wtorek, 24 stycznia 2012

#954 - Trans-Atlantyk 172

Informacje o zmianie logo wydawnictwa DC Comics trafiła na jedynki właściwie wszystkich amerykańskich serwisów komiksowych, które wałkowały temat na wszystkie możliwe strony. Przez zagraniczne fora przetoczyła się fala kontrowersji, jakoby nowe logo drugiego największego komiksowego edytora było cokolwiek niezbyt eleganckie. BleedingCool jak zwykle jako pierwsze wiedziało, co w trawie piszczy, a przy okazji przedstawiło PEŁNĄ listę trademarków DC. Czy nowy symbol wydawnictwa Batmana i Supermana podoba się lub nie, to kwestia estetycznych upodobań - skargi i zażalenia można wysyłać na adres Fast Media, którzy opracowali owy znaczek. Ważne, że pijarowo zmiana loga okazała się sporym sukcesem. A jeszcze ważniejsze jest to, że nowy logotyp świetnie prezentuje się w formie animowanej, która pewnie przyozdobi cyfrowe wersje komiksów i w dodatku będzie dopasowana do konkretnego tytułu. I tak będzie logo w wersji batmanowej, flashowej, green-lanternowej, a także... watchmenowej, która jak wiadomo nigdy nie powinna powstać.

Ta historia jest zbyt niesamowita, aby być prawdziwą, ale zdarzyła się naprawdę. W 1975 roku prawa do ekranizacji przygód Black Widow i Daredevila prosto od Stan Lee kupiła ówczesna żona Davida Bowiego, Angela. Kinematografia miała być dla niej szansą na wyjście z cienia swojego męża i przymierzał się do realizacji filmowego "DD". Do roli Śmiałka przymierzano Bena Carruthersa (znanego między innymi z "Parszywej Dwunastki"), Angela Bowie miała wcielić się w postać Czarnej Wdowy, a kostiumami miała zająć się Natasha Kornikoff, ta sama która wykonała strój Ziggy`ego Stardusta. Na kilku zdjęciach można zobaczyć Angelę w stroju Czarnej Wdowy bliskim swojemu komiksowemu oryginałowi i Bena z pomalowaną na czerwono twarzą. Swoją rolę miałby do zagrania również Bowie. Ubolewam nad tym, że prace nad tym projektem zarzucono - ciekawe jak komiksow-filmowa branża by wyglądał teraz, gdybyśmy w połowie lat siedemdziesiątych dostali obraz jeszcze bardziej odjechany i surrelistyczny, niż pierwszy "Batman" Tima Burton.

Współpraca Roba Liefelda i Roberta Kirkmana przy komiksie "Infinity" zakończyła się bardzo szybko. Seria dobija swojego kresu w listopadzie wraz z numerem czwartym i pomimo zapowiedzi kolejnego zeszytu (ma się ukazać w litym), już teraz wiadomo, że tak się nie stanie. Liefeld narzeka na przydzielonych mu w Skybound inkerów, którzy sprawiają, że jego rysunki nie wyglądają tak, jak powinny. I tak z powodu tych "artystycznych różnic" projekt ambitny projekt dołączył do innych, niedokończonych serii, w których ojciec "Team Youngblood" maczał palce. Kirkman na razie nie skomentował decyzji swojego współpracownika, ale mówi się, że wcale nie poszło kwestie artystyczne tylko o pieniądze. "Infinity" sprzedawał się po prostu słabo. Inna sprawa Kirkman ma ręce pełne roboty przy serialowych "Żywych Trupach", a Liefeld mocniej zaangażował się w Nową 52 - z takiej perspektywy czasu robienie mini-serii/on-goinga, który nie przynosi spodziewanych zysków można uznać za marnowanie cennego czasu, który powinno się poświęcić na ważniejsze projekty.

W zeszłym roku w Sn Diego wydawnictwo IDW Publishing zapowiadało odświeżenie "Popeye`a". Zajadający się szpinakiem marynarz zawsze skory do bójki powróci już w kwietniu, a jego nowe przygody przygotuje Roger Langridge. Scenarzysta pochodzący z Nowej Zelandii jest jednym z najlepszych specjalistów od komiksu humorystycznego za Oceanem, który swoją renomę zawdzięcza autorskiemu "Snarked!", mini-serii "Thor: The Mighty Avenger" i on-goingowi "The Muppet Show Comic Book" dla Boom! Studios. Langridge`a i rysownika Bruce Ozella czeka bardzo trudne zadanie - jak odświeżyć komiks tak archaiczny (przypomnijmy, Popeye debiutował w "Thimble Theatre" w 1929, jako strip), jednocześnie nie zatracając jego ducha? Czy dzisiaj cały ten wizerunek marynarza nie jest zbyt staroświecki, a humor oparty na slapstickowych dowcipach wciąż będzie bawił? Uwielbiający Popeye`a Langridge jest przekonany, że właśnie tak będzie.

Inną serią, która dostanie swoją drugą szansę będzie The Shadow. Klasyczny, pulpowy bohater będzie wydawany przez Dynamite Entertainment i już wiadomo, że autorami serii startującej w kwietniu oprócz rysownika Aarona Campbella oraz Alexa Rossa, Johna Cassaday`a, Jae Lee i Howarda Chaykina, którzy przygotują komplet coverów, będzie sam Garth Ennis! Jest to jak najbardziej trafny wybór. Mając w pamięci to, co irlandzki scenarzysta zrobił z Punisherem, można liczyć, że Cień w swoim nowoczesnym ujęciu będzie taki, jaki powinien być, jako rasowy anty-bohater w stylu noir - nie bojący się epatować brutalnością, utrzymany w mrocznym i niepokojącym klimacie. Sam Ennis przyznaj, że Shadow jest jednym z niewielu bohaterów, których chciał pisać i miał przeczucie, że będzie miał taką okazję. Wcześniej czy później.

Wszystkim marzącym o karierze komiksowej za Oceanem polecam ten fragment wywiadu z Arielem Olivettim. Całkiem znanym rysownikiem pochodzącym z Argentyny, który ma w swojej bibliografii takie pozycje, jak "Batman: Legends of the Dark Knight", "Cable" vol. 2 czy "Punisher War Journal" vol. 2. Olivetii o swojej współpracy z Marvelem opowiada w następujący sposób - podczas pracy nad "Iron-Manem 2.0", kiedy seria stała się tie-inem do "Fear Itself" wszystko poszło w diabły. Scenarzysta prowadzący serię w wziął ślub zostawiając niedokończone wątki, a pisarz który przejął pałeczkę "był jeszcze gorszy". Potem nie było wcale lepiej - pracując nad przedostatnim numerem Olivetti mógł narysować tylko dziesięć stron i ani kadru więcej, bo czekał kolejną na część skryptu. Sytuacja powtórzyła się w ostatnim zeszycie serii - scenarzysta znowu zawalił termin i rysownik w ciągu pięciu dni musiał przygotować pięć stron. Efekt, pomimo pomocy innego artysty, jest katastrofalny. Koniec końców twórca, który podpisał ekskluzywny kontrakt z Marvelem zaczął pracować dla DC Comics(będzie rysował nowego on-goinga "GI Combat"). A co na to przedstawiciele Marvela?  Redaktor "I-M 2.0" Alejandro Arbona, podobnie jak zarząd Domu Pomysłów, odmówili komentarza. Nick Spencer również.

I na deser - fantastyczny maszap Hellboy`a i Fisztaszków (po więcej klikajcie tutaj):

7 komentarzy:

Marcin Zembrzuski pisze...

"Goon" jest dowodem na to, że slapstick ciągle może być dobry. Tyle że jest to jeden z kilku elementów całości, czasem zresztą pomijany.

"The Shadow"! Czekam na więcej odświeżania starych pulp. To może być piękne.

Marcin Zembrzuski pisze...

PS. Batmany Burtona nie były surrealistyczne:>

Krzysztof Ryszard Wojciechowski pisze...

Też chętnie "Cienia" przeczytam. W dzieciństwie byłem wyznawcą tego filmu z 94.

Kuba Oleksak pisze...

Tylko widzisz Marcienie, "Goo" jest robiony z pewną świadomością obciachu swojej konwencji i to jest źródłem jego, że tak powiem, post-splastickowego humoru. To efekt zamierzony - w starym Popeye`u np. to efekt niezamierzony. Ale i tak tego i Cienia jestem cholernie ciekaw.

Lokus pisze...

Jakiś link do wywiadu z Olivettim można prosić?

Kuba Oleksak pisze...

http://www.bleedingcool.com/2012/01/12/ariel-olivetti-two-year-marvel-exclusive-now-at-dc/

Julka pisze...

Charliemu dostały się najlepsze role: HellBrown i BrownSputin - zaczynam się bać ;)