Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albatros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albatros. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 grudnia 2011

#916 - Mroczna Wieża t.3: Zdrada

Trzeci tom komiksowego cyklu „Mroczna Wieża” to typowy album pomiędzy. „Zdrada” jest ciszą przed zbliżającą się burzą. Stare wątki znajdują swój mniej lub bardziej zaskakujący finał, pojawiają się nowe, zapowiadające przyszłe wydarzenia. Akcja gnająca na złamanie karku nieco zwalnia, a autorzy przygotowują scenę pod kolejne wypadki. Rola głównego bohatera, Rolanda Deschaina, zostaje nieco ograniczona, dzięki czemu pozostałe postacie dostały nieco więcej miejsca.

W tym albumie natężenie patosu nieznośnie wzrasta. Na łamach „Narodzin rewolwerowca” i „Długiej drogi do domu” ten podniosły nastrój nie przeszkadzał mi tak bardzo, jak w „Zdradzie”. Nieźle komponował się z nasyconymi dramatyzmem losami ka`tetu Rolanda, z całym tym pamiętaniem o obliczu swego ojca, nadając ich rewolwerowym pojedynkom odpowiedniej dawki epickości, ale w opowieści o intrygach na dworze w Gilead trąca sztucznością. Nie wiem, może taka estetyka miała służyć podkreśleniu średniowiecznej stylizacji i gotyckiej atmosfery panującej w stolicy rządzonej przez Deschainów? Efekt jest bardzo groteskowy, co najlepiej widać w osobie Gabrielle, matki Rolanda. W tej patetycznej konwencji świetnie odnalazłaby się jako postać tragiczna, uczuciowo rozdarta pomiędzy swoimi obowiązkami, a porywami serca. Zamiast tego dostaliśmy jednak dość prymitywny „plot device” pchający fabułę do przodu i papierową postać z ustami pełnymi pustych frazesów. Wydaje mi się, że rozumiem zamysł „Treachery”, jako pewnej dworskiej tragedii, ale uważam, że kuleje jego realizacja.

Czy powodem tego może być specyficzną narracja „Mrocznej Wieży”? Całkiem prawdopodobne. Peter David i Robin Firth chcieli uronić jak najmniej ze stylu Stephena Kinga i dlatego komiksem rządzi język, a nie oprawa wizualna. Oczywiście nie chce przez to powiedzieć, że „Zdrada” to ilustrowana książka, bo rysunki Jae Lee i Richarda Isanove nie pełnią służalczej wobec narracji roli, lecz podczas lektury tę specyficzną relację pomiędzy tekstem, a grafiką da się odczuć. Dodajmy, że jest ona, podobnie jak w poprzednich tomach , wciąż znakomita i pasuje do obranej konwencji. Lee to fachura, który w kolejnym utrzymuje wysoką formę.

Przyznam, że mocno wkręciłem się w „Mroczną Wieżę”, bo to całkiem porządna, wciągająca historia jest. A dodatkowo świetnie wygląda w komiksowej formie – ci twardzi kowboje pozujący ze swoimi pistoletami zostali wręcz stworzeni, aby rysował ich Jae Lee. Nota bene cała linia tytułów Marvela będących adaptacjami popularnych cyklów powieściowych trzyma wysoki poziom. Obrazkowa „Gra Endera”, którą Orson Scott Card realizuje z tabunem uzdolnionych komiksiarzy (między innymi Mike`m Carey`em, Pasqualem Ferry`m czy Christopherem Yostem) czy „Czarnoksiążnik z Krainy Oz” Erica Shanowara i Skottiego Younga wybijają się na tle masowych amerykańskich produkcji, ciesząc się uznaniem krytyków i powodzeniem wśród czytelników. Może zobaczymy ich więcej na polskim rynku?

Stephen King pokazuje jak wspaniałe danie można upichcić z popkulturowych klisz. W „Dark Tower” wymieszane są ze sobą kompletnie nie pasujące składniki – przynajmniej z pozoru. Trzeba mieć jednak wiele talentu, aby w spójne i smacznej całości wymieszać estetykę spaghetti westernu, wątki arturiańskie, elementy wprost kojarzące się z twórczością Tolkiena, aby wyszło z tego coś więcej, niż tylko postmodernistyczna żonglerka. Na razie „Mroczna Wieżą” to dość klasyczna, ale pełnokrwista opowieść o walce tych dobrych z tymi złymi, o bohaterze, który uratuje ich wszystkich i będzie żył długo i szczęśliwie z wybranką swojego serca. Ale coś czuje, że i w tym punkcie Kingowi uda się złamać obowiązujący schemat i mnie zaskoczyć.

poniedziałek, 22 listopada 2010

#621 - Mroczna Wieża t.2: Długa droga do domu

W pierwszym tomie "Mrocznej Wieży" zatytułowanym "Narodziny Rewolwerowca" Roland Deschain w wyniku dworskiej intrygi musiał podejść do egzaminu dojrzałości. Udało mu się zostać rewolwerowcem w wieku zaledwie czternastu lat i wraz ze swoimi przyjaciółmi, Cuthbertem Allgoodem i Alainem Johnsem, wyruszył do miasteczka Hambry, znajdującym się w odległej baronii Mejis.Pod przykrywką poganiaczy chcących kupić konie dla Afiliacji mają upewnić się, kto w nadchodzącej wojnie stanie po stronie Johna "Dobrego Człowieka" Farsona i Karmazynowego Króla. Niestety, sprawy mają się gorzej, niż można byłoby przypuszczać. Drużyna Deschaina jedynego sojusznika znajduje w córce koniuszego Pata Delgado, Susan, w której sam Roland z miejsca się zakochuje. Co gorsza, przybysze z Gilead trafiają na Łowców Wielkiej Trumny i zdemaskowani w pośpiechu muszą opuszczać Hambry. O ich ucieczce opowiada "Długa droga do domu", drugi tom cyklu komiksowej adaptacji prozy Stephena Kinga.

No właśnie, czy aby na pewno adaptacji? O ile pierwszy album trzymał się dość blisko fabuły znanej z powieści, to w drugim Peter David i Robin Furth odchodzą nieco dalej od pierwowzoru. Na tyle daleko, że można pokusić się o twierdzenie, że komiksowa wersja stanowi spin-off książki, wzbogacająca historię opowiedzianą przez Kinga o nowe wątki. PAD świetnie spisuje się w roli naśladowcy stylu amerykańskiego mistrza horroru. Do jego poziomu dostosował się również Jae Lee, tradycyjnie wspomagany przez kolorystę Richarda Isanove. W drugim tomie, pewnie ze względu na jego fabułę, jeszcze mocniej uderza teatralna maniera tandemu grafików. Rysunki ograniczone zostały właściwie tylko do pierwszego planu, rzadko ubarwione je jakimiś elementami tła. Do monumentalnego stylu Lee i niemal literackiego narratora, za którym stoją David i Furth, jak ulał pasują statyczne, niemal pomnikowe ujęcia. Strony zwykle podzielone są na trzy, niekiedy cztery poziome kadry, często trafiają się splashe. Taka narracja zmusza czytelnika do dłuższego "zaparkowania" na danej stronie, ale taka jest już specyfika tego komiksu. Może się ona podobać, albo nie.

Świat wykreowany przez Kinga to postmodernistyczny melanż popularnych estetyk i ogranych motywów. Fantasy miesza się tutaj z westernowymi dekoracjami, nawiązania do "Władcy Pierścieni" łączą się wyraźnymi motywami z legend arturiańskich i rycerskich w ogóle. Te ostatnie wydają się szczególnie mocne, zważywszy na imię głównego bohatera, kodeks honorowy, którym kieruje się w swoim życiu i Grapefruit Merlina, magiczny artefakt odgrywający kluczową rolę w "Długiej drodze do domu". W tym tomie dochodzą jeszcze delikatne wątki steampunkowe.Wydawnictwo Albatros wypada pochwalić za ekspresowe tempo publikacji, wysoki standard edytorski w całkiem przystępnej cenie. Boleje tylko nieco nad galerię, bo jako fan dobrych coverów, w drugim tomie nie dostałem ich zbyt wiele. Ale za to te, które są, narysowane przez Mike'a Deodato, Joe Quesada, Marko Djurdjevica i Rona Garney'a, prezentują najwyższy okładkowy poziom!

Lektura dwóch pierwszych tomów komiksowej "Mrocznej Wieży" dostarczyła mi sporo radości i wspólne dzieło kwartetu David-Furth-Lee-Isanove staje w szranki na najlepszy komiks mainstreamowy wydany w powoli mijającym roku. Klimatyczny, trzymający w napięciu, zrobiony z pomysłem i pięknie zilustrowany. Czego chcieć więcej?

wtorek, 19 października 2010

#588 - Mroczna Wieża: Narodziny Rewolwerowca

Bestsellerowy cykl "Mroczna Wieża" pióra Stephena Kinga cieszył się tak dużym wzięciem na rynku amerykańskim, że doczekał się adaptacji komiksowej. Do tej pory nakładem wydawnictwa Marvel ukazało się pięć wydań zbiorczych, z których pierwszy – "Narodziny Rewolwerowca" – zadebiutował na polskim rynku.
King w posłowiu do komiksu przyznaje, że superbohaterskie historyjki czyta od zawsze. A przynajmniej od czasów, kiedy Stanowi Lee zaczął sypać się wąsik, jak żartobliwie dodaje. Trudno powiedzieć ile kurtuazji, a ile prawdy jest w tym stwierdzeniu, nie ulega natomiast wątpliwości, że "Mroczna Wieża" stanowi świetny materiał na opowieść obrazkową, czego znakomitym dowodem są "Narodziny Rewolwerowca". Komiks, swoimi nazwiskami firmują czołowi twórcy związani z Domem Pomysłów. Scenariuszem zajął się Peter David, mający na swoim koncie tak ważne tytuły, jak "The Incredible Hulk" czy dwie serie "X-Factor". W tym przedsięwzięciu wspomagała go Robin Furth, a o oprawę wizualną zadbali rysownik Jae Lee ("Inhumans", "Fantastic Four: 1234") i kolorysta Richard Isanove ("1602", "Origin").

Omawianie "Narodzin Rewolwerowca" warto zacząć od grafiki właśnie, bo Jae Lee jest dobrym przykładem zmian, jakie zachodziły w amerykańskim komiksie popularnym. Polski czytelnik miał okazję podziwiać jego niesamowicie ekspresyjną, naładowane energią i mocno nasycone tuszem rysunki w kilku zeszytach serii "X-Men" z połowy lat dziewięćdziesiątych. Kiedy prawdziwą furorę robił styl Jima Lee i Roba Liefelda, artysta rodem z Południowej Korei przemycał do masowego komiksu zupełnie inną, dla wielu czytelników zupełnie niezjadliwą estetykę. Jego kreska kpiące z tradycyjnych zasad anatomii i perspektywy, nawiązywała do eksperymentów z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, do stylu Billa Sienkiewicza ("Elektra: Assasin"), Kenta Williamsa ("Woverine/Havok: Meltdawn"), czy późniejszego Teda McKeevera. Z czasem Lee stępił swój pazur i spokorniał. Świetnym dowodem tych zmian jest mini-seria "Inhumans" do scenariusza Paula Jenkinsa, w której oczyścił swoją kreskę i oszczędniej korzystał z tuszu. Odszedł od obłędnej dynamiki, na rzecz monumentalnej malarskości, nieco w guście Alexa Rossa, co świetnie prezentuje się na okładkach, których Lee zaczął rysować bardzo dużo. Próbując określić rysunki w "Mrocznej Wieży" na myśl przychodzą takie przymiotniki, jak czyste, delikatne, pomnikowe, stworzone przy użyciu minimalnych środków, bez jednej niepotrzebnej kreseczki. Jakże się różnią od tych szalonych, kreślonych w jakiejś twórczej furii ilustracji z "X-Menów"! Miękkie kolory Richarda Isanove pogłębiają jeszcze ten efekt i ich swoistą wzniosłość. Spotkałem się z zarzutami, że Lee i Isanove za bardzo skupiają się na pierwszym planie, zaniedbując drugi i inne elementy tła, ale mnie zupełnie to nie przeszkadzało i bez problemu łyknąłem taką teatralną konwencję.
O sprawną adaptację prozy Kinga zadbali Peter David i Robin Furth. Ten pierwszy pilnie czuwał nad płynnym przekładem literackiej fabuły na język komiksowy, natomiast osobista asystentka pisarza miała nadać albumowi ostateczny, kingowy sznyt. Przypuszczam, że to właśnie ona odpowiada za wylewnego narratora, towarzyszącemu opowieści. A sama opowieść stanowi bardzo sprawne lawirowanie pomiędzy motywami fantasy i pop-kulturowymi kliszami. Schemat fabuły przypomina "Władcę Pierścieni" (do którego zresztą można znaleźć kilka czytelnych nawiązań) zmieszanego z estetyką spaghetti westernów i doprawionego kilkoma szekspirowskimi motywami. Całość utrzymana jest w bardzo wysokim, momentami wręcz nieznośnie patetycznym stylu i nie wiem czy to zasługa Kinga, czy Davida, bo nie czytałem książkowego pierwowzoru. Tak czy siak, komiksowe "Narodziny Rewolwerowca" to bardzo satysfakcjonująca lektura, będąca znakomitym zaproszeniem do wielkiej przygody godnej Tolkiena.

Albatros bardzo efektownie wszedł na komiksowe poletko, oferując komiks bardzo dobrze wydany, w przystępnej cenie, solidnie przełożony na języka polski, wzbogacony o dodatki, zgodnie z edycją oryginalną (świetna galeria okładek alternatywnych, przygotowanych przez najlepszych amerykańskich komiksiarzy – Oliviera Coipela, Steve'a McNivena, Leinila Francisa Yu, Joe Quesadę, Davida Fincha, Stuarta Immonena i innych). Tych, którym pierwszy tom przypadł do gustu, ucieszy zapewne wiadomość, że jego kontynuacja ("Długa droga do domu") ukazała się już 15 października.