środa, 8 lipca 2009

#201 - Zoo zimą

Jiro Taniguchi wyrobił sobie solidną markę na polskim rynku swoimi pracami i dał się poznać, jako wszechstronny artysta komiksowy. Ilustrator wzruszającej opowieści europejskiego klasyka, Moebiusa („Ikar”), autor pełnych dynamiki kadrów w samurajskiej „Księdze Wiatru” czy nawiązujący do prozy Jacka Londona portrecista zmagań człowieka z przyrodą („Wędrowiec z Tundry”). Jakie oblicze Taniguchiego zobaczymy na kartach jego najnowszego utworu?

„Zoo zimą” to prowadzona w bardzo spokojnym rytmie, kameralna opowieść o wchodzeniu w dorosłość. W dość osobliwych okolicznościach Hamaguchi, główny bohater mangi, trafia do Tokio, gdzie udaje mu się zdobyć etat asystenta mangaki. W pracowni mistrz Kondo powoli odkrywa swoją smykałkę do opowieści obrazkowych. Młody, zaledwie dziewiętnastoletni chłopak z prowincji pozna również blaski i cienie życia artystycznej bohemy w japońskiej stolicy, pierwsze kobiety i smak sake. Taka historia nie mogła obejść się bez epizodu romantycznego (wszak to ten wiek!), który pojawia się w komiksie. W „Zoo zimą” da się dostrzec pewne podobieństwa i analogie między jego autorem, a głównym bohaterem. Taniguchi, podobnie jak i Hamaguchi (czy tylko na moje ucho te nazwiska brzmią podobnie?), zajmuje się rysowaniem mang, pochodzi z prefektury Tottori i jest mniej więcej w podobnym wieku. Nie sądzę również, aby motyw rysowania zwierząt pojawił się przypadkowo. „Zoo zimą” z pewnością komiksem autobiograficznym nie jest, ale jego twórca wyraźnie daję nam do zrozumienie, że pracując nad nim odwoływał się do własnych doświadczeń.

Fabuła ma nieco amorficzną formę. Historia zaczyna się przypadkowo, od feralnej wizyty Hamaguchiego w zoo zimową porą, brakuje jej wyraźnego rozwinięcia, a puenta wydaje mi się niewyraźna. Nie stanowi to jednak żadnego zarzutu wobec komiksu – rytm historii bije w takt kolejnych miesięcy wypełnionych ciężką harówką w pracowni, przetykaną nielicznymi chwilami oddechu i zbliża kompozycję do rzeczywistego, codziennego życia. Dramaturgia pojawia się dopiero pod koniec, przy okazji zakończenia i moim zdaniem za bardzo trącając tanim sentymentalizmem, odstaje od reszty utworu.

Hanami zawsze było wdzięcznym obiektem krytyki, jeśli chodzi o warstwę edytorską swoich komiksów, zarówno tej celnej, jak na przykład Jarka Obważanka, jak i całkowicie chybionej. „Zoo zimą” pod tym względem prezentuje się poprawnie, Radosław Bolałek i jego współpracownicy sukcesywnie eliminują kolejne niedociągnięcia, choć do poziomu prezentowanego przez Mroję i Kulturę Gniewu jeszcze daleko. Do jakości druku nie można mieć najmniejszych zastrzeżeń, tłumaczenie prezentuje przyzwoity poziom, językowe kiksy występują, ale należą do rzadkości. Nieciekawej okładki czepiał się nie będę.

Czytając „Zoo zimą” nie mogłem odpędzić się do natrętnych porównań z „Blankets”. Bo właściwie komiksy Jiro Taniguchiego i Craiga Thompsona traktują o tym samym temacie. Przekraczaniu niewyraźnej granicy dzielącej pacholęctwo od wczesnej dorosłości, tej wielkiej, pierwszej miłości i odkrywaniu swojej artystycznej wrażliwości. Nawet wątek rodzinny się pojawia. Jednak w przeciwieństwie do emocjonalnie rozedrganych, pełnych uniesień, bardzo ekstrawertycznych i jawnie autobiograficznych „Kołderek”, „Zoo zimą” jest zupełnie inne. Wyciszone, stonowane, skromne, proste, a przez to intrygujące. Dla mnie sposób, w jaki Taniguchi opowiada o przeżywaniu, doświadczaniu, odkrywaniu własnej uczuciowości jest fascynującym doświadczeniem dlatego, bo jest kompletnie inne i odległe od mojej kultury.

2 komentarze:

mtz&qba pisze...

hmm, jakos mi się z Thompsonem nie skojarzyło.

Tani sentymentalizm? Hmm, kwestia ustalenia gdzie przebiega granica pomiędzy sentymentalizmem, a szczerością w wypowiedzi. Mi się zakończenie bardzo podobało, choć jest dosyć przewidywalne. Jest szczere, być może "teatralne", ale teatralny jako synonim słowa przerysowany, znakomicie pasuje do komiksu, prawda?

Zresztą wydaje mi się, że czasami uczucia, które w gruncie rzeczy są proste, a w zasadzie ich sposób wyrażania jest prosty, mylnie i krzywdząco opisuje się słowami "tani sentymentalizm". To trochę tak jak zjeżdżanie takich "kolorowiutkich" pejzażyków w dość kiczowatych kolorkach, które sprzedają turystom malarze artyści na deptakach nadmorskich kurortów- natura przecież nie wstydzi się swoich kolorów i jak bardzo one by nie były przejaskrawione i kiczowate w realu, to kiedy je oglądamy, to nam sie podobają, zachwycamy się nimi, ale kiedy malarz z deptaka namaluje taki obrazek, albo fotograf amator zrobi zdjęcie te elementy podkreslające, to zaraz załamujemy ręce nad tym, jakie to cjkliwe, beznadziejne etc. Analogicznie, w życiu doświadczamy podobnych sytuacji jak bohater tego komiksu, zachowujemy się podobnie ckliwie, teatralnie, sentymentalnie i nie przeszkadza nam to, bo przypisujemy to "szczerości, prawdziwości uczuć", a kiedy czytamy o tym w czyimś wykonaniu, jak w tym komiksie, to zaraz jest to "tani sentymentalizm". Ja tego jednak tak nie odbieram. Dla mnie zakończenie od niczego nie odstaje, to tylko i po prostu walka o coś w zasadzie skazanego na porażkę, która stanowi wyzwanie, którego samo podjęcie daje tak wiele satysfakcji. Ech, marzyciel ze mnie i tyle :-)

pozdr

julek pisze...

Wiesz Kuba ja mółgbym się pod tym wszystkim co piszesz świetnie podpisać, ale samo zakończenie jest za bardzo dopowiedziane, może nie nachalne, ale jednak za mocno zaakcentowane. Co byś powiedział na to, gdybyśmy jednak (jako czytelncy) nigdy nie poznali ostatecznych losów pierwszej miłości naszego bohatera, albo dostali jakiś epilogiczny śladzik?