Szykując się do lektury "Walecznych" poczułem się znowu jak ten kilkunastoletni dzieciak, który każdego miesiąca wydawał w pobliskim kiosku swoje całe kieszonkowe na komiksy Semika. Człowiek po latach liczonych w dekadach wmawia sobie, że zdążył wyrosnąć z "promieni z dupy", że teraz to już tylko ambitne, wyrafinowane, czarno-białe powieści graficzne o przysłowiowych pasterzach kóz w Iranie.
