważ rozpoczyna się pewien konwent. Co prawda impreza nie jest stricte komiksowa, ale w tym roku nie braknie na niej licznych komiksowych atrakcji z najwyższej półki! Już w najbliższy piątek w Poznaniu rusza Ogólnopolski Festiwal miłośników Fantastyki - Pyrkon 2012! Jego największą gwiazdą - o czym pisaliśmy pięć tygodni temu, będzie oczywiście... (KC)

... Grzegorz Rosiński, najbardziej znany we wszechświecie komiksowym polski twórca. Ilość atrakcji związanych z Thorgalem jest większa, niż na poprzednim MFK. W piątek o godzinie 16:00 na sali "Konkursowej 2", odbędą się warsztaty z twórcą ze Stalowej Woli, które poprowadzi Bartłomiej Kuczyński. Jeśli ktoś nie da rady w piątek, spokojnie może załapać się na powtórkę warsztatów w niedzielę o 12:00 na sali "Komiks". I pamiętajcie, przynieście swoje prace! Co to za warsztaty bez prac uczestników? W końcu mentor musi na coś spojrzeć łaskawym okiem. Spotkanie z Grzegorzem Rosińskim w niedzielę o 13:00 w Auli numer 1, poprowadzi oczywiście Jakub "Tiall" Syty (kto odważyłby się powiedzieć Kubie, że poprowadzi ktoś inny?). Lubimy kolekcjonować autografy Pana Grzegorza, a więc na Pyrkonie znowu będzie ku temu okazja. W sobotę trzeba ustawić się w kolejce tak mniej więcej o 12, bo już cztery godziny później kolejne albumy zaczną zapełniać się rysunkami Aaricii. A może ktoś namówi Rosińskiego na rysunek kruczoczarnej Kriss de Valnor? Czasem się udaje, w zależności od humoru GR. Ja na razie miałem pecha. Następnego dnia kolejna sesja autografów o godzinie 15:00. Konkurs z wiedzy o serii komiksowej Thorgal w piątek o godzinie 21:00, poprowadzi Dawid Okoniewski. A w sobotę o 12:00 dowiemy się "Kim byłby Thorgal bez Kriss de Valnor?". Na to pytanie odpowie Jakub Syty. Spróbowałem zapytać go o to ostatnio, ale twierdzi, że tajemnicę zdradzi dopiero za tydzień. Szkoda. (KC)

Pyrkon to jednak nie tylko Rosiński. Konwent będzie bardzo, ale to bardzo komiksowy. Nie mniej zwolenników ma zdaje się Michał Śledziński. Do niego też z roku na rok trzeba ustawiać się w coraz dłuższych kolejkach. Kolejne wydania "Osiedla Swoboda" schodzą jak ciepłe bułeczki, a więc liczba miłośników Śledzia ciągle rośnie. Sesja autografów Michała w niedzielę o 15:00. Kto się nie załapie, nie ma co płakać. Nie od dziś wiadomo, że Śledziu autografy rozdaje zawsze i wszędzie. Na przykład mój rysunek Dźwiedzia powstał przed budynkiem Domu Kultury w Łodzi, kiedy to oparty o metalową barierkę Śledziu, niespecjalnie narzekał na niedogodną pozycję i bez mrugnięcia okiem stworzył naprawdę fantastyczny rysunek. A więc tak, wszędzie. Spotkanie z Michałem Śledzińskim poprowadzi Marcin Łuczak a odbędzie się ono w sobotę o godzinie 18:00 w "Auli 1". Poza tym w niedzielę o 10:00 odbędzie się niezwykle interesująca prelekcja Filipa Bąka, podczas której postara się scharakteryzować styl Śledzińskiego. Brzmi bardzo ciekawie. (KC)

Oprócz wielu spotkań z Rosińskim i Śledzińskim, czyli twórcami, którzy bez wątpienia posiadają wśród fanów komiksu swoich wyznawców, Pyrkon oferuje znacznie więcej komiksowych atrakcji. Nie zawiodą się np. fani Batmana. Wojciech Nelec poprowadzi dyskusję o filmach Nolana. Polski superbohater - Biały Orzeł też nie będzie gorszy. Spotkanie z twórcami komiksu Adamem i Maciejem Kmiołkami, poprowadzi niezawodny Marcin Łuczak. Poza tym nie zabraknie spotkań z Robertem Sienickim, czy Pawłem Zychem. Wrocławski Komiksofon postara się zachwycić Poznań pokazem kilku najlepszych filmików, w dwóch około godzinnych blokach. Jako wrocławianin, który najpierw sceptycznie podchodził do projektu, a potem zachwycał się kolejnymi odsłonami, gorąco polecam ten punkt programu. Pełny (komiksowy) program na stronie Pyrkonu. Uwaga, niektórych komiksowych punktów trzeba szukać również na innych salach! (KC)

Smutne wieści dotarły z wydawnictwa ATY - wydanie "Awantury 2.0" zostało przełożone. Premiera zmartwychwstania jednego z najciekawszych magazynów komiksowych pierwotnie planowana była na tegoroczną Bydgoską Sobotę z Komiksem, lecz została niestety odłożona. Powód? "Wciąż nie mamy wszystkich materiałów" - jak dla "Ziniola" relacjonuje Łukasz Mazur. Co więcej, prac nad "Awanturą 2.0" nie uda się skończyć ani przed majową Komiksową Warszawą czy czerwcowo-lipcowym Bałtyckim Festiwalem Komiksu. Termin, który ATY sobie wyznaczyło to październikowy Międzynarodowy Festiwal w Łodzi. Do tego czasu wszystko ma być dopracowane na tip-top. Trzymamy kciuki!(KO)

28-29 marca w sercu komiksowego Lublina, czyli w Chatce Żaka (ul. Radziszewskiego 16) odbędą się warsztaty komiksowe prowadzone przez Dominika Szcześniaka i Macieja Pałkę. Redaktorzy Ziniola przez bite cztery godziny (od 16:00 do 20:00) męczyć będą młodych adeptów sztuki komiksowej jak należy prowadzić historię, układać dialogi, operować dymkiem, komponować strony i kadry. Chętni do udziału w warsztatach mogą zgłaszać swoją kandydaturę do 25 marca poprzez maila info[małpa]kaisersoze.pl, przesyłając swoje dane (imię i nazwisko, numer telefonu i doświadczenie w komiksowej materii). Dodatkowo 29 marca odbędzie się otwarta prezentacja pracy warsztatowej i dyskusja, rozpoczynająca się o godzinie 19:00.

Jakiś czas temu poznaliśmy wszystkich uczestników Wrocławskiej Bitwy Rysowników. Eliminacyjną tabelkę pierwszej gali freestylowego rysowania uzupełniły dwie kolejne pary. Z weteranem polskiej sceny web-komiksowej Konradem "koko" Okońskim zmierzy się Katarzyna Niemczyk, która jak żadna inna kobieca rysowniczka potrafi rysować wdzięki płci niewieściej. Oj, faworyzowany Okoński może mieć problemy z młodą artystką, jeśli podejdą jej dobre tematy. I wreszcie w czwartej parze odbędzie się również damsko-męski pojedynek - ołówki skrzyżują Milena Młynarska i Piotr Michalczyk. Oboje pracują w przemyśle growym, oboje rysują komiksy - kto okaże się lepszy? To okaże się już 21 marca we wrocławskiej klubokawiarni Mleczarnia (ul. Włodkowica 5). Rozpoczęcie bitew - godzina 19:00. Przygrywa - Naphta. Prowadzenie - Paweł Wojciechowicz. Zapraszamy!(KO)


Już w kwietniu ukaże się jubileuszowy dziesiąty numer magazynu komiksowego "Kolektyw", który jednocześnie będzie... ostatnim. Dlaczego? Poproszony o komentarz Bartek Biedrzycki z Dolnej Półki, jeden z dowodzących "K" nie zajął na razie oficjalnego stanowiska w tej kwestii. Na pewno w samym magazynie znajdzie się słowo od redakcji, w którym ta decyzja zostanie wyjaśniona. Warto również zwrócić uwagę, że #10 pozbawiona jest tematu przewodniego, który pojawiał się w ostatnich siedmiu numerach. Pełną listę autorów możecie znaleźć na przykład na stronie Alei. Muszę przyznać - prezentuje się ona całkiem imponująco. Janusz, Sienicki, Podolec, Łazowski, Adler, Okólski - mocna kadra. Spieszmy się kochać ziny/magazyny komiksowe - tak szybko znikają, że tak na zakończenie tego wydania Komix-Expressu (i dziejów samego "Kolektywu") sparafrazuję pewnego księdza-poetę. (KO)

czwartek, 15 marca 2012

#0989 - Stuck Rubber Baby

Dziś prezentujemy tekst Macieja Gierszewskiego, który pierwotnie ukazał się na stronie krakowskiego Instytutu Książki.

Nie mam wątpliwości, że najważniejszym komiksem, który ukazał się w 2011 roku w Polsce jest "Stuck Rubber Baby" autorstwa Amerykanina Howarda Cruse’a. Pozycja została wydana przez poznańskie wydawnictwo Centrala – Central Europe Comics Art. Pierwotne wydanie za oceanem ukazało się w DC Comics w roku 1995 i uważane jest aktualnie za klasykę powieści graficznej. Faktycznie, w wypadku tej książki, ewidentnie mamy do czynienia z arcydziełem sztuki komiksowej.

Głównym bohaterem komiksu, jak i narratorem, jest Toland Polk, który "po latach" snuje opowieść o swoim dorastaniu w "czasach Kennedy’ego", gdzieś na południu Stanach Zjednoczonych w małym, prowincjonalnym miasteczku o nazwie Clayfield. Jego opowieść to sfabularyzowana biografia, swoista próba zrozumienia, jak to się stało, że jest tym kim jest, że stał się takim, a nie innym człowiekiem, jakie sytuacje, decyzje wpłynęły na rozwój jego osobowości. Retrospekcja faktów pozwala wybrać z przeszłości, z pamięci narratora, sytuacje, które były ważne i dokonać ich autointerpretacji. Nie należy traktować "Stuck Rubber Baby" jako autobiograficzną powieść graficzną, Toland Polk w wielu miejscach przypomina Howarda Cruse’a, jednakże autorowi bardziej zależało na sportretowaniu epoki, w której dane mu było dorastać, niż siebie.

Clayfield to miasteczko-zmora, w którym wszyscy się znają z widzenia, niewiele można ukryć, gdzie w latach ’60 minionego wieku nadal szerzy się rasizm i homofobia. Segregacja rasowa ma się jak najlepiej, jest głęboko zakorzeniona w świadomości ludzi, którzy dzielą się na "prawdziwych białych" i "czarnolubów". Dziś wydaje nam się nie do pomyślenia, że 50 lat temu, w kraju wolności i swobód obywatelskich, lokalni politycy na oficjalnych wiecach wypowiadali się w duchu nienawiści i podżegali do stosowania przemocy, że członkowie Ku-Klux-Klanu byli szanowanymi obywatelami, że policja nie ścigała sprawców linczów, że afro-amerykanie mieli osobne kluby, szpitale, nie mogli korzystać z parku publicznego, jeżdżąc tramwajem musieli wsiadać tylnym wejściem, ponieważ miejsca obok motorniczego przeznaczone były tylko i wyłącznie dla białych. Czarni to nie jedyna grupa społeczna, która jest represjonowana, nie akceptowana przez skrajnie prawicowych mieszkańców Clayfield – na marginesie umieszczeni są również geje i lesbijki.

W takich czasach przyszło wchodzić w dorosłość Tolandowi, którego poznajemy, gdy próbuje się pozbierać po wypadku samochodowym, w którym zginęli jego rodzice. Ich śmierć to sytuacja graniczna, swoista cezura, której przekroczenie, uporanie się z faktem zapoczątkuje szereg zmian w życiu i myśleniu głównego bohatera. Początkowo jest zwykłym mieszkańcem małego miasteczka, chłopakiem pracującym na stacji benzynowej, niczym się nie wyróżniającym, chcącym mieć święty spokój, szarym człowiekiem bez właściwości, bez własnych przekonań politycznych, społecznych… Tak bardzo pragnie być normalny, zwyczajny, że neguje swoją seksualność. I na przekór sobie, związuje się z dziewczyną o imieniu Ginger, studentką i aktywistką ruchu Liga Równości Rasowej. To znajomość z nią, otwiera mu oczy na niesprawiedliwości, nierówności oraz obłudę panującą w amerykańskim społeczeństwie. Sam, chcąc nie chcąc, zaczyna się angażować. Mamy okazję obserwować, zrozumieć przejście od uwikłania, poprzez zaplątanie, aż do zaangażowania. Za zrozumieniem konieczności zmian w swojej postawie społecznej, idzie bolesny coming out, najpierw negacja, następnie odrzucenie, wreszcie próby zaakceptowania nowego "ja". Książka kończy się sekwencją scen w mieszkaniu Tolanda Polka, na których przedstawiony został wespół ze swoim życiowym partnerem.

 Howard Cruse zadbał, w warstwie graficznej, o wierne odtworzenie scenografii "czasów Kennedy’ego". Plansze zapełnione są przez charakterystyczne dla tego czasu przedmioty, odtworzone z wielką pieczołowitością – od samochodów, poprzez stroje, meble, dodatki (fryzury, oprawki okularów, kamery TV), aż po witryny sklepów i layout gazet. Kadry są głębokie, rysunek wykonany piórkiem, jest bardzo precyzyjny i przedstawia nie tylko pierwszy plan – najczęściej twarze bohaterów, ale także tło w postaci zabudowań, drzew i krzewów, ścian w pokojach. Warto zwrócić uwagę także na rozkład kadrów na planszach. Przyzwyczajeni jesteśmy do kadrów w kształcie kwadratów lub prostokątów, umieszczonych obok siebie w ilości do 6 na stronie. Jednakże w wypadku tego albumu, autor przełamuje te schematy, kadry nakładają się na siebie, mają różnorakie kształty, a czasem rysunek (np. szczekającego psa) umieszczany jest między ramkami. Bez wątpienia rysownik ogromnie się napracował.

Album "Stuck Rubber Baby" powinni przeczytać wszyscy ci, który uważają, że komiks nie podnosi tematów ważnych i zasadniczych, że narracja literacka zawsze musi być banalnie poprowadzona, ponieważ są przekonani, że jest to medium przeznaczone dla dzieci. Gwarantuję przewartościowanie poglądów.

wtorek, 13 marca 2012

#0988 - Tysiąc twarzy Krzysztofa C. ("Human Target: Chance Meetings")

Christopher Chance jest prywatnym detektywem który podszywa się pod swoich klientów. Na kilka dni całkowicie przejmuje ich wygląd i życie. Czasami, aby ich chronić, czasami żeby więcej się o nich dowiedzieć, czasami żeby wymordować wszystkich, którzy na ich życie czyhają. Używa przy tym pseudonimu "Human Target". Postać ta została wymyślona przez Lena Weina i Carmine Infantino w latach siedemdziesiątych. 

Całkiem niedawno telewizja Fox postanowiła ożywić ten koncept tworząc serial telewizyjny o tym samym tytule. Aczkolwiek Fox, jak to Fox, z oryginału pozostawili sobie tylko tenże pseudonim i imię głównego bohatera, robiąc zwyczajną historię sensacyjną o nietypowym ochroniarzu. Serial padł po dwóch sezonach. Plus całej sytuacji jest jednak taki, że DC, jako dodatkową promocję wersji telewizyjnej wznowiło historie napisane o "Human Target" przez Petera Milligana.

Milligan, jak to Milligan, kiedy położył swoje ręce na postaci, zdecydował się wycisnąć z niej ostatnie soki. Wcisnął gaz do dechy, odłamał lusterka wsteczne i ruszył przed siebie. "Human Target" idealnie wpasowuje się tematycznie w jego upodobania. Może do woli eksplorować psychikę swoich postaci i igrać z ich tożsamością, a jednocześnie z czytelnikiem. Wszystko ozdabia też nadmierną ilością przemocy, kompletnie nieprawdopodobnymi strzelaninami i równie szalonymi zwrotami akcji. Ten "Human Target" to nie jest ani bezpieczny serial telewizji Fox, ani postać drugoplanowa z komiksów superbohaterskich. Znaczek Vertigo zobowiązuje.

Tom "Chance Meetings" składa się z dwóch historii, każda po około sto stron. Mamy tutaj fenomenalną mini-serię z 1999 oraz całkiem niezłą powieść graficzną "Final Cut". Pierwotnie wydane one były oddzielnie, ale w nowej edycji zdecydowano się je połączyć. Z ekonomicznego punktu widzenia, to jest dwieście stron Petera Milligana w najwyższej formie za okładkowe $15. Idealnie.

Pierwsza część tomu jest po prostu świetna. Milligan upycha tu tyle pomysłów, ile inni scenarzyści rozkładają na kilka serii. W głównej roli występuje grupa złamanych życiem, wymęczonych przez los postaci, a historia w dużej mierze opowiadana jest przez ich myśli, które bezwiednie ze strony na stronę przeskakują do kolejnej osoby. Komiks ma bardzo szybkie tempo i pewnie zmierza ku wybuchowemu zakończeniu łączącemu wszystkie wątki. Nic tutaj jednak nie jest tak proste, jak mogło by się wydawać. Sceny akcji często zastępowane są przez zwykłe życiowe rozterki, które w rzeczywistości okazują się dużo bardziej niezwykłe, niż te wyrzutnie rakiet w kościele i wszechobecne strzelaniny. Naprawdę łatwo dać się wciągnąć i zatracić w tej kotłowaninie tożsamości. Co czyni mnie osobą którą jestem i czy osobowość to rzeczywiście coś naszego własnego i indywidualnego?

Rysunki Edvina Biukovića są niesamowite. Miał on własny styl, w stu procentach świadomy i dokładny, chociaż może odrobinę przypominać kreskę Eduarda Risso. Biuković równie interesująco rozrysowuje tutaj dyskusje pomiędzy postaciami, jak i akcję. Jeśli moment jest spokojniejszy, to odpowiednim rozłożeniem kadrów i ujęć podkreśla ten spokój. Jeśli mamy do czynienia z szaleństwem to właściwie wszystko zacieniuje i zdynamizuje. Gdyby nie jego przedwczesna śmierć byłby on z pewnością komiksową gwiazdą. Jednak to, co po sobie pozostawił, nadal wzbudza szacunek.

W kontekście pierwszej historii, "Final Cut" jest już praktycznie tylko posłowiem. Zmiana rysownika na Javiera Pulido, powoduje transformację całego komiksu. "Human Target" zamienia się ze "100 naboi" na sterydach w "Criminala". Rysunek się wygładza i staje prostszy, a fabuła z dramatu psychologicznego/thrillera zmienia się w spokojniejszy czarny kryminał. Brawura kompletnie znika, zastąpiona przez codzienność. Nie mam przez to na myśli, że historia jest słabsza, ale jest diametralnie różna. Aż ciężko uwierzyć, że to ta sama seria. Jednak po wysokiej jakości opowieści łatwo poznać, że to nadal ten sam scenarzysta.

W pierwszej historii Hollywood było tylko tłem akcji, w "Final Cut" staje się ono jedną z głównych postaci. Tak samo Christopher Chance uwalnia się ze swojej pozycji na drugim planie gdzie plątał się tylko gdzieś pomiędzy kadrami, i zaczyna poważniej ingerować w to, co rozgrywa się na kartkach komiksu. Przyjrzymy mu się dokładniej i niekoniecznie spodoba nam się to co ujrzymy w jego duszy. Chance jest szary i ludzki, a jego wpływ na akcję tak jak i poprzednio okaże się nie do końca pozytywny.

Pulido w swoich rysunkach stawia na minimalizm. Często dużo bardziej skupia się na samej mowie ciała, niż na twarzach bohaterów. Dzięki kolorom Dave’a Stewarta jednak historia broni się wizualnie. Rysunki w niektórych miejscach mogą nawet przypominać Darwyna Cooke’a. Nie przypominają natomiast kreski Edvina Biukovića. Przez to zmiana rysownika pomiędzy historiami wydawała mi się zbyt radykalna. Bardzo mi to przeszkadzało, kiedy czytałem ten tom za pierwszym razem. Kiedy teraz go sobie odświeżałem, spodziewałem się po Pulido najgorszego, a jest całkiem nieźle. Nie jest spektakularnym artystą, ale Milligan pisał wyraźnie pod niego. Także, rysunki pasują do opowiadanej historii doskonale.

Na stronie Vertigo można było do niedawna przeczytać pierwszy zeszyt "Human Target" w wersji pdf. Zanim dotarłem do jego ostatniej strony, już miałem "Chance Meetings" zamówione. Pierwsze wrażenie jest piorunujące. To jest to po prostu świetny komiks. Mocny thriller lawirujący pomiędzy psychologiczną złożonością, a efektowną akcją. Dla fanów Milligana nie do przegapienia.

poniedziałek, 12 marca 2012

#0987 - Trans-Atlantyk 179

Czy już wkrótce dojdzie do pierwszego crossoveru pomiędzy linią Ultimate, a regularnym uniwersum Marvela? W minionym tygodniu Dom Pomysłów zaprezentował taki teaser, będący połączeniem pajęczych symboli Petera Parkera i Milesa Moralesa. Przypuszczano, że projekt określany "Spider-Men" będzie być może kolejnym spotkaniem Scarlet Spidera, będącego klonem Parkera, ze swoim oryginałem. Marvel umieszczając pod grafiką nazwiska twórców tej historii - Briana M. Bendisa, Sarę Pichelli i Justina Ponsora - postawił takie dywagacje pod znakiem zapytania. To jednak nie jedyny "tajemniczy" teaser zaprezentowany przez wydawnictwo - już w lecie dojdzie na łamach "Astonishing X-men" Marjorie Liu do mutanckiego ślubu. Kto komu będzie ślubował wierność i uczciwość małżeńską - tego, oczywiście, nie wiadomo, ale fani obstawiają, że będzie to gay-marriage pomiędzy Northstarem, a jego chłopakiem Kyle`m (patrz również: news nr. 5) albo związek wynikły z trójkąta Gambit-Iceman-Cecelia Reyes. Ostatnią i być może najważniejszą zapowiedzią Domu Pomysłów jest pojawienie się nowego komiksu z Novą pod szyldem "AvX". I byłby to kolejny, zwykły eventowy tie-in, gdyby nie obecność loga Infinity Comics. Cóż to za dziwo - nie wiadomo. Wiadomo, że komiks napisze Jeph Loeb, a narysuje Ed McGuinnes, a opowiadał będzie o walce nowego Novy i Terraxa z Phoenix Force. 

W zeszłym tygodniu jeden z najbardziej znanych superbohaterów, ikona popkultury, i tak dalej, i tak dalej, obchodził swoje 50 urodziny i, niestety, niemal nikt się o tym nie zająknął. Pal licho, że czytelnicy i fani zapomnieli - sam wydawca, czyli Marvel, nie przyłożył się odpowiednio i nie wyprawił żadnego balu z tej okazji. Nie przygotował żadnego okazjonalnego wydania specjalnego, one-shota, serii okładek, fajnej mini-serii - przykro nam Hulk, jesteśmy za bardzo zajęci promowaniem "AvX", żeby się tym zająć. Szkoda, bo dokładnie 1 marca Bruce`owi Bannerowi i jego zielonemu alter ego stuknęło pół wieku. Choć na okładce wydanego w 1962 roku "The Incredible Hulk #1" Stana Lee, Jacka Kirby`ego i George`a Roussosa widnieje data majowa, to faktycznie komiks ukazał się dwa miesiące wcześniej, a w maju zeszyt był zdejmowany z półek z prasą, gdzie pięćdziesiąt lat temu nas ojcowie kupowali komiksy.

James Robinson, który wraz z rysowniczką Nicolą Scott pracuje nad jedną z nowych serii drugiej fali Nowej 52 zatytułowaną "Earth 2" zapewnia, że koncept równoległego świata zostanie gruntownie przemodelowany. Choć na kartach komiksu pojawią się postacie znane i lubiane, takie jak Jay Garrick, Alan Scott czy Al Pratt (kolejno - oryginalny Flash, Green Lantern i Atom), będą one kompletnie inne od swoich poprzedników ze starego DCU. Nie należy jednak spodziewać się zreformowanej Justice Society - to zupełnie inny świat i inni bohaterowie. Nie zabraknie również wielkiej trójki - Batmana, Supermana i Wonder Woman, ale ich historie, nie dość, że zostaną gruntownie zmienione, to jeszcze originy pozostannie do końca wyjaśnione. Mroczny Rycerz trenował swoją córkę Helenę Wayne`a na Robina i aby ją uratować, był zmuszony zabijać/zabić. Człowiek ze Stali ma opłakiwać ukochaną (Lois Lane?), a Amazonka z Themiscyry ma być ostatnią przedstawicielką swojego narodu. Robinson zapewnia, że Wally West i Donna Troy, którzy jeszcze nie pojawili się w DCnU nie zamieszkają na Ziemi-2 - może to oznaczać, że dwójka Tytanów w nieokreślonej przyszłości zadebiutuje w Nowej 52.

W czasach, kiedy wydawcy wręcz stają na głowie, aby publikować komiksy zgodnie z kształtem, jaki nadał im ich autor (vide "Artist Edition"), DC Comics nie potrafi wydać choćby solidnie jednego ze swoich największych klasyków. Wkrótce do sprzedaży trafi nowa edycja "Batman: Year One" w formacie Deluxe Edition. Kiedy autor oprawy graficznej, David Mazzucchelli nie może wy6baczyć DC tego, co zrobiono z jego komiksem. Już pal licho to, że zmienili okładkę, żeby bardziej przypominała cover animowanej adaptacji i użyli kredowego papieru. Najgorsze jest jednak to, że drukując komiks użyli kiepskich kopii, przez co ręcznie nakładane kolory wyglądają po prostu paskudnie i nigdy nie powinny trafić do wydania, która śmie się określać "ekskluzywnym". Jeśli już ktoś chciałby kupić "Rok pierwszy" Mazzucchelli poleca poprzednią wersję, nad którym pracował z Dale`m Crainem miesiącami i który wygląda tak, jak powinna wyglądać. Całe to zamieszanie przy tej reedycji, jak ulał pasuje do epopei o roboczym tytule "jak komiksowe korporacje niszczą rynek licząc na doraźny zysk".

Obok Scotta Snydera dużo w kwestii "Night of the Owls" będzie miał do powiedzenia Judd Winnick. Spod jego ręki wyjdą zeszyty aż trzech on-goingów, które wezmą udział w crossoverze. Do regularnie pisanych przez Winnicka "Batwinga" (lustrowany przez Marcusa To) i "Catwoman" ( z grafikami Guillema Marcha) dołączy również "Batman: The Dark Knight" (tradycyjnie z Davidem Finchem na pokładzie). Selina Kyle będzie musiała zmierzyć się ze Spark, konkurentem w złodziejskim fachu, a przy okazji będzie chroniła Pingwina przed zamachowcami. Afrykański odpowiednik Mrocznego Rycerza przybędzie do Gotham, aby w niedalekiej przyszłości odegrać znacznie bardziej znaczącą rolę w bat-rodzinie, a póki co weźmie udział w kampanii przeciwko Sowom. Natomiast w "B:TDK", oprócz tego, że swoje pięć minut dostanie Red Robin, na cały event spojrzymy z perspektywy jednego z Talonów, skrytobójców pracujących dla Court of Owls. Winnick zapewnia, że udział Catwoman i Batwinga w "Nocy Sów" będzie przełomowym punktem dla obu serii.

Konserwatywne stowarzyszenie The American Family Association, które "działa, aby wzmocnić moralne fundamenty amerykańskiej kultury" rozpętała kampanię protestacyjną przeciwko popularnym seriom komiksowym wydawanym przez Archie Comics i sieci sklepów zabawkowych Toys `R` Us. Wszystko przez szesnasty numer „Life with Archie”. Jeden z bohaterów tego familijnego serialu, Kevin Keller, bierze ślub ze swoim partnerem, co jest bardzo  wyraźnie wyeksponowane na okładzie zeszytu, tuż przed potencjalnych klientów skelpu - dzieciaków. Nie chodzi nawet o to, że ten sam widok jest ohydny, tylko o – jak można przeczytać w oświadczeniu – tłumaczenie spraw, które są dla maluchów jeszcze niezrozumiałe. Tym samym AFA wzywa do bojkotu zarówno sklepu, jak i produktu. W odpowiedzi na zarzuty, które pojawiły się na stronie OneMillionMoms.com Jon Goldwater z Archie wydał bardzo stanowcze oświadczenie. „Riverdale (miasto, w którym rozgrywa się akcja komiksu) jest wersją idealną Ameryki, która miejmy nadzieję, stanie się kiedyś rzeczywistością. Przykro nam, że AFA czuje się tak źle z naszym produktem, ale mają oni prawo do takiej opinii, tak jak my mamy prawo do własnej. Kevin Keller będzie zawsze częścią Riverdale, a jego długie i szczęśliwe życie pozbawione będzie uprzedzeń i nienawiści wąsko myślących ludzi”. Gejowskie „Life with Archie” sprzedaje się jak świeże bułeczki. Na rynku wtórnym zeszyt osiąga cenę nawet 50 dolarów.

Cytat tygodnia - "tak, oczywiście. Ale powiedzmy sobie szczerze - decyzja DC Comics o relaunchu był tak naprawdę odpowiedzią na działania Marvela, nie na odwrót. Nie podkładasz ognia pod swój dom, nie mając naprawdę dobrego powodu. Niemniej, chylę czoła przed tym, co zrobili. Podjęli bardzo ryzykowaną decyzję, ale im się udało. Sprzedaż niektórych serii DC rzeczywiście mocno wzrosła. Ale "Avengers vs. X-Men" to projekt nad którym pracowaliśmy od kilku dobrych lat" - w taki sposób Joe Quesada, Chief Creative Officer Domu Pomysłów odpowiedział na sugestię, jakoby "AvX" miało być odpowiedzią na Nową 52. Klasyczna, korporacyjna zagrywka - odwrócenie kota ogonem, przedstawienie siebie w jak najlepszym świetle i podszczypywanie konkurencji. Przypominam, że mówi to ten sam pan Quesada, który zapewnia, że "Siege" było eventem planowanym od siedmiu lat, a run J. Micheala Straczynskiego od początku miał prowadzić do "Brand New Day".

Wojna o "Strażników" (3): Jednym z nielicznych rysowników, którzy zabrali głos w sprawie kontynuacji "Strażników" jest Adam Hughes. Artysta przyznaje, że praca przy "Before Watchmen" jest dla niego wielkim zaszczytem, ale jest trochę zdziwiony, że szefowie DC Comics akurat jego przydzielili do rysowania mini-serii z Doktorem Manhatttanem. Hughes żartuje, że skoro tak dobrze radzi sobie z kobiecą anatomię, ma pewnie odpowiednie kwalifikacje, aby rysować niebieskie penisy. Zapewnia o swoim wielkim szacunku do prac Alan Moore`a, ale jeszcze bardziej komplementuje oprawę graficzną Dave`a Gibbons. Znacznie bardziej lakoniczny był Brian Azzarello, który na pytanie "dlaczego?" odpowiedział po prostu "jak te komiksy się ukażą zobaczycie dlaczego". Jego przepis na sukces jest banalnie prosty - trzeba opowiedzieć jak najlepsze historie z postaciami stworzonymi przez Moore`a i Gibbonsa.

Nowe projekty Marka Millara (4): "Supercrooks" najłatwiej opisać, jako komiks o superłotrach, który mógłby zrobić Guy Ritchie - misterny plan, brawurowy napad i supermoce. Mark Millar oglądając "Lock, Stock and Two Smoking Barrels" pomyślał sobie, że chciałby kiedyś zrobić podobną rzecz na kartach komiksu. Akcją komiksu będzie rozgrywała się w słonecznej Hiszpanii, bo villaini wreszcie wpadli, że większość superherosów działa w USA. Zresztą, "Supercrooks" mają mieć bardziej europejski, niż amerykański, posmak, cokolwiek miałoby to znaczyć. Ma o to zadbać rysownik Leinil Francis Yu, który sam pochodzi z… Filipin. W samym centrum opowieści będą jej bohaterowie – ich problemy, ich przeszłość, ich wspólne konflikty. Istnieje również szansa, że historia pojawi się na kinowych (albo chociaż telewizyjnych) ekranach. Za reżyserię miałby odpowiadać Nacho Vigalondo, który pracuje nad millarowym "American Jesus".